Felieton skrajnie subiektywny.

Soft power kontra hard power

Nierówną walkę na argumenty stoczyłam ostatnio ze znajomą. Nierówną, bowiem czasem trudno znaleźć właściwą odpowiedź, jeśli samemu ma się wiele wątpliwości dotyczących mądrości etapu i prób stosowania przez rząd Zjednoczonej Prawicy tzw. soft power, a bardziej swojsko – miękkiej siły, którą moja znajoma nie dość precyzyjnie rozumie, dzieląc ją na soft power wewnątrz kraju i soft power w polityce zagranicznej, podczas gdy miękka siła definiowana jest jednoznacznie, jako „zdolność narodu czy kraju do pozyskiwania sojuszników i zdobywania wpływów dzięki atrakcyjności własnej kultury, polityki czy ideałów politycznych”.

Wstępem do naszej dyskusji stał się niewybredny atak na Magdalenę Ogórek pod gmachem TVP. Dziennikarka została dosłownie osaczona przez garstkę rozjuszonych demonstrantów, którzy próbowali zaszczuć ją, przestraszyć i sprowokować. Demonstrujący ujadali jak stado wściekłych wilków, popychali kobietę, szarpali, podtykali jej pod nos jakieś bzdurne hasła, oklejali samochód trudno zmywalnymi nalepkami, zagrzewając się wewnątrz swojego stada do walki z delikatną blondynką. Obrzydliwość. Wyglądało na to, że dziennikarka została pozostawiona samej sobie, zdecydowanych działań policji – przynajmniej w początkowej fazie zajścia – nie było jakoś widać. Według mojej interlokutorki policja powinna była działać w sposób dużo bardziej zdecydowany. Podobne obrazki można było oglądać podczas tzw. puczu opozycji w Sejmie w 2016. Wówczas także dziennikarze TVP byli zaszczuwani przez protestującą dzicz – trąbiono im prosto w uszy bardzo głośnymi wuwuzelami, wyzywano ordynarnymi słowami, popychano, otaczano, zasłaniano. Dzicz wykonywała za ich plecami nieprzyzwoite gesty i miny. Policja nie interweniowała. Byłam zbulwersowana zarówno zajściami podczas puczu, jak i nagonką na Magdalenę Ogórek, ale uważam, że siłowe wkroczenie policji skutkowałoby eskalacją zajść i doprowadziło do tego, że w świat poszłyby obrazki, jak to polscy policjanci biją Bogu ducha winnych ludzi. Argument strony przeciwnej – francuska policja dotkliwie bije demonstrantów, jest bardzo agresywna i nic się z tego powodu nie dzieje – europejska opinia publiczna milczy. Owszem, ale niektórzy mogą więcej. Polska do nich nie należy.

Asumptem do kolejnej dyskusji na temat soft power w rozumieniu mojej znajomej stała się konferencja bliskowschodnia zorganizowana w Warszawie przez Polskę i USA. Nie wdając się w zagadnienia merytoryczne i w rozstrzygnięcie czy konferencja w istocie dotyczyła Iranu, jak twierdził wiceprezydent USA Mike Pence, czy też Iran był tylko jednym z elementów podczas niej dyskutowanych, jak twierdził Jacek Czaputowicz, minister spraw zagranicznych Polski i nie wdając się w dywagacje czy Polska coś straciła, czy zyskała na organizacji przedsięwzięcia, trudno nie zauważyć, że goście, którzy nas odwiedzili, nie zachowali się zbyt elegancko. Moja oponentka uważa, że w istocie goście zepsuli powietrze w salonie i nie zamierzali przeprosić. W tym punkcie trudno się z nią nie zgodzić. Na początek Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu, który na wspólnej konferencji prasowej z Jackiem Czaputowiczem, najpierw za przykład niezłomności polskiego ducha podał postać żydowskiego partyzanta Franka Blaichmana, który z partyzanta przeistoczył się w stalinowskiego oprawcę, następnie poruszył kwestię restytucji mienia utraconego w Polsce przez Żydów podczas Holokaustu, tych Żydów, którzy sami lub ich potomkowie są dziś obywatelami USA. Pompeo zapomniał, a może nie wiedział (?), że roszczenia restytucyjne zostały uregulowane w drodze umowy indemnizacyjnej, zawartej 16 lipca 1960 roku w Waszyngtonie między rządem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej a rządem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Dotyczyła ona uregulowania roszczeń obywateli amerykańskich wobec państwa polskiego z tytułu przejęcia przez Polskę ich mienia w drodze nacjonalizacji, albo w inny sposób. Z umowy wynika, że Polska zapłaciła rządowi USA 40 mln dolarów w 20 ratach, w zamian za co rząd USA przejął na siebie zobowiązania w związku z roszczeniami odszkodowawczymi i zobowiązał się, że nie będzie wysuwał, ani popierał żadnych roszczeń z tego tytułu obywateli amerykańskich wobec Polski. Warto przy tej okazji przypomnieć, że Polska zawarła podobne umowy odszkodowawcze z Francją, Danią, Szwajcarią, Szwecją, Wielką Brytanią, Norwegią, Belgią, Luksemburgiem, Grecją, Holandią, Austrią i Kanadą. Polska wypłaciła wszystkim tym państwom ustalone kwoty odszkodowań za mienie pozostawione na terytorium kraju przez cudzoziemców. W wymiarze prawno-międzynarodowym zrealizowane umowy zamykają problematykę rekompensat za mienie cudzoziemców przejęte przez władze polskie po II wojnie światowej.

Wracamy do konferencji bliskowschodniej w Warszawie. Kolejnego afrontu jako państwo i naród doczekaliśmy się od Benjamina Netanjahu, premiera Izraela, który na tej samej konferencji oskarżył naród polski o kolaborację z Niemcami w dokonywaniu Holokaustu, podczas gdy to Polacy wraz z Żydami byli tego Holokaustu ofiarami. Premier Izraela co prawda zaprzeczył, by mówił o całym polskim narodzie i zapewnił, że chodziło mu jedynie o pojedyncze przypadki kolaboracji, ale fatalny wydźwięk tej wypowiedzi pozostał.

Ostatnią z tria nieeleganckich gości była Andrea Mitchell, prominentna dziennikarka amerykańskiej stacji NBC News, która relacjonując z Warszawy konferencję bliskowschodnią powiedziała, że powstanie w getcie warszawskim wybuchło „przeciw polskiemu i nazistowskiemu reżimowi”. Długo wahała się z przeprosinami, w końcu zamieściła je na Twitterze. Pod presją dyplomatyczną, po równie długim wahaniu, przeprosiła także na antenie NBC News. Moja oponentka w dyskusji uważa, że należało uznać dziennikarkę za persona non grata i poprosić ją o opuszczenie terytorium naszego kraju. Jeśli chodzi o polityków – Pompeo i Netanjahu – należało według niej kategorycznie zareagować.

W dyskusji na temat soft power w polityce zagranicznej mnie i moją znajomą pogodziła decyzja premiera Mateusza Morawieckiego, który zapowiedział rezygnację z obecności na szczycie Grupy Wyszehradzkiej, 19 lutego, w Izraelu, obniżając rangę polskiej delegacji do poziomu ministra spraw zagranicznych. Decyzja ze wszech miar uzasadniona. Premier twardo zadeklarował – dość obrażania naszego kraju, którego przedstawiciele poddawani byli eksterminacji przez hitlerowskie Niemcy w stopniu równie wysokim, jak naród żydowski. Pomimo tego Polacy ratowali Żydów, narażając siebie i swoje rodziny na niechybną śmierć. Decyzja premiera mieści się zdecydowanie w pojęciu hard power.

Faktem, który pogodził nas w odniesieniu do polityki wewnętrznej była natomiast decyzja o wycince drzew na Mierzei Wiślanej, przygotowująca prace nad jej przekopem. To była także decyzja hard power – wbrew rosyjskim interesom, wbrew rosyjskim agentom wpływu rezydującym w Polsce i wbrew Komisji Europejskiej, która postanowiła znów czegoś nam zabronić.

Na zakończenie dyskusji musiałam po części przyznać rację mojej oponentce, ba, nawet zgodzić się na jej twórcze rozwinięcie definicji soft power. Na miękką siłę czas był po zrzuceniu pęt komunizmu. Byłby to długotrwały, cierpliwie prowadzony proces, dzięki któremu dziś bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Skoro tak się nie stało, czas nadrobić zaległości i zastosować hard power.

Komentarze

komentarze