Niewidomy widoczny na scenie – rozmowa z Grzegorzem Dowgiałło

I.J: Mam przyjemność rozmawiać z Panem Grzegorzem Dowgiałło, niewidomym aktorem i muzykiem. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć Pana na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu w spektaklu „Odys”, wyreżyserowanym przez Ewelinę Marciniak. Jak to się stało, że dołączył Pan do tego zespołu i zaczął pracę z Panią Marciniak?

G.D: Jeżeli chodzi o spotkanie z Eweliną Marciniak, to tak na dobrą sprawę zaczęło się gdzieś w czasach, gdy dołączyłem do zespołu Recycling Band. Jest to zespół używający tak zwanych instrumentów odpadowych, czyli wykonanych z elementów, które nikomu już wydają się być niepotrzebne. Ewelina Marciniak została zaproszona na jedną z prób, było to niedługo przed tym, gdy zacząłem z nią współpracować przy pierwszym spektaklu. Ale po kolei. Pamiętam, że jednemu z kolegów wygadałem się trochę o swoich ambicjach, marzeniach. Zdarzyło się tak, że zostałem zaproszony do pracy w spektaklu „Gałgan” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. „Odys” był drugim spektaklem. Pierwsze marzenie, czy spełnienie ambicji aktorskich, ziściło się.

I.J: Od razu nasuwa mi się pytanie: jak można odnajdywać się w przestrzeni teatralnej, miejscach, w których odbywają się spektakle, ale też scenografii i kostiumach, gdy jest się osobą niewidomą?

G.D: Nie jest to trudne, jeśli bierze się pod uwagę, że przygotowując spektakl teatralny uczestniczy się w dużej ilości prób. Jest czas, aby się zaprzyjaźnić z przestrzenią, tym co w niej jest i gdzie. W sytuacji, gdy przez parę miesięcy wykonuje się regularną pracę, jest czas, aby zostać samemu na scenie, obadać sobie przestrzeń. Zdarza się, że ktoś coś wytłumaczy, a poza tym, jeśli ktoś bardzo chce pracować i spełnić swoje marzenie, to jest na tyle zdeterminowany, że odnajduje się w przestrzeni. Ja staram się raczej zapamiętywać jakąkolwiek przestrzeń, w której się znajduję, w której muszę funkcjonować. Nie każdy ma tak rozwinięty zmysł orientacji, ale moim zdaniem jest to kwestia determinacji i tego, że chce się coś osiągnąć.

Myślę, że najważniejszy jest czas i pragnienie, że chce się uczestniczyć w spektaklu. Ewelina ma tyle kreatywności, że tak wszystko wymyśli, aby można było po prostu sprawnie grać i się poruszać bez problemów, więcej – żeby każdy z tego wziął, każdy skorzystał.

I.J: Mówi Pan o oswajaniu przestrzeni w długim i systematycznym trybie. Zastanawiam się, w jaki sposób buduje Pan role z pominięciem zmysłu wzroku. Czy są to metody, które stworzył Pan sam, czy korzysta Pan z zaplecza innych twórców teatralnych?

G.D: Muszę ponownie wspomnieć o Ewelinie Marciniak. Jest ona jedną z osób, które uwierzyły, że z osobą niewidomą można pracować, co niekoniecznie zdarza się na przykład w szkołach teatralnych. Czasem nie wiadomo jak pracować z taką osobą, jak zająć się nią w taki sposób, żeby nie psuła współpracy czy przygotowania się innym. Mówiłem o kreatywności Eweliny, ale chodzi też o metody – ja się przy niej dużo nauczyłem. Swego czasu bardzo interesowało mnie imitowanie postaci, ale też, nazwijmy to nadmuchane aktorstwo.

Na zdjęciu Grzegorz Dowgiałło w spektaklu Teatru Polskiego w Poznaniu pt. „Odys“ w reż. Eweliny Marciniak, fot. Magdalena Hueckel

I.J: Uwznioślone, patetyczne?

G.D: Tak, mnie to fascynowało i wręcz robiłem sobie z tego żarty. Ewelina pokazała mi drogę odszukiwania w sobie różnych stanów emocjonalnych, to znaczy odkrywania i wyciągania ich z siebie, przypominania ich sobie. Oczywiście czasem pytałem kolegów, czego oni się uczyli i przyswajałem to, jednak najważniejszą sprawą było szukanie tego w sobie. Dlatego dziś bardziej są mnie w stanie przekonać aktorzy, którzy niczego nie nadmuchują.

I.J: Jakie są największe trudności, z którymi spotkał się Pan w czasie tworzenia spektaklu? Mam na myśli te wewnątrz, jak i te które otaczają aktora – na przykład różne stereotypy.

G.D: Wydaje mi się, że trudności są wtedy, gdy człowiek musi wykonać na scenie coś, co w nim było trudnością. Są takie rzeczy, których człowiek nigdy nie robił i nagle mu się każe, albo nie robił z przekonania, że czegoś nie wolno, albo nie wypada, albo sam nie czuje się z tym dobrze. Wiadomo, że rola wymaga pewnych trudności, słyszałem o takich przypadkach, że ludzie kazali sobie zęby wybijać do roli. Niektórych rzeczy człowiek nie wykona z powodów ideowych. Są przecież role, których aktor nie chce grać. Najtrudniejsze jest chyba takie osobowe zetknięcie z tym, co człowiek powinien, co może.

I.J: Chodziło mi również o dezaprobatę, ze względu na to, że niewidomy może grać z aktorami pełnosprawnymi i odnosić sukcesy. Czy zetknął Pan się z tym kiedyś?

G.D: Ja się tym nigdy nie przejmowałem, bo miałem wrażenie, że pracuję z profesjonalnymi osobami. Nikt mi czegoś takiego nie powiedział. Zawsze starałem się, również w normalnym życiu, dorównać osobom, z którymi jestem. Właściwie najbardziej odczułem to na studiach, gdy byłem wśród osób widzących, nie zdarzyło mi się zetknąć bezpośrednio z niewidomymi. Powodowało to pewną motywację, nie słyszałem niczego w tym stylu. Można wyjść z założenia, że jeśli zajęła się mną profesjonalna reżyserka spektakli, które odniosły sukces, to znaczy, że pokłada ona we mnie nadzieje. Ewelina pokazała swoją kreatywnością, że nie można zorientować się, że jest jakaś różnica. Słyszałem komentarze od osób postronnych, że fajnie gram tego niewidomego. Jeżeli do tego czasem dochodzi, to znaczy, że…

I.J: Jest Pan wiarygodny.

G.D: Pracuję z osobami, które potrafią tak to zbudować, że można się cieszyć z bycia tam i że chce się z nimi pracować.

I.J: Dla mnie, widza, ważne jest włączanie osób z dysfunkcją wzroku w obieg kultury wysokiej. Rola Telemacha jest pokazaniem, że można użyć doskonałych środków teatralnych, które nie tylko wydobędą z aktora jego najlepsze cechy, ale też, że postać ta nie będzie odstawała profesjonalizmem od osób w pełni sprawnych. Nasi czytelnicy są różnorodni, interesuje ich wiele spraw, stąd pytanie o Pana plany na przyszłość. Gdzie będzie można Pana zobaczyć w najbliższym czasie?

G.D: W czasie, gdy jeszcze nie wybrzmiała premiera „Odysa”, nagle otrzymałem propozycję z Teatru Rozrywki w Chorzowie. Był to spektakl „Stańczyk”, być może właśnie tam będzie można mnie zobaczyć.

I.J: Rozumiem, że rozwój jako aktora teatralnego pozostanie w kręgu Pana zainteresowań.

G.D: Z pewnością. Dużo mnie to nauczyło. Nie wiem, na ile mógłbym być aktorem zawodowym, bo póki co, od roku 2014 brałem udział w czterech większych rzeczach, które reżyserowała Ewelina Marciniak. Ale gdyby zdarzyło się coś takiego przygotowywać, to jestem jak najbardziej otwarty. Dopóki ktoś we mnie wierzy, to też jest moją rolą to zaufanie spłacić tym, co potrafię robić najlepiej.

Najważniejsze informacje o 1%

Jak zwykle z początkiem roku, kiedy przedsiębiorców i wszystkich podatników zaczyna zajmować temat rozliczeń podatkowych, znanych potocznie PIT-ami, zaczyna się również tzw. „gorący okres” w roku dla Organizacji Pożytku Publicznego.

Gorący, ponieważ jest to jedyna okazja, kiedy każdy obywatel może przekazać pewną kwotę na cel dobroczynny, nie sięgając do swojego portfela, czyli inaczej rzecz ujmując – dać komuś, nie zabierając sobie.

Mimo iż głęboko wierzę, że wielu z nas działa dobroczynnie z dużo większą częstotliwością niż raz w roku, trudno dziwić się, że właśnie przy tej okazji obywatele przypominają sobie o potrzebujących ze zdwojoną siłą.

Proponuję wspólną powtórkę z lekcji o 1%, którą osobiście rozpoczęłam w liceum na zajęciach z podstaw przedsiębiorczości, a którą od kilku lat podejmuję na nowo rozliczając podatek, choć od niedawna, dzięki pracy w NGO, dużo bardziej świadomie.

PIT (z ang. Personal Income Tax) – podatek dochodowy od osób fizycznych – to podatek bezpośredni1, w którym podmiotem opodatkowanym jest jednostka (osoba fizyczna) uzyskująca określone przychody. Rozliczamy go poprzez deklarację podatkową PIT – dokument urzędowy przygotowywany na określonym prawnie wzorze. Ostateczny termin złożenia rocznej deklaracji podatkowej następuje 30 kwietnia. Od pracodawcy/pracodawców pracownik musi otrzymać zaś w terminie do 28 lutego PIT 11 – informację o przychodach, dochodach, kosztach oraz o pobranych zaliczkach.

1 Podatek bezpośredni – podatek obciążający ściśle określone dobra i zyski, jakie posiada jednostka. Należy do nich podatek PIT, CIT, podatki lokalne.

Podatek pośredni – podatek nakładany na obrót (czynność gospodarczą). Jednostka płaci podatek pośrednio – w związku ze swoim uczestnictwem w czynnościach rynkowych. Do tej grupy należy podatek od towarów i usług (VAT).

Od 15 lat istnieje możliwość przekazania 1% podatku należnego Państwu wybranej Organizacji Pożytku Publicznego. Taki zapis wprowadziła ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie w 2003 r.

W pierwszym roku po wprowadzeniu ustawy, czyli w 2004 r., z tej możliwości skorzystało 80 tysięcy podatników. Do organizacji przekazanych zostało z tego tytułu 10,4 mln zł. W zeszłym roku, rozliczając podatek za 2017 r. już 14 mln osób przekazało swój 1%, co dało łączną kwotę 761,3 mln zł. Dobrą informacją jest to, iż wskazana kwota była o 15% większa od przekazanej rok wcześniej. W poprzednich latach z roku na rok wzrosty sięgały jednie 3-4%.

Jest to ogromna kwota, przewyższająca największe zbiórki publiczne w ciągu roku. Dla przykładu: w trakcie najbardziej popularnej kwesty, polegającej na zbieraniu datków do puszek, znanej jako coroczny finał WOŚP, w zeszłym roku uzbierano ok. 81 mln zł. Można więc uznać, iż to właśnie 30 kwietnia, a nie jak wskazuje kalendarz 5 września powinien być nazywany dniem dobroczynności.

Na konto których organizacji wpływają największe kwoty z tak zwanego „jednego procenta”? Z roku na rok czołówka wygląda dość podobnie. W kolejnych latach największe sumy pieniędzy przy wypełnianiu PIT-u przekazywane są na konto Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”. Na jej konto wpłynęło w związku z ostatnim rozliczeniem 166 mln zł. Drugie i trzecie miejsce w tym rankingu zajęły: Fundacja Avalon – Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym (37 mln zł) oraz Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko” (ponad 36 mln zł). W zeszłorocznym rozliczeniu kolejne miejsca w rankingu zajęły: Fundacja Seniora (13,9 mln zł), Fundacja Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym Kawałek Nieba (9,7 mln zł), Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (8,7 mln zł), Fundacja Serce Dziecka im. Diny Radziwiłłowej (8,2 mln zł), Dolnośląska Fundacja Rozwoju Ochrony Zdrowia (8,1 mln zł), Fundacja Studencka „Młodzi – młodym” (7,9 mln zł) i Fundacja Dzieciom Pomagaj (7,7 mln zł)2.

Z przedstawionych danych wynika, że pierwsze cztery organizacje przedstawione w rankingu zebrały nawet 1/3 wszystkich przekazanych środków.

2 Informacje pochodzą ze strony: https://www.forbes.pl/ prawo-i-podatki/ile-polacy-wplacaja-na-organizacje-charytatywne- 1-procent-podatku-za-2017-r/2zqm0bb

Natomiast w wykazie organizacji uprawnionych do otrzymania jednej setnej podatku jest ponad 8 tysięcy podmiotów.

Aby znaleźć organizacje uprawnione, można wejść na stronę: https://www.e-pity.pl/baza-opp-wykaz-organizacji- pozytku-publicznego/ gdzie znajduje się pełna baza. Co ciekawe, można wyszukiwać także organizacje celem działalności zgodne z naszymi priorytetami poprzez filtrowanie w kategoriach: działalność prospołeczna, edukacja i wychowanie, wsparcie osób niepełnosprawnych, kultura, sztuka i technologia, ochrona zdrowia i życia, działalność charytatywna, pomoc dzieciom, sport i rekreacja, ochrona środowiska i praw zwierząt, pomoc starszym i weteranom. Jeżeli zależy nam, aby wspomóc organizację obejmującą swoim wsparciem nasze najbliższe środowisko lokalne, można także użyć filtra lokalizacji – klikając odpowiednie województwo lub wpisując nazwę miasta.

Pamiętajmy jednak, że nie każdą fundację lub stowarzyszenie znajdziemy w bazie. Są tam tylko Organizacje Pożytku Publicznego, czyli prowadzące działalność w obszarach tzw. pożytku publicznego, które zostały określone ustawą. Na tych organizacjach ciąży więcej obowiązków związanych z kontrolą i sprawozdawczością ich działalności, dzięki czemu są dużo bardziej przejrzyste i godne zaufania.

Gorąco zachęcam, by świadomie przekazywać 1% podatku, namawiać do tego gestu dobrej woli swoją rodzinę, znajomych i kolegów z pracy oraz aby o pomocy pamiętać przez cały rok.

1% można wspomóc także Fundację Szansa dla Niewidomych. Nasz świat, który określamy mianem „Świat dotyku i dźwięku” jest pełen cudownych szans i możliwości. Wiele osób korzysta z naszej pomocy. Na nasze i Państwa wsparcie oczekuje mnóstwo kolejnych niewidomych i słabowidzących – dorosłych i dzieci.

Serdecznie zachęcamy do przekazania 1% osobistego podatku PIT na rzecz naszych podopiecznych.

KRS: 0000260011

Czy pomaganie innym jest w cenie?

Okres świąteczno-noworoczny to czas większej otwartości serc. W szkołach organizowane są zbiórki zabawek dla potrzebujących dzieci, studenci zbierają karmę dla zwierząt ze schroniska, częściej niż zwykle wolontariusze odwiedzają Domy Pomocy Społecznej, a w sklepach spożywczych zdarza się wrzucić produkt do koszyka ze zbiórką żywności osobom, które na co dzień są przeciwne tego typu działaniom. Czy Ty również zauważyłeś wyjątkową otwartość serca w okresie świątecznym?

Warto zadać sobie pytanie: czym jest pomaganie? Z pomocą przychodzi słownikowa definicja: „pomaganie oznacza dokonanie jakiegoś wysiłku dla dobra jakiejś osoby, aby jej coś ułatwić lub poratować ją w trudnej sytuacji lub podarowanie komuś czegoś”.

Słowem klucz jest tutaj „wysiłek”. Wysiłek to nic innego jak wytężenie sił fizycznych lub psychicznych dla osiągnięcia lub zrobienia czegoś /wg SJP/. Zdecydowanie pejoratywne znaczenie. Wysiłek utożsamiany jest bardzo często z trudem, zmęczeniem, spadkiem sił fizycznych, względnie obniżonym samopoczuciem, potrzebą odpoczynku.

Na potrzeby tego artykułu przeprowadziłam krótką ankietę wśród studentów pedagogiki na UMK w Toruniu. Zadałam w niej pytanie: W jaki sposób pomagasz?

Oto przykładowe odpowiedzi: „starszym osobom w sklepie, gdy nie sięgają same po produkt z wysokiej półki”, „ludziom, gdy mają trudność w przejściu przez ruchliwą ulicę”, „po prostu działam, gdy zauważę, że ktoś potrzebuje pomocy i jestem w stanie temu zaradzić”, „w sytuacjach życia codziennego, najbliższym, znajomym”, „dzieciom z domu dziecka poprzez zbiórki charytatywne”, „oddając ubrania dla potrzebujących i biedniejszych osób”, „rozmawiam, starając się podnosić na duchu osoby, które są przygnębione”, „oferuję swój czas”, „działam w kilku fundacjach jako wolontariusz, prowadzę grupę młodzieży, której celem jest pomoc biednym, starszym i niepełnosprawnym z mojej okolicy”, „pomagam w różnego rodzaju zbiorach żywności, odzieży, pieniędzy”.

Każda z ankietowanych osób odpowiedziała w jaki sposób pomaga, co jest jednoznaczne z tym, że pomaga. Każdy z ankietowanych inaczej definiuje pomoc. Pomoc nie jest mierzalna. Efekt pomocy – owszem. Uwielbiamy patrzeć na pomyślny koniec sprawy, w który się angażujemy. Pomoc powinna być zespołowa. Mamy świadomość, że w pojedynkę często nic się nie zwojuje. Wchodząc do siedziby Stowarzyszenia Dzieciom i Młodzieży WĘDKA im. każdego Człowieka nad drzwiami wejściowymi jest wyryty na drewnianej desce napis: „Dzień dobry. W czym mogę pomóc?”. Jest to swoiste hasło, które wypowiada każdy przychodzący codziennie do tego miejsca. Powszechność udzielania tutaj pomocy wpływa na efektywność.

Wyjątkowym rodzajem niesienia pomocy jest dar z samego siebie: honorowe oddanie krwi, zarejestrowanie się w bazie potencjalnych dawców szpiku kostnego, oddanie ściętych włosów dla fundacji tworzących peruki dla osób chorych na nowotwór… Jednak nie każdemu stan zdrowia pozwala na taki sposób pomocy innym. Wiele osób również uważa, iż nie ma czasu na bezinteresowną pomoc m.in. ze względu na długi czas pracy, obowiązki domowe, nieustanny pośpiech. W jaki sposób możemy pomóc innym nie wychodząc z domu?

Darowizna

Darowizna to pieniądze lub rzeczy, które należą do nas i które przekazujemy komuś innemu, nie chcąc nic w zamian. Tak podpowiada nam intuicja. Oficjalna definicja z kodeksu cywilnego (art. 888) potwierdza to, mówiąc, że darowizna to „forma umowy, w której darczyńca zobowiązuje się do bezpłatnego świadczenia na rzecz obdarowanego, kosztem swego majątku”. Podkreślmy: o darowiźnie mówimy wtedy, kiedy dzielimy się swoją własnością, czyli przekazujemy pieniądze z własnej kieszeni lub rzeczy, które do nas należą.

Od podstawy opodatkowania można odliczyć darowizny w kwocie nie wyższej niż 6% uzyskanego dochodu, kiedy darczyńcą jest osoba fizyczna, natomiast osoby prawne mogą odliczyć darowizny w kwocie nie wyższej niż 10% dochodu.

1/100 podatku dochodowego

1% – tak w skrócie mówimy o 1% podatku dochodowego osób fizycznych, który od 2004 roku podatnicy mogą przekazywać wybranej przez siebie organizacji pożytku publicznego (OPP). 1% nie jest darowizną ani ulgą.

Ze społecznego punktu widzenia możliwość przekazywania 1% podatku organizacjom OPP jest przejawem demokracji bezpośredniej. Dzięki niemu każdy polski podatnik może samodzielnie zadecydować, do kogo trafi część podatku dochodowego, który powinien zapłacić państwu. Korzystając z tej możliwości „wspomagamy” ministra finansów w dystrybucji środków publicznych. Jeśli nie zdecydujemy się na przekazanie 1% dla organizacji pożytku publicznego, podatek za dany rok trafi do „wspólnego worka”, o którego przeznaczeniu decyduje rząd i sejm.

Z prawno-podatkowego punktu widzenia 1% to pieniądze należne państwu, które i tak podatnik musi „oddać”. Przekazując 1% podatku dochodowego nie dysponujemy zatem własnymi pieniędzmi, a tylko korzystamy z „uprzejmości” państwa, które pozwala podatnikom samodzielnie zadecydować, gdzie trafią państwowe pieniądze. Nie jest to więc darowizna, którą wykłada się dobrowolnie z własnej kieszeni.

Od stycznia do kwietnia każdego roku podatnicy wypełniają swoje zeznania podatkowe, potocznie nazywane „pitami”. W zeznaniu podatkowym wskazują, jaką kwotę podatku zapłacili już w zaliczkach podatkowych odprowadzanych co miesiąc i obliczają należny podatek za dany rok. W corocznym zeznaniu podatkowym podatnicy mogą też wskazać, że 1% należnego państwu podatku chcą przekazać wybranej przez siebie organizacji pożytku publicznego. Podatnicy podają wtedy jej nazwę i numer KRS w odpowiedniej rubryce formularza PIT. Podatnicy nie dokonują jednak samodzielnie wpłaty na konto organizacji. Pieniądze przekazuje później wskazanym przez podatników organizacjom pożytku publicznego urząd skarbowy.

Społeczna odpowiedzialność

Jak możemy zauważyć, aby pomagać wystarczy bardzo niewiele, albo jednocześnie bardzo wiele – chęć niesienia pomocy. Form niesienia pomocy jest tyle, ile osób pomagających. Każde działanie, którego celem jest dobro drugiego człowieka, nazywamy mianem zachowania prospołecznego. W niektórych przypadkach zachowania prospołeczne podejmuje się we własnym interesie, w nadziei otrzymania czegoś w zamian. W przeciwieństwie do altruizmu wynikającego wyłącznie z pragnienia pomagania drugiemu nawet własnym kosztem.

Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego pomagamy innym, jednak warto zatrzymać się na chwilę w codziennym zabieganiu, w natłoku spraw, aby dostrzec, że wokół nas są osoby potrzebujące naszej pomocy. Nie bądźmy obojętni.

Niewidomy protokolant sądowy

Kilka lat temu w przerwie pomiędzy studiami chciałem nauczyć się pracować w nowym zawodzie. Akurat udało mi się dostać na kurs transkrypcji nagrań audio w projekcie dla osób niewidomych. Transkrypcja polega na przepisywaniu na wersję tekstową nagranych wypowiedzi, jak na przykład wywiady czy sprawy sądowe. Po zdanym kursie mogłem tylko czekać na pracę w tym zawodzie. Los jednak bywa przewrotny i po dwóch miesiącach zacząłem pracować jako protokolant sądowy w Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga w Warszawie.

Protokolant to osoba, która uczestniczy w rozprawach sądowych i notuje najważniejsze wypowiedzi sądu oraz stron konfliktu. Codziennie rano przy wchodzeniu do sądu musiałem przejść kontrolę. Ochrona sprawdzała czy nie wnoszę nic niebezpiecznego do sądu. W pierwszym miesiącu mojej pracy uczyłem się jak w ogóle wygląda praca w tym zawodzie. Uczestniczyłem w cywilnych sprawach sądowych słuchając jak wyglądają pojedyncze rozprawy, słuchałem innych protokolantów, którzy tłumaczyli mi jak zapisuje się rozprawy sądowe oraz czytałem przykładowe dokumenty tekstowe ze spraw sądowych. Jednak prawdziwy test zaczął się po miesiącu, kiedy miałem usiąść do pierwszego, samodzielnego protokołowania rozprawy rozwodowej.

Już po wejściu na salę rozpraw, gdzie miałem być protokolantem, złapał mnie duży stres. Moje miejsce było przy krótszym boku stołu, przy którym siedział sędzia oraz dwóch ławników. Po lewej stronie było miejsce dla strony pozwanej. Przede mną stał komputer z klawiaturą, na której miałem pisać protokoły spraw odbywających się w tym dniu. Dodatkowo sędzia miał monitor i myszkę, dzięki czemu sam mógł monitorować to, co ja piszę i ewentualnie korygować, co czasami się przydawało. Dodatkowego stresu dodawała mi toga, czyli płaszcz noszony przez skład sędziowski, który jako protokolant też musiałem założyć. Kiedy strona sędziowska była już gotowa, moim obowiązkiem było wyjście z sali i zawołanie strony powodowej i pozwanej na rozprawę. Następnie siadałem przy komputerze i czekałem z otwartym plikiem protokołu aż wszyscy zajmą swoje miejsca. Dodam jeszcze, że na uszach miałem słuchawki nauszne, aby móc słyszeć program udźwiękawiający. Było to dosyć trudne zadanie: z jednej strony słuchać syntezatora mowy, a z drugiej tego, co mówią osoby na sali. Zacząłem pisać protokół pierwszej rozprawy. Niestety, nie było łatwą sprawą nadążyć za sędzią oraz adwokatami i wszystko odpowiednio napisać. Potem przyjąłem strategię, że pisałem tak, aby dla mnie było zrozumiałe to, co zapisałem, a w wolnej chwili pomiędzy sprawami poprawiałem plik, aby był czytelny dla sędziego.

Na pierwszych rozprawach napotkałem na spory problem z programem Microsoft Word, którego nigdy wcześniej nie miałem. Otóż z powodu bardzo, bardzo szybkiego pisania na klawiaturze, aby nadążyć za mówiącymi osobami sprawy sądowej, naciskały mi się niechcący różne skróty klawiszowe. Między innymi był to skrót ALT+r, który wstawiał niepotrzebny znak zarejestrowany, albo ALT+j, który wstawiał przypis dolny. Pierwszy skrót nie był dużym problemem, ponieważ wystarczyło ten znak standardowo usunąć klawiszem Backspace, ale za to nie dało się już tak łatwo usunąć przypisu dolnego i czasami była potrzebna pomoc sędziego, który myszką szybko usuwał ten element. Na szczęście, po zgłoszeniu tej sprawy do sądowych informatyków, udało się po wyszukaniu odpowiedniej pozycji w ustawieniach programu Microsoft Word pousuwać działanie tych skrótów, które robiły takie spustoszenie w protokole sądowym.

Z dnia na dzień szło mi coraz lepiej i sprawniej pisałem protokoły. Siedziałem głównie na sprawach rozwodowych, więc miałem czego posłuchać, a także czasami na sprawach cywilno-budowlanych, co było dosyć monotonne i nudne. Protokołowałem również pojedyncze sprawy sądowe o ubezwłasnowolnienie osób starszych, albo niepełnosprawnych intelektualnie. Oczywiście nie mogłem i nie mogę nikomu zdradzać szczegółów spraw sądowych, w których brałem udział, ponieważ obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, która akurat w tym przypadku jest bardzo ważna, ponieważ dotyczy zazwyczaj szczegółowej historii życia osób biorących udział w rozprawie.

Po jakimś czasie sąd udostępnił mi mikrofon, który stał u mnie na biurku. Dzięki temu bez wychodzenia na korytarz mogłem po naciśnięciu przycisku wywołać osoby do danej sprawy. Po kilku tygodniach spraw sądowych wiedziałem już u którego sędziego pisze mi się lepiej, a u którego gorzej. Było to związane na przykład z tym, że jeden sędzia dyktował mi wprost to, co mam pisać, a drugi mówił: „Proszę pisać najważniejsze kwestie” i to już ode mnie zależało, co zapisałem. Codziennie po przyjściu do pracy dowiadywałem się u kogo dzisiaj będę pisał protokoły. Niestety, były w tej pracy również minusy, ponieważ zdarzało się tak, że na cały dzień zaplanowana była jedna sprawa, w której miało być przesłuchiwanych dwudziestu świadków. A tu nagle jedna ze stron wnosi o przełożenie tej sprawy na inny termin z jakiegoś powodu. Przez to już po kilkunastu minutach miałem wolne do końca dnia i mogłem siedzieć przy komputerze w moim pokoju. Było też często odwrotnie: zostawałem jedną lub dwie godziny dłużej, ponieważ sprawy się przedłużyły i nie mogłem niestety wyjść o godzinie 16, tak jak powinienem. Moim rekordem było skończenie pracy o godzinie 19. Opóźnienia najczęściej wynikały z długiego prowadzenia sprawy przez danego sędziego. Niestety były takie rozprawy, które trwały kilka godzin. Było to dosyć ciężkie wyzwanie, aby pisać w skupieniu przez tyle czasu. Podczas rozpraw, w których uczestniczyłem, zdarzały się też dosyć groźne sytuacje. Na przykład jedną ze stron wprowadzało dwóch funkcjonariuszy policji, którzy przyprowadzili stronę konfliktu z więzienia. Podczas rozprawy osoba w kajdankach siedziała cały czas otoczona policjantami. Zdarzyło się również tak, że jedna ze stron nagle straciła przytomność z powodu stresu i upadła na podłogę tuż koło mnie.

Z mojego doświadczenia, które nabyłem przez kilka miesięcy pracy w tym zawodzie wiem, że sprawy rozwodowe mają dwa wymiary. Jednym z nich jest długa batalia męża i żony o winę, albo opiekę nad dziećmi, a drugim jest rozwód w ciągu 10-15 minut. W pierwszym wypadku sprawy mogły trwać nawet 6 lat, co było spowodowane po pierwsze nowymi świadkami i dowodami w sprawie, które trzeba było przesłuchać oraz przeanalizować, a po drugie, że tylko około dwóch spraw rocznie mogło się odbyć z powodu obciążenia sądu rozprawami sądowymi. Natomiast jeśli dwie osoby były zgodne i chciały rozwodu bez orzekania o winie, taka sprawa trwała około 10 minut. Jeśli małżeństwo miało dzieci, ale nadal było zgodne i chciało się rozwieść bez orzekania o winie, można było to zrobić w ciągu piętnastu minut. Te pięć minut więcej było spowodowane tym, że w okoliczności posiadania dziecka lub dzieci przez strony była potrzeba przesłuchania świadka, z zeznań którego miało wynikać, że potomstwo jest zadbane i dobrze wychowywane.

Podsumowując, cieszę się, że jako osoba niewidoma mogłem poznać świat polskiego sądownictwa od środka. Historie ludzi, których słuchałem i zapisywałem na rozprawach sądowych, na długo zostaną w mojej pamięci. Było to też dla mnie ciekawe doświadczenie życiowe i zawodowe. Niestety, z powodu braku etatów w sądzie po całych dziewięciu miesiącach pracy skończyła się moja przygoda w pracy jako protokolanta sądowego i zacząłem szukać nowych wyzwań zawodowych.

Felieton skrajnie subiektywny. Niech nie wie lewica…

Rodzice przekazali mi w dzieciństwie prostą, testamentową zasadę pomagania i dawania „niech nie wie lewica, co czyni prawica”. Pomagać w sposób intuicyjny, niewymuszony, nienatrętny i pod żadnym pozorem nie oczekiwać wdzięczności. Zasada na pozór wydaje się bardzo prosta, ale byłabym bardzo zarozumiała, gdybym twierdziła, że zawsze udaje mi się ją stosować. Każdy bowiem ma naturalną skłonność do oczekiwania na pozytywną reakcję, kiedy daje lub pomaga.

Lubię pomagać, lubię dawać, lubię widzieć radość obdarowanego, przy czym obdarowywanie pojmuję nie tylko w sensie materialnym. Czasem słowa wypowiedziane w odpowiednim momencie mogą być darem większym niż najwspanialszy prezent. Kiedy potrafimy obdarowywać, potrafimy też przyjmować dary od innych. Przyjmowanie podarunków też na pozór wydaje się proste, ale to tylko pozór. W tym momencie znów muszę przywołać moich rodziców. Druga zasada, której mnie nauczyli, to takie przyjmowanie podarunków, by obdarowujący poczuł się doceniony i miał poczucie, że jego dar jest dla mnie czymś wyjątkowym. Oczywiście wykluczone są przesadne peany, należy dziękować w sposób naturalny i nienatrętny.

Zapewne te zasady wpojone mi w dzieciństwie sprawiają, że w sposób swoisty pojmuję dobroczynność instytucjonalną, realizowaną przez organizacje pomocowe i fundacje. Bliska jest mi pomoc realizowana bez zbędnego rozgłosu, pomoc systematyczna, pomoc całkowicie bezinteresowna, skierowana na konkretne cele i do konkretnych, potrzebujących ludzi. W sposób naturalny ideałem pomagania jest więc dla mnie Caritas, którego tradycje pomagania wywodzą się z Niemiec i sięgają końca XIX wieku, zaś jego ukonstytuowanie się jako międzynarodowej organizacji charytatywnej przypada na rok 1926. Imponujące jest szerokie spektrum pomocy doraźnej i długofalowej, materialnej i finansowej osobom bezrobotnym, bezdomnym, chorym, sędziwym, dzieciom z rodzin ubogich i dysfunkcyjnych, imigrantom, uchodźcom, pomoc humanitarna ofiarom wojen, kataklizmów i katastrof naturalnych poza granicami kraju macierzystego. W taki właśnie sposób działa Caritas Polska – bez zbędnego rozgłosu, transparentnie, systematycznie i kompleksowo.

Od mojego ideału pomagania odbiega dzieło Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, której 27 finał właśnie za nami. Zbyt krzykliwe, zbyt spektakularne, zbyt natrętne, zbyt mało przejrzyste z punktu widzenia finansów, ze zbyt dużą ilością podczepionych pod fundację firm należących do twórcy tego dzieła i jego rodziny. I ta presja dobroczynności wywierana na otoczeniu. Nie wspierasz WOŚP – niby twoja sprawa, ale przecież w szpitalu ty, czy twoje dziecko korzystacie ze sprzętu zakupionego z naszych zbiórek. No i najbardziej dyskusyjna część WOŚP – kontrowersyjny Przystanek Woodstock organizowany teoretycznie jako podziękowanie dla wolontariuszy.

Dobroczynność wymaga ciszy i całorocznej, mrówczej pracy, nie zaś okolicznościowych fajerwerków, błyskotek i epatowania wielkością dzieła pomocy. Niech nie wie lewica, co czyni prawica.

Dobro czynić

Organizacjami pozarządowymi w świetle polskiego prawa są przede wszystkim stowarzyszenia i fundacje. Nazywane są również potocznie „trzecim sektorem” lub zamiennie NGOs-ami, bo z angielskiego non-government organizations oznacza po prostu organizacje pozarządowe.

Trzeci sektor to organizacje posiadające status organizacji pożytku publicznego, a więc takie, które działają dla dobra lub interesu publicznego i kierują się pewnymi, ograniczającymi je regułami. Stąd też, wydaje mi się, osobom związanym z taką działalnością idea dobroczynności jest zdecydowanie bliska.

Stowarzyszenia i fundacje wspierają się w swojej działalności pracą wolontariuszy, którzy za swoje zaangażowanie i poświęcony czas nie pobierają wynagrodzenia. Nie jest to jednak zbyt popularna wśród młodego pokolenia aktywność, pokolenia, o którym często mówi się, że jest roszczeniowe i przyzwyczajone do wszechobecnego konsumpcjonizmu. Osobiście nie twierdzę, że tak właśnie jest, ponieważ znam sporo młodych osób, do których ten opis zupełnie nie pasuje. Mimo wszystko – a może raczej tym bardziej – warto docenić życzliwych nam ludzi, działających w naszym otoczeniu i wspierających bezinteresownie działania, jakich się podejmujemy, skoro w obiegowej opinii jest to zajęcie coraz mniej atrakcyjne.

W książce Mariusza Szczygła „Zróbmy sobie raj” padły słowa, które bardzo lubię – „Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu”.

Mniej więcej połowę swojego życia spędziłam jako członkini jednej z największych organizacji harcerskich w Polsce, mianowicie w Związku Harcerstwa Polskiego, które jest stowarzyszeniem i organizacją pożytku publicznego. Przynależność do niego jest dobrowolna, a zdecydowanej większości pełnionych tam funkcji jego członkowie podejmują się właśnie jako wolontariusze. Młodym ludziom, wychowanym w duchu harcerskich ideałów, bliskie sercu jest bycie życzliwym i uczynnym wobec drugiego człowieka, często potrzebującego wsparcia i pomocy. Być może brzmi to dość trywialnie, jednak uważam, że ma realne przełożenie na nasze życie i kształtowanie swojego najbliższego otoczenia.

W książce Mariusza Szczygła „Zróbmy sobie raj” padły słowa, które bardzo lubię – „Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu”. Myślę, że nam, Polakom, bardzo by się to przydało, ponieważ jesteśmy postrzegani jako naród często narzekający i zwyczajnie smutny. Świat byłby dużo przyjaźniejszym miejscem, gdyby ludzie potrafili być wobec siebie nieco bardziej życzliwi; czasami drobny gest, mała pomoc wykonana przez nas nawet odruchowo, może wywołać na czyjejś twarzy uśmiech lub po prostu poprawić komuś humor. Taką drobną życzliwością z całą pewnością będzie nawet wzięcie głębokiego oddechu w nerwowej sytuacji i zachowanie milczenia zamiast rzucenie w czyimś kierunku wiązanki nieprzyjemnych słów.

Na koniec chciałabym zacytować jeszcze słowa Roberta Baden-Powella, założyciela światowego skautingu (z którego ukształtowało się polskie harcerstwo), czyli jednej z najważniejszych postaci dla wszystkich skautów i harcerzy – „Starajcie się zostawić świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście”. Może warto mieć te słowa w głowie, zwłaszcza podczas układania swoich postanowień na ten nowy, 2019 rok.

Tożsamość i pamięć

Twojej pamięci

Przełom roku dla wielu z nas stanowi okres wytężonego wysiłku. Przygotowania do świąt, sylwestrowej zabawy pochłaniają sporo czasu, wymagają dobrej organizacji, a nieraz wręcz logistyki. Ale przełom roku to niewątpliwie również czas pogłębionej refleksji i zadumy nad tym wszystkim, co w symbolicznym przesunięciu się wskazówki zegara w jednej niemalże chwili odchodzi i zamyka się niczym księga lub jakiś kolejny rozdział życia. Zagadnienie czasu samo w sobie jest na tyle interesujące, iż mogłoby stanowić przyczynek do odrębnego artykułu zgłębiającego wyłącznie to pojęcie w rozmaitych kontekstach i korelacjach. Nie o tym jednak rzecz dzisiaj. Niemniej jednak przyznać muszę, że kategoria czasu ściśle wyznacza zakres tematyczny moich dzisiejszych rozważań.

Ostatnia książka Papieża Jana Pawła II pt. Pamięć i tożsamość wydana została w 2005 r., na krótko przed jego śmiercią. Być może uznacie Państwo, że to bardzo zuchwałe z mojej strony, aby odnosić się, czy też nawiązywać w tytule własnego artykułu do pozycji, której nigdy nie miało się w ręku… Tak, to prawda. Nigdy nie przeczytałam tej książki Papieża, ale od zawsze intryguje mnie jej tytuł. Jest w samym jego brzmieniu głęboka treść, która powoduje, iż podświadomie niejako odczuwam, że jest to pozycja niezwykle cenna, choć – jak wiadomo – trudno uznać, że którakolwiek z książek, encyklik Ojca Świętego miałaby taką nie być. To mój błąd, że do tej pory nie przeczytałam tej książki. Na pytanie, dlaczego dotąd tego nie zrobiłam, nie znam odpowiedzi. Może niejako z obawy przed geniuszem autora, tj. przed możliwością niezrozumienia przekazu itp. Być może to jednak jedynie próba usprawiedliwienia się przed samą sobą. Rozpoczynam od tej właśnie pozycji, gdyż oto na przełomie roku właśnie sama zaczęłam się zastanawiać, czym jest dla mnie owa pamięć i tożsamość, jednakże w prostym, nie encyklopedycznym ani książkowym, tj. „wysokim” rozumieniu. I na to pytanie spróbuję dać tutaj odpowiedź. Nie uprzedzając całości poniżej zawartych rozważań napiszę jednak już teraz – dla mnie pamięć i tożsamość sprowadza się do prostych gestów i obrazów, które zachowuję i których głęboko strzegę, a które to gesty, obrazy i sytuacje ukształtowały mnie jako jednostkę; dotyczą zaś one najbliższych mi osób, w tym – a może nawet w szczególności – również tych, którzy już odeszli.

Dzisiejszy świat wydaje się być zaprogramowanym na opcję „ja, mnie, moje”. Stale słyszę to wokół siebie, m.in. mowy motywacyjne „trenerów” typu: „Ja w centrum”, „to Ty jesteś najważniejszy”! „Pamiętaj o sobie”! „Koncentruj się wyłącznie na tu i teraz”. Cała filozofia i medytacja „mindfullness”, tj. medytacja uważności wskazuje na skupianie się na „tu i teraz”, bez zbędnego zagłębienia się w przeszłość i przyszłość. I generalnie rzecz ujmując nie ma się tu do czego przyczepić. Jako jednostka jestem ważna, muszę myśleć o sobie; podobnie – nie mogę żyć przeszłością ani przyszłością, gdyż jestem osadzona w rzeczywistości „tu i teraz”, i tylko na nią mam realny wpływ. To co było nie powróci, to co prognozuję, że dopiero przede mną, może się nigdy nie wydarzyć. Jak to zwykle bywa, dobrze byłoby jednak zachować przy tym wszystkim równowagę i nie przeinterpretowywać pierwotnie właściwych i pożądanych założeń. Wydaje się bowiem, że niektórzy przynajmniej skupiają się na nowych popularnych ideach zbyt dosłownie, czyniąc „ja, mnie, moje” oraz „tu i teraz” jedynym właściwym szlakiem na życiowej drodze. Pytanie „skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy”, przybierając czy to bardzo wzniosły, metafizyczny wymiar, czy też ujęte w sposób dosłowny poprzez zestawienie naszej przeszłości i przyszłości właśnie – to natomiast odwieczne pytanie człowieka, z którego nie sposób zrezygnować i o którym nie sposób nie myśleć. Odwieczne pytania, tj. tematy od zawsze i na zawsze aktualne, były i są obecne w prozie najwybitniejszych pisarzy, filozofów, myślicieli. Ale nie trzeba być przecież jednostką wybitną, by samemu sobie takie pytania postawić i spróbować na nie odpowiedzieć.

Pozwólcie Państwo zatem, że – wciąż jeszcze tytułem wstępu niejako – przytoczę dwa literackie nawiązania, tj. jedno z kręgu litertury powszechnej, drugie – rodzimej, polskiej.

Są książki, które pozostawiają w nas ślad na zawsze, książki, do których wraca się po latach, które czyta się wielokrotnie, za każdym razem odnajdując w nich nowe treści. Gdybym miała wskazać książkę, która jest taką pozycją dla mnie, to powiedziałabym, że jedną z nich jest niewątpliwie Nagi sad Wiesława Myśliwskiego. Zawarta w tej pozycji historia ojca i syna w swej prostocie i szczerości ma czytelnikom tak wiele do zaoferowania, że nie chciałabym doprawdy zdradzać, czy też szeroko komentować jej zawartości. Nadmienię jedynie, że historia ojcowskiej i synowskiej miłości obojga bohaterów głęboko mnie wzruszyła, a fragment utworu dotyczący poszukiwania syna przez ojca w nagim, jesiennym sadzie wywołał u mnie nagły, zupełnie nieoczekiwany wybuch emocji, porażający wręcz stan, który utrzymywał się jeszcze przez kilka następnych godzin po odczytaniu przedmiotowego fragmentu. Być może dlatego, że w tych kilku prostych zdaniach znalazłam tu niespodziewanie odzwierciedlenie czystej, pięknej miłości jaką przez całe swe życie darzyli mnie moi rodzice. Miłości, o której nie mówi się głośno, ale którą „czyta się” jak książkę, która emanuje z najprostszych, codziennych czynności. Tę pozycję polecam każdemu, dla kogo prostota i piękno przekazu jest cenniejsze od przepychu i beztroski, jaką oferuje nieraz współczesna nam literatura. Nie znajdziemy tu nagłych zwrotów akcji, wielu wątków, czy treści wyrażonej wątpliwej „jakości” słownictwem; znajdziemy nostalgię, głębokie studium relacji dwojga ludzi związanych więzami krwi. Studium miłości prostej, lecz niezmiernie czystej, wyrażonej w gestach i codziennych, prozaicznych czynnościach. Miłości pięknej i prawdziwej, wreszcie miłości, przy której sam fakt „bycia obok” staje się największą wartością w życiu. Oto mistrzostwo przekazu Myśliwskiego.

Marcel Proust to natomiast autor wybitnego dzieła pt. „W poszukiwaniu straconego czasu” – siedmiu opasłych tomów nastręczających wiele trudności studentom studiów filologicznych, na których pozycja ta widnieje w grupie obowiązkowych na liście przedmiotu literatura powszechna. Książka napisana jest językiem, a raczej stylem trudnym i nużącym. We fragmentach utworu zastosowano bowiem technikę „strumienia świadomości”2, która w najprostszym tłumaczeniu sprowadza się do zapisu ciągu myśli człowieka w taki sposób, w jaki układają się one w głowie. W mojej głowie np. stale panuje chaos, myśli gonią jedne za drugimi, nie układają się w logiczne zdania czy wyrażenia. Jedna myśl dosłownie przegania lub napiera na drugą. Są tu urwane słowa i półsłówka, westchnięcia, współczucie, nieraz „prychanie”, kpina i ironia – słowem, mieszanka wybuchowa. I zapisz to teraz człowieku! Dokonaj w sposób wierny i chronologiczny transkrypcji własnych myśli, a następnie je odczytaj! Przyznacie Państwo, że będzie to ciężki kawał literatury. Pozostawmy jednak strumień świadomości jedynie jako ciekawostkę literacką, o której warto wiedzieć.

Czas stracony, w znaczeniu bezpowrotnie utracony – bo o takim Proust pisze – to czas, którego i ja nieraz usilnie poszukuję. Z biegiem lat szukam go chyba coraz częściej. Być może zatem się starzeję, albo staję się po prostu coraz bardziej sentymentalna. Jest w powieści Prousta, w pierwszym jej tomie pt. „W stronę Swanna” motyw, do którego niejako sprowadziłabym całość tego utworu. Jest to motyw magdalenki – ciastka rozpuszczonego w herbacie, którego smak przywołuje w dorosłym już bohaterze czas utracony właśnie. Niczym wehikuł czasu smak zanurzonego w herbacie ciastka powoduje przeniesienie bohatera w inny wymiar – powrót do czasu utraconego, tj. do chwil i sytuacji, które przechowuje w pamięci i których udziałem chciałby stać się ponownie. Zanurzenie ciastka w herbacie wyzwala w narratorze falę wspomnień, zapoczątkowuje podróż „w głąb czasu”. Wspaniałym wyrazem owego wrażenia połączenia dwóch światów, teraźniejszości i przeszłości, jest obszerny fragment utworu, jaki pozwalam sobie przytoczyć, aby właściwie wyrazić to, o czym wspomniałam wyżej.

„I nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii. W niedzielę rano w Combray (ponieważ tego dnia nie wychodziłem przed godziną mszy), kiedy szedłem do pokoju cioci Leonii powiedzieć jej dzień dobry, dawała mi kawałek ciasta, umoczywszy je w herbacie lub w naparze kwiatu lipowego. Widok magdalenki nie przypomniał mi nic, nim ją skosztowałem; może dlatego, że widywałem je od tego czasu często – mimo, że ich nie jadłem – na ladzie cukierni; obraz ich opuścił owe dni Combray, aby się skojarzyć z innymi świeższymi; może dlatego, że z owych wspomnień, tak długo zostawionych poza pamięcią, nic nie przetrwało, wszystko rozpyliło się; kształty – także kształt tej małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem – znikły lub też uśpione, straciły energię, która by im pozwoliła połączyć się ze świadomością. Ale kiedy po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie zapach i smak, wątlejsze ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia. I z chwilą gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki, którą mi dawała ciotka (mimo że jeszcze nie wiedziałem i aż znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był jej pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki […] I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które, ledwo się zanurzywszy, wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając się w kwiat, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz, wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna, i lilie wodne z Vivonne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty”.

M. Proust, W stronę Swanna, przeł. T. Żeleński( Boy)

Myślę, że każdy z nas śladem proustowskiej magdalenki może lub mógłby wymienić takie „kotwice” we własnym życiu. Dla jednego będzie to smak jakiegoś dania, które właśnie w taki, a nie inny sposób przygotowywała mama lub babcia. Dla kogoś innego będzie to jakiś przedmiot lub sekwencja zdarzeń, niczym déja vu. Tak jak dla bohatera Prousta jedynie określony rodzaj skojarzeń zdołał na nowo odtworzyć utracone już na zawsze chwile. Punktem wyjścia dla podróży w głąb czasu może być dźwięk, zapach, smak, przedmiot itp. Osobiście wiele takich właśnie „kotwic” mogłabym zapewne wymienić, na myśl przychodzą mi jednak głównie następujące sytuacje:

ƒƒOd najmłodszych lat pamiętam wieczór wigilijny spędzany w szerokim gronie najbliższych. W domu rodzinnym zamieszkiwaliśmy razem z dziadkami, rodzicami mamy. Na tę jedyną w roku kolację do babci i dziadka przychodzili również moi wujkowie i ciocie z kuzynostwem. Dom wypełniał się gwarą i wesołymi twarzami. Kulminacją wieczoru była chwila, gdy dziadek zapalał wiszący na stałe na ścianie obraz święty przedstawiający Jezusa Chrystusa i Jego Matkę. Pod każdą z postaci umieszczonych w dwóch skrzydłach obrazu zamieszczona była czerwona podłużna żarówka, świecące były również aureole. Ten obraz „płonął” w pokoju dziadków ten jeden jedyny raz w roku. Nie przypominam sobie bynajmniej, bym widziała go oświetlonego kiedykolwiek indziej. W tym tkwiła podniosłość tego momentu i uczczenie postaci na nim przedstawionych. Pamiętam oczekiwanie w ciszy i napięciu na ten właśnie moment, gdy postaci rozbłysną światłem żarówek. Pamiętam niepokój o dziadka, który zapalał obraz poprzez umieszczenie w kontakcie prowizorycznej „wtyczki”, a ściślej rzecz ujmując dwóch oddzielnych drucików, co było rzecz jasna mało odpowiedzialne, ale rokrocznie powtarzalne. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna!3 ƒƒWiosną i latem w słoneczne niedzielne popołudnia wielokrotnie mogłam być świadkiem uroczej sceny. Mój tata stawał przed mamą z maleńkim bukiecikiem stokrotek zerwanych w przydomowym ogródku. Mama wkładała bukiecik do kieliszka, gdyż w małym kieliszku prezentował się on najlepiej – stokrotki pozostawały wówczas „zbite” w jedną całość, a struktura bukietu nie ulegała naruszeniu. Z czasem, gdy w domu pojawił się maleńki, porcelanowy błękitny wazonik z trzema płatkami w kolorze białym, granatowym i zielonym, zastąpił on ów zwykły, szklany kieliszek. Samo przekazanie bukietu nie odbywało się w sposób spektakularny – często bez słów, jedynie z szerokim uśmiechem. Tych kilka prostych obrazów widziałam kilka razy w życiu. To było tak urocze w swojej prostocie i szczerości zarazem; tak krótkie i ulotne, a jakże głębokie i przesycone najgłębszą z możliwych treścią. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna! ƒƒNa ceglanej ścianie budynku gospodarczego usytuowanego obok mojego rodzinnego domu widnieją dwa napisy. Koślawe wielkie litery wskazują, iż autorem zamieszczonych tam słów „MAMA” i „TATA” było dziecko. Słowa zapisano kredą lub wydrapano podwórkowym kamieniem, dziś trudno to ocenić. Słowa są już może mało wyraźne, jednakże wciąż widoczne, zauważalne. Dziś jestem już dorosła, a jednak z rozrzewnieniem patrzę na tę kruchą cegłę i napis, który sama niegdyś tam zamieściłam. Nie mogłam być dużą dziewczynką, skoro napis widnieje na niedużej wysokości. Nie wiem, kiedy ten napis konkretnie powstał, tj. ile mogłam mieć wtedy lat, ale wiem na pewno, że to ja go tam zamieściłam. Uczyniłam to w jakimś momencie życia, a dokładniej mówiąc beztroskiego dzieciństwa, gdy wszystko było jeszcze proste, dziecinnie łatwe, gdy słowo „problemy” nie istniało w głowie małej dziewczynki. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna!

Obraz nadal wisi na ścianie pustego dziś pokoju zajmowanego niegdyś przez babcię i dziadka. Pokoju, w którym kilkanaście lat temu tętniło jeszcze życie, w którym dziadek śpiewając kolędy stroił choinkę i wieszał na niej ulubione, wieloletnie już długie cukierki opakowane w kolorowe, świecące papierki. I nieraz chciałabym znów go zaświecić, przywołując na chwilę – chociaż pozornie – tamten moment, gdy przy wspólnym stole zasiadało co najmniej o sześć lub siedem osób więcej, niż mogłoby usiąść przy nim dzisiaj; jednocześnie boję się tego uczynić mając świadomość, że to czas w pełni już utracony. Dzbanuszek nadal stoi na półce przy zdjęciu ukochanej Mamy. Zimą pusty, latem wkładam do niego kwiaty, najlepiej stokrotki. I jest dla mnie w tym maleńkim, niepozornym flakoniku zawarta i pamięć i tożsamość, a więc o wiele więcej niżby pomieścić mógł największy nawet dzban do czerpania wody ze studni. Napisy wydłubane na murze starego, zniszczonego zębem czasu domu rodzinnego nadal da się odczytać. Te przedmioty nadal istnieją, ale są tylko świadectwem jakiegoś „kiedyś”. Brak ludzi, które moja pamięć związała z tymi przedmiotami na zawsze. Dla mnie tych kilka obrazów stanowi właśnie pamięć. Obrazu taty przynoszącego mamie stokrotki zachowuję w pamięci i strzegę niczym mitologiczny Cerber, bo ten prosty gest taty zawsze był dla mnie na równi z czynem bohaterskim. Dziś to już tylko i aż pamięć, bo z przyczyn obiektywnych ten obraz i gest nie może zostać powtórzony w tej samej sekwencji i z udziałem tych samych kochanych osób, których obrazek ten dotyczył. Dla mnie to tożsamość, bo z takiego domu wychodzę, z domu, w którym nie było może wielkich i naukowych teorii, nie było zajmujących wysokie pozycje, gruntowanie wykształconych rodziców. Ale był to dom, w którym był szacunek dla ludzi, otoczenia i siebie nawzajem. Była prosta codzienność nie opatrzona wzniosłymi hasłami i zbędnym dobrobytem, przepychem. Była pokora przed tym co Boże; w tym domu przekazano mi wiarę, która z czasem stała się własnym, świadomym już wyborem.

Dla mnie to jest właśnie pamięć. Dla mnie to jest właśnie tożsamość. To wszystko, co ukształtowało mnie i kształtuje nadal jako człowieka, którym jestem na co dzień. To pragnę pielęgnować i zachowywać. Tego strzegę niczym przysłowiowego skarbu, którego przecież i tak nikt ani nic nie może mi teoretycznie odebrać. Teoretycznie, bo w pędzącym świecie, w którym można zatracić siebie, nie wszystko jest jednak tak oczywiste. Wiem jednak jedno – jeśli zatracę własną tożsamość, tj. siebie – utracę wszystko4.

Na zakończenie krótki akcent liryczny. W roku 2016 zmieniłam na pewien czas swoją stałą pracę, rozpoczynając przygodę w zupełnie innym miejscu i w innym niż dotychczas charakterze. Poznałam wówczas wielu interesujących ludzi, przekonałam się, że zmiany w życiu są potrzebne. Kolega z pracy ofiarował mi wówczas tomik swojej poezji wydany kilka lat temu w bardzo niewielkim nakładzie. Moją uwagę niemalże natychmiast zwrócił jeden z wierszy, którego początkowo – nie wiadomo dlaczego – nie połączyłam z bliskim sercu obrazem. Podświadomie jednak często do wiersza tego wracałam i powtarzałam go w myślach. Za wiedzą i zgodą jego autora, przytaczam poniżej treść wiersza.

Marcin Mario Weiss, z tomiku Hobby życiem zwane

ŻYJ NIE TAK

Żyj nie tak jak …

lecz jak chciałbyś żyć.

Jeszcze będzie pięknie, jeszcze sobie stokrotki pozrywasz

pośród łąki czterolistnych koniczyn;

żyj tak jak chciałbyś żyć naprawdę,

bądź z siebie dumny i nie przejmuj się niczym.

I miej zawsze choćby najmniejszy flakonik

gotowy na kwiatki.

Opole, 1997.11.09

Wszystkie fotografie zawarte w artykule – archiwum prywatne.

1 Tytuł artykułu nawiązuje do ostatniej książki Jana Pawła II, pt. Pamięć i tożsamość; tytuł został świadomie przeze mnie sparafrazowany po to, aby odróżnić go od oryginalnego brzmienia tytułu książki Papieża, pozostając jednocześnie w pewnej z nim łączności.

2 Najwybitniejszą powieścią strumienia świadomości jest Ulisses Jamesa Joyce’a.

3 cyt. Johann Wolfgang von Goethe, Faust

4 Podobnie śpiewa w swojej lirycznej balladzie Runnin’ (Lose it All) amerykańska piosenkarka muzyki pop, Beyonce Knowless /If I lose myself, I lose it all/

Wolontariusz? Brzmi dumnie

XXI wiek – pęd, pośpiech, pogoń za pieniądzem, bezwzględność w dążeniu do celu. Czy aby na pewno? Bycie dla drugiej osoby, bezinteresowność, działanie dla idei – czy to idealistyczne hasła, które miały znaczenie w ubiegłym stuleciu, w czasie, w którym kraj potrzebował szczególnego zjednoczenia? Jakimi cechami powinna charakteryzować się osoba wolontariusza? Czy jest granica wieku dla osoby chcącej bezinteresownie pomagać? Na te i inne pytanie mogą Państwo uzyskać odpowiedź w poniższym artykule.

Warto na początku postawić pytanie: kim jest wolontariusz? Współcześnie używane słowo „wolontariusz” pochodzi od łacińskiego słowa voluntarius. Encyklopedycznie oznacza każdą osobę fizyczną, która dobrowolnie, ochotniczo i bez wynagrodzenia wykonuje świadczenia na rzecz organizacji, instytucji lub osób indywidualnych, wykraczając poza więzi koleżeńsko-rodzinne.

Osoba wolontariusza istnieje również w ustawie o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Każdy wolontariusz posiada przede wszystkim swoje prawa, jak również obowiązki. Co do nich należy?

Wolontariusz ma obowiązek posiadania kwalifikacji i spełniać wymagania odpowiednie do rodzaju i zakresu wykonywanych świadczeń. Wyobraźmy sobie sytuację, w której osoba pragnie zaangażować się w pomoc przy organizacji oraz przeprowadzeniu dużego wydarzenia, jakim jest koncert plenerowy dla kilku tysięcy osób. Osoba predysponująca na wolontariusza powinna w tym przypadku posiadać m.in. wiedzę z zakresu bhp, aby w razie zagrożenia móc zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom koncertu.

Osoba, która angażuje się w pomoc wolontariacką w środowisku dzieci nie powinna być wulgarna czy agresywna, a wymogiem do podjęcia tego typu świadczenia na rzecz dzieci powinna być empatia i odpowiedzialność. Dlatego przede wszystkim

Wolontariusz? Brzmi dumnie wolontariusz ma obowiązek zapytania samego siebie o kwalifikacje i predyspozycje do konkretnej formy pomocy. Ponadto osoba wolontariusza ma obowiązek wykonywania świadczeń zgodnie z zawartym porozumieniem.

Coraz częściej osoby angażujące się w pomoc, chcąc wzbogacić swoje Curriculum Vitae, zawiera tzw. umowę wolontariacką, czyli porozumienie między wolontariuszem a na przykład organizacją czy instytucją, w której będzie świadczył swoją pomoc. Takie porozumienie może być zawarte w formie pisemnej, ale również w formie ustnej, z zastrzeżeniem możliwości potwierdzenia zawartego porozumienia wolontariatu na piśmie. W takim porozumieniu musi zostać określony zakres obowiązków wolontariusza, okres trwania porozumienia, możliwość i sposób jego rozwiązania oraz inne kwestie ważne zarówno dla wolontariusza, jak i instytucji/organizacji, w której będzie świadczona pomoc. Jeśli wolontariat trwa dłużej niż 30 dni, to porozumienie musi byś zawarte w formie pisemnej. Jeśli natomiast wolontariat trwa krócej niż 30 dni, to porozumienie może być ustne.

Każdy wolontariusz posiada również katalog praw. Jest to przede wszystkim prawo otrzymania pisemnego zaświadczenia o odbywaniu wolontariatu, w tym o zakresie świadczonej pomocy. Na prośbę wolontariusza korzystający może wystawić pisemną opinię na temat podjętego wolontariatu. Wolontariusz ma prawo do ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków oraz innego zaopatrzenia z tytułu wypadków lub chorób zawodowych, a także uzyskać informację o ryzyku dla zdrowia i bezpieczeństwa wynikającego z wykonywanych czynności oraz o zasadach ochrony przed zagrożeniami.

Formalności i zawiłości prawne za nami. Zastanówmy się teraz jakie cechy powinien posiadać dobry wolontariusz? Czy wiek wolontariusza ma znaczenie?

Kasia, lat 17: „Jestem wolontariuszką w stowarzyszeniu, w którym pomagam w opiece nad dziećmi m.in. przy odrabianiu zadań domowych, wspólnej zabawie czy wyjść kulturalnych. Dlaczego tam? Jestem osobą empatyczną, pomocną i energiczną, stąd pomysł, aby swój wolny czas zainwestować w pożyteczne działania dla innych.”

Malwina, lat 24: „Od czasów studiów byłam zaangażowana w wolontariat w hospicjum dla dorosłych. Kilka lat temu do hospicjum trafił mój dziadek. Odwiedzając go, zauważyłam samotność przebywających tam ludzi. Od razu wiedziałam, że chcę zmienić rzeczywistość tych chorych, samotnych osób.”

Mateusz, lat 30: „Do Domu Pomocy Społecznej zaprowadził nas wychowawca z liceum. Zobaczyłem, że większość wolontariuszy to kobiety, a w takim miejscu potrzeba silnego mężczyzny. Chciałem pomóc przede wszystkim tym kobietom, które nadludzko angażowały całą swoją energię w podnoszeniu pacjentów, sadzaniu na wózek, przebieraniu czy kąpaniu.”

Basia, lat 54: „Dzieci wyprowadziły się z domu, wnuków nie mam, więc swój wolny czas i energię chciałam realizować jako wolontariuszka w fundacji dla osób niewidomych. Moja sąsiadka jest osobą niewidomą, zaprosiła mnie na spotkanie do środowiska osób niewidomych. Zostałam.”

Karol, lat 68: „Całe życie byłem aktywny zawodowo. Emerytura jest dobra przez pierwszy miesiąc. Nadal chcę się realizować. Pomagam na tyle, na ile potrafię w różnych miejscach, służąc swoim doświadczeniem, umiejętnościami, rozmową.”

Każda osoba, która chce pomagać, znajdzie miejsce, w które może się zaangażować. Patrząc na powyższe wypowiedzi wolontariuszy, wiek nie jest wyznacznikiem aktywnego działania na rzecz innych. Wyznacznikiem jest chęć niesienia pomocy. Czy współczesny świat uwrażliwia nas na drugiego człowieka? Ile osób jest w stanie podejść do osoby niewidomej na dworcu i zaoferować bezinteresownie pomoc? Asia podzieliła się ze mną historią z jednego z dużych miast w Polsce:

„Skomplikowane skrzyżowanie. Natężony ruch samochodów. Tłum przechodniów. Przejście dla pieszych. Pan z białą laską proszący o pomoc, ponieważ przejście dla pieszych nie jest oznakowane. Nikt nie zareagował. Wiele osób przechodziło jakby nie chcąc zauważyć osoby proszącej o pomoc. To wywołało we mnie ogrom złości. Oczywiście, że pomogłam. I zaangażowałam się jednocześnie w zwiększanie świadomości na temat pomocy osobom niewidomym. Może te osoby nie wiedziały w jaki sposób pomóc?”

Moje doświadczenie wolontariatu i wolontariuszy dało mi do zrozumienia, że najważniejsze jest pozytywne podejście do drugiego człowieka, empatia i pokora. Dużo pokory. Każda praca z ludźmi jest wymagająca. Jednak nie jestem przekonana, czy osoby chcące być wolontariuszami mają świadomość trudu, który wiąże się z pomocą drugiemu. Wytrwałość i samozaparcie to słowa klucz. Wolontariat to dawanie części siebie, swojego czasu, energii, zdolności.

Wolontariat przynosi korzyści każdej ze stron – wolontariusza i adresata pomocy. Wolontariusz zdobywa doświadczenie i nabywa umiejętności interpersonalne, które są niezbędne w funkcjonowaniu w społeczeństwie. Czy aby na pewno wolontariat jest pracą za darmo? Największą zapłatą jest uśmiech drugiej osoby. Wdzięczność jest bezcenna.

Współczesny świat daje ogromne możliwości działalności wolontariackiej. Osób potrzebujących jest naprawdę wiele. Wolontariat nie jest wystarczająco doceniany w świadomości ludzi. Potrzeba jest ogromna, a słowo wolontariusz – brzmi dumnie. Podejmiesz wyzwanie?

Talia pełna figurek

Niewidomi „bawią się” geometrią

Nauczyciel w szkole masowej, jeśli tylko zechce, ma do dyspozycji cały arsenał środków dydaktycznych, począwszy od tradycyjnych pomocy, a skończywszy na internetowych aplikacjach i prezentacjach multimedialnych. Nie musi ich nawet szukać, bo oferują je wydawnictwa lub powstające właśnie w naszym kraju otwarte zasoby edukacyjne. A nauczyciel pracujący z dziećmi niewidomymi? No cóż. On musi sobie takie pomoce stworzyć.

Jeśli potrzeba jest matką wynalazków, to ciekawe kim są krewni determinacji, która pozwala wcielić pomysł w życie. W naszym przypadku w jej pojawieniu się z pewnością maczały palce desperacja i ambicja do spółki z pełną świadomością, że nikt nie stworzy pomocy, których wspólnie z Magdą chciałybyśmy używać na swoich lekcjach. A skoro nikt nie mógł zrobić tego za nas, postanowiłyśmy zrobić to same.

Potrzeba była prosta i jasno określona. Stworzyć grę edukacyjną, która pomogłaby uczniom w atrakcyjnej formie poznać i utrwalić pojęcia związane z polem i obwodem figur geometrycznych. Gra miała być prosta i czytelna dla uczniów niewidomych, a rozgrywka dynamiczna i skłaniająca do myślenia nie tylko matematycznego, ale również strategicznego. Wymyślone przez Magdę „Figurki” spełniały wszystkie te kryteria. Gra miała składać się z talii kart, na których umieszczone zostałyby trójkąty, czworokąty i inne wielokąty o różnych polach i obwodach oraz karty funkcyjne, które miały urozmaicać rozgrywkę. Zadaniem uczniów miało być dopasowanie jednej z kart trzymanych w ręce do ostatniej karty zrzuconej na stół przez poprzedniego gracza. Pasować mogły karty o jednakowych obwodach, polach lub kształtach. Parametry figur miały być dobrane tak, żeby uczniowie znając wzory mogli dokonywać obliczeń w pamięci. Krótko mówiąc chciałyśmy nauczyć uczniów wzorów, kształtów, szybkiego liczenia w pamięci i podstaw taktyki podczas gry przypominającej zasadami popularne makao. Karty dla uczniów niewidomych zamierzałyśmy wydrukować na papierze puchnącym, a figury opisać zgodnie z Międzynarodową Brajlowską Notacją Matematyczną. W wersji dla słabowidzących miały posiadać odpowiedni kontrast, specjalnie dobrane kolory, faktury, linie brzegowe oraz powiększoną czcionkę zgodnie z obowiązującymi standardami oraz wybranymi przez naszych uczestników projektu.

Teraz wystarczyło zebrać fundusze na jej wyprodukowanie. Czyli uruchomić tryb determinacji. Nie pamiętam już kto powiedział mi o programie grantowym mPotęga organizowanym przez mBank, który cyklicznie wspiera matematyczne projekty edukacyjne, ale to właśnie złożony tam wniosek pozwolił nam na rozpoczęcie prac nad grą. Wydawało się nam, że najtrudniejsze za nami i reszta będzie prosta jak twierdzenie Pitagorasa. Nie była. Wysyłanie zapytań ofertowych, negocjowanie stawek, pilnowanie jakości i rozwiązywanie dziesiątek małych i większych problemów, które pojawiały się po drodze, to przez trzy miesiące była nasza codzienność.

Problemów nie było za to z uczniami, którzy brali udział przy tworzeniu gry. Ich uwagi, sugestie, godziny testowania naszych propozycji sprawiły, że gra okazała się lepsza niż nasz początkowy projekt. To dzięki ich zaangażowaniu w „Figurkach” pojawiły się dodatkowe karty funkcyjne i to oni w olbrzymim stopniu przyczynili się do powstania gry, której internauci przyznali nagrodę publiczności wybierając ją spośród 185 projektów edukacyjnych, które w V edycji konkursu uzyskały dofinansowanie mBanku i prawie 600, które do niego przystąpiły. I taka, w którą uczniowie grają z przyjemnością i zaangażowaniem ucząc się przy okazji materiału, przy którym ziewają na lekcjach.

Po co opisuję banalną historię jednego niewielkiego projektu, zrealizowanego za kwotę, która w wielu fundacjach i stowarzyszeniach nie zasługiwałaby nawet na wzruszenie ramionami? Z kilku powodów, z których najważniejszym jest fakt, że wśród 185 projektów realizowanych w tej edycji mBanku tylko jeden był adresowany do uczniów niewidomych lub słabowidzących. JEDEN. Resztę złożyli nauczyciele mający dostęp do środków dydaktycznych, o jakich uczniowie niewidomi mogą tylko pomarzyć. Co z tego wynika? Nie wiem, ale to na pewno nie był nasz ostatni projekt, bo „Figurki” zdają swój egzamin. Uczniowie opanowują materiał chętniej i szybciej, dobrze się przy tym bawiąc. My wiemy już, że można zrobić coś samemu, a nie tylko to, że nikt nie zrobi tego za nas.

Gra została rozesłana do pozostałych Ośrodków dla uczniów z dysfunkcją wzroku, można ją też pobrać w wersji elektronicznej dla uczniów słabowidzących i w wersji dotykowej ze strony www.niewidomi.edu.pl.

Już maluchy potrafią… pomagać niewidomym!

Pomoc drugiemu człowiekowi to niejednokrotnie… sprawa dziecinnie prosta! Oczywiście może zabrzmieć to jak banał czy powtarzany slogan, albo nic nie znaczące hasło. I rzeczywiście, trzeba te słowa w znacznym stopniu potraktować jako pewien skrót myślowy, uproszczenie mające na celu zwrócenie uwagi na rzeczywistość obok nas. Faktycznie – często, by realnie komuś pomóc, trzeba bardzo niewiele. Niewiele wysiłku, czasu, pieniędzy.

Czy nie jest tak, że my, dorośli, nawet małe okazje do zrobienia czegoś dobrego potrafimy tak zagmatwać, skomplikować, że w konsekwencji nie wiadomo kto ma pomóc? Jak pomóc? Komu? Bo przecież może nie wypada? Może się ośmieszę? Skompromituję? Niech ktoś inny pomoże. Bo jeszcze zaszkodzę, zrobię coś nie tak…

Dzieci postępują inaczej. Są spontaniczne, naturalne, otwarte. Nie kalkulują. Trzeba pomóc? Biegnę, pomagam i tyle!

Oczywiście nierzadko trzeba ogromnej wiedzy, wieloletniego doświadczenia, profesjonalizmu, by w sposób odpowiedzialny, bezpieczny i efektywny nieść pomoc tym, którzy pomocy potrzebują. Generalnie chodzi o to, by okazanie innemu człowiekowi wsparcia, pomocy, życzliwości było czymś dla nas zwyczajnym, oczywistym, byśmy traktowali pomoc drugiemu jako rzecz bezinteresowną i dającą nam poczucie, że małymi kroczkami, czyniąc malutkie dobro ulepszamy świat!

Wielu z nas ma takie przekonanie we krwi. Inni muszą to zrozumieć, coś przeżyć, uczestniczyć w czymś trudnym. Są i tacy, którzy po prostu uczą się pomagać. A kiedy uczymy się najwięcej? Najłatwiej? Kiedy jesteśmy najbardziej chłonni wiedzy? Kiedy poznajemy świat krok po kroku, kiedy wszystko jest dla nas nowe, ciekawe, intrygujące. Małe dzieci pytają o wszystko, nie szacują wartości pytań. Chcą się czegoś dowiedzieć, to pytają. Jeżeli chcemy, by w dorosłym życiu obecne przedszkolaki czy najmłodsi uczniowie szkół podstawowych w sposób naturalny, integralny, równoprawny traktowali niepełnosprawnych czy starszych, to najlepszy czas i sposobność by ich tego nauczyć. Nie poprzez wyszukane teorie, złożone metody. Naturalnie, że nie tak! To jak? Poprzez zabawę i przekaz opracowany na poziomie percepcji malucha, do którego chcemy trafić. Powszechnie mówi się: „czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał” czy też: „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Oba powiedzenia są prawdziwe i trudno odmówić im sensu.

Kierując się powyższym, Fundacja Szansa dla Niewidomych w Opolu opracowała i zrealizowała projekt lokalny pn. „Niewidomy kolega? Mój dobry przyjaciel, a ja już wiem jak mu pomóc. Warsztaty dla przedszkolaków i uczniów”. Działanie sfinansowane zostało przez Samorząd Województwa Opolskiego ze środków PFRON oraz z Budżetu Województwa Opolskiego.

Dzięki wsparciu środków publicznych profesjonalni trenerzy – tyflospecjalista i rehabilitant wzroku oraz wolontariusze trafili do 19 szkół i przedszkoli w Opolu i na terenie Opolszczyzny, by w wyjątkowy sposób pokazać najmłodszym opolanom intrygujący świat ich niewidomych i niedowidzących kolegów. Celem zorganizowanych warsztatów było też zwrócenie uwagi na obecność niewidomych dzieci i dorosłych w społeczeństwie, przełamanie lęku wynikającego z faktu, że bawią się i poruszają inaczej. Że czasami trzeba im pomóc. Dzięki pogadankom i wspólnym zajęciom wszystkim będzie zdecydowanie łatwiej.

Początkowo w projekcie łącznie miało wziąć udział około 600 dzieci. Zainteresowanie placówek edukacyjnych spowodowało, iż finalnie w warsztatach uczestniczyło około 1200 przedszkolaków i uczniów klas I – III opolskich przedszkoli i szkół podstawowych. W okresie od września do grudnia ubiegłego roku spotkania projektowe odbyły się w 3 przedszkolach i 3 szkołach podstawowych w Opolu oraz w 13 placówkach na terenie województwa opolskiego. Każda placówka biorąca udział w projekcie otrzymała niezwykłe książki wydane w druku transparentnym (powiększony czarnodruk plus brajl) oraz wypukłe ryciny przedstawiające znane postaci z bajek lub mieszkańców opolskiego ogrodu zoologicznego. Publikacje bardzo przypadły do gustu zarówno uczestnikom zajęć, jak i nauczycielom oraz dyrekcji odwiedzanych szkół i przedszkoli. Wydawnictwa te wcześniej posłużyły do przeprowadzenia zajęć.

Chętni (a było ich zawsze mnóstwo) mieli za zadanie bez użycia wzroku, jedynie dotykając wypukłej ryciny, odgadnąć jaką przestawia postać z bajki czy zwierzę. Świetna zabawa wskazywała jak trudno „oglądać” smerfy, Bolka i Lolka czy goryla kiedy nie możemy otworzyć oczu, a wyłącznie uwrażliwić opuszki palców. Dzieci biorące udział w zajęciach nie miały możliwości nawet pomyśleć o znużeniu czy zniechęceniu. Atrakcji było co niemiara! Inne warsztaty przygotowano dla grup przedszkolnych, a inne dla uczniów najmłodszych klas w opolskich podstawówkach.

Największe zainteresowanie? Tworzenie wspólnie wyjątkowych rysunków na specjalnym papierze puchnącym, przy użyciu wygrzewarki przeznaczonej do tworzenia wypukłych grafik. Dzieci brały udział we wszystkich etapach powstawania takiego niezwykłego rysunku – na ich oczach płaska ilustracja zmieniała formę na wersję wypukłą, dostępną dla niewidomych.

A już wręcz euforię spowodowała niespodzianka – wiadomość, iż taki wypukły rysunek (uśmiechniętą buźkę) każdy dostanie na własność, na pamiątkę. Dzieci cieszyły się, że pokażą te niezwykłości kolegom, rodzicom, dziadkom, a nawet… chomikowi! Nie mniej zachwycone były panie nauczycielki i przedszkolanki. One również otrzymały rysunki, a dla dzieci certyfikaty potwierdzające udział w tak nietypowej lekcji.

Rośnie grono osób, które w miarę swoich możliwości wie jak pomagać niewidomym!