Felieton skrajnie subiektywny. Moje Boże Narodzenia

Święta Bożego Narodzenia i czas przygotowań do nich sprzyjają nostalgicznym wspomnieniom. Im jesteśmy starsi, tym bardziej są one nostalgiczne. Siłą rzeczy porównujemy swoje dziecięce odczucia związane z Wigilią, choinką, sianem pod obrusem, żłóbkiem, Pasterką, do tych dorosłych odczuć, poszukujących klimatu dzieciństwa i coraz częściej go nie znajdujących.

Dziś okres przedświąteczny rozpoczyna się niemal miesiąc przed Bożym Narodzeniem. Galerie handlowe rozbrzmiewają bożonarodzeniowymi evergreenami, sklepy błyszczą od choinek, uliczne kiermasze są pełne świątecznych ozdób. Zewsząd jesteśmy epatowani nastrojem Bożego Narodzenia w wersji komercyjnej. Nie można powiedzieć, by było to niemiłe, wszyscy mamy w sobie pewien pierwiastek dziecięcości i cieszy nas cały ten błyszczący blichtr i lukier. Zaliczam się do grona tych malkontentów, którzy uważają, że komercjalizacja Bożego Narodzenia odziera święta z tego co najważniejsze, przynajmniej dla wierzących – z mistycznej tajemnicy narodzin Boga Człowieka.

Z przyjemnością porzucam politykę na rzecz osobistych wspomnień. Moich Świąt Bożego Narodzenia było już bardzo wiele. Były one i różne, i w pewnym sensie podobne. Towarzyszył im zawsze nastrój tajemnicy i podniecającego oczekiwania, do pewnego czasu było to oczekiwanie odczuwane z wielką siłą, z biegiem lat ta siła nieco osłabła, bowiem czas dzieciństwa i młodości bezpowrotnie minął.

Spośród świątecznych dni Wigilia zawsze była dla mnie dniem szczególnym. Ta pierwsza, którą dobrze pamiętam, choć miałam wówczas niespełna cztery lata, to Wigilia spędzona z moją nowonarodzoną siostrą, w której błękitnych, zachwyconych oczach odbijały się choinkowe bombki i lampki. I Wigilia, kiedy pod choinkę dostałam ukochaną książkę dzieciństwa. Była to „Mała księżniczka”. Tę książkę czytałam z wypiekami na twarzy całą niemal noc wigilijną. Następna spośród zapamiętanych to Wigilia „wyjazdowa”, spędzana z rodziną z innego miasta. Nie przepadałam za świętowaniem poza domem i pewnie tamto Boże Narodzenie nie zostałoby w mojej pamięci, gdyby nie pewne wydarzenia. W wigilijny poranek wszyscy zgromadzili się wokół pięknej, pachnącej choinki, która stanęła na środku salonu, w mieszkaniu mojej ciotki. Ubieranie drzewka rozpoczęliśmy jak zwykle od mocowania lampek. Na choince stopniowo pojawiały się łańcuchy, bombki, słomiane ozdoby i włosy anielskie. Po włączeniu lampek wszyscy wykonali parę kroków w tył, by podziwiać wspólnie stworzone dzieło. Nagle rozległ się suchy trzask, światełka zgasły, pojawił się dym i drzewko dosłownie w okamgnieniu stanęło w płomieniach. Wuj pobiegł po jakieś naczynie z wodą, ale w panice nic nie znalazł. Ciotka rzuciła się na choinkę z kocem. Koc szybko zajął się ogniem, a ten zaczął się przenosić na zasłony. Niewiele myśląc podbiegłam do drzwi balkonowych, otworzyłam je szeroko, narzuciłam na siebie mokry ręcznik kąpielowy, chwyciłam choinkę od dołu, w miejscu gdzie nie sięgał ogień i szybkim ruchem wyrzuciłam ją przez balkon. Spadła w głęboki, świeży śnieg, języki ognia stopniowo przygasały, aż zgasły zupełnie. Gremialnie udaliśmy się na dół, by komisyjnie ocenić szkody. Okazało się, że nie były wcale takie wielkie, jak początkowo się wydawało. Odbierałam gratulacje od całej rodziny i nie ukrywam, że byłam bardzo dumna. Wszyscy podziwiali moją przytomność umysłu i podkreślali, że jest wyjątkowa, zważywszy na młody wiek, a miałam wówczas 12 lat.

Kolejna zapamiętana Wigilia to ta, której właściwie miało nie być – pierwsza Wigilia stanu wojennego. W sklepach pustki, choinki dowożone o bliżej nieokreślonych godzinach do nielicznych punktów w Warszawie, godzina milicyjna uniemożliwiająca wyjście do kościoła na Pasterkę i całe mnóstwo innych, uprzykrzających życie niedogodności. Rodzice perswadowali mi wyjazd po choinkę, ale uparłam się, bo świąt bez choinki nie mogłam sobie wyobrazić. W przeddzień Wigilii ruszyłam więc rankiem po drzewko. Dostawa miała być o 10:00. Ustawiłam się w gigantycznej kolejce i czekałam. Minęła 10:00, minęła 11:00. Wśród tłumu rozeszła się pogłoska, że transport choinek został zatrzymany przez wojsko na rogatkach stolicy. Stałam cierpliwie, choć minęła 12:00, potem 13:00. Marzłam, byłam głodna, zrezygnowana, ale wciąż stałam. Minęła 14:00, potem 15:00. Zrobiło się ciemno, nogi miałam zdrętwiałe z zimna, martwiłam się, że rodzice będą się niepokoić moim zniknięciem. Zadzwonić do domu nie mogłam – telefony przecież nie działały. O 16:00 przez tłum przepłynęła podawana z ust do ust wiadomość – są choinki, dojechały! W tym momencie tłum zafalował i rzucił się do przodu, porywając mnie swoją siłą. Czułam jak mnie za sobą unosi do góry, popycha do przodu, po czym nagle zaczyna przygniatać. Nogi ugięły się pode mną i z przerażeniem stwierdziłam, że leżę na ziemi, a nade mną kłębią się ciała rodaków. Poczułam, że duszę się z braku powietrza. Z całych sił zaczęłam odpychać od siebie leżące na mnie ciała, rozgarniać rękami przestrzeń wokół i jakimś cudem udało mi się wydostać spod żywego stosu. Zerwałam się i popędziłam w kierunku choinki, której prawie nie widziałam w ciemnościach. Chwyciłam ją z całych sił, ale chwyciły ją także dwie pary innych rąk. Przez chwilę szarpaliśmy nieszczęsne drzewko, obdzierając je z gałęzi. Zwyciężyłam! Udało mi się wyrwać choinkę z kleszczy. Odbiegłam na bok, przyjrzałam się zdobyczy i stwierdziłam, że w rękach trzymam praktycznie całkowicie ogołocony pień. Mimo wszystko zdecydowałam, że zapłacę za choinkę i zabiorę ją do domu. Sprzedawca machnął ręką i powiedział, że nic się nie należy. Kiedy stanęłam w progu mieszkania z nieszczęsnym drzewkiem, rozpłakałam się. Pocieszeniom nie było końca, rodzice byli szczęśliwi, że nic mi się nie stało. Siostra drutem dowiązała do ogołoconego pnia świerkowe gałązki i ów pień przeistoczył się w piękną choinkę, pod którą zasiadłam z rodziną do wigilijnej wieczerzy.

Kiedy siadam do świątecznego stołu, myślę o tym jak nie umiemy docenić dzisiejszego dobrobytu, sklepów pełnych smakowitości i łatwości, z jaką kupujemy prezenty dla najbliższych. Z pewnością warto o tym pomyśleć, choć raz w roku.

Komentarze

komentarze