Helpowe refleksje. Czy niewidomi są ludźmi zaangażowanymi?

Zapewne bywa różnie, zupełnie tak samo jak w przypadku całego społeczeństwa. Jednym się chce, innym nie. Jedni uczą się, pracują, chcą coś tworzyć, komuś pomagać, mieć jak najbardziej wymagające hobby, a inni wolą żyć spokojnie i cieszyć się samym tym faktem. Od czego to zależy? Być może od DNA, a może od wychowania, wzorców, z którymi zapoznano człowieka w najmłodszych latach? Skoro nie jesteśmy psychologami ani socjologami, zostawmy tę analizę profesjonalistom. Możemy jedynie ocenić środowisko, w którym działamy oraz jego otoczenie. W kwestii zaangażowania nie widzimy różnic pomiędzy niewidomymi i słabowidzącymi a resztą obywateli. Jeśli nasze spostrzeżenia są słuszne, niepełnosprawność nie wpływa na zaktywizowanie jednostek i grup społecznych, albo przeciwnie – na ich dezaktywowanie. Niewykluczone jednak, że jest inaczej. Jakich zatem ludzi spotykamy w naszym gronie?

Mamy wrażenie, że z biegiem czasu społeczność, o której piszemy, w kwestii zaangażowania coraz bardziej się rozwarstwia. Spotykamy ludzi bardzo nieaktywnych, wręcz wycofanych oraz zdecydowanie nadaktywnych. Kiedyś większa niż dzisiaj część środowiska wykazywała zachowania i postawy przeciętne. To również jedynie hipoteza. Być może mają Państwo inne obserwacje. Jeśli jednak mamy dobre wyczucie, skąd się bierze to zwiększone rozwarstwienie? Spróbujmy poszukać ewentualnych przyczyn tego zjawiska.

Niewidomi wracają do społeczeństwa. Kiedyś żyli poza nim. Jeszcze w epoce Braille’a niewidomi byli zepchnięci na społeczny margines. Co robili? Po prostu nic, a jeśli coś, to zazwyczaj nic, co przynosiło im chlubę. Żebranie na przykład pod kościołami to chyba standardowy widok w tamtych czasach. Powoli to się zmieniało. Ogromne znaczenie miały kolejne wynalazki. Dzisiaj najbardziej cenimy wynalazek wypukłego alfabetu brajlowskiego. O ile przedtem niewidomi nie mogli pisać i czytać, w wieku XIX dostali taką możliwość. Co prawda pisali tak specyficznym pismem, że nie mogli być zintegrowani z ludźmi widzącymi, ale mogli już czytać książki. Z biegiem czasu środowisko znacząco się uaktywniło. Ośrodki istniejące wcześniej rozwinęły się, a inne powstały. To zapewne nie przypadek, że właśnie wtedy zaczęto myśleć o edukacji niewidomych. Musiało minąć jednak sporo czasu, by znikli z przykościelnych posterunków przeznaczonych dla żebraków. W Polsce po drugiej wojnie światowej w zasadzie nie spotykano ich w ogóle. Socjalistyczna ojczyzna nie pozwalała na taki haniebny proceder. Już w XIX wieku niewidomi zaczęli czytać, uczyć się, a nawet działać społecznie. Sam Ludwik Braille jest tego dobrym przykładem. Stał się wynalazcą w bardzo młodym wieku. Potem był nauczycielem i organistą w kościele pod Paryżem. Nie był więc ani bezrobotnym, ani obywatelem wykluczonym. Za takimi przykładami poszli inni.

W naszej rzeczywistości, do roku 1989, niewidomi byli traktowani jako jednolita grupa społeczna. Nie zawracano sobie głowy różnorodnością poszczególnych osób i kierowano na ścieżkę pracy w spółdzielczości. Wyrwanie się z tego modelu nie było łatwe i udawało się tylko nielicznym. I właśnie wtedy nadeszła rewolucja solidarnościowa.

Po roku 1989 stopniowo rosło zrozumienie dla potrzeby indywidualnego traktowania każdego obywatela, również niepełnosprawnych, niewidomych i słabowidzących. Tempa temu zjawisku dodała rewolucja technologiczna. IT okazało się wielkim dobrodziejstwem dla naszego środowiska.

Dzięki komputerom niewidomi mogą współpracować z widzącymi na równych, albo niemal równych zasadach. To, co oni piszą, mogą odczytać także niewidomi. I przeciwnie – to, co zapisują niewidomi, jest dostępne dla innych. I oto rozpoczął się okres otwartego podejścia do naszej społeczności. Każdy może znaleźć odpowiednie dla siebie miejsce. Zależy to od talentów i chęci.

Być może właśnie powyższe powoduje zwiększone rozwarstwienie w tym środowisku. Jedni wykazują się zdolnościami i chęciami do poznawania nowych rozwiązań technicznych, które nie tylko niwelują skutki braku wzroku, ale także umożliwiają prawdziwą współpracę z widzącymi. Co by nie rzec, jednak nie odbywa się to automatycznie. Proces takiej rehabilitacji jest bardzo wymagający. To nie jest tak samo, jak w przypadku ludzi widzących. Zapoznanie się z systemami informatycznymi jest trudne, gdy się nie widzi ekranów czy wyświetlaczy. O ile widzący widzą przed sobą ekran i wszystkie wyświetlone tam informacje naraz, niewidomi „oglądają” je fragmentarycznie, na przykład po 14, 20, 40, a w najlepszym razie po 80 znaków naraz. Podobnie fragmentarycznie działają syntezatory mowy. Odczytanie tekstu z ekranu zabiera dużo czasu. Jeszcze syntezator nie skończy czytać, a już niewidomy może zapomnieć, co było na początku.

Czy w takiej sytuacji może nie dojść do zróżnicowania poziomu aktywności poszczególnych osób? Nie może! Jedni sprawnie zapoznają się z nowymi rozwiązaniami i mogą profesjonalnie działać. Inni męczą się z nimi i zniechęcają. Co za tym idzie?

Jedni niewidomi „zdobywają świat”, inni wycofują się i tkwią w wewnętrznej emigracji. Ci pierwsi szukają prawdziwego zatrudnienia i walczą o jak najlepszą opinię pracodawców i całego otoczenia, drudzy pozostają w domu i poprzestają na zazdroszczeniu tym pierwszym. Spotykamy więc „na mieście” niewidomych, dla których samodzielne przemieszczanie się, działanie z widzącymi, osiąganie poważnych celów, nie stanowi wielkiej trudności, a raczej satysfakcję z samych siebie oraz niewidomych, którzy czują się tam nieporęcznie. Widać po ich minach, że nie są w swoim miejscu. Najlepiej pozostać w domu, a jeśli wyjść na zewnątrz, to tylko na spotkanie z innymi niewidomymi. Tylko tam czują się nieskrępowani i bezpieczni.

Czy powyższe spostrzeżenia są słuszne? Tylko tak się nam wydaje. Dobrze by było, gdyby zbadaniem tej tezy zajęli się studenci piszący prace magisterskie, albo doktoranci związani z tematyką nowoczesnej rehabilitacji osób z dysfunkcją wzroku.

Komentarze

komentarze