Ach, te smażone rybki…

Było to dawno temu. Zanim opowiem coś wesołego z ostatnich lat, muszę spisać relacje z wydarzeń, które są powoli zacierane przez czas. Było to na tzw. obozie sportowo-rehabilitacyjnym, który co roku organizował kiedyś Polski Związek Niewidomych. Lubiliśmy jeździć na te obozy. Zbierało się tam około stu osób. Najpierw lubiliśmy tam być, bo byliśmy młodzi, chodziliśmy do liceów, a razem z nami byli starsi od nas studenci. Dla chłopaków szesnasto- czy siedemnastoletnich możliwość spędzania czasu ze studentami, podpatrywanie ich zachowań, przysłuchiwanie się rozmowom było interesujące. Potem dobrze się bawiliśmy jako studenci, bo podobało się nam z kolei to, że jeżdżą z nami młodsi, dla których byliśmy idolami. Tak czy inaczej wiele pokoleń niewidomych i niedowidzących przeszło dobrą szkołę życia na tych obozach.

Co my tam robiliśmy? Wszystko! Były zajęcia rehabilitacyjne, sportowe, rozmaite zabawy i grandy. Tak samo dobrze bawiliśmy się podczas gry w tzw. piłkę dźwiękową, jak podczas ognisk z kiełbaskami i kartofelkami. Najfajniej jednak było podczas tzw. dnia obozowicza, kiedy to my rządziliśmy, a kadra się ukrywała, byśmy jej nie dopadli i nie kazali myć talerzy, albo sprzątać pokojów. Na takich obozach były też organizowane wycieczki. Kiedyś pojechaliśmy do Trójmiasta. Zwiedzaliśmy różne zabytki i atrakcje, ale mieliśmy też trochę wolnego czasu. I gdzie poszliśmy wtedy w Gdyni? Oczywiście na smażone rybki. W tamtych czasach Polacy nie należeli do specjalnie dobrze najedzonych, toteż marzyło się o smacznej świeżej rybce jak nie wiem co.

Siedliśmy przy stoliku (znaczy ja z moim przyjacielem Andrzejem) i poczekaliśmy na dziewczynę, która przyjmowała zamówienia. Podeszła, zamówiliśmy po kargulence i butelce coli oczywiście, bo ona wiodła w tamtych czasach prym. Była nadal nowością i szlagierem, gdy przed jej epoką mogliśmy zadowalać się jedynie jakąś nieokreśloną oranżadką. Czasem ten polski napój był naprawdę smaczny, a czasem pożal się Boże.

Po jakimś czasie dziewczyna przyniosła nam rybki i zabraliśmy się do jedzenia. Obok naszego stolika były inne, wszystkie zajęte, a najbliżej siedział jakiś facet z towarzyszką. Słyszeliśmy, że rozmawiają, ale nie wiedzieliśmy o czym. Nie słuchaliśmy, bo sami byliśmy nad wyraz gadatliwi. Niedużo czasu zajęło nam zjedzenie naszych porcji i czekaliśmy na rachunek. Co jakiś czas pojawiały się mocne powiewy wiatru. Morze nie było daleko, więc zapewne była to bryza. W Gdyni często wieje wiatr niedaleko brzegu, a właśnie tam byliśmy. Nie znaczy to jednak, jakoby można było zgadnąć, czy przewidzieć, co się mogło stać. Pojawił się więc jakiś mocniejszy powiew, coś przed moim nosem szurnęło i zaraz się uciszyło. Niczego podejrzanego nie zauważyłem. Pomyślałem, że co najwyżej przesunął się lekko mój talerzyk z resztkami ryby. Siedzę sobie spokojnie, minę mam roześmianą, bo ten Andrzej nieustannie gaworzył. Miał taki talent do bajdurzenia, że trzeba było trzymać się za brzuch raczej ze śmiechu, niż głodu lub przejedzenia. Jakoś zrobiło się cicho i po pewnym czasie facet siedzący najbliżej nas odezwał się dziwnym głosem: „Czy może pan to zabrać?” Skąd miałem wiedzieć do kogo to mówi oraz z jakiego powodu ktoś miał coś zabierać? Mój przyjaciel już zaczął pękać ze śmiechu, ale się powstrzymywał. A ja nic! Mam myśli zupełnie gdzie indziej, czemu pewnie towarzyszyła idiotycznie spokojna i głupkowata mina.

Facet obok powtórzył swoje żądanie, ale teraz nie było to grzeczne – raczej zaczepne. Wtedy zaczęło do mnie docierać, że jest obrócony w moją stronę, co być może oznacza, że mówi do mnie. Mój przyjaciel zaniemówił i chyba chciał się śmiać, ale tego nie robił. Za to towarzyszka faceta szemrała coś po cichu, a ten coraz bardziej się wkurzał. Coś tam psioczył, a ja nadal nic.

Jakież było moje zdziwienie, gdy Andrzej powiedział mi, gdy oni już wstali i się oddalili, że mocno narozrabiałem. Wiatr, który przemknął mi przed nosem, zgarnął ze stolika mój tekturowy talerzyk z resztkami rybki: ogonek, skórka, małe płetwy, może był tam też łepek, uniósł to do góry i przeniósł w stronę tegoż faceta. Tam lot tego „samolociku” się zakończył na jego piersiach. Trudno się dziwić, że się wściekał, ale potem, gdy obaj z Andrzejem wyobrażaliśmy sobie tę scenę: faceta z talerzykiem przyklejonym do koszulki jak medal z wychylającymi się w dół resztkami mojej rybki, jego towarzyszkę szepczącą mu do ucha zapewne o tym, że nie ma co się awanturować, bo ja jestem niewidomy, Andrzeja, który ledwo powstrzymywał się od parsknięcia śmiechem i wreszcie mnie z idiotyczną miną wyglądającą prowokacyjnie, nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Och, jak dobrze, że ten gość nie był przy stoliku sam, bo bez tej towarzyszki dałby mi zapewne w twarz, a dopiero potem dowiedziałby się, że nie mogłem mieć innej miny, gdy nie wiedziałem, co wylądowało na jego koszulce. Niech mi ten gość choć teraz wybaczy.

Komentarze

komentarze