Czym w PRL-u różnił się niewidomy od garbatego, czyli wspomnienia dr Jana Omiecińskiego (cz. 1)

Andrzej Zaremba: Jest pan doktorem matematyki, pracownikiem naukowym Politechniki Łódzkiej, wcześniej przez wiele lat Uniwersytetu Łódzkiego. Można by śmiało o panu powiedzieć, że brak wzroku nie przeszkodził panu w realizacji planów. Dorastał pan w czasach, w których nie było chyba tak łatwo jak dziś z dostępnością do informacji i wiedzy, zwłaszcza dla niewidomego. Z okazji 25-lecia firmy Altix, 25-ciu lat wolnej Polski oraz – tak można chyba powiedzieć – 25-ciu lat informatyzacji niewidomych w Polsce, chcielibyśmy wybrać się w podróż sentymentalną w przeszłość. Ponieważ najlepiej w taką drogę wybrać się z kimś, kto miał okazję obserwować świat w czasach sprzed ery komputerów i potem, kiedy zaczęła się rewolucja informatyczna, sprawił mi pan wielką radość godząc się na tę rozmowę.

Jan Omieciński: Bardzo mi przyjemnie.

AZ: Panie Janie, jak wyglądała polska rzeczywistość dla niewidomego chłopaka w czasach, gdy chodził pan do szkoły?

JO: Wtedy nikt się nie zastanawiał. Była tylko jedna droga: szkoła dla niewidomych, potem jakaś zawodówka – przy każdej szkole zawsze jakaś była, następnie praca w spółdzielni. Ja zacząłem od szkoły w Owińskach k. Poznania, gdzie mieszkałem w internacie. W pierwszej klasie bardzo nudziłem się i przeszkadzałem, bo wszystkie zadania wykonywałem bardzo szybko i domagałem się nowych, więc po dwóch tygodniach przeniesiono mnie do klasy drugiej, dzięki czemu nadrobiłem rok opóźnienia. W szkole podstawowej dla niewidomych dostęp do wiedzy był taki sam, a może i lepszy, jak w przeciętnej szkole masowej. Były wszystkie podręczniki w brajlu, wiele plastycznych map, w gabinecie biologicznym mnóstwo wypchanych ptaków i zwierząt. Na początku pisaliśmy używając tabliczek i dłutek, rysików – różnie się to nazywa, ale w połowie edukacji dostaliśmy maszyny brajlowskie i to już był skok technologiczny. Można było już pisać szybciej i bez wyjmowania kartki kontrolować, co się napisało. To była rewelacja!

AZ: A jak pisało się klasówki? Na takiej maszynie właśnie?

JO: Rzecz była prosta, bo wówczas wszyscy nauczyciele w szkołach dla niewidomych musieli znać brajla, więc pisało się na maszynie, dawało nauczycielowi, który w domu sprawdzał i oceniał. W szkole podstawowej nie było z tym kłopotów.

AZ: Czy w kolejnej szkole było trudniej? Jaka to była szkoła? Integracyjna czy dla niewidomych?

JO: Wtedy nie było szkół integracyjnych, ani specjalnych średnich szkół dla niewidomych. Po zdobyciu zawodu pracowali oni w Spółdzielniach Niewidomych, których było dużo, przy wielu były internaty. Jednak mnie ta perspektywa nie pociągała. Już w szóstej klasie wiedziałem, że to nie dla mnie, że muszę się wyrwać gdzieś w wielki świat. Już wtedy pomyślałem, że muszę iść na studia matematyczne. Może to dziwnie zabrzmi, ale ja naprawdę już w szkole podstawowej to wiedziałem. Jest w tym wielki udział niewidomej nauczycielki matematyki – pani Eleonory Szczepańskiej – wówczas Kuberskiej. Poszedłem do średniej szkoły masowej, do której wcale nie było się tak prosto dostać. Zdecydowałem się na LO w Łasku, bo mieściło się zaledwie 18 km od miejscowości, w której mieszkali moi rodzice, a bardzo chciałem być wreszcie blisko domu, za którym bardzo tęskniłem. I był internat. Uważałem – i jak się okazało miałem rację – że łatwiej w internacie o wspólną naukę, pomoc w czytaniu. Niestety, mimo samych piątek na świadectwie z podstawówki (szóstek wówczas nie było), co zwykle zwalniało z egzaminów do szkół średnich, postawiono warunek, że muszę zdawać egzamin – i co najgorsze – pisać go na maszynie czarnodrukowej. Maszynę miałem opanowaną bardzo dobrze, ale co innego napisać list, co innego egzamin. Pisać mogę, ale jak kontrolować, co napisałem wcześniej? Musiałem więc zrezygnować z tej szkoły. Ostatecznie poszedłem do liceum w Rogoźnie Wielkopolskim. Tam też trzeba było zdawać egzamin, ale co gorsze, kuratorium poznańskie zabraniało wtedy przyjmowania niewidomych do masowych LO! Na szczęście dyrektor zgodził się, żebyśmy zdawali egzamin, ale pod warunkiem, że po ukończeniu szkoły nie będziemy zdawali na studia. Stosowny cyrograf w naszym imieniu – niepełnoletnich niewidomych – podpisał kierownik szkoły w Owińskach, pan Abramowicz.

AZ: Naprawdę tak było? Aż trudno uwierzyć?!

JO: Tak, w PRL-u było wiele kuriozalnych rozporządzeń, całe szczęście, że nie wszyscy się nimi przejmowali. Zarówno wydający, jak i ci, którzy powinni je egzekwować. Przed egzaminem Pan Abramowicz wziął nas na bok i powiedział, że musiał takie oświadczenie podpisać, ale żebyśmy się nie przejmowali, bo jak już będziemy mieli świadectwa w kieszeni, to zrobimy, co zechcemy.

AZ: Jak tam się pan odnajdywał?

JO: Muszę panu powiedzieć, że okazało się, że jesteśmy przygotowani świetnie. Tylko z WF-u byliśmy zwolnieni i z PO (przyp. autora: przysposobienie obronne), a poza tym radziliśmy sobie doskonale. Nawet z geografii. Używam liczby mnogiej, bo oprócz mnie do liceum im. Przemysława dostali się jeszcze kolega i koleżanka z Owińsk. Szkołę w Owińskach wspominam miło, między innymi dlatego, że uczyli tam dobrzy nauczyciele i mieliśmy różne pomoce, jak na przykład wypukłe mapy zrobione przez nauczycieli. Taka manufaktura, ale porządna. W liceum odpytywano nas ze znajomości mapy w następujący sposób: gdy jakaś uczennica, na przykład, źle pokazywała na mapie, to nauczycielka mówiła – „Jasiu popraw” i dalej to było to na tej zasadzie, że określała, co zostało pokazane faktycznie, a ja mówiłem, czy skorygować w górę, czy w dół, czy po skosie itd. Tak samo dobrze radziliśmy sobie z rysunkami, czy wykresami. I znowu muszę wspomnieć świetną nauczycielkę matematyki z Owińsk, która nas strasznie „męczyła”, bo musieliśmy robić różnego rodzaju rysunki i rzuty i to w dodatku popołudniami, po lekcjach, co nam się oczywiście średnio podobało. Przydało się jednak bardzo i w liceum wręcz błogosławiliśmy ją za to, że mamy to tak świetnie opanowane. Nawet później już, gdy moje dzieci chodziły do szkoły, potrafiłem wytłumaczyć im, jak używać przyrządów podczas konstrukcji figur geometrycznych.

AZ: A jak w tym liceum wyglądała codzienna nauka? Czy miał pan jakąś maszynę brajlowską do pisania?

JO: Maszynę miałem i wszystko pisałem na niej. Z tym, że już począwszy od liceum, nie miałem żadnego podręcznika w brajlu. Wszystko polegało na tysiącach stron notatek i pomocy innych. Ja sam produkowałem kilkadziesiąt kilogramów rocznie!

AZ: Nauczyciele oczywiście nie znali brajla?

JO: Nie znali.

AZ: A więc jak wyglądało sprawdzanie klasówek?

JO: To wyglądało tak, że gdy nauczyciel zbierał prace, od razu brał nas na bok i musieliśmy czytać, co napisaliśmy brajlem.

Nie było prób naciągania treści w ostatniej chwili?

JO: Zdarzały się próby, ale bardzo rzadko – można było jednak wpaść. Mieliśmy taką sytuację z nauczycielką języka francuskiego – zrobiła notatkę z tego, co uczeń jej przeczytał, a potem poprosiła o ponowne odczytanie kogoś innego…

AZ: I wszystko się wydało!

JO: Właśnie! Bo nas było w tym liceum troje niewidomych, więc mogła tak nas sprawdzić. Z jednej strony można było coś tam naciągnąć, z drugiej – to było duże ryzyko. Widzący koledzy też potrafili czytać prace, a nawet wypracowania z czystych stron i czasami się udawało.

AZ: Pozostawmy już szkołę, bo jestem niezmiernie ciekawy, jak w ogóle się żyło w tamtych czasach? Czy widzący byli bardziej, czy mniej życzliwi dla niewidomych?

JO: W życiu codziennym było dużo gorzej, ludzie unikali kontaktu z niepełnosprawnością. Na przykład taka sytuacja – stoję na przystanku i wiem, że ktoś obok jest. Pytam o numer tramwaju i czuję, że ten ktoś powoli zaczyna się delikatnie oddalać – boczkiem, chyłkiem. Interakcja z niewidomym była stresująca. Z drugiej strony środowisko było bardziej zintegrowane. Nie było przecież możliwości odszukania czegoś w Internecie, koledzy sobie chętnie pomagali, nie było kłopotu ze wspólną nauką. Nawet jak się przyszło do Okręgu do Związku, to atmosfera była bardziej swojska. Nie przychodziło się jak do instytucji, tylko jak do klubu.

AZ: A jak było, jeśli chodzi o jakieś udogodnienia, na przykład na mieście? Teraz mamy komunikaty głosowe w komunikacji miejskiej, specjalne wypustki przy peronie, żeby można było wyczuć pod stopami, coraz częściej tabliczki z brajlem, plany wypukłe. Czy wtedy coś było?

JO: Nie było żadnych takich rzeczy, wszystko trzeba było sobie zorganizować samemu. Teraz jest naprawdę dużo łatwiej.

Ciąg dalszy rozmowy, w którym dr Jan Omieciński wspomina swoje studia i kolejne dziwne rozporządzenia PRL-owskich władz, a także początek komputeryzacji niewidomych w Polsce w następnym numerze.

Komentarze

komentarze