Czy nowa Ustawa o dostępności cyfrowej stron internetowych i aplikacji mobilnych podmiotów publicznych zapewni nam dostęp do informacji?

W lipcu 2018 r. Ministerstwo cyfryzacji udostępniło do konsultacji publicznej projekt nowej ustawy, której przedmiotem jest dostępność stron internetowych i aplikacji mobilnych. Ustawa ta jest konsekwencją dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/2012 z dnia 26 października 2016 r. w sprawie dostępności stron internetowych i mobilnych aplikacji. Obecnie działa rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 12 kwietnia 2012 r. w sprawie Krajowych Ram Interoperacyjności, minimalnych wymagań dla rejestrów publicznych i wymiany informacji w postaci elektronicznej oraz minimalnych wymagań dla systemów teleinformatycznych (Dz. U. z 2017 r. poz. 2274), w którym w rozdziale 19 określono wymagania dotyczące dostępności stron internetowych. Trzeba przyznać, że rozporządzenie KRI z jednej strony zwróciło uwagę na problem dostępności stron internetowych, ale z drugiej jego skuteczność jest niewielka. Ponad połowa stron instytucji publicznych nadal jest niedostępna. Czy nowa ustawa może być skutecznym narzędziem w walce z brakiem dostępności informacji publikowanych przez instytucje publiczne na łamach serwisów internetowych? Odpowiedź jest Trudna i wielowymiarowa.

Dostępność – jak ją rozumiemy?

Dostępność stron internetowych to taki sposób prezentowania zawartych na nich informacji, który nie wyklucza żadnej grupy użytkowników bez względu na ich niepełnosprawność, umiejętności ani ze względu na to, z jakiego sprzętu czy oprogramowania korzystają. Zatem z grubsza mówiąc, dostępna strona, to taka, na której informacje graficzne są jednocześnie opisane tekstem, pola formularzy posiadają powiązane programistycznie etykiety, nazwy odnośników jednoznacznie opisują zasoby, do których kierują, a do każdego elementu można dojść za pomocą klawiatury i za pomocą klawiatury można ten element obsłużyć. Mówiąc dokładniej, jest wiele różnych elementów, które należy zakodować na stronie w odpowiedni sposób. Kwestie dostępności zostały opisane w dokumencie przygotowanym przez konsorcjum W3C o nazwie Web Content Accessibility Guidelines 2.0. Dokument wyjaśnia, na czym polega brak dostępności, kogo dotyczy, a przede wszystkim jak można sprawdzić swoją własną stronę, by mieć pewność, że zamieszczane na niej informacje będą mogły zostać odczytane, zrozumiane i obsłużone przez maksymalnie dużą liczbę odbiorców bez wykluczania kogokolwiek.

Dostępność – komu jest potrzebna?

Największe problemy sprawia osobom z niepełnosprawnościami. Wśród nich, osoby niewidome są najbardziej zauważalne. Jest tak, bo strony internetowe są tworzone przez osoby widzące, które największy nacisk kładą na ich warstwę wizualną, pomijając przy tym warstwę danych – warstwę treści. Bardzo często podnoszony jest argument o niewielkiej liczbie osób z niepełnosprawnościami na danym terenie, czy wśród użytkowników danej usługi. Pomijany przy tym jest cały uniwersalny aspekt dostępności, który sprawia, że dostępna strona jest możliwa do odczytania i obsłużenia przez wszystkich, także przez osobę niewidomą, przez osobę z niesprawnością manualną czy nawet przez osobę starszą. Nie dostrzega się korzyści wynikających z tego, że informacje publikowane na stronach będą zrozumiałe dla najsłabszych użytkowników, którzy bez zadbania o dostępność, będą potrzebować indywidualnej pomocy. . Twórcy niedostępnych stron, często nie uświadamiają sobie nawet tego, że informacji zawartych na ich stronach nie da się wyszukać za pomocą wyszukiwarek internetowych. Może przyszedł właśnie czas na zmianę błędnego przekonania, że dostępność to coś bardzo drogiego i bardzo skomplikowanego, co potrzebne jest tylko nielicznej grupie osób z niepełnosprawnościami. Należy więc uczyć, że dostępność dotyczy nas wszystkich, że nie jest niczym skomplikowanym a jedynie wymaga dbałości o poprawne stosowanie standardów i przedstawianie informacji w różnych równoważnych treściowo, ale alternatywnych pod względem odbioru formach. Tego właśnie w nowej ustawie brakuje.

Dostępność – łagodne nakłanianie, czy stanowcze wymaganie?

Moim zdaniem projektowana ustawa zbyt miękko podchodzi do obowiązku tworzenia dostępnych informacji i sposobów ich publikowania na stronach internetowych. Dopóki redaktorzy stron nie będą jednoznacznie odpowiedzialni za przygotowane informacje i ich dostępność, dopóki brak umiejętności, czy brak staranności w pracy nie będzie powodem do wyciągnięcia od takich pracowników konsekwencji służbowych, tak długo w zakresie dostępności stron internetowych nic się nie zmieni. Wcześniejsze rozporządzenie nakłada na podmioty publiczne obowiązek tworzenia dostępnych treści internetowych, a jednak brak dostępności spotykamy na każdym kroku. Myślę, że jeśli nie zaczniemy uczyć w szkołach jak korzystać z komputerowych edytorów tekstu, że formatowanie logiczne treści jest czym innym niż formatowanie wizualne, że dostępna treść, to taka, którą można odczytać w postaci zwykłego tekstu, który można dowolnie powiększyć oraz równolegle w postaci obrazu lub nagrania dźwiękowego, tak długo nie będziemy mieli specjalistów, ogarniających temat. Obecni redaktorzy i autorzy stron internetowych muszą albo się douczyć, albo zostać zastąpionymi bardziej kompetentnymi. Nie da się tego osiągnąć, jeśli nowe prawo nie będzie jednoznacznie wymagać dostępności od wszystkich i dla wszystkich publicznie dostępnych informacji. Moim zdaniem, projekt ustawy nie jest tak jednoznaczny, by osoby odpowiedzialne za serwisy internetowe miały motywacje do zmiany stanu obecnego.

Dostępność – czy potrzebni są do niej eksperci?

Dopóki autor informacji, nie będzie miał umiejętności tworzenia dokumentów elektronicznych, poprawnych logicznie i technicznie, tak długo potrzebni będą eksperci dostępności. Problem jednak tkwi w tym, że skoro potrzebni są super specjaliści od dostępności, to w powszechnym mniemaniu, dostępność jawi się, jako nadzwyczaj skomplikowana umiejętność. Mamy więc takie zamknięte koło. Eksperci są potrzebni, by badać dostępność stron internetowych i pouczać co i jak należy poprawić, ale ich obecność sprawia, że poprawki są często wstawiane w sposób mechaniczny, zwalniający autorów stron z odpowiedzialności za dostępność. Dlatego często spotykamy niedostępne strony, których autorzy i redaktorzy rozkładają ręce tłumacząc – „to nie nasza wina, zamówiliśmy audyt i wykonaliśmy wszystkie zmiany, które zalecili nam specjaliści”. Tylko co z tego? Czy w ten sposób da się osiągnąć poziom dostępnych stron? Moim zdaniem, dopóki przepisy prawa nie wymogą na autorach i redaktorach stron internetowych umiejętności samodzielnego sprawdzenia swoich własnych dokumentów, tak długo będziemy mieli problemy z dostępnością i wiele różnych poza merytorycznych uzasadnień jej braku.

Dostępność – czego wymagać?

Twardo i jednoznacznie należy wymagać dostępności, czyli zgodności ze standardem WCAG 2.0 i spełniania wszystkich określonych kryteriów. W WCAG 2.0 określono jak należy przygotować treści alternatywne i jak je prezentować. Jakiekolwiek ulgi, zwolnienia, niezależnie spowodowane kosztami, czy trudnościami kadrowymi zwalniają nasze urzędy z obowiązku tworzenia dostępnych informacji. Myślę, że zapisany w projekcie ustawy próg zatrudniania 30 osób, poniżej którego dana jednostka jest zwolniona z obowiązku tworzenia dostępnych stron internetowych jest bardzo szkodliwy. Działa nie tylko w obrębie samych stron internetowych, ale może przenosić się także na inne sfery dostępności np. architektoniczną, czy obsługi klientów z niepełnosprawnością. Moje osobiste obserwacje skłaniają mnie do wniosku, że w dużych instytucjach, w dużych miastach dostępność jest coraz częściej brana pod uwagę. Coraz częściej widzimy dbałość o strony internetowe, dbałość o dostępną przestrzeń publiczną, o dostępną komunikację i obsługę klienta. Problemy w tym zakresie są w małych miejscowościach, w małych jednostkach. Wymóg dostępności właśnie w takich małych, znajdujących się gdzieś na uboczu jednostkach jest najbardziej pożądany, bo dzięki niemu może wzrosnąć świadomość potrzeby i korzyści płynących z ogólnie pojętej dostępności i projektowania uniwersalnego. Inny problem, to zwalnianie z dostępności różnego typu treści. To kolejna pułapka wynikająca z mniemania, że dostępność to coś nadzwyczajnego. Dzisiejsze wersje programów w dużej mierze wspierajją dostępność i ułatwiają jej stosowanie. Warto kłaść nacisk na konieczność tworzenia dostępnych treści, bo dostępne dla ludzi, będą także dostępne do przetwarzania przez komputery. Wówczas korzyści wynikające z automatycznego i szybkiego przetwarzania dokumentów będą wartością wymierną i namacalną.

Dostępność – poprawa rzeczywista czy biurokracja?

W projekcie ustawy znalazły się też informacje, w jaki sposób i kto będzie nadzorował zapewnienie wymogu dostępności stron internetowych. Wpisano też sposoby pozyskiwania informacji od instytucji publicznych na temat realizowania obowiązków wynikających z ustawy. Te zapisy także budzą moje zdziwienie i podejrzenie, że jednak nie chodzi o dostępność. W dobie wymiany informacji cyfrowych online, zapisy w ustawie o wysyłaniu próśb do instytucji publicznych o raporty na temat wdrażania dostępności, zgłaszanych skarg są cokolwiek archaiczne. Przecież można stworzyć zdalny rejestr dostępności, narzędzia nadzorowane przez wskazanego ich administratora oraz systemy udostępniania treści z wbudowanymi mechanizmami automatycznie badającymi dostępność, które będą natychmiast zbierały wymagane informacje i generowały odpowiednie raporty oraz informacje o konieczności naprawy dostępności stron.

Do 2 sierpnia 2018 roku Ministerstwo Cyfryzacji, jako autor ustawy zbiera uwagi na jej temat, organizuje spotkania ze specjalistami i deklaruje chęć przygotowania dobrej ustawy, która będzie skuteczna i rozsądna. Miejmy nadzieję, że uda się wypracować takie zapisy, które zostaną dobrze przyjęte przez wszystkie strony i zapewnią wszystkim użytkownikom stron internetowych instytucji publicznych pełny i wygodny dostęp do prezentowanych na nich informacji i usług.

Co nowego w standardzie WCAG 2.1?

„Wytyczne dla dostępności treści internetowych” (ang. Web Content Accessibility Guidelines, w skrócie WCAG) to opublikowany przez organizację W3C standard, który zawiera zbiór zasad, jakimi powinni kierować się twórcy stron internetowych, aby przygotowane przez nich strony były maksymalnie dostępne dla osób z różnymi niepełnosprawnościami. Pierwsza wersja WCAG (1.0) została opublikowana w 1999 r. Szybko okazało się jednak, że WCAG 1.0 nie przystaje do nowych i szybko rozwijających się technologii internetowych. Dlatego w 2008 r. pojawił się standard WCAG 2.0, który nie odnosi się bezpośrednio do technologii stosowanych na stronach WWW, a skupia się na użytkownikach tych stron.

Wersja 2.0 ma już 10 lat i nie uwzględnia zmian, które w ostatnim czasie zaszły w świecie IT. Mowa tu przede wszystkim o szybkim rozwoju technologii mobilnych. W roku 2008 przeglądarki mobilne odpowiadały za mniej niż 1% globalnego ruchu sieciowego, obecnie smartfony i tablety generują ponad 50% ruchu.

W wersji 2.0 zauważono również pewne braki w kwestii dostępności dla osób słabowidzących oraz osób z niepełnosprawnością intelektualną. Dlatego od kilku lat trwały prace nad WCAG 2.1, która to wersja została wreszcie formalnie opublikowana 5 czerwca 2018 r.

Wersja 2.1 jest wstecznie kompatybilna z WCAG 2.0. Oznacza to, że WCAG 2.1 zawiera wszystkie wytyczne i kryteria z WCAG 2.0, a jeśli strona internetowa jest zgodna z WCAG 2.1, to automatycznie jest również zgodna z WCAG 2.0.

Nie zmieniły się stosowane w standardzie poziomy zgodności: A, AA oraz AAA. Jednak aby zachować dotychczasową numerację kryteriów z WCAG 2.0, zdecydowano się dopisać nowe kryteria na koniec już istniejących wytycznych. Dlatego przestała obowiązywać zasada, że w każdej wytycznej na początku mamy kryteria na poziomie A, potem AA i na końcu AAA.

Nowe kryteria sukcesu

W wersji WCAG 2.1 pojawiło się 17 nowych kryteriów sukcesu. Poniżej zostały one po krótce omówione. Przy każdym podano jego numer oraz poziom zgodności.

1.3.4 Orientacja (AA)

Zawartość powinna wyświetlać się i działać tak samo w każdej orientacji ekranu (pionowej/poziomej).

1.3.5 Określenie przeznaczenia elementów wejściowych (AA)

Jeśli jest to możliwe, elementy wejściowe (np. elementy formularzy) powinny być oznaczone tak, by ich przeznaczenie było możliwe do określenia dla programu komputerowego (np. czytnika ekranu).

Np. do elementów formularza „input” w języku HTML 5 powinny być przypisane atrybuty „autocomplete” z odpowiednią zawartością.

1.3.6 Określenie przeznaczenia (AAA)

Przeznaczenie komponentów interfejsu użytkownika, ikon i regionów musi być możliwe do określenia przez program komputerowy.

1.4.10 Dopasowanie do szerokości (AA)

Zawartość na ekranie powinna być wyświetlana tak, by nie było konieczne przewijanie ekranu w poziomie.

1.4.11 Kontrast elementów nietekstowych (AA)

Komponenty interfejsu użytkownika oraz ważne grafiki powinny mieć kontrast przynajmniej 3:1 względem sąsiadujących kolorów.

1.4.12 Odstępy w tekście (AA)

Osoby słabowidzące powinny mieć możliwość zmiany odstępu między wierszami, akapitami, słowami i literami.

1.4.13 Zawartość wyświetlana pod wskaźnikiem lub po oznaczeniu fokusem (AA)

Jeśli na ekranie pojawia się nowa zawartość po najechaniu na jakiś element wskaźnikiem (np. myszą czy palcem) lub fokusem klawiatury, użytkownik powinien mieć możliwość szybkiego usunięcia tej zawartości z ekranu. Jednak zawartość ta nie powinna samoistnie znikać, gdy przesuwany jest po niej wskaźnik.

2.1.4 Znakowe skróty klawiszowe (A)

Jeśli jakiś element jest aktywowany jednoznakowym skrótem klawiszowym, to musi istnieć mechanizm, który pozwala na wyłączenie tego skrótu lub jego zmianę na bardziej złożony (kilkuklawiszowy). Dzięki temu osoby korzystające z technologii rozpoznawania mowy nie doprowadzą do przypadkowego uruchomienia np. łącza lub przycisku.

2.2.6 Limity czasowe (AAA)

Jeśli brak aktywności może spowodować utratę danych, to należy poinformować o tym użytkownika. Przykładem może tu być zamknięcie częściowo wypełnionego formularza przelewu na stronie banku po kilku minutach bezczynności.

2.3.3 Animacja po interakcji (AAA)

Jeśli po interakcji ze stroną (np. kliknięciu łącza, rozwinięciu menu czy przewinięciu strony) pojawia się animacja, która nie jest konieczna do obsługi strony lub zrozumienia informacji, to użytkownik musi mieć możliwość jej wyłączenia. U niektórych użytkowników elementy animowane mogą wywołać mdłości lub bóle głowy.

2.5.1 Gesty wskaźnikowe (A)

Strona nie powinna wymagać do obsłużenia gestów wykorzystujących więcej niż 1 palec oraz takich, które wymagają narysowania na ekranie określonej ścieżki.

2.5.2 Anulowanie zdarzeń wskaźnika (A)

Jeśli użytkownik przypadkiem dotknie jakiegoś elementu, to musi mieć możliwość anulowania związanej z nim czynności np. poprzez przesunięcie palca na inny element przed jego podniesieniem.

2.5.3 Etykieta w nazwie (A)

Zapisana programistycznie nazwa elementu interfejsu użytkownika powinna zawierać także etykietę tego elementu, która wyświetlana jest na ekranie. Ułatwi to obsługę strony osobom korzystającym z rozpoznawania mowy.

2.5.4 Wzbudzanie ruchem (A)

Jeśli jakaś funkcjonalność wymaga ruchu (np. potrząśnięcia lub przechylenia urządzenia), to musi być ona dostępna także poprzez interfejs użytkownika.

2.5.5 Rozmiar celu (AAA)

Jeśli jakiś element może być obsługiwany poprzez jego dotknięcie, to musi on mieć odpowiedni rozmiar (min. 44×44 piksele CSS).

2.5.6 Współwystępujące mechanizmy wejścia (AAA)

Strona nie może ograniczać korzystania z dostępnych mechanizmów wejścia i użytkownik musi mieć możliwość przechodzenia między mechanizmami w dowolnej chwili. Mechanizmy wejścia to np. klawiatura, mysz czy ekran dotykowy.

4.1.3 Komunikaty o stanie (AA)

Komunikaty o stanie (np. o błędzie lub o powodzeniu jakiejś czynności) powinny być odpowiednio oznaczone programistycznie.

Podsumowanie

Standard WCAG 2.1 uzupełnia luki, które w ciągu ostatnich 10 lat ujawniły się w wersji 2.0. Jednak minie jeszcze wiele czasu, zanim wersja 2.1 wejdzie do prawodawstwa i zacznie być oficjalnie stosowana.

Snail mail bez znaczka, czyli prawo pocztowe dla niewidomych

W dobie Internetu i emaila coraz rzadziej kierujemy swoje kroki na pocztę, aby nadać lub odebrać list. Niekiedy jednak korzystanie z poczty tradycyjnej jest jedyną możliwością otrzymania lub nadania ważnej korespondencji. Poczta ma w swojej ofercie szereg przepisów, które ułatwiają korzystanie z niej osobom z dysfunkcjami wzroku. Warto je znać i robić z nich użytek, ponieważ zostały stworzone z myślą o wygodzie niewidomych i słabowidzących.

Przesyłka z ludzikiem, paczka brajlowska, list z naklejką – określeń na specjalną przesyłkę pocztową nadawaną przez lub do osoby z dysfunkcją wzroku, w żargonie mówi się naprawdę różnie. Wszystkie nazwy pochodzą od charakterystycznej naklejki z wizerunkiem osoby niewidomej, umieszczanej na przesyłce zamiast tradycyjnego znaczka. Aby dowiedzieć się kto tak naprawdę może taki list nadać lub otrzymać, musimy się jednak bliżej przyjrzeć przepisom.

Prawo pocztowe odnosi się do definicji osób z niepełnosprawnością wzroku w nieco niefortunny sposób. W ustawie w odniesieniu do osoby niewidomej lub słabowidzącej pojawia się sformułowanie „ociemniały”. A przecież określenie „ociemniały” fachowo odnosi się do osoby, która utraciła wzrok po 5 lub 6 roku życia (podawana jest różna granica wieku, zależnie od źródeł) i pamięta, że kiedykolwiek widziała. Co zatem z osobami, które nie widzą od urodzenia? Czy one nie mogą nadać listu korzystając ze szczególnych uprawnień? Na szczęście sytuacja wyjaśnia się w artykule 26. w ustępie 1 ustawy prawo pocztowe. Zgodnie z brzmieniem przepisu każda osoba legitymującą się orzeczeniem właściwego organu orzekającego o znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności z tytułu uszkodzenia narządu wzroku, jest „osobą niewidomą lub ociemniałą” w rozumieniu ustawy.

Kiedy mamy już określone kto może skorzystać ze szczególnych uprawnień przy nadawaniu i odbieraniu przesyłek, musimy przyjrzeć się jeszcze jednej rzeczy. A mianowicie, musimy określić co to jest przesyłka dla ociemniałych. Według ustawy prawo pocztowe jest to przesyłka z korespondencją lub druk:

o masie do 7000 gramów,

w których informacja jest utrwalona pismem wypukłym lub na innym nośniku dostępnym do odczytu przez niewidomych lub ociemniałych,

nadane w sposób umożliwiający sprawdzenie zawartości.

Przesyłka dla ociemniałych jest zwolniona od opłaty za usługę pocztową. Operator pocztowy za każdą taką przesyłkę otrzymuje z budżetu państwa zwrot. Zwolnienie od opłat nie obejmuje opłaty za potwierdzenie odbioru przesyłki rejestrowanej. Za wersję priorytetową również trzeba samemu dopłacić.

W praktyce oznacza to, że można nadać nawet 7-kilogramową paczkę ekonomiczną lub list zupełnie bez opłaty, pod warunkiem jednak, że zawiera brajlowskie lub elektroniczne pliki i jest zapakowana tak, że można okazać zawartość pracownikowi poczty w momencie nadania.

Czy taką paczkę bez znaczka można wysłać do kogo się chce? Niestety nie. Przesyłka musi być adresowana przez osobę niewidomą do:

biblioteki lub organizacji osób niewidomych lub ociemniałych,

organizacji, których celem statutowym jest działanie na rzecz osób niewidomych lub ociemniałych.

Szczegółowy spis organizacji posiadających taki status jest zawarty w rozporządzeniu Ministra Pracy i Polityki Społecznej oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z dnia 6 września 2013 r. w sprawie wykazu bibliotek, organizacji osób niewidomych lub ociemniałych oraz organizacji, których celem statutowym jest działanie na rzecz osób niewidomych lub ociemniałych. Fundacja Szansa dla Niewidomych jest taką organizacją.

Ważne jest, że biblioteka lub organizacja wyżej wymieniona również może wysyłać przesyłki dla ociemniałych adresowane do osoby niewidomej. Dzięki temu można tak wysyłać lub otrzymywać zamówione z biblioteki książki brajlowskie lub np. w wersji audio.

Istotny wyjątek pojawia się w momencie, kiedy niewidomi chcą korespondować między sobą, lub gdy osoba trzecia chce coś niewidomemu wysłać. W takiej sytuacji tylko przesyłka zawierająca wyłącznie informacje utrwalone pismem wypukłym może być wysłana bez opłaty.

Nie wiadomo czemu ustawodawca wprowadza tutaj ograniczenie co do innych nośników dostępnych do odczytu przez niewidomych lub ociemniałych.

Przesyłka dla ociemniałych to nie jedyne udogodnienie, jakie ma w swojej ofercie poczta tradycyjna. Zgodnie z przepisami, osoba niewidoma lub ociemniała może złożyć w urzędzie pocztowym wniosek o:

doręczanie przesyłek rejestrowanych do rąk własnych,

przyjmowanie od osoby niepełnosprawnej w miejscu jej zamieszkania prawidłowo opłaconej przesyłki pocztowej niebędącej przesyłką rejestrowaną.

Wszystko to bez pobierania dodatkowych opłat.

Szansa na spotkanie z kulturą!

Zapraszamy do udziału w wydarzeniach kulturalnych organizowanych przez Fundację Szansa dla Niewidomych:

„Widzę dotykiem”

Projekt obejmie spotkania w całej Polsce, podczas których będziemy promowali czytelnictwo wśród osób z niepełnosprawnością wzroku. Każdemu z nich będzie przyświecała idea promowania literatury o zróżnicowanej, ambitnej i ciekawej tematyce. W programie spotkań znajdą się prezentacje brajlowskich nowości wydawniczych, spotkania autorskie dotyczące książek wydanych w brajlu, dyskusje i rozmowy z autorami, warsztaty z czytania dotykiem tekstu i wypukłych rycin oraz konferencje prasowe.

Do udziału w tych spotkaniach zapraszamy nie tylko osoby niewidome i niedowidzące, ale wszystkich zainteresowanych. Chcemy, by literatura w wersji brajlowskiej zajmowała szczególne miejsce wśród oferty kulturalnej dedykowanej osobom z niepełnosprawnością wzroku. Niestety, ze względu na koszty dostosowania form przekazu, oferta literacka dla tych osób nie jest tak szeroka, jak dla innych. Wymaga więc szczególnego podejścia – promocji, odpowiedniego doboru tytułów, dodatkowych elementów informacyjnych i wzbudzających ciekawość czytelników. Celem organizowanych przez nas spotkań będzie inspirowanie do podejmowania prób interpretacji twórczości literackiej i podejmowania dyskusji z innymi czytelnikami.

„Biblioteki otwarte dla wszystkich”

Jako uzupełnienie do działań dedykowanych czytelnikom, chcemy przygotowywać bibliotekarzy do profesjonalnej obsługi osób niepełnosprawnych. W ramach projektu w bibliotekach w całym kraju odbędą się szkolenia dla pracowników z zakresu ich profesjonalnej obsługi. Fundacji zależy na promocji czytelnictwa w naszym środowisku, które zawsze słynęło z ponadprzeciętnej fascynacji książkami.

„Warszawskie Wieczory Filmowe Gałczyńskiego 7”

Mieszkańców Warszawy i jej okolic zapraszamy na spotkania o tematyce filmowej, które odbędą się w naszym Salonie Prezentacyjnym przy ul. Gałczyńskiego 7. Będziemy mieli okazję zapoznania się z nowościami kinowymi, do których nasza Fundacja specjalnie przygotuje audiodeskrypcję. Spotkamy się z artystami i twórcami filmowymi, którzy wezmą udział w dyskusjach towarzyszących tym pokazom.

Powyższe inicjatywy możemy zrealizować dzięki dofinansowaniu ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Szczegółowe informacje o poszczególnych wydarzeniach będą publikowane na stronie internetowej Fundacji: http://www.szansadlaniewidomych.org/ w zakładce „Projekty” oraz w Aktualnościach, a także na naszych fanpage’ach na Facebooku: https://www.facebook.com/Szansa/ oraz https://www.facebook.com/galczynskiego7/.

Zapraszamy zatem do śledzenia informacji i udziału w tych wydarzeniach!

Sztuka cyrkowa: czy tylko dla wybranych?

Iga Jagodzińska: Mam przyjemność rozmawiać z Panem Łukaszem Pieczykolanem z Fundacji Pro-Spin. Zasadnicze pytanie brzmi: co się kryje pod tą nazwą?

Łukasz Pieczykolan: To nie jest pytanie, na które istnieje łatwa odpowiedź. Po pierwsze: nazwa Pro-Spin sugeruje, że coś jest dla czegoś, czyli jako organizacja pozarządowa coś od siebie dajemy. Po drugie, spin jest pojęciem z dziedziny marketingu i zarządzania, kiedy staramy się „nakręcać” jakąś przedsiębiorczość czy działanie. Po trzecie, pro spin to termin techniczny z zakreu manipulacji obiektami, który nazywa się kręceniem poi i oznacza po prostu technikę ruchu.

Panie Łukaszu, spotykamy się w sprawie niecodziennej, jaką z pewnością jest sztuka cyrkowa. Kojarzy się ona z wyjątkowymi umiejętnościami czy predyspozycjami wykonawców. Czy rzeczywiście tak to wygląda?

Mówiąc krótko – nie do końca, dlatego, że nie jest to coś przeznaczonego dla ludzi wyjątkowych, specjalnych, dla tych, którzy mają nieprawdopodobny refleks. Nie jest to sztuka dla superbohaterów. Jest to sztuka dla osób, które mają w sobie tyle pasji i samozaparcia, żeby zająć się czymś, co może czasami wyglądać dziwnie czy śmiesznie i doprowadzić to do granic swoich możliwości fizycznych i technicznych. Mamy mnóstwo różnych rekwizytów cyrkowych, których używamy i większość z nich jest banalnie prosta. Ideałem jest piłka żonglerska, która jest po prostu okrągłym obiektem, z którym można robić praktycznie wszystko.

Jak odbywa się nauka podstawowych umiejętności cyrkowych?

Można ją zacząć na kilka różnych sposobów. Współcześnie jest o wiele łatwiej, bo mamy internet, youtube i tutoriale, które możemy obejrzeć i samemu zacząć. Jeśli więc ktoś nie próbuje samodzielnie akrobatyki powietrznej, to trudno zrobić sobie krzywdę. Natomiast jeśli chodzi o niebezpieczne rzeczy ze sztuki cyrkowej, jak na przykład bycie fakirem, sugerowabym znaleźć mentora, przekonać go do siebie tak, żeby chciał się podzielić swoją wiedzą, albo zwyczajnie pójść do szkoły cyrkowej. W Polsce jest jedna szkoła cyrkowa, znajduje się w Julinku pod Warszawą i wydaje mi się, że każda osoba, która skończyła liceum może do niej aplikować tak jak na studia, ale jest to studium trzyletnie.

Czy w takich szkołach i podczas pracy z mentorem istnieją i są wpajane zasady, na których opiera się kuglarstwo?

Odróżniłbym kuglarstwo od cyrku. Ja siebie uważam bardziej za kuglarza niż za cyrkowca, wiem natomiast, że wielu cyrkowców uważa porównanie siebie do kuglarza za lekką formę obrazy. Kuglarstwo kojarzy się bardziej z półamatorską sztuką uliczną, która czasem jest dobra, czasem zła, a absolwenci szkół cyrkowych są z reguły dyplomowanymi profesjonalistami, więc jestem w stanie to zrozumieć. Jest nieporównywalna różnica pomiędzy kuglarzami w typie samouków, którzy wyrażają siebie, a ludźmi, którzy mają ze sobą cały bagaż systemu wiedzy, który został im wpojony przez nauczycieli. Jeżeli chodzi o samo kuglarstwo, to nie sądzę, żeby były jakieś ogólne zasady. Na pewno jest BHP, które trzeba respektować, ale to w każdej dziedzinie życia. Bardzo wielu kuglarzy jest tancerzami z ogniem, więc zagrożenie jest dość oczywiste.

Pewnie domyśla się Pan, dlaczego padło takie pytanie, ponieważ niemożliwe wydaje się, żeby osoby niewidome również mogły za pomocą pewnego urządzenia, o którym mam nadzieję, że zaraz Pan opowie, nauczyć się na przykład żonglerki. Jak nazywa się ten sprzęt i jak on działa?

Z każdą osobą trzeba podejść do tej sprawy indywidualnie. Kiedy dochodzi do pracy z osobami z niepełnosprawnościami, to w moich oczach nie różnią się one wcale od osób, które nie mają żadnej niepełnosprawności. Nie są one inaczej traktowane niż osoba, która dopiero zaczyna, dlatego że i w jednym, i drugim przypadku należy zrobić pierwszą i bardzo ważną rzecz – zbadać, gdzie tak naprawdę zaczyna się początkowy pułap możliwości tej osoby. Wiadomo, że jeśli ktoś nie widzi, to będzie miał ograniczenia w postaci koordynacji wzrokowo-ruchowej, bo zwyczajnie nie ma wzroku.

I tę trudność napotyka w każdym aspekcie swojego życia.

Dokładnie. Możemy praktycznie zapomnieć o rozpoczęciu uczenia jej żonglerki od podrzucania przedmiotów. To jest dla niej zbyt wysoki próg wejścia. Natomiast można to ułatwić, dlatego że te same efekty można osiągnąć tocząc przedmioty i tu wchodzimy w urządzenie, które nazywa się juggle board, czyli po polsku deska do żonglowania. Wygląda ona jak kaloryfer, po którym toczy się piłki tam i z powrotem. Można to robić w parach i w pojedynkę. Toczy się piłkę pod górkę, a ona po chwili stacza się z powrotem. Takich piłek mamy pięć. Wytaczając je w górę i wyłapując, kiedy spadają, uczymy się w zasadzie tego samego, co osoba, która podrzuca piłki. Ktoś, kto nie widzi ma o tyle trudniej, że musi przewidzieć i pamiętać, w jakiej kolejności piłki zostały wyrzucone, ale z drugiej strony ma łatwiej, niż osoba, która widzi i uczy się łapać piłki, patrząc. Obie te techniki są moim zdaniem atrakcyjne scenicznie, przy czym klasyczna żonglerka, czyli rzucanie przedmiotami to dziedzina, która ma przynajmniej 3-4 tysiące lat. Natomiast juggle board został wymyślony może 5 lat temu i cały czas się rozwija. Tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, jak będą wyglądały pokazy z użyciem tego rekwizytu, ale jestem pewien, że będą w pewnym momencie wykonywane przez osoby niewidome.

Czy to oznacza, że dla Pana praca z osobami o różnych niepełnosprawnościach jest w jakiś sposób inspirująca?

Tak, ponieważ sam z różnych względów jestem osobą niepełnosprawną, więc czuję sytuację osób, które mają problemy w normalnym życiu. Wiem, jaką mi sprawia radość robienie rzeczy tego typu. Jeżeli mogę komuś pokazać, że brak czegoś nie jest dla niego ograniczeniem w czymś, co dla niego (teoretycznie) nie powinno być nigdy dostępne, to jest dla mnie inspirujące. Widzę, że ludzie wchodzą w kontakt z czymś zupełnie nowym, same zaczynają rosnąć w oczach.

Czy istnieją ćwiczenia kuglarskie, które w jakiś sposób mogą rozwinąć inne strefy życia osoby niepełnosprawnej czy niewidomej? Czy jest przełożenie tego, co artystyczne, na codzienne życie?

Trochę wchodzimy w naukę, nie wiem, czy zostały kiedyś przeprowadzone systematyczne badania na temat wpływu aktywności cyrkowych na osoby niepełnosprawne. Jednak nauka żonglerki wpływa pozytywnie na możliwość uczenia się między innymi języków obcych i matematyki, i to jest spory wpływ. Oczywiste jest, że taka osoba się nie nudzi, ma lepsze samopoczucie, jest mniej podatna na depresję, rusza się, poprawia postawę – lepiej pracuje kręgosłup. Myślę, że samo działanie terapeutyczne, zarówno dla psychiki człowieka, jak i dla jego ciała, jest wystarczającym powodem, żeby się tym bawić. A wszystkie dodatkowe korzyści, jak poszerzenie możliwości umysłowych, podzielności uwagi, też są bonusami, które się przydają, ale moim zdaniem są znacznie mniej ważne niż to, że ma się po prostu frajdę i zaczyna czuć radość oraz sens w życiu.

Lotnisko

To było dziwne lotnisko. Byłem jednym z nielicznych pasażerów, którzy po całonocnym rejsie z południowej Azji przesiadali się tu do samolotów lecących w głąb kontynentu. Był wczesny ranek. Za kilka godzin miałem odlecieć na wschód, do mojej Ojczyzny. Przy drzwiach samolotu żegnał mnie rząd służbowo uśmiechniętych stewardes. Ukłoniłem się im uprzejmie, podziękowałem za wspólny lot i wszedłem w głąb rękawa. Po chwili stałem przy zautomatyzowanym stanowisku kontroli dokumentów. Wsunąłem w szparę paszport i bilet, podstawiając równocześnie twarz pod oko kamery. Po sekundzie głośnik umieszczony w pulpicie wypowiedział w moim ojczystym języku komunikat, który równocześnie pojawił się na ekranie wielkiego monitora: ”Pański samolot odleci za pięć godzin i dwadzieścia jeden minut z terminalu T9. Aby się tam dostać, proszę skorzystać z lotniskowej kolejki, do której trafi pan po przejściu przez stanowisko kontroli bezpieczeństwa. Proszę nie zapomnieć o wzięciu dokumentów i karty identyfikacyjnej”. Ze szpary wysunął się mój paszport, bilet i niewielka plastikowa płytka z trójwymiarową fotografią mojej twarzy. Pod spodem widniał napis: ”Ta karta pozwala korzystać ze wszystkich możliwości oferowanych przez lotnisko, życzymy przyjemnego pobytu”. W tej samej chwili na ścianie po mojej prawej stronie, pojawił się napis ”Kontrola bezpieczeństwa” i półprzezroczysta pancerna płyta odsunęła się bezgłośnie, ukazując niewielkie, jasno oświetlone pomieszczenie. Wszedłem… Ściana zamknęła się za mną. Przez chwilę niewidzialne promienie penetrowały moje ciało i bagaż w poszukiwaniu broni, narkotyków i materiałów wybuchowych. Kontrola wypadła pomyślnie, bo na ścianie przed moją twarzą zabłysnął zielony napis ”Wyjście” i płyta bezszelestnie odsunęła się, ukazując pustą, rzęsiście oświetloną salę. W jednej ze ścian zauważyłem kolejną szklaną taflę, na której napis głosił: ”Kolejka lotniskowa przyjedzie za 124 sekundy, jeśli chcesz wsiąść, włóż identyfikator do otworu”. Włożyłem. W odpowiedzi pojawił się zielony napis: ”Kolejka dojedzie do terminalu T9 po czterech minutach i trzydziestu dwóch sekundach.” Poniżej pojawiły się litery w ostrzegawczym żółtym kolorze: ”Sprawdź czy masz ze sobą wszystkie należące do ciebie bagaże i przedmioty”. Po chwili za szybą przesunęły się światła i ściana odsunęła się, ukazując wnętrze komfortowo urządzonego wagonu. Wszedłem. Szklana tafla zasunęła się automatycznie i wagon ruszył.

Gdy wysiadłem, znalazłem się w obszernym korytarzu zalanym światłem, którego kolor do złudzenia przypominał blask pogodnego, słonecznego dnia. Postanowiłem się przejść i zorientować w sytuacji. Mam przecież kilka godzin, które trzeba jakoś wykorzystać. Po obu stronach szerokiego jak ulica korytarza, ciągnęły się rzędy ekskluzywnych wolnocłowych sklepów, w których zakupów można było dokonywać posługując się kartami kredytowymi. Sklepy wyglądały na zamknięte. Czy to z powodu wczesnej pory? Jest dopiero parę minut po szóstej rano. No i przecież dzisiaj niedziela! Że też o tym nie pomyślałem. Szkoda, kupiłbym coś dla żony… Na próbę pchnąłem drzwi perfumerii. O dziwo ustąpiły. Wszedłem do środka. Zaopatrzenie znakomite. W maleńkich szklanych kasetkach lśnią wielobarwnymi refleksami kryształowe buteleczki najlepszych francuskich, amerykańskich i angielskich perfum. Jest kolekcja Diora i Giorgio Armani. Są wody po goleniu firmy Hugo Boss i dezodoranty Sun Flowers. Włożyłem do szpary moją kartę kredytową i dotknąłem kasetki, w której znajdowała się buteleczka perfum Paco Rabanne. Szybka odchyliła się i równocześnie z karty kredytowej automatycznie pobrana została należność. „A więc tak to się tu odbywa” – pomyślałem, wkładając perfumy do teczki. Wyszedłem. Trochę dalej znajdował się bar samoobsługowy. Napis na szybie głosił, że jest to bezpłatny bar lotniskowy i że korzystać z niego mogą wszyscy pasażerowie tranzytowi. Wystarczy tylko wsunąć do szczeliny swoją kartę identyfikacyjną. W pierwszej chwili zamierzałem pójść dalej, zwłaszcza, że tuż przed wylądowaniem zjadłem obfite śniadanie. Nagle dostrzegłem przygarbioną postać starego mężczyzny, gestem ręki przyjaźnie zapraszającego mnie do środka. Był to pierwszy człowiek, którego zauważyłem od momentu przejścia przez pomieszczenie kontroli bezpieczeństwa. Nie śpiesząc się, skierowałem swoje kroki w kierunku wejścia do baru. Drzwi rozsunęły się przede mną i zasunęły po moim wejściu. Podszedłem do siedzącego przy barze mężczyzny. Miał spokojną, poważną i chyba trochę smutną twarz. Zauważyłem od razu, że jego cera jest blada i niezdrowa, tak jakby od bardzo długiego czasu nie wychodził na świeże powietrze.

– Dobry wieczór panu – powiedział ni w pięć ni w dziewięć.

– Chyba raczej dzień dobry – odpowiedziałem z uprzejmym uśmiechem.

– Co za różnica? – odparł znużonym głosem – tu na lotnisku każda pora jest taka sama…

– Długo pan czeka na swój lot? – spytałem, by odmienić nieco nostalgiczną atmosferę rozmowy.

– O tak… – odpowiedział z zadumą – bardzo długo… Zjemy coś? – spytał nagle, a w jego wyblakłych oczach pojawiło się ożywienie – tu wszystko jest bezpłatne, o ile jest się pasażerem tranzytowym oczywiście. Niech pan włoży swoją kartę identyfikacyjną i zaraz wybierzemy jakieś dania.

Włożyłem… Na ciekłokrystalicznym ekranie przymocowanym do baru wyświetlone zostało menu. Mężczyzna wyciągnął rękę i palcem dotknął kilku pozycji. Po chwili uchyliła się klapka w blacie i na stół wypchniętych zostało kilka kolorowych pojemników z potrawami, sztućce owinięte w serwetkę, torebki i słoiczki zawierające przyprawy oraz niewielkie buteleczki czerwonego wytrawnego wina. Mężczyzna zabrał się do jedzenia, ja zaś odnalazłem na ekranie pozycję ”Johnnie Walker Black Label”, którą dotknąłem palcem i po paru sekundach na blacie baru pojawiła się buteleczka, pojemnik z lodem, puszeczka wody sodowej Perrier i niska, pękata, grubodenna szklaneczka. Z przyjemnością nalałem sobie whisky i wrzuciłem lód. W powietrzu rozszedł się ostry zapach trunku. Skosztowałem… W pierwszej chwili smak wydał mi się sztuczny, ale to na pewno było tylko złudzenie. Spróbowałem jeszcze raz. Tak, to musiała być oryginalna szkocka whisky, zresztą tu, na lotnisku wszystko jest w najlepszym gatunku, więc chyba niemożliwe, żeby ten trunek był po prostu syntetyczny.

– Wie pan – zwróciłem się do mężczyzny, który na dźwięk głosu odwrócił ku mnie swą spokojną, okoloną siwiejącą brodą twarz – imponuje mi sposób organizacji tego lotniska. Wydaje mi się, że wszystko jest tu tak dalece zautomatyzowane, że personel jest w zasadzie niepotrzebny. Prowadzi to, jak sądzę, do wielkiej redukcji kosztów utrzymania lotniska.

– Tak, ma pan rację – odpowiedział z namysłem – dzięki niesłychanemu rozwojowi techniki, ludzie zostali wyeliminowani. Jedyne, z czym się nie mogę zgodzić, to to, że lotnisko jest zautomatyzowane. Ono jest po prostu automatyczne. Tu nie pracuje ani jeden człowiek. Jak pan wie, lotnisko jest największe na kontynencie i dziennie lądują tu setki, a może nawet tysiące samolotów. Każdy z nich pozostawia pasażerów tranzytowych, a następnie tankuje najlepszą lotniczą benzynę z ogromnych zbiorników. Paliwo dopływa do nich bezpośrednio z rafinerii, połączonej rurociągiem z szybami naftowymi i zasilanej przez elektrownię jądrową, w której zapas plutonu wystarczy jeszcze na wiele lat pracy. W pobliżu znajdują się też ogromne, całkowicie zautomatyzowane zakłady chemiczne, produkujące wszystko to, co potrzebuje lotnisko, począwszy od topionych serków i wina, a skończywszy na perfumach i tekstyliach.

– Czy to możliwe? – zadumałem się podnosząc do ust szklaneczkę whisky, której smak i zapach wydały mi się bardziej syntetyczne niż na początku.

– Co więcej – ciągnął dalej starzec – w pobliskim mieście, które jeszcze przed kilku laty było wspaniałą wielomilionową metropolią, będącą symbolem nowoczesności i postępu technicznego, nikt dzisiaj nie mieszka. Zresztą niech pan weźmie kilka gazet – powiedział, wskazując mi stojak – to sam pan zobaczy.

Podszedłem bliżej i na chybił trafił wyciągnąłem parę czasopism. Każde z nich miało pięknie wydrukowaną wielobarwną stronę tytułową z dzisiejszą datą. Po niej następowały zupełnie puste, choć ponumerowane strony. Tylko gdzieniegdzie widać było nagłówki: ”Wiadomości sportowe” lub ”Program telewizyjny”, a dalej nie następował żaden tekst.

– Sam pan widzi – odezwał się z satysfakcją mój rozmówca – drukarnia jest źle skonfigurowana i stale produkuje czasopisma, mimo że nie ma już ani dziennikarzy piszących artykuły, ani czytelników. Komputerowa sieć podająca treść artykułów przeznaczonych do druku milczy, lecz maszyny drukarskie pracują nadal pełną parą i system dystrybucji działa także bez zarzutu.

– Jak do tego doszło? – spytałem wykorzystując moment, gdy mężczyzna zamilkł nalewając sobie kolejną szklaneczkę Bordeaux – rocznik 1934.

– Ach, jaki wspaniały bukiet – zachwycał się przez chwilę – podobno w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym lato było szczególnie słoneczne i dlatego wina z tego rocznika mają niepowtarzalny aromat. Widzi pan – ciągnął dalej – po okresie burzliwego rozwoju technicznego zaczęto przeprowadzać redukcje zatrudnienia. Wielu ludzi znalazło się ”na bruku”. Pozostałych zatrudniono w niepełnym wymiarze godzin. Po jakimś czasie okazało się, że z punktu widzenia ekonomiki procesu produkcyjnego ludzie są zbędni. Ich praca była po prostu zbyt droga w porównaniu z pracą automatów. Zaczęto więc wypłacać bardzo wysokie renty i zasiłki. Ludzie wydawali pieniądze garściami. I wtedy właśnie nawiedziła miasto potężna fala samobójstw. Wkrótce po niej nastąpił gwałtowny rozwój chuligaństwa i bandytyzmu, i wreszcie ogromny exodus ludności w kierunku słabo rozwiniętych południowych i wschodnich krajów. Ludzie poszukiwali miejsc, w których mogliby się osiedlić, pracować uczciwie i żyć skromnie, ale za to mieć poczucie własnej wartości i przydatności. Bo widzi pan… człowiek może wytrzymać bardzo długo w nieskończenie trudnych warunkach, nie może jednak czuć się niepotrzebny. Stąd biorą się różne choroby społeczne i w końcu ucieczka. Tak, proszę pana, człowiek nie może żyć bez nadziei i poczucia sensu.

– Ale pan przecież został? – powiedziałem, przyglądając się jego siwiejącej brodzie. Skąd ja znam ten kształt brody?… – zastanawiałem się… Musiałem ją widzieć na którymś z obrazów Rembrandta, przedstawiających proroków Starego Testamentu… Nie, to może być raczej Mojżesz Michała Anioła… Zresztą wszystko jedno.

– Ja zostałem – powiedział mężczyzna – bo ktoś musi zostać, by dać świadectwo prawdzie. I – jakby domyślając się moich skojarzeń, spytał:

– Czy pan myśli, że czas proroków już minął? Za dawnych czasów prorocy byli potrzebni, bo nauka i związana z nią wiedza nie były dostatecznie rozwinięte. Potem wydawało się, że wiedza może zastąpić prawdę. A dzisiaj, gdy rozwój nauki i techniki zaszedł tak daleko, że zagraża podstawowym potrzebom ludzi, przychodzi znowu czas proroków… Ktoś musi ostrzegać. Inaczej wszystko może stracić sens.

Zauważyłem, że jego oczy są białe jak mróz.

– Tak… Tak! Przychodzi czas proroków; inaczej się nie obronimy… – powiedział podsumowując.

W tym momencie naprzeciw mojej twarzy odezwał się ukryty w ścianie głośnik. Syntetyczny kobiecy głos zapowiedział odlot mojego samolotu i zażądał, by pasażerowie tranzytowi niezwłocznie stawili się przy wyjściu. Niespiesznie dopiłem whisky i wstałem, rozprostowując kości.

– No, na mnie już czas – powiedziałem – muszę lecieć. Będę pamiętał wszystko, o czym pan mówił – dodałem, serdecznie ściskając podaną mi dłoń. – Za dwie godziny znajdę się w normalnym kraju, wśród normalnych ludzi, otoczony przez moją rodzinę, za którą się bardzo stęskniłem.

– Szczęśliwy pan jest – powiedział prorok, a jego oczy pogłębiły się nagle i w otwierającej się przestrzeni dojrzałem na moment bezmiar cierpienia i ogromny ciężar proroctwa, który musiał dźwigać. Z ulgą wyszedłem na rozświetlone sztucznym, słonecznym światłem korytarze i pośpieszyłem do odlatującego na wschód samolotu.

Genialny matematyko-fizyk, który był także podróżnikiem i pisarzem

To tylko krótka notka o Witoldzie Kondrackim, człowieku, którego już tutaj nie ma – odszedł jakiś czas temu. Wielka to strata i to z wielu powodów. Nie ma co pisać o mojej osobistej stracie. Tę przecież tylko ja odczuwam. Bardzo bolesna jest strata dla innych. Sądzę bowiem, że już nie ma wśród nas takiego gościa jak on. Nic to, że był matematykiem i fizykiem – jest ich na świecie mało, ale jednak są. Wśród nich nie ma jednak ani jednego naukowca niewidomego. Jest to zupełnie niebywałe, ale i to jeszcze nic. Trzeba do tego dodać kolejne talenty Witka. Był świetnym i znającym się na rzeczy podróżnikiem. Kto słyszał, by niewidomy prowadził eskapady do Indii albo Mjanma? Ba, nie jeździł jedynie do wielkich miast, lecz wszędzie. Z taką samą łatwością sam oglądał, a następnie pokazywał innym nieznane kraje – miasta Wschodu i dzikie, pełne niesamowitej przyrody tereny. Podczas swoich wypraw spotykał ludzi, którzy są zupełnie inni od nas, albo zwierzęta, których my się panicznie boimy, a on nie. Potem opowiadał o goniącym go wężu, niebezpiecznym słoniu, albo miejscach, gdzie zabłądził i nie wiedział jak się odnaleźć. Wracał do kraju i opowiadał. Jak? W każdy możliwy sposób, ale również w artykułach pisanych dla naszego Helpa. Właśnie to sobie przypomniałem. Nie, nie po raz pierwszy, ale za każdym razem przypomnienie tego mnie rozbudza. Gdy tylko pomyślę o Witku, mój umysł wchodzi na inny, nieco wyższy bieg. Dlaczego? Za życia Witek był bardzo wymagający. Nie można było przy nim myśleć byle jak i gadać byle co. Wymagał od rozmówcy odpowiedniego poziomu. Więc my wszyscy, jego przyjaciele i znajomi, wznosiliśmy się na ten właściwy poziom i czekaliśmy na znak akceptacji.

No więc Witek pisał. Były to nie tylko artykuły, ale także opowiadania. Są ciekawe i dobrze napisane. Witek popisywał się elokwencją i ogromną wyobraźnią. Tekst pozostawał niedokończony, albo niejednoznaczny. To czytelnik miał wiedzieć, co właściwie czyta, a co napisał Witek. Potem trwały dyskusje, o czym nas poinformował, jakie miał zdanie i jaką przekazał opinię.

Help lubił artykuły Witka, toteż po latach, gdy nasze czasopismo stało się miesięcznikiem, gdy wzbudza coraz większe zainteresowanie, postanowiłem zaprezentować także jego opowiadanie. Jako matematyk i fizyk, Witek dysponował bardzo dobrymi narzędziami. Jego język, opisy obrazów, prezentacja psychologiczna, wiedza o technologii i związanej z nią kulturze, są najwyższej próby. Witek to także wierny promotor nowoczesnej rehabilitacji, otoczony urządzeniami niwelującymi skutki niepełnosprawności wzroku – syntezatory mowy, brajlowskie monitory, komputery, Internet – na co dzień! Nie pamiętam rozmowy, w której osobnej części nie dopytywał się o nowości na tym rynku. Opowiadałem mu o nich, a jakiś czas potem on już tym dysponował.

Był więc niebywały, wyposażony przez Boga w o wiele więcej talentów niż inni. Potrafił też łączyć ze sobą twarde i szorstkie wymagania z miłym usposobieniem. Był lubiany. Czy jako matematyk i fizyk na pewno dobrze pisał? Nie ma potrzeby wierzyć mi na słowo. Zamiast tego można przeczytać opowiadanie, które tutaj cytujemy. „Lotnisko” to odbicie Witkowych obaw – co z naszą cywilizacją. Uwielbiał wszelkiego rodzaju wynalazki. Nie znosił jednak sposobu, w jaki je używamy. Do czego one prowadzą – służą człowiekowi, czy raczej jego zniszczeniu? Stąd „Lotnisko”. A może to, co tutaj opisuje, nie zasługuje na tę nazwę? Może jest to raczej „bezludnisko”? Czy taki budujemy świat? Nam ,jako niewidomym, na pewno Witkowi i mnie, taki jak opisany nie odpowiada. My chcemy „po ludzku”, gdzie jest nas dużo, każdy ma inną narrację, ale wspólnie dążymy do bycia razem. Na lotnisku Witka, jeśli jest się „razem”, to chyba jedynie z automatami. Jak dobrze, że pojawił się tam chociaż ten jeden gość, który przez swoją obecność i fakt, że jest ona wyjątkowa, tym bardziej pokazuje błąd, do którego na aktualnym poziomie rozwoju ludzkości dotarliśmy.

Zapraszam więc do lektury.

Felieton skrajnie subiektywny. Europa na laickim zakręcie

Za każdym razem kiedy czytam te teksty, czuję zalewającą mnie falę złości i odczuwam potrzebę natychmiastowej riposty. Jak zareagować na tekst, w którego tytule w odniesieniu do obrazu Maryi Jasnogórskiej pojawia się sformułowanie „czarna, odrapana twarz”, tekst, którego autor próbuje wykazać wyższość bogini Lady (Łady, Leili), słowiańskiego odpowiednika egipskiej Izis, nad Maryją, matką Zbawiciela? Oto znamienny fragment: „(…) Uważane za symbol macierzyństwa i płodności, za matki wielu bóstw. Jak Izis, Lada miała nasze słowiańskie świątynie w różnych miejscach mocy. Miała klasztor, szkołę duchową i westalki, dziewice zwane Ladacznicami. Jednym z tych miejsc jest Częstochowa, a dokładnie wzgórze zwane jasnym, czyli Jasna Góra. Lada jako miejscowa gospodyni Mazowsza, w tym Jasnej Góry, była solą w oku krwawo wprowadzanemu kultowi Maryi, pochodzącej z Afryki, dokładniej z Palestyny, dokładniej z Judei, dokładniej z Betlejem”. Być może te brednie zasługują jedynie na uśmiech politowania, bowiem świadczą o kompletnym niezrozumieniu planu zbawienia i roli w tym planie Maryi, co w przypadku osoby niewierzącej jest w pewnym sensie zrozumiałe. To w warstwie religijnej. W warstwie faktograficznej kult Ledy nie został potwierdzony, podobnie jak rzekome miejsce kultu – Jasna Góra. Autor felietonu wywodzi swoje mądrości wprost z kronik Jana Długosza, których rzetelność, szczególnie we fragmentach dotyczących pradziejów Lechii, starożytnej Polski, podważa większość uznanych historyków. W warstwie kulturowej te brednie świadczą o niezrozumieniu roli chrześcijaństwa w rozwoju cywilizacji i kultury europejskiej. Architektura naszego kontynentu, malarstwo, rzeźba, muzyka, a nawet moda, rozwijały się przez wiele wieków w oparciu o chrześcijaństwo. W szerszym wymiarze wspomniany przeze mnie tekst jest egzemplifikacją bezpardonowego ataku na religię, z której wyrosła Europa. Ataku, który doprowadził do dechrystianizacji dużej części naszego kontynentu i postępującego procesu utraty tożsamości jego obywateli. Ataku, polegającego m.in. na obrażaniu uczuć religijnych chrześcijan, na który wojujący ateiści nie odważyliby się w odniesieniu do judaizmu czy islamu.

Dziś o poprawności politycznej, o europejskości i o światłym umyśle decyduje odcięcie się od katolicyzmu, który stał się synonimem ciemnogrodu. Jednocześnie niepoprawne politycznie jest krytykowanie judaizmu czy islamu. Trudno nie zauważyć w tym niekonsekwencji europejskich, laickich elit intelektualnych.

Kościoły katolickie w wielu państwach Europy Zachodniej świecą pustkami. Bywa, że zamieniane są na ekskluzywne domy mieszkalne, np. kościół w Northumberland w Wielkiej Brytanii, sklepy – kościół w Maastricht w Holandii zamieniony w księgarnię Salexyz, puby – kościół St. Mary’s w Dublinie w Irlandii. Tymczasem obok europejskich kościołów wyrastają meczety. Na ulicach europejskich miast w porze modłów klękają miliony muzułmanów. Według ostrożnych szacunków na naszym kontynencie jest już ponad 25 mln wyznawców islamu. Dokąd zmierza Europa pozbawiona chrześcijańskich korzeni i zalewana falami obcych kulturowo uchodźców i emigrantów?

Wydaje się, że na tym tle Polska jest ostoją chrześcijaństwa, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Coraz bardziej powszechna i modna staje się laickość, na czasie jest antyklerykalizm. Zapatrzeni bezkrytycznie w starą Europę rychło możemy pójść w jej ślady. Na razie mamy do czynienia z pojedynczymi incydentami podobnymi do tych, które rozgrywały się na Krakowskim Przedmieściu po katastrofie smoleńskiej – wyśmiewanie modlących się, bezczeszczenie krzyża, kpiny z męki Chrystusa. Skoro jednak raz przełamana została niepisana zasada szacunku do wyznania, już tylko krok dzieli nas od pójścia w ślady laickiej Europy.

Ankieta, jakiej jeszcze nie było!

W kwietniu tego roku Fundacja Szansa dla Niewidomych przeprowadziła wśród osób z dysfunkcją wzroku sondaż na temat ich potrzeb pod względem brajla, tyflografiki i magnigrafiki.

W ankiecie wzięło udział blisko tysiąc osób, a jej wyniki są bardzo interesujące. Czasem spotykamy się z opiniami, iż na przykład brajl lub mapy czy plany tyflograficzne są niewidomym niepotrzebne i im nie pomagają. Jak widać z ankiety, jest dokładnie przeciwnie. Np. 96% respondentów uważa, że napisy brajlowskie są przydatne w przestrzeni publicznej, a 83%, że obejrzenie planu otoczenia, np. budynku, terenu, dworca, ułatwia orientację w przestrzeni i zwiększa poczucie bezpieczeństwa. Podobnie osoby słabowidzące. 89% osób opowiedziało się, że chce korzystać z magnigraficznych tabliczek z informacjami i grafiką zamontowanych w przestrzeni publicznej, a 98% było za, aby w ich otoczeniu (przestrzeni miejskiej, budynkach użyteczności publicznej itp.) było więcej urządzeń wspomagających nawigację osobom słabowidzącym. Widzimy także, że są potrzebne szkolenia oraz promocja brajla i tyflografiki – będzie to naszym wielkim zadaniem w najbliższych latach!

Poniżej przedstawiamy wybrane pytania z ankiety, niebawem na stronie ankiety.szansadlaniewidomych.org pojawią się pełne jej wyniki.

Niewidomi w przestrzeni publicznej

Jestem osobą

  • Bardzo słabo widzącą: 50 (14%)
  • Niewidomą od urodzenia: 116 (32%)
  • Ociemniałą: 187 (52%)

Oznaczenia brajlowskie i tyflografika (grafika wypukła)

Czy możliwość samodzielnego czytania i zapisywania informacji jest dla Ciebie istotna?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • TAK: 334 (94%)
  • NIE: 13 (3%)

Czy znasz alfabet Braille’a?

  • Brak odpowiedzi: 3 (0%)
  • Tak, znam: 225 (63%)
  • Nie znam: 87 (24%)
  • Trochę znam: 38 (10%)

Czy korzystasz z alfabetu Braille’a na co dzień?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • TAK: 173 (49%)
  • NIE: 174 (49%)

Czy używasz brajlowskich monitorów komputerowych?

  • Brak odpowiedzi: 5 (1%)
  • TAK: 91 (25%)
  • NIE: 257 (72%)

Czy uważasz, że napisy brajlowskie są przydatne w przestrzeni publicznej?

  • Brak odpowiedzi: 5 (1%)
  • TAK: 340 (96%)
  • NIE: 8 (2%)

Czy wiedza o otaczającej Cię przestrzeni jest dla Ciebie istotna i wpływa na poczucie bezpieczeństwa?

  • Brak odpowiedzi: 4 (1%)
  • TAK: 345 (97%)
  • NIE: 4 (1%)

Czy wypukłe plany ułatwiają Ci zapoznanie się z przestrzenią, w której się znajdujesz?

  • Brak odpowiedzi: 18 (5%)
  • TAK: 260 (73%)
  • NIE: 75 (21%)

Czy na podstawie wypukłych planów potrafisz wyobrazić sobie otaczającą Cię przestrzeń?

  • Brak odpowiedzi: 13 (3%)
  • TAK: 261 (73%)
  • NIE: 79 (22%)

Orientacja przestrzenna i dostępność przestrzeni dla osób słabowidzących

Czy chodzisz samodzielnie z białą laską?

  • Brak odpowiedzi: 4 (1%)
  • TAK: 284 (80%)
  • NIE: 65 (18%)

Czy uczono Cię orientacji przestrzennej i poruszania się z białą laską?

  • Brak odpowiedzi: 2 (0%)
  • TAK: 306 (86%)
  • NIE: 45 (12%)

Czy chodzisz z laską po mieście, miejscach publicznych o dużym natężeniu ruchu, czy też jedynie w najbliższym otoczeniu i dobrze znanych sobie miejscach?

  • Brak odpowiedzi: 4 (1%)
  • Wszędzie: 175 (49%)
  • W najbliższym otoczeniu: 135 (38%)
  • Wcale: 39 (11%)

Czy wolisz poruszać się samodzielnie czy z przewodnikiem?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • Samodzielnie: 110 (31%)
  • Z przewodnikiem: 237 (67%)

Czy obejrzenie planu otoczenia, np. budynku, terenu, dworca ułatwia Ci orientację w przestrzeni i zwiększa poczucie bezpieczeństwa?

  • Brak odpowiedzi: 8 (2%)
  • TAK: 293 (83%)
  • NIE: 52 (14%)

Czy chcesz korzystać z brajlowskich informacji tekstowych o otoczeniu?

  • Brak odpowiedzi: 7 (1%)
  • TAK: 275 (77%)
  • NIE: 71 (20%)

Czy chcesz korzystać z wypukłych planów i map?

  • Brak odpowiedzi: 11 (3%)
  • TAK: 292 (82%)
  • NIE: 50 (14%)

Czy rozwiązania udźwiękawiające otoczenie mogłyby Ci pomóc w samodzielnym poruszaniu się i zwiększyłyby Twoje poczucie bezpieczeństwa?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • TAK: 344 (97%)
  • NIE: 3 (0%)

Czy chcesz, aby w Twoim otoczeniu (przestrzeni miejskiej/budynkach użyteczności publicznej) było więcej urządzeń wspomagających nawigację osobom niewidomym?

  • Brak odpowiedzi: 4 (1%)
  • TAK: 344 (97%)
  • NIE: 5 (1%)

Niedowidzący w przestrzeni publicznej

Oznaczenia kontrastowe i magnigrafika

Jestem osobą

  • Słabowidzącą: 270 (63%)
  • Bardzo słabo widzącą: 154 (36%)

Czy przy czytaniu korzystasz z powiększonej czcionki (materiały drukowane, wersje elektroniczne)?

  • Brak odpowiedzi: 1 (0%)
  • TAK: 387 (91%)
  • NIE: 36 (8%)

Czy przy czytaniu korzystasz z kontrastowych wersji tekstu (np. białe na czarnym lub żółte na niebieskim)?

  • Brak odpowiedzi: 2 (0%)
  • TAK: 266 (62%)
  • NIE: 156 (36%)

Czy wysoki kontrast ułatwia ci odczytywanie informacji?

  • Brak odpowiedzi: 3 (0%)
  • TAK: 330 (77%)
  • NIE: 91 (21%)

Czy wiedza o otaczającej Cię przestrzeni jest dla Ciebie istotna i wpływa na poczucie bezpieczeństwa?

  • Brak odpowiedzi: 5 (1%)
  • TAK: 412 (97%)
  • NIE: 7 (1%)

Czy mapy graficzne w wersji kontrastowej i powiększonej (magnigraficzne) ułatwiają Ci zapoznanie się z otaczającą przestrzenią?

  • Brak odpowiedzi: 12 (2%)
  • TAK: 343 (80%)
  • NIE: 69 (16%)

Czy uczono Cię rozumienia planów, rycin i map opracowanych w wersji kontrastowej i powiększonej?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • TAK: 122 (28%)
  • NIE: 296 (69%)

Czy potrafisz odczytywać ryciny, mapy, plany w wersji kontrastowej i powiększonej?

  • Brak odpowiedzi: 12 (2%)
  • TAK: 260 (61%)
  • NIE: 152 (35%)

Orientacja przestrzenna i dostępność przestrzeni dla osób słabowidzących

Czy poruszasz się samodzielnie?

  • Brak odpowiedzi: 2 (0%)
  • Zawsze: 252 (59%)
  • Często: 132 (31%)
  • Rzadko: 37 (8%)
  • Nigdy: 1 (0%)

Czy poruszasz się samodzielnie po mieście, miejscach publicznych o dużym natężeniu ruchu, czy też jedynie w najbliższym otoczeniu i dobrze znanych sobie miejscach?

  • Brak odpowiedzi: 2 (0%)
  • Wszędzie: 280 (66%)
  • W najbliższym otoczeniu: 141 (33%)
  • Wcale: 1 (0%)

Czy korzystasz z transportu publicznego (autobus, tramwaj, metro, pociąg)?

  • Brak odpowiedzi: 3 (0%)
  • TAK: 407 (95%)
  • NIE: 14 (3%)

Czy wolisz poruszać się samodzielnie, czy z przewodnikiem?

  • Brak odpowiedzi: 5 (1%)
  • Samodzielnie: 258 (60%)
  • Z przewodnikiem: 161 (37%)

Czy chciałbyś korzystać z magnigraficznych tabliczek z informacjami i grafiką, zamontowanych w przestrzeni publicznej?

  • Brak odpowiedzi: 12 (2%)
  • TAK: 381 (89%)
  • NIE: 31 (7%)

Jeśli sam się nie poruszasz, czy tego rodzaju pomoce (napisy powiększoną czcionką, oznaczenia kontrastowe, mapy magnigraficzne, informacje brajlowskie) umożliwiłyby Ci odważenie się na samodzielne poruszanie się po mieście?

  • Brak odpowiedzi: 68 (16%)
  • TAK: 303 (71%)
  • NIE: 53 (12%)

Czy w poruszaniu się pomogłyby Ci specjalne oznaczenia, np. schodów, uskoków, linii peronu, pola uwagi przed przejściem dla pieszych?

  • Brak odpowiedzi: 4 (0%)
  • TAK: 412 (97%)
  • NIE: 8 (1%)

Czy udźwiękowienie magnigraficznych i/lub brajlowskich planów i map pomaga w ich lepszym rozumieniu?

  • Brak odpowiedzi: 22 (5%)
  • TAK: 389 (91%)
  • NIE: 13 (3%)

Czy chcesz, aby w Twoim otoczeniu (przestrzeni miejskiej, budynkach użyteczności publicznej itp.) było więcej urządzeń wspomagających nawigację osobom słabowidzącym?

  • Brak odpowiedzi: 3 (0%)
  • TAK: 418 (98%)
  • NIE: 3 (0%)

Fundacja Szansa dla Niewidomych na SightCity 2018

SightCity po raz pierwszy

Czy wszyscy nasi Czytelnicy słyszeli o SightCity – wystawie nowoczesnych technologii i sprzętu dedykowanego rehabilitacji osób niewidomych i słabowidzących? Jest to jedno z największych i najpopularniejszych tego typu wydarzeń na świecie. W tym roku odbyło się w dniach: 25-27 kwietnia. My, przedstawiciele Fundacji, uczestniczyliśmy w pierwszym dniu tego przedsięwzięcia. Dla mnie był to pierwszy raz, dlatego chętnie podzielę się kilkoma subiektywnymi opiniami (tak zwanego nowicjusza).

SightCity po raz trzynasty

Przechadzając się między stoiskami wystawienniczymi, nie dało się odczuć by ta „13-tka” wypadła organizatorom pechowo. Podczas całodniowego spaceru po ogromnej powierzchni wystawienniczej, jaką stanowi przylotniskowy kompleks hotelowo-konferencyjny Sheraton, nie było chwili, by się nudzić. Łącznie w wystawie wzięły udział aż 133 firmy. Moim zdaniem jest to liczba imponująca. Nie padł jednak rekord. W 2012 r. we Frankfurcie wystawiło się ich 137. Mimo, iż nie podano jeszcze oficjalnych statystyk dotyczących ilości zwiedzających, również nie należała do małych. Skąd to wiem? W czasie konferencyjnych „godzin szczytu” – mniej więcej w godzinach 12-16 we wszystkich salach wystawowych i w korytarzach pomiędzy nimi, panował prawdziwy tłok. Można to było odczuć zwłaszcza przy stanowiskach mniejszych firm, nie zaś najpopularniejszych „gigantów”. Jednym z powodów był na pewno oczywisty fakt, że największe firmy miały wydzieloną większą przestrzeń wystawienniczą, adekwatną do stacjonarnych powiększalników i podobnego sprzętu. Jednak z mojej obserwacji wynikało, że większość ludzi była zainteresowana małymi przedmiotami codziennego użytku, które mogli obejrzeć, wypróbować i tego samego dnia zabrać ze sobą do domu.

Skąd taka popularność?

Myślę, że podstawowym czynnikiem, budującym popularność tej wystawy jest lokalizacja. Znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z największych portów przesiadkowych w Europie. Lotnisko odprawia dziennie 180 tysięcy osób. Oferuje połączenia do ok. 300 miejsc na świecie. To dogodny cel nie tylko dla Europejczyków, ale też mieszkańców Ameryki czy Azji.

Słabe strony

Choć dominującym językiem, który można usłyszeć podczas zwiedzania był niemiecki, targi odwiedzili także goście z takich krajów jak: Stany Zjednoczone, Japonia, Indie, Gruzja czy Iran. Byli to głównie przedstawiciele różnego typu organizacji społecznych, instytucji państwowych, naukowcy, instruktorzy orientacji przestrzennej, a także osoby prywatne zainteresowane nowościami technologicznymi. Dla mnie duży minus stanowiło, iż wiele niemieckich firm, nastawionych na rodzimych klientów, nie zadbało o ulotki czy broszury w języku angielskim. To duża bariera dla zwiedzających. Może organizator powinien postawić taki wymóg wystawcom?

Drugi minus, jaki dostrzegam, to praktyczny brak sesji merytorycznej. Miejsce, które wydzielono na tę okoliczność to niewielka sala przechodnia między kolejnymi częściami wystawy. Liczba słuchających zwykle stanowiła ok. 20-30 osób. Podejrzewam, że panujący gwar nie pozwalał skupić się na treści słów prelegentów. Podejrzewam, ponieważ po raz kolejny barierę stanowił wiodący język niemiecki.

Plusy

To, co podczas zwiedzania podobało mi się najbardziej, to różnorodność prezentowanych produktów i usług. Nie była to tylko technologia informatyczna. Znalazło się wiele artykułów, które wzbogacają życie osób niewidomych i słabowidzących, a przy okazji są równie ciekawe dla widzących. Jednym z przykładów były wykonane z gumy i plastiku¸ trójwymiarowe schematy komórek ludzkiego ciała. Dedykowane szkołom i uczelniom rekwizyty pokazywały wygląd krwinek, chromosomów czy kodu DNA. Dopiero kiedy zaczęłam oglądać te przedmioty, zdałam sobie sprawę, że nauka takich zagadnień jest mocno abstrakcyjna, zwłaszcza bez możliwości wytłumaczenia, jak poszczególne elementy mogą wyglądać. Innym stanowiskiem, przy którym spędziłam dużo czasu, był kącik make-up. Prowadziła go niewidoma Niemka, która od lat wrzuca do Internetu filmy, na których tłumaczy, że niewidome dziewczyny też odczuwają potrzebę, by poprzez makijaż poczuć się pewniej i bardziej komfortowo. Prezentuje, jak sama wykonuje makijaż i uczy tego innych. Jej umiejętności robiły duże wrażenie. Myślę, że polski akcent również zaciekawił zwiedzających. Firma Altix przestawiła prototyp dotykowego globusa. Zwiedzający przystawali na chwilę, by palcem odnaleźć swój kraj i wysłuchać paru słów na jego temat.

Ciekawostki

Jak wspomniałam ,konkurencja podczas targów była duża. Każda firma próbowała przyciągnąć zwiedzających czymś nowym i ciekawym. Najbardziej niecodzienny pomysł, na jaki zwróciłam uwagę, to rozdawanie gościom kinowego popcornu. Pomysł na pewno nowatorski, choć mnie zapach tego przysmaku, w niewielkim zatłoczonym pokoju, raczej odpychał niż zachęcał do dłuższej rozmowy. Ciekawe czy pozostali wystawcy ze zdenerwowaniem słuchali strzelających ziarenek kukurydzy, czekając aż w pokoju pojawi się fan tej przekąski?

SightCity to przyjazne miejsce dla czteronożnych przewodników. W holu głównym stały wystawione miski z wodą i jedzeniem dla psów, które spędzały na targach niekiedy cały dzień.

Podsumowanie

Możliwość odwiedzenia SightCity była dla mnie niebywale inspirująca. Dzięki temu mogłam zobaczyć między innymi, jak wielu ludzi jest zainteresowanych tematyką rehabilitacji osób niewidomych i słabowidzących, dowiedzieć się odrobinę o życiu niewidomych w Niemczech oraz przyjrzeć się nowym, ciekawym rozwiązaniom. Myślę, że każdy zainteresowany tą tematyką powinien choć raz odwiedzić targi we Frankfurcie. Przy okazji, znamy już daty SightCity 2019! Wystawa planowana jest w dniach 8-10 maja. Do zobaczenia!