25 lat polskich przemian. Wielki technologiczny skok niewidomych – od izolacji do integracji Marek Kalbarczyk

Kto by się spodziewał, że wydarzenia, które przypominam w następnych akapitach, nie mające na pierwszy rzut oka z rehabilitacją inwalidów wzroku wiele wspólnego, odegrały dla tego środowiska tak ważną rolę. Ci, którzy są już „mocno dorośli”, obserwowali je zarazem z obawami i nadziejami, ale dotyczyło to przecież sfery politycznej, społecznej i ekonomicznej, a nie rehabilitacyjnej. Tymczasem życie po raz kolejny spłatało figla i wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.

Zebrała się cała nasza rodzina i wcale nie z poważnego, politycznego powodu. Byliśmy po prostu na imieninach wujka. Tak się jednak złożyło, że właśnie w tym dniu, wieczorem, miało dojść do spektakularnego wydarzenia – dopuszczenia po raz pierwszy od lat przewodniczącego Solidarności Lecha Wałęsy do oficjalnych mediów. Zorganizowano jego spotkanie z szefem oficjalnych związków zawodowych – panem Miodowiczem. Mieli wymienić się poglądami o Polsce i jej sytuacji. Najpierw było to nie do pomyślenia. Przez kilka lat wszystko było zakazane. Urocze czasy Pierwszej Solidarności minęły i w coraz większym stopniu stawały się mglistym wspomnieniem. Potem rodziła się druga edycja związku, ale inna, nieporównywalna. Brakowało już entuzjazmu, wiary, zaufania. Wielu ludzi nie wiedziało jaka jest w zasadzie prawda. Do dzisiaj trwają spory w tej kwestii. I nagle, pod wpływem sytuacji ekonomicznej oraz nacisków Zachodu, władze zdecydowały się na dialog. Siedzieliśmy więc przy imieninowej kolacji, częstowaliśmy się kolejnymi potrawami, a gdy na ekranie pojawił się Wałęsa i Miodowicz – przy stole się uciszyło. Zgodnie z przewidywaniami przewodniczący Solidarności zmiażdżył swego adwersarza. Chyba nie powiedział nic wielkiego poza zwyczajną uczciwą prawdą. W Polsce już nic nie działało jak należy i nic nie było można poprawić. Nikt nie chciał ruszyć do pracy i nikt nie wiedział, jak pokierować społeczeństwem, by planowane przez władze reformy się udały.

Nie musieliśmy długo czekać na zmiany. W lutym 1989 doszło do obrad przy okrągłym stole. Niezależnie od tego jak je oceniamy, spowodowały zmiany niebotyczne. W wyniku tych obrad 4 czerwca 1989 odbyły się pierwsze po II wojnie światowej wolne wybory. Wcześniej mieliśmy mnóstwo takich wyborów, bo możemy się pochwalić wolnymi szlacheckimi elekcjami w Pierwszej Rzeczpospolitej albo wyborami odbywającymi się w Drugiej Rzeczpospolitej. Od 1939 roku nam to zabrano. 4 czerwca Joanna Szczepkowska ogłosiła w telewizji, że w Polsce skończył się komunizm – i miała rację. Owszem, nie wszystko się udało, mamy mnóstwo kłopotów, ale PRL odszedł do lamusa, podobnie ustrój społeczny nazwany komunistycznym, który był w praktyce co najwyżej socjalistyczny, a w bardziej krytycznej ocenie idiotyzmem ścigającym się z orwellowskimi wizjami.

Niedługo potem powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego i cały naród oglądał obrady sejmu, w którym toczyły się rzeczy wcześniej niespotykane. Ludzie starsi nie mogli zrozumieć co się tutaj dzieje. W większości nie popierali poprzedniego systemu, widzieli jego zło i nieefektywność, narzekali na braki w sklepach, długi, biedę, ale to, jak w roku 89 dyskutują, a czasem kłócą się posłowie, w głowie im się nie mieściło. Co innego młodsi. Dla nas wreszcie było normalnie.

Jeszcze poprzedni rząd pod kierownictwem premiera Rakowskiego dokonał reformy gospodarczej. Zmiany w tej dziedzinie rozpoczęły się już w połowie lat 80., ale ich apogeum przypadło na rok 89 i 90. W wyniku tych zmian kolejne grupy obywateli nabywały prawo do prowadzenia działalności gospodarczej. Najpierw powstawały krytykowane później spółki joint venture, spółki polonijne itd., potem zaczęto zezwalać na organizowanie spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Najpierw mogli z tego korzystać ludzie zaufani, związani z władzami, potem wszyscy.

Po pierwszym niekomunistycznym rządzie przyszła kolej na następne. Odbyły się kolejne wolne wybory i kraj odzyskiwał suwerenność.

Dlaczego o tym piszę? Stawiam tezę, że właśnie te przemiany umożliwiły rozwój rehabilitacji inwalidów wzroku. Przedtem mieliśmy to, co postanowiła nam sprezentować władza. Nie mieliśmy jej zrozumienia. Nie odważyła się dokonać reformy w tej dziedzinie, na zorganizowanie stabilnego i nowoczesnego systemu wsparcia. Nie pomogły tłumaczenia naszego środowiska, że to niezbędne, a wzory należy czerpać z Zachodu, gdzie niepełnosprawni mogą żyć jak inni. Trzeba było czekać na upadek starego systemu, by móc przystąpić do realizowania rewolucyjnych zmian w naszej dziedzinie.

Dopiero wtedy okazało się, że rację mieliśmy my – nasza społeczność. Na szczęście nowe władze były wyczulone nie tylko na kwestie polityczne i ekonomiczne najwyższej rangi. Wśród przedstawicieli władz znalazły się osoby rozumiejące nasze problemy. Od samego początku, po przełomie z roku 89, rozpoczęto prace nad zorganizowaniem systemu wsparcia. W ich wyniku w dniu 9 maja 1991 roku uchwalono ustawę o zatrudnianiu i rehabilitacji osób niepełnosprawnych, która umożliwiła stworzenie urzędu Pełnomocnika ds. Osób Niepełnosprawnych oraz Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Pierwszym pełnomocnikiem został zaprzyjaźniony z naszym środowiskiem Andrzej Urbanik, a najbardziej zasłużona w tej kwestii była i jest pani dr Joanna Staręga-Piasek. To dzięki nim niewidomi mogą liczyć na finansowe i merytoryczne wsparcie państwa i jego instytucji.

Nasze środowisko w dużej części nie rozumiało przemian. Trzeba uczciwie przyznać, że wielu ludzi z upodobaniem brało udział w przedsięwzięciach charakterystycznych dla poprzedniego systemu. Do dzisiaj jest tak na Ukrainie czy Białorusi. Stoją za tym głównie ludzie starsi. Nie muszą pracować, zarabiać na dzieci. Nie muszą studiować i móc tego robić na równi z widzącymi. W tamtych latach w Polsce, a jeszcze teraz u naszych sąsiadów, panowało upodobanie do spotkań, zabaw, potańcówek, a nawet biesiad. Renty inwalidzkie satysfakcjonują tę grupę obywateli. Co innego młodsze pokolenie. Dzisiaj w rodzinach, które mają niewidome dziecko, jest nie do pomyślenia, by ono nie uczyło się w dobrej szkole, nie poszło na studia i nie znalazło pracy. By poprzestało na stylu, który panował u nas wcześniej i do dzisiaj tam panuje. W takim klimacie na początku lat 90. większość naszego środowiska nie popierała przemian. Prywatna działalność nie była akceptowana. O mojej firmie Altix mówiono na środowiskowych zebraniach, z jakiej racji my mamy zarabiać oraz dlaczego Związek kupuje produkty i usługi u prywaciarzy? Nas to nie dziwiło. Przecież przez kilkadziesiąt lat uczono tych ludzi dławienia aktywności. Zły był rolnik zwany kułakiem, badylarz, a nawet prywatny szewc i krawiec. Owszem, powoli to się zmieniało, ale warto wiedzieć, że rewolucje nie trwają chwilę, lecz lata, nawet gdy kontynuowane są już bez hałasu.

Zmianom systemowym, również w naszej dziedzinie, towarzyszył wzrost odważnej aktywności młodych. To oni proponowali kolejne reformy. Gdy działał już PFRON mogła się odbyć dyskusja, jak pomóc rehabilitacyjnie naszemu środowisku. Przecież same spotkania, nasiadówki, biesiady, nie mogą spowodować zmiany społecznej świadomości, a były one pilnie potrzebne. Należało „wyprowadzić” niewidomych z izolacji. Dlaczego tam byliśmy? A jak można „wyjść do ludzi”, gdy nie ma się wykształcenia, pieniędzy, akceptacji itd.?” Powoli się to zmieniało. Znaleziono fundusze, chociażby na zakupy rehabilitacyjne. Znalazło się dla inwalidów miejsce w mediach, otworzyło się dla nas mnóstwo szkół i uczelni – mogliśmy już wyjść „na miasto”. To samo spotkało inne grupy niepełnosprawnych.

Jednak i to nie wystarczyłoby do osiągnięcia sukcesu, jaki nas spotkał. Mieliśmy dużo szczęścia. Oto proces przekształcania naszego kraju zbiegł się z rewolucją technologiczną na świecie. To oczywiście nie przypadek. Mówi się, że nasze zmiany i odzyskanie suwerenności wynikały z tej rewolucji. Prezydent Ronald Reagan uruchomił w Stanach Zjednoczonych tak ważne i silne procesy, które spowodowały, że RWPG kompletnie splajtowała. Tam przystąpiono do realizacji idei gwiezdnych wojen i co ważniejsze, dużo się udało. U nas nie było nawet mięsa, cukru, butów i dywanów. Oni budowali niesamowite uzbrojenie, nie mówiąc o rzeczach codziennego użytku, a my trzymaliśmy w szufladzie kartki na sandały i czekaliśmy, kiedy „rzucą” je w naszym sklepie.

Dla naszej dziedziny rozwój nowoczesnego uzbrojenia może nie mieć bezpośredniego znaczenia. Pomińmy to milczeniem. Jednak to, że przy tej okazji nastąpił niebywały rozwój technologii elektronicznej i informatycznej, niezbędnych tak samo dla wojska, jak i dla cywili, miało dla nas znaczenie zasadnicze. Oto już w latach 80. na Zachodzie każdy chciał mieć w domu komputer. Owszem, były dosyć prymitywne, ale były tak inne, niż to, co posiadano wcześniej, że nikt nie zastanawiał się nad ich możliwościami, lecz zbierał pieniążki i kupował. Moda ta przyszła i do nas. Jak zwykle w tego rodzaju sytuacjach, na punkcie tej mody oszalała głównie młodzież. Gdy tylko pozwalały na to finanse, kupowano Commodore, Spectrum, Amstrady itd. I grano!

Kto tylko mógł uczył się programować, by pochwalić się, że program działa. Byliśmy słuchaczami niebywale modnej wówczas audycji w radio – „Radio komputer”. Prowadził ją nasz dobry znajomy – Tomasz Jordan. Opowiadał o nowym świecie, robił wywiady ze specjalistami, którzy wtedy byli geniuszami nowej dziedziny, choć teraz ich prace i słowa wydają się takie małe i śmieszne. Na koniec audycji Tomasz nadawał w eter programy na wymienione modele komputerów, a gawiedź nagrywała je, by potem uruchamiać na swoich komputerkach.

W tej audycji pojawiliśmy się i my. My też programowaliśmy. Studiowaliśmy informatykę i elektronikę, wobec czego zajęcie to było dla nas naturalne. Bodaj w listopadzie 1989 Tomasz zaprosił nas do studia, byśmy zaprezentowali nasz syntezator mowy. Poszedłem tam z przyjemnością tak samo wielką, jak tremą. Na szczęście był ze mną Jan Grębecki, mój idol oraz twórca głosu naszego syntezatora. Do dzisiaj ten syntezator pracuje na komputerach wielu niewidomych. Słychać w nim głos Jana i – powiedzmy szczerze – ten głos jest naprawdę jak jego żywego. Niestety, Jana już od lat wśród nas nie ma. Został nam jego głos. Sam syntezator był i jest prosty, by nie rzec prymitywny, ale był i nadal jest bardzo skuteczny. Pokazaliśmy więc go w radiu, co spowodowało szok wśród słuchaczy. Podobnie było w Gdańsku na konferencji organizowanej przez docenta Racławskiego, a dotyczącej nauki języka polskiego jako obcego. On też nas zaprosił, byśmy mieli okazję pokazać, że ten komputerowy lektor pomoże w nauce naszego języka. Po raz kolejny pojechaliśmy tam z Janem. Gdy uruchomił komputer i syntezę mowy, naukowców i językoznawców zatkało. Były to dla nas bardzo miłe chwile.

Tak więc już pod koniec lat 80. nasze społeczeństwo weszło na ścieżkę rozwoju w stronę społeczeństwa informacyjnego.

Dzięki tym dwóm procesom (rozwój technologii oraz zmiany polityczne) stało się możliwe zorganizowanie niewidomym dostępu do informacji. Właśnie to było wcześniej największym problemem naszego środowiska. Widzący mieli książki, telewizję, gazety, czasopisma, plakaty, obwieszczenia, ulotki, nalepki i mnóstwo innych źródeł informacji. Niewidomi mieli tylko to, co wydrukowano w brajlu lub co im odczytał lektor. Dla wszystkich jest chyba oczywiste, że musiało to być bardzo mało. I nagle komputery zrównały nas w tych możliwościach. Widzący czytają treści z ekranu monitora, tego, który jest dołączony do komputera. Oprogramowanie powoduje wyświetlanie na nim informacji o toczących się tam procesach. Procesor oraz mnóstwo rozmaitych układów elektronicznych czuwa nad tym, by było jasne, co ma być wyświetlone. Gdy jednak jest to jasne, tak samo może być wyświetlone niewidomym, tyle że na monitorze brajlowskim. I tak widzący siedząc przed komputerem patrzy na monitor, a niewidomy odczytuje wypukłe brajlowskie literki na swoim urządzeniu. Te same układy powodują, że odzywa się do nas syntezator mowy i zachowuje się jak lektor. Wtedy czujemy się bosko: czytamy w brajlu i słuchamy komputerowego lektora – żyć, nie umierać!

Pierwszy syntezator mowy został udostępniony naszemu środowisku w roku 1989. Można go było kupić za parę złotych. W tamtym czasie znalazło się kilkudziesięciu zainteresowanych tym zakupem, ale już rok później ruszyła lawina. Każdy chciał czytać, uczyć się, pracować. Widzący już wiedzieli, że komputery nie są jedynie dla informatyków, lecz dla wszystkich. Powoli dowiadywali się o tym i niewidomi. Po kilku latach komputery były już wszędzie, nie wspominając, że teraz nie ma niczego bez nich. Dlaczego? Z prostej przyczyny – sterują pracą efektywnie, sprytnie, szybko i wygodnie.

Trudno się dziwić, że zrównanie możliwości niewidomych z widzącymi, które zawdzięczamy komputeryzacji, jest traktowane jak wydarzenie rewolucyjne. Mówi się, że jest porównywalne z wynalazkiem Ludwika Braille’a. On dał nam system zapisu, dzięki któremu niewidomi mogli mieć swoje książki, biblioteki, szkoły i zakłady pracy. Komputery dały nam jeszcze więcej. Dzięki nim możemy działać jak widzący i o ile Braille uruchomił aktywność naszego środowiska realizowaną jednak w specjalnie zorganizowanych enklawach, komputery umożliwiły integrację z resztą społeczeństwa. Teraz niewidomy może siedzieć obok widzącego i wykonywać tę samą pracę. Dzięki temu pojawili się oni w zwyczajnych szkołach, na uczelniach, w urzędach, zakładach pracy itd.

Do szczęścia brakowało jeszcze tylko jednego – skąd wziąć na te zakupy fundusze? I oto tworzony od początku lat 90 system wsparcia okazał się zbawienny. Niedługo potem Pełnomocnik ds. Osób Niepełnosprawnych i PFRON ogłosiły kilka programów dofinansowania rehabilitacji inwalidów wzroku: „Premia dla aktywnych”, „Wykształcenie twoją szansą”, „Pomoc indywidualna”, „Komputer dla Homera”, „Aktywny samorząd” itd.

Jestem dumny, że wziąłem w tych wydarzeniach czynny udział i że syntezator mowy Jana Grębeckiego był współtworzony również przeze mnie. To wielki prezent od losu, że miałem okazję stworzyć dla tego syntezatora algorytm wypowiadania słów, intonację, algorytm odczytywania liczb oraz program, który analizuje co należy niewidomemu przeczytać spośród rozlicznych informacji wyświetlonych na ekranie.

Komentarze

komentarze