Chiny. Pamiętnik z podróży cz.1

Autorka artykułu jest ukraińską studentką uczącą się na Uniwersytecie Warszawskim. W listopadzie usłyszała o konferencji Reha For The Blind® in Poland oraz o spotkaniu Wschód-Zachód, organizowanym w jej ramach. Zgłosiła się jako tłumaczka języka rosyjskiego, ale zna również angielski. Łatwo się domyślić, że także ukraiński i polski. Była z nami podczas obrad i pomagała naszym gościom. Jest przemiłą, młodą dziewczyną, która – jako osoba widząca – polubiła świat dotyku i dźwięku, czyli niewidomych i niedowidzących. Lubi podróżować, więc – wobec tego, że poznała nasz świat – potrafi opowiadać dla nas interesująco: jak wyglądają miasta i życie daleko stąd. Zamieszczamy tutaj jej krótki artykuł, a gdy się spodoba, zamieścimy w kolejnych numerach cały cykl o jej przygodach. Zapraszamy!

Przed kilkoma miesiącami miałam przyjemność poznać działaczy Fundacji Szansa dla Niewidomych wraz z ich szefem Markiem Kalbarczykiem. Właśnie on, usłyszawszy o mojej podróży po Chinach oraz wyjeździe do Indii na półroczne stypendium, zaproponował opisanie moich wojaży, tak, aby osoby niewidome mogły w wyobraźni odtworzyć tę podróż. Przyjęłam propozycję, gdyż jest to świetna szansa na uwiecznienie swoich przeżyć, wspomnień. To fajna okazja do przybliżenia osobom niewidomym piękna świata, które nie jest im znane.

Rano, 5 sierpnia wylądowałam na płycie lotniska Pudong w Szanghaju – moja zaplanowana na niemal rok przygoda z podróżami właśnie się zaczęła. Zostałam odebrana przez mojego chłopaka – Kubę, jego brata – Piotrka wraz z jego chińską koleżanką, którą z powodu trudności językowych nazywaliśmy Robin.

Mój pierwszy kontakt z Chińską Republiką Ludową nie należał do najprzyjemniejszych. Upiorne gorąco, tak silnie dające się we znaki przez niemalże 90 % wilgotności powietrza i przytłaczający ogrom budynków oraz – gdziekolwiek nie spojrzeć – nieprzebrana masa ludzi zajętych własnymi sprawami. Poznawanie Szanghaju zdecydowaliśmy się zostawić na koniec naszego pobytu w Chinach. Zostawiliśmy walizki w hotelu i wsiedliśmy w pociąg do Suzhou – miasta kanałów, zwanego również „Wenecją Wschodu”. Zanim jednak byliśmy w stanie nacieszyć się pięknem tego miasta, musieliśmy przywyknąć do niewyobrażalnego dla zachodniego turysty chaosu, panującego na chińskich drogach. Masa samochodów, rowerów i skuterów mieszająca się ze sobą niezależnie od kierunku, świateł czy zasady pierwszeństwa. Najgorsza dla nas była jednak dobiegająca z tej masy nie dająca się opisać kakofonia klaksonów, trąbek i dzwonków. Chińczycy mają zupełnie inne niż Polacy wyobrażenie do czego służą na drodze sygnały dźwiękowe. Używają ich dosłownie do wszystkiego – wyrażenia złości, aby kogoś pospieszyć, ostrzec, pozdrowić, pożegnać i wiele, wiele innych. Nie potrafię sobie wyobrazić w tej sytuacji osoby niewidomej, mającej wyostrzony słuch. Najgorsze dla nas były wszechobecne elektryczne skutery, które bezgłośnie sunęły po wąskich uliczkach Suzhou, aby kilka metrów za naszymi plecami zmrozić krew w żyłach swoim przeraźliwym jazgotem klaksonów.

Abstrahując jednak od ruchu ulicznego, miasto zasługiwało na swój przydomek. Piękno krzyżujących się kanałów, przepływających po nich łódek, kamienne mosty – wszystko to nasuwało nam naturalne skojarzenia z włoską Wenecją. Będąc w Suzhou nie mogliśmy pominąć ich słynnego ogrodu. Pokrywał się on w zupełności z naszymi wyobrażeniami dotyczącymi chińskich ogrodów – finezyjne połączenie wysublimowanej zieleni z licznymi stawami pełnymi ryb i żółwi. A nad tym wszystkim dominujące chińskie altanki, połączone ze sobą gwałtownie skręcającymi ścieżkami. Piotrek widząc nasz pytający wzrok, wytłumaczył, że system skręcających niemalże o 90 stopni ścieżek wynika z miejscowych wierzeń i przesądów. Chińczycy wierzą, że duchy chodzą jedynie prosto, więc nagle skręcające drogi uniemożliwiają im dostanie się do ogrodów. Zwrócił przy tym naszą uwagę na wyjątkowo wysokie progi w drzwiach wejściowych domostw i niektórych sklepów, które, jak się okazało, mają takie same przeznaczenie.

Napięty harmonogram podróży uniemożliwił nam nacieszenie się pięknem miasta Suzhou w pełni. Kolejne miasto, które odwiedziliśmy, nazywało się Tongli, i ono również słynęło z imponującej sieci kanałów. Sam wjazd do miasta był płatny, co – jak się później okazało – było dość powszechnie panującym w Chinach systemem pobierania opłat od turystów. Centralnym punktem miasta jest skrzyżowanie trzech kanałów. Według lokalnych wierzeń, przejście się po kamiennych mostach, łączących te kanały, miało zapewnić szczęście i dostatek. Samo miasto w ciągu dnia nie zrobiło na nas imponującego wrażenia – zbyt bardzo kojarzyło się z Suzhou, które było zdecydowanie większe. Jednak, jak tylko zapadł zmrok, naszym oczom ukazał się niesamowity widok. Drzewa wzdłuż kanałów, podświetlone delikatną, zieloną poświatą. Poniżej złote światło padające na kamienne ściany kanału i odbijające się w oknach budynków – a wszystko to miało swoje lustrzane odbicie w wodzie znajdującej się pod nami. Stojąc tak na jednym z mostków, podziwiając rozpościerający się przede mną widok, wdychałam ciepłe, niemalże tropikalne powietrze, na szczęście nie tak już ciężkie jak za dnia, zaś w moich uszach brzmiały chińskie chrabąszcze, znacznie głośniejsze od swoich polskich odpowiedników. Te kilka godzin wieczornej przechadzki po Tongli zrekompensowało nam długą podróż i początkowe rozczarowanie tym miastem.

Zupełnie innym aspektem naszej podróży, która zasługuje na obszerny opis, jest niesamowita kuchnia chińska, którą stopniowo odkrywaliśmy przez całą podróż. Pierwszym kontaktem z nią był zakup w Suzhou nieznanych nam wcześniej owoców – m.in. kwiatu lotosu. Mechanizm jej jedzenia podobny jest do naszego słonecznika – z zielonej okrągłej rośliny wydłubuje się małe kuleczki, które zjada się po nadgryzieniu i pozbyciu się osłonki. Smakuje jak połączenie orzecha włoskiego z ziarnami słonecznika. Innym ciekawym doświadczeniem były pomarańczowe owoce, nieznane nam niestety z nazwy, które zawierały intensywnie czerwony miąższ, momentalnie nasuwający nam skojarzenia z krwią. Były bardzo słodkie, a jedzenie ich przypominało konsumowanie granatów.

Kolacja była dla mnie dużym zaskoczeniem, choć chyba spodziewałam się czegoś podobnego. Po zajęciu stolików kelner pospieszył, aby nas obsłużyć. Od pierwszego dnia pobytu w Chinach zauważyłam zalety bycia Europejką – byliśmy zdecydowanie szybciej obsługiwani niż pozostali klienci, a kucharze przykładali wyjątkową staranność do naszych zamówień. Kelner uśmiechając się od ucha do ucha i chyląc w ukłonach, ku naszemu zdziwieniu położył jedno menu naprzeciw Piotra. W Chinach daje się po prostu tylko jedno menu, gdyż to gospodarz podejmuje decyzję co zamówić, tak samo jak tylko on płaci za cały posiłek. Z uwagi na to, że menu było jedynie w języku chińskim i nie zawierało zdjęć, i tak nie byłabym w stanie sama zdecydować co zjeść. Po wysłuchaniu zamówienia, kelner przynosi pojedyncze dania, które jedzą wszystkie osoby przy stole i robią to przy pomocy pałeczek. Dania nie są przypisane do poszczególnych osób, lecz dla całej grupy. W pierwszej kolejności przyniesiono nam korzeń lotosu. Był różowego koloru z dziurami, które były zapełnione nadzieniem ryżowym. Był pokrojony w grube pasy i serwowany na zimno w słodkim sosie. Następnie przyniesiono nam suszone figi i ziemniaki. Jednak zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ziemniaki, gdy prosiłam Piotrka aby je dla mnie zamówił. Niedogotowane, pocięte w cieniutkie paseczki, podobne do słomek, serwowane z papryką i ostrym sosem. Zdecydowanie wolę polski sposób ich przygotowywania. Moją uwagę zwróciła jeszcze kapusta z mięsem, podana na podgrzewanym półmisku. Byłam zdziwiona jak bardzo mi ta gorąca kapusta smakowała. Choć przekonaliśmy się do jedzenia za pomocą pałeczek, Chińczycy bowiem tak przygotowują dania, że jedzenie sztućcami byłoby nie lada wyczynem, jednak skonsumowanie ryby sprawiło nam sporo problemów. Smażona i podana razem z głową, była bardzo smaczna, jednak pozbycie się ości za pomocą pałeczek było pewnego rodzaju ekwilibrystyką. Tak więc jedzenie bardzo mi smakowało, ale, do czego wciąż nie jestem w stanie przywyknąć, to forma podawania dań – pojedynczo, nie zwracając uwagi na kolejność. Dla przykładu, lody zamówione na deser, zostały podane w połowie posiłku, kelner nie potrafił zrozumieć, dlaczego chcemy, aby przyniósł je później.

Początek mojej podróży do Chin przyniósł mi wiele nowych doświadczeń. Ogromna odmienność kultury, architektury czy kuchni sprawiły, że po trzech dniach pobytu tutaj czułam się jakbym ujrzała o wiele więcej niż podczas wielu ze swoich podróży po Europie. Siedząc w pociągu do Hongzhou, wiedziałam, że jeszcze wiele przede mną, ale wrażeniami podzielę się z wami później.

Komentarze

komentarze