Brajlowska kierownica

Często bywamy w telewizji albo w radiu. Emancypacja niewidomych i niedowidzących, walka o nasze prawa, dyskusje o naszym losie oraz o traktowaniu nas przez resztę społeczeństwa, są dla mediów interesujące. Stanowimy, co by nie rzec, grupę nie tyle trudną dla innych, ile specyficzną. Najprostsze tematy w zderzeniu z brakiem wzroku stają się skomplikowane, bo nieznane i niewyjaśnione. Narzekamy, że media zbyt rzadko o nas mówią, ale z drugiej strony jesteśmy w nich obecni i tak częściej, niż wiele innych grup obywateli. Obecność w mediach daje szansę na wyjaśnienie jak to jest, gdy się nie widzi wcale lub widzi się tylko troszkę. Dosyć niedawno zrozumiałem, że niewidomy niewidzący od urodzenia nie ma w wyobraźni telewizora jako ekranu, na którym toczy się jakaś akcja, jak mają widzący, lecz jako telewizyjną „objętość” wyczuwalną, gdy się telewizor obejmie dwiema rękami, a więc przede wszystkim jako jego tylną stronę z podłączonym kablem elektrycznym i antenowym. Właśnie tak poznaje to urządzenie niewidomy, gdy do niego podchodzi i go ogląda. Obejmuje go ramionami i rzeczywiście ma w dłoniach jako pierwszy tył jego obudowy. Trudno się dziwić, że media chętnie o tym rozmawiają. Podobnie z wieloma innymi kwestiami związanymi z życiem bez obrazów.

Zaproszono więc nas do telewizji po raz kolejny. Nie pamiętam, jaki to był program, może Jedynka, albo Dwójka, w każdym razie na pewno chodziło o ulicę Woronicza w Warszawie. Mieliśmy porozmawiać o szansach niewidomych w szkołach, na uczelniach i na rynku pracy. Mieliśmy tam dotrzeć w dosyć dużym gronie. Prowadzący audycję chciał porozmawiać z różnymi osobami i to nie tylko w sensie personalnym, ale przede wszystkim w kwestii zróżnicowania zajmowanych stanowisk i realizowanych ról. Mieliśmy dojechać do telewizji każdy z innej strony. Jedni z Mokotowa (mieli niedaleko), inni z Żoliborza, a my z Białołęki (mieliśmy najdalej). Dziennikarz czekał w poczekalni, która znajduje się na parterze gmachu telewizji. To tam zbierają się goście biorący udział w programach. Nasi docierali tam jeden po drugim. Niektórzy lubią przybyć wcześniej. Nie spieszą się, lecz wyjeżdżają z domu wystarczająco wcześnie, by dojechać bez nerwów. Inni denerwują się na samą myśl o występie i przedłużają wyjazd z domu. Potem spieszą się na trasie i wpadają do telewizji w ostatniej chwili. Nie wiadomo, która metoda jest lepsza – czy jechać spokojnie i przygotowywać się razem z prowadzącym audycję, czy lecieć na skrzydłach, by wpaść zadyszanym, jak najdłużej nie myśleć o programie i swojej w nim roli zgodnie z zasadą: im mniej czasu na myślenie, tym mniej stresu. Ja nie opowiadam się za żadną z tych metod, lecz po prostu mam tyle zajęć, że zazwyczaj dojeżdżam w ostatnim momencie, albo się spóźniam. Tak też było i wtedy.

Wyglądało na to, że zdążymy na czas, chociaż i owszem – moglibyśmy ruszyć wcześniej. Znowu mnie coś zajęło. Mijaliśmy kolejne skrzyżowania i światła, czas nieubłaganie leciał, a ja obserwowałem, jak urzeczywistnia się wizja spóźnienia. Zamiast jechać w spokoju i szykować się z innymi merytorycznie, byłem coraz bardziej zdenerwowany. Inni też się niepokoili.

Mój przyjaciel był już w gmachu telewizji. Przyjechał jako pierwszy i witał kolejnych gości. W holu pojawił się dziennikarz prowadzący program i zaczął aranżować audycję. Obok przyjaciela usiadła przy stoliku znajoma niewidoma studentka, która też brała udział w programie. On był spokojny. Nie pamiętam, by kiedyś się denerwował. Facet nie miał chyba nerwów, a stres był mu obcy. Co innego ona. Miała być w telewizji po raz pierwszy. Dopytywała się, kto już przyjechał, na kogo jeszcze czekamy i zaproponowała, by już iść do studia. Pewnie chodziło o to, by jak najszybciej się to odbyło i skończyło. Z coraz większym niepokojem odnotowywała fakt, że mnie jeszcze nie ma. Naciskała, by przyjaciel sprawdził, gdzie jestem i kiedy dojadę. Chyba mu za bardzo marudziła, bo uruchomiła jego sławny, nieokiełznany i złośliwy dowcip.

– Nie denerwuj się, on zawsze dociera na ostatnią chwilę.

– No, ale już powinniśmy przejść do studia i nagrywać.

– Spokojnie, studio jest zarezerwowane od konkretnej godziny. Wcześniej nawet nas tam nie wpuszczą.

– No, ale właśnie już jest ten czas.

– Naprawdę?

– Spójrz na zegarek!

– Faktycznie – spojrzał, sprawdził i potwierdził.

– No dobrze. To tylko tyle znaczy, że Marek na pewno jest nieopodal.

– No, ale mógłby jechać szybciej!

– No wiesz! A jak on ma jechać szybciej?

– A w czym problem?

– Czy uważasz, że niewidomy może jeździć szybciej niż Marek?

– Jak to: Marek? To on sam kieruje?

– Nie wiesz, że jest kierowcą i jako pierwszy na świecie ma specjalny samochód dla niewidomych z brajlowską kierownicą?

Niewidoma studentka najwyraźniej nie była zorientowana, że nie istnieje taka kierownica i taki samochód, i uwierzyła. Nie mogła się nadziwić, ale już snuła marzenia, że ona też będzie miała auto z taką przedziwną brajlowską kierownicą. Gdy dojechałem do telewizji i wyjaśniliśmy jej, że to tylko żart, obraziła się na nas i chyba do tej pory nas nie lubi.

Program się udał. Nasza grupa spisała się na medal. Zarówno widzący, jak i niewidomi goście byli w dobrej formie i humorze. Opowiadali o problemach naszego środowiska i możliwych rozwiązaniach. Nie poruszyliśmy tematu produkowania samochodów dla niewidomych, czy to wyposażonych w kamery i systemy komputerowe analizujące obrazy i sterujące ruchem ulicznym, czy polegające na brajlowskich kierownicach. Niewidoma studentka nie odzyskała humoru, bo też mój przyjaciel po prostu przesadził. Nie z każdym można żartować w taki sposób, jak on lubi.

Mimo braku specjalnej kierownicy, lubię kierować samochodem. Wsiadam za zupełnie normalną kierownicą, a obok sadzam kogoś widzącego. To on kontroluje wydarzenia i jedziemy. Mój rekord prędkości wynosi 30 kilometrów na godzinę i został ustanowiony na ulicy Dewajtis w Warszawie. Był wieczór i nikt wtedy nie przechadzał się tą ulicą. Nie minęliśmy żadnego samochodu, ani pieszego, więc mogłem się rozpędzić do „niebotycznej” prędkości. Wiem, że w ogóle nie powinienem jechać, ale przyjemność była bardzo duża.

Komentarze

komentarze