Z głową w chmurach – podróże samolotem w ciemno

Podróże samolotem kojarzą się z wycieczkami zagranicznymi i tysiącami kilometrów przebytymi w powietrzu. Taka forma przemieszczania to przede wszystkim wygoda, podróż jest szybka i komfortowa. W porównaniu do tej samej trasy pokonywanej pociągiem, samolotem lub autobusem, jakość podróży samolotem jest wprost nie do opisania. Samolot do dzisiaj pozostaje również statystycznie najbezpieczniejszym środkiem transportu. Od dwudziestu lat liczba wypadków lotniczych z udziałem samolotów wykazuje stały spadek. To wszystko powoduje, że loty samolotem z roku na rok zyskują na popularności.

Czy jednak są zarezerwowane tylko na wycieczki zagraniczne i dalekie trasy? Zdecydowanie nie. Loty krajowe powoli stają się alternatywnym do pociągów i autobusów sposobem podróżowania po kraju. Większość dużych polskich miast ma lotniska, z których możliwe są połączenia wewnątrz kraju. Przykładowo, z Warszawy możemy zaplanować podróż samolotem m.in. do Krakowa, Katowic, Lublina, Olsztyna, Rzeszowa, Poznania, Szczecina lub do Zielonej Góry. Podróż lotnicza po kraju może być podróżą samą w sobie lub stanowić preludium do dalszych lotów międzynarodowych lub nawet międzykontynentalnych.

Podróże samolotem po Polsce to:

wygoda i bezpieczeństwo,

oszczędność czasu,

ciekawe doświadczenie podróżnicze,

coraz niższe ceny.

Aby kupić bilet w dobrej cenie, najlepiej korzystać z internetowych wyszukiwarek połączeń lotniczych. Znalezienie taniego biletu to zazwyczaj kilka minut poszukiwań. Najczęściej najtańsze są bilety „last minute”, kupowane w ostatniej chwili. Bardzo często finalnie ceny biletów lotniczych krajowych są porównywalne do cen biletów kolejowych.

Zanim jednak kupimy bilet, warto rozeznać się w prawach i obowiązkach pasażera. Obowiązkowo należy to zrobić gdy będziemy podróżować samolotem po raz pierwszy. Na terenie Polski oferuje swoje usługi kilku operatorów lotniczych, m.in. RyanAir. Sytuacja zmienia się na tyle dynamicznie, że z roku na rok pojawiają się lub wycofują usługi kolejni przewoźnicy. Aby uniknąć przykrych niespodzianek należy się zapoznać z ofertą lotów krajowych lub regulaminem każdego z nich, zanim wsiądziemy na pokład.

Na stałe obsługą większości połączeń krajowych zajmują się Polskie Linie Lotnicze LOT i dlatego ofertę skierowaną do osób z niepełnosprawnościami tej właśnie rodzimej spółki omówimy poniżej.

Jedną z podstawowych zasad polityki PLL LOT jest zapewnienie wszystkim klientom identycznego traktowania w całym procesie obsługi. Pasażerowie z niepełnosprawnością nie mogą być z powodu swojej niepełnosprawności dyskryminowani i wykluczeni z możliwości podróży samolotem. PLL LOT deklaruje, że wszystkie samoloty są przystosowane do potrzeb pasażerów z ograniczoną zdolnością ruchową, a część foteli posiada podnoszone podłokietniki ułatwiające poruszanie się. Również część toalet jest wyposażona w specjalne poręcze, ułatwiające korzystanie z nich osobom z ograniczoną zdolnością ruchową.

Pasażerom z ograniczoną możliwością poruszania się zapewniana jest potrzebna asysta na lotniskach oraz na pokładach samolotów. Z tej oferty skorzystają przede wszystkim osoby z niepełnosprawnością ruchową, poruszające się za pomocą wózków inwalidzkich oraz osoby niewidome i niedowidzące, potrzebujące pomocy w zakresie poruszania się po terenie lotniska.

Najważniejsze jest zgłoszenie. Potrzebę asysty lub skorzystania z wózka inwalidzkiego należy zgłosić najlepiej w momencie rezerwacji lub kupna biletów. Zgłoszenie można wysłać już po dokonaniu zakupu, jednak nie później niż na 48 godzin przed wylotem. Niepełnosprawni podróżujący z osobą towarzyszącą mogą liczyć na to, że ich opiekun zajmie miejsce w fotelu obok tylko pod warunkiem zgłoszenia tego faktu podczas zakupu biletów.

Zgłoszeń dokonuje się:

osobiście w biurach sprzedaży PLL LOT, w tym również w agencjach,

telefonicznie poprzez infolinię 22 577 77 55,

za pośrednictwem strony internetowej www.lot.com.

Osoby niewidome mogą liczyć na asystę podczas procesu odprawy biletowo-bagażowej. Asystent będzie towarzyszył również w drodze do samolotu ze stanowiska odprawy oraz z samolotu do hali przylotów po odbiorze bagażu na lotnisku. Na pokładzie samolotu można liczyć na pomoc stewardów i stewardess.

Jeżeli zamierzamy wyruszyć w podróż z psem przewodnikiem, mamy obowiązek zgłoszenia tego faktu do 48 godzin przed wylotem. Pies przewodnik podróżuje w kabinie pasażerskiej samolotów PLL LOT bez dodatkowych opłat.

PLL LOT oferuje również dodatkowe formy asysty dla osób potrzebujących. Są to płatne usługi, jednak jeśli taka forma wsparcia jest nam niezbędna, warto to rozważyć. Wszelkie wątpliwości powinna rozwiać rozmowa z konsultantem, pod podanym wyżej numerem telefonu infolinii. Istnieje również możliwość zamówienia specjalnej asysty bez wychodzenia z domu, za pomocą formularza online, dostępnego na stronie internetowej PLL LOT.

W przypadku podróży z własnym sprzętem ułatwiającym poruszanie się, np. z własnym wózkiem inwalidzkim, z białą laską czy innym sprzętem rehabilitacyjnym, również należy pamiętać o odpowiednim i terminowym zgłoszeniu tego faktu przewoźnikowi. Obowiązuje tu termin minimum 48 godzin przed odlotem. Wyjątek stanowi zgłoszenie pasażera podróżującego na noszach. Musi ono nastąpić minimum na 72 godziny przed odlotem. Wymagane jest również przedstawienie specjalnego zaświadczenia lekarskiego na formularzu MEDIF. Formularz taki powinny posiadać również osoby, które muszą podróżować z butlą z tlenem. Diabetycy powinni pamiętać, że personel PLL LOT nie jest uprawniony do pomocy przy wykonaniu zastrzyku podczas lotu.

Osoby niewidome i niedowidzące nie muszą przedstawiać zaświadczenia lekarskiego aby wsiąść na pokład samolotu. Jednak przed wylotem warto udać się do swojego lekarza z zapytaniem, czy na pewno nie ma przeciwwskazań do podniebnej podróży. Lot samolotem wiąże się ze zmianami ciśnienia, które przy niektórych schorzeniach lub niedawno przebytych operacjach mogą stanowić niepotrzebne ryzyko.

Jak widać, bycie osobą niepełnosprawną nie wyklucza możliwości komfortowego podróżowania samolotem. Podobne usługi oferuje wielu przewoźników krajowych i zagranicznych, dlatego jeśli podróż z głową w chmurach zawsze była naszym marzeniem, to warto – uprzednio uzbroiwszy się w odpowiednią wiedzę – te marzenia realizować.

Tekst powstał na podstawie regulaminów umieszczonych na stronie www.lot.com

Smutni kochankowie

Wstęp

Przedstawiłem Państwu w poprzednich numerach genialnego niewidomego profesora Witolda Kondrackiego. Nie powtarzając więc informacji o nim dodam jedynie, że mimo wybuchu, który sam spowodował w wieku 14 lat i utraty wzroku, zachował zdolność niebywałej wyobraźni. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt, że ta jego wyobraźnia była właśnie nieprzeciętna, znaczy rzadko spotykana, albo wręcz niespotykana.

Właśnie prezentujemy Państwu kolejne opowiadanie Witka, w którym chyba nikt nie zdołałby odnaleźć potwierdzeń, iż autor nic nie widział. Jak się okazało, normalnie widząc do czternastego roku życia zdołał tyle zapamiętać i tak świetnie zrozumieć naturę światła, obrazu, wreszcie całej wizualnej rzeczywistości, że starczyło na pozostałe mu pół wieku życia. Dzięki temu opowiadał o świecie nie tylko wysłuchiwanym, ale także oglądanym. Czytając poniższe opowiadanie właśnie taka myśl do nas przychodzi, opanowuje nas. Z każdym zdaniem rośnie szacunek dla tego człowieka, ale nie tylko dzięki powyższej zdolności. Gdy to już „przeżyjemy”, „przedumamy”, dochodzą do głosu kolejne, pełne uznania wrażenia i myśli. W każdym opowiadaniu Kondrackiego jesteśmy zauroczeni jego talentem. Opowiadania to oczywiste perełki. Jak on to zrobił, że pisał wyłącznie „do szuflady”?! A jak inni „zrobili”, że w tej szufladzie pozostały? Czy świat kompletnie „zwariował” i nie jest w stanie docenić takich perełek? Czy nadeszły czasy już tak byle jakie, że geniuszy, gdy nawet żyją wśród nas, nikt ich nie chce znać?

Marek Kalbarczyk

Nie wiem jak znalazłem się w tym pokoju. Nic nie pamiętam. Czasem wydaje mi się, jakbym spędził tu wiele lat… Chodzę bezustannie dookoła pokoju, nieskończenie kontemplując jego ciemne, jakby okopcone ściany. Na bieli wyraźnie odznaczają się smugi czarnej sadzy. Niekiedy widzę jak spomiędzy nich wyłania się twarz dziewczyny o czarnych włosach. Widzę też jej delikatną, smukłą sylwetkę.

Zdarza się, że rozmawiamy, bez głosu, odkryliśmy bowiem, że istnieje sposób bezpośredniego przekazywania myśli i uczuć. Te przepojone smutkiem i melancholią dialogi są jednak sporadyczne. Wydaje mi się, że kiedyś kochałem tę dziewczynę. Nie mogę sobie przypomnieć… Nie pamiętam nawet jak ma na imię. Zdaje mi się, że kiedyś przed wielu laty, widziałem jej profil na tle płomieni. W czarnych włosach zamigotały wtedy drobne światełka, a twarz lekko ściemniała. Zresztą, może to wszystko nieprawda. Może to po prostu był tylko straszny sen. Swoją drogą wydaje mi się, że nie spałem już od wielu lat. Nocami obserwuję gwiazdy, widoczne przez szczeliny w spękanym suficie. Jest to jedyny kontakt jaki mam ze światem. Mimo, że znam już na pamięć wszystkie widoczne gwiazdozbiory, za każdym razem wzrusza mnie ich majestatyczne, pełne spokoju i równowagi piękno. Lubię dzielić się tą fascynacją z dziewczyną. Widzę wtedy jej smutny, pełen zadumy uśmiech i wydaje mi się, że moja samotność nie jest aż tak wielka. Lecz po jakimś czasie dziewczyna odchodzi, cofając się w głąb ściany i znowu zostaję zupełnie sam.

Nie lubię deszczu. Woda przecieka przez dziury w suficie i zimne krople przelatują na wskroś przeze mnie. Przypomina mi to, że coś jest ze mną nie w porządku. To samo zresztą tyczy się dziewczyny, która jak mi się wydaje, w dużej mierze jest cieniem…

Gdybym mógł sobie przypomnieć… Ona miała chyba na imię Irena… Czy to możliwe, żeby mnie kiedyś kochała?… Ile to mogło być lat temu?…

Dlaczego czasem wydaje mi się, że widziałem płomienie w oknie?… Dziś okno jest zabite deskami. Mrok rozświetlają tylko wąskie promienie przeciskające się przez szpary. Czasem smuga światła pada w dół i widać zwęgloną podłogę.

Jak to było?… Ona chyba miała na imię Danuta. Nie pamiętam. …I ten ból, który towarzyszy mi od tylu lat… Dlaczego tak boli?… Gdy ona przychodzi, czuję ulgę, tak jakby cierpienie dzieliło się na nas dwoje.

Widzę jej cień, przesuwający się po ścianie. Nie odchodź! Już znikła… Został tylko cień uśmiechu, ale on też się rozpływa… A może to tylko przywidzenie…

Moim przyjacielem jest duży, stary pająk. Lubię patrzeć, jak codziennie pracowicie udoskonala i rozbudowuje swoją misterną sieć. Jest kosmaty, brunatny, z białym kropkowanym krzyżem na grzbiecie. Często tkwi nieruchomo, zawieszony w swej pajęczynie, spędzając dziesiątki godzin na czekaniu. Jego czas musi płynąć chyba tak powoli jak mój. Przypuszczam, że jest filozofem, a w każdym razie na pewno myślicielem; jakże inaczej mógłby znieść swoją nieskończoną samotność. Ciekaw jestem czy mnie dostrzega… Myślę, że nie, bo nigdy nie okazał mi ani zainteresowania, ani strachu.

Niekiedy obserwuję, jak na ścianie powstaje pęknięcie. Zrazu jest ono drobne, przypominające kształtem kurzą łapkę. W miarę upływu czasu pogłębia się jednak i wydłużą, a w szczelinie gromadzie się kurz. Ilość pęknięć rośnie z miesiąca na miesiąc, nadając ścianom dodatkową, niebanalną fakturę pełną zawiłych arabesek i zagadkowych symboli. Obserwowanie tego procesu pozwala mi unaocznić sobie, jak bardzo nietrwałe jest wszystko to, co materialne.

…i proszę panią, to już będzie z osiem albo i dziewięć lat jak ten dom się spalił. Nikt go nie chce kupić, bo powiadają, że tam straszy. Właściciel się tam spalił razem z jego kochanką. Całkiem na węgiel się upiekli. Żona, powiadają, dowiedziała się, że on tam jest z kochanką, wzięła kanister z benzyną i podpaliła. I oni teraz tam straszą. Byli tacy, co nawet chcieli kupić tę ruinę, ale jak tylko tam wchodzili, to taki żal ich ogarniał i strach jakiś, że rezygnowali. I tak stoi to i niszczeje, a ludzie powiadają, że oni… no wie pani, oni… tam w środku… żyją…

Dobre, bo… zachodnie?!

Swego czasu dużą popularnością cieszyło się hasło „Dobre, bo polskie”. Certyfikatem tego prestiżowego godła firmowano wysokojakościowe polskie produkty spełniające oczekiwania najbardziej nawet wymagających odbiorców. Z czasem ów slogan obejmować zaczął coraz szerszy krąg znaczeń; powstał m.in. zatytułowany w ten sposób program telewizyjny, w którym prezentowano sylwetki polskich przedsiębiorców z powodzeniem prowadzących własny biznes tak w kraju, jak i za granicą. Wyrażenie na trwałe weszło również do języka ogólnego i potocznego dla oznaczenia tych obszarów i zagadnień rodzimego pochodzenia, które wskazywać miały na ugruntowaną pozycję naszego kraju również na arenie międzynarodowej. Piękna i szlachetna to inicjatywa, zwłaszcza, że jako kraj faktycznie mamy tak wiele do zaoferowania .

Niemniej jednak mam nieodparte wrażenie, iż zachodni styl życia i niejednokrotnie nachalne niemalże promowanie zachodnich wzorców i nurtów na stałe zadomowiło się w naszej codziennej przestrzeni. Pozorny w mojej ocenie powab zachodu przynosi nam niejednokrotnie więcej szkody niż pożytku. W porównaniu z obcymi „trendami” na wielu polach wciąż niepotrzebnie odczuwamy swoją niższą i wycofaną pozycję. Tytułem wyjaśnienia, rzecz bynajmniej nie w tym, aby przekonywać kogokolwiek, że polskie = dobre, zaś zachodnie = złe . Nie sposób przecież nie docenić dorobku innych cywilizacji i kultur w zakresie zdobyczy technologicznych, naukowych itp., z których korzystamy niemalże na każdym kroku. Rzecz raczej w tym, by nie umniejszać temu, co rodzime oraz wyzbyć się przesadnej i bezrefleksyjnej oceny zachodnich nurtów jako jedynie słusznych, jak również aby unikać przyjmowania z góry tego co obce jako lepsze i właściwe. Znam zbyt wiele osób, które taką właśnie postawę prezentują, nie przyjmując przy tym żadnych racjonalnych argumentów na obalenie swoich twierdzeń.

Wszechobecne uwielbienie zachodnich tendencji zauważam na wielu płaszczyznach, m.in. w obszarze językowym, modowym, sytuacyjnym itp. Przytoczę jedynie kilka przykładów. I tak wszelakie pojęcia typu event, dead line, stanowiska typu product manager itp. na stałe weszły do naszego języka wypierając z niego polskie określenia dla oznaczenia ich odpowiedników. Zastanawiające – czy anglojęzyczne nazewnictwo stanowiska pracy dodaje mu zatem splendoru? Moda z wybiegów i stale odbywających się gdzieś w „wielkim świecie” popularnych tygodni mody /fashion week/ wkracza na ulice miast i wiosek, do szkół (!), jak i w przestrzeń oficjalną, tj. urzędniczą – niezależnie od tego, iż obiektywnie rzecz ujmując niejednokrotnie przyprawia ona człowieka w zdumienie. Nowe zwyczaje typu baby shower, a więc imprezy dla znajomych organizowane pierwotnie przez hollywoodzkie gwiazdy tuż przed mającym nastąpić rozwiązaniem, też niepostrzeżenie zadomowiły się u nas na dobre. Nie sposób nie wspomnieć również o szeregu nowych i „postępowych” kierunków, m.in. w obszarze światopoglądowym. Nachalne promowanie przez niektóre środowiska postaw typu pro-gender chwilami wykracza już poza granice dobrego smaku, a na pewno zdrowego rozsądku, dlatego też wolę pozostawić ten temat bez dalszego komentarza. I wcale nie o brak tolerancji tutaj chodzi.

Zachłyśnięcie się zachodem obserwowane było już od dawna. O modzie rodem z Francji – i to bynajmniej nie tylko w aspekcie modnej odzieży – pisał już bowiem prześmiewczo Mickiewicz. Są takie fragmenty epopei narodowej, do których często się powraca. Inwokacja, koncert Jankiela, czy też gra Wojskiego na rogu – to tylko niektóre z fragmentów, które obowiązkowo recytowaliśmy w szkole. Jest natomiast w Panu Tadeusza przy okazji nauki Sędziego o grzeczności bodajże mniej znany i powtarzany urywek, tj. mowa Podkomorzego wspominającego czasy, kiedy to na Litwie nastała moda francuszczyzny. Wspomniany fragment, zamieszony dla przypomnienia w załączeniu, jest jednym z wielu przykładów komizmu w Panu Tadeuszu . Mickiewicz w opisie osoby Podczaszyca w mistrzowski i sarkastyczny sposób pokazuje jakże i współczesne nam nieraz zaślepienie zachodnimi trendami.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł (…)

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny! (…)

Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mówiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że się nam zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!

“Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek, iż ludzie są rowni.

Choć o tym dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.

Czy wiele zmieniło się zatem od czasów osławionych Sarmatów? Nie sposób zaprzeczyć, że najnowsze trendy i wzorce lubimy czerpać z zachodu. Być może podświadomie, jednak to co zachodnie przyjmujemy często niemalże bezwarunkowo jako lepsze, postępowe itp. Jednak czy tak jest w rzeczywistości? Przy głębszej analizie konkretnego zjawiska nader często okazuje się przecież, że „hurraoptymizm” w danym zakresie jest daleko przesadzony. Trudno jednak wyrazić odmienne zdanie, czy nawet wejść w polemikę, gdyż – i tu ponownie zacytuję – „boby krzyczała młodzież, że przeszkadza kulturze, że tamuje progresy, że zdradza”. Mickiewicz pod wieloma względami wyprzedził swoją epokę. Mistrzostwo Pana Tadeusza zawiera się zatem nie tylko w przepięknym języku tego arcydzieła, ale również w trafności spostrzeżeń właśnie. Na marginesie dodam jedynie, że kunszt epopei narodowej dostrzegłam dopiero po latach, tj. bynajmniej nie w toku szkolnej analizy tego utworu, natomiast poprzez wnikliwą lekturę tej pozycji już w wieku dojrzałym.

Jedna z baśni Hansa Christiana Andersena pt. „Nowe szaty króla” traktuje o tym, jak to do posiadłości cesarza przybywają oszuści udający tkaczy. Uknuta przez oszustów intryga sprowadza się do przekonania władcy, iż przybysze potrafią utkać z dostarczonych im drogocennych surowców najpiękniejszy materiał i szaty, które dodatkowo widoczne są tylko dla ludzi mądrych i nadających się do pełnienia swoich zaszczytnych funkcji. Król z radością przyjmuje gości i poleca podwładnym wykonywanie wszystkich poleceń gości, jak również dostarczenie im niezbędnych materiałów w postaci m.in. złota i srebra. Tkacze, rzecz jasna, pilnie pracują nad projektem szat, potajemnie wywożąc przy tym z królestwa przedkładane im bogactwa. Uroczysta końcowa parada nagiego cesarza w „nowych szatach” na oczach wszystkich podwładnych boleśnie obnaża całą prawdę o kondycji ludzkiej. Podwładni z obawy o utratę własnych stanowisk, bądź też z obawy o uznanie ich za głupich wychwalają wniebogłosy przecudne odzienie króla. Jedynie niewinne dziecko, nieskażone jeszcze żadną wątpliwą, a tutaj fałszywą wręcz poprawnością, jest w stanie wykrzyczeć na głos całą prawdę – „król jest nagi”. W przytoczonej baśni widzę analogię do zasygnalizowanego przeze mnie zjawiska. Jakże często bowiem wskazuje się nam odgórnie, nieraz szumnie i medialnie, ten czy owy kierunek, który powinniśmy wybrać. Nieraz z obawy o posądzenie nas o zaściankowość itp. mniej lub bardziej przymykamy oko na coraz to śmielsze wybryki i wymysły współczesnego, nie zawsze jedynie zachodniego świata.

Życzyłabym zatem wszystkim, sobie samej również, odwagi i samozaparcia, aby zachować własne zdanie i nie podążać ślepo za usilnie forsowanymi i napierającymi na nas zewsząd tendencjami. Zdroworozsądkowe podejście wydaje się – jak zawsze zresztą – najlepszą receptą na znalezienie złotego środka w otaczającym nas nieraz zagmatwaniu.

Jakże często przecież „król jest nagi”.

Muzeum i ośrodek kultury białoruskiej w Hajnówce

Jednym z dostępnych miejsc dla osób niewidomych i słabowidzących znajdujących się na terenie województwa podlaskiego jest muzeum i ośrodek kultury białoruskiej w Hajnówce. Istnieje już przeszło 20 lat. Początki tego muzeum i jego działalność są nieco dłuższe. Pierwsza lokalizacja mieściła się w Białowieży. Wraz z rozwojem ośrodka, potrzebując jednocześnie więcej miejsca, w porozumieniu z miejskimi władzami przeniosło się do Hajnówki.

Podczas zwiedzania możemy przebywać na trzech wystawach udźwiękowionych. Jedną z nich jest wystawa o rzemiośle białoruskim, o zajęciach dawniej wykonywanych i o dawnym życiu na podlaskiej wsi. Jest to jedyna wystawa w pełni udźwiękowiona. Na drugiej można posłuchać filmu o podobnej tematyce, gdyż praktycznie nic tam nie ma do oglądania dla wzrokowców, więc jest to film dla nas. Natomiast na trzeciej udźwiękowionej wystawie można posłuchać dawnego białoruskiego folkloru na podlaskich wsiach. Komentarzy można odsłuchiwać w trzech językach: polskim, białoruskim i angielskim. Kolejne, które mają być dostępne dla osób niewidomych to wystawy o białoruskiej zagrodzie i kalendarzu na podlaskiej wsi. Wystawa o kalendarzu w pewnym stopniu jest udźwiękowiona dla osób niewidomych, a ta o białoruskiej zagrodzie ma być zmodernizowana i co najważniejsze – udźwiękowiona.

Muzeum idzie z duchem czasu i wciąż się rozwija

Poruszając się po muzeum, na chwilę obecną trzeba korzystać ze schodów. O tyle jest to ułatwione dla osób niewidomych, iż przy schodach znajduje się poręcz, która w żadnym miejscu nie jest przerwana. Muzeum będzie się starać o pozyskanie środków finansowych na modernizację tego ośrodka, m.in. zainstalowanie windy.

Turystyka województwa warmińsko-mazurskiego

Wbrew pozorom Warmia i Mazury ma turystycznie do zaoferowania o wiele więcej niż tylko jeziora. W tym tekście postaram się przekonać o tym Czytelników przedstawiając kilkanaście subiektywnie wybranych miejsc wartych odwiedzenia. Są one zbiorem ciekawych atrakcji, z którego można dowolnie wybierać.

Zaczniemy od stolicy województwa. Tak naprawdę cały ten artykuł mógłby być tylko o Olsztynie, a i tak podejrzewam, że nie zawarłbym nawet połowy miejsc, które warto zobaczyć. Gdybym miał jednak wybrać jedną pozycję obowiązkową do zobaczenia, to zdecydowanie byłoby to serce Olsztyna, czyli Stare Miasto. Wyznaczone przywilejami lokacyjnymi w latach 1353 i 1378, małe, ale bardzo urokliwe, z wieloma atrakcjami. Uliczki pamiętające stare czasy z ładnie odnowionymi kamienicami, gotycki Zamek Kapituły Warmińskiej z II połowy XIV w., w którym znajduje się muzeum, amfiteatr, pomnik Mikołaja Kopernika, Wysoka Brama, park zamkowy rozciągający się na obszarze dawnej fosy i wiele innych. Na rynku i w okolicy jest dużo klimatycznych restauracji i kawiarni, w których można dobrze zjeść, wypić kawę i skosztować pysznych lodów. Zimą warto odwiedzić starówkę w okresie świątecznym, kiedy jest pięknie przystrojona, a szczególnie podczas jarmarku świątecznego.

W niedalekiej okolicy Olsztyna warto odwiedzić Gietrzwałd. To urokliwa wieś lokowana na prawie chełmińskim w 1352 przez kapitułę warmińską. Znajduje się tam Bazylika Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, której budowa zaczęła się wkrótce po lokacji wsi. Przed rokiem 1500 nastąpiła rozbudowa, chociaż należałoby raczej powiedzieć, że budowa niemal od podstaw nowego kościoła – z cegły i kamienia. Z tego okresu częściowo zachowana jest do dziś prosta budowa salowa w stylu gotyckim. 31 marca 1500 roku kościół konsekrowano, nadając mu wezwanie Narodzenia Najświętszej Marii Panny. W późniejszych latach był wielokrotnie przebudowywany. W 1970 papież Paweł VI nadał kościołowi w Gietrzwałdzie tytuł bazyliki mniejszej. Obiekt położony jest na wzniesieniu w centrum wsi i ogrodzony kamiennym murem. W części północno-wschodniej znajduje się aleja prowadząca do cudownego źródełka, a w zachodniej dom pielgrzyma oraz plebania wraz z kaplicą św. Józefa. Ciekawostką jest, że w Gietrzwałdzie powstał pomysł utworzenia „Gazety Olsztyńskiej”. Tu żył i pracował Andrzej Samulowski (1840–1928), inicjator powstania gazety, ale także założyciel pierwszej księgarni na Warmii (1878). Budynek księgarni wraz z tablicą pamiątkową istnieje do dzisiaj.

Pozostając w okolicach Olsztyna warto odwiedzić Olsztynek. Pierwsza wzmianka o Olsztynku pochodzi z 1351, a prawa miejskie nadane zostały w 1359 roku. Miasto założono na planie zbliżonym do wielu innych miast krzyżackich. Centralnym punktem był obszerny rynek z kościołem i ratuszem, od którego wychodziły dwie prostopadłe ulice. Niemiecka nazwa zamku, a później miasta, pochodzi od jego założyciela, komtura ostródzkiego Güntera von Hohensteina. W źródłach polskich już w XV w. występuje nazwa zbliżona znaczeniem do obecnej – „Mały Olsztyn” lub Olsztynek. Miejscem wartym odwiedzenia jest Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny, które zostało założone jako ekspozycja architektury ludowej z terenów Prus, na obrzeżach ogrodu zoologicznego w Królewcu. Założycielem był dr Richard Dethlefsen – Prowincjonalny Konserwator Zabytków Prus Wschodnich. W 1937 r. podjęto decyzję o przeniesieniu ekspozycji do Olsztynka, gdzie już znajdowało się mauzoleum Hindenburga. Przenosiny trwały w latach 1938–1942. Pod koniec lat 50. XX wieku dr Franciszek Klonowski rozpoczął uzupełnianie kolekcji o nowe obiekty architektury wiejskiej. 1 września 1961 r. utworzono Park Etnograficzny, funkcjonujący jako Oddział Muzeum Mazurskiego w Olsztynie. Już 1 stycznia 1969 roku skansen zaczął funkcjonować jako samodzielna i autonomiczna jednostka pod nazwą „Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny w Olsztynku”. W 1974 r. Muzeum przejęło fragment gotyckiej zabudowy miasta Olsztynek: ruinę kościoła (XIV/XVII w.) oraz basztę murów obronnych miasta, które wyremontowało i adaptowało do funkcji Salonu Wystawowego i Domu Mrongowiusza.

Obecnie skansen w Olsztynku zajmuje około 100 ha, znajduje się tu 68 obiektów architektonicznych (13 przeniesionych z Królewca) oraz ekspozycje rzadkich gatunków zwierząt gospodarskich polskiego pochodzenia. W 2008 r. Muzeum zostało wpisane do Państwowego Rejestru Muzeów prowadzonego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Z Olsztynka warto skierować się do Nidzicy, miasta położonego nad rzeką Nidą na Pojezierzu Mazurskim. W X wieku okolice późniejszego miasta zamieszkiwała ludność słowiańska, o czym świadczy wiele znalezisk oraz charakter pobliskich grodzisk granicznych w Nowym Dworze i Księżym Dworze. W samej Nidzicy pierwszy drewniany obiekt obronny założyli Krzyżacy prawdopodobnie już w latach 1266–1268. Pierwsza wzmianka o zamku nad Nidą pochodzi z 1376 r. W 1381 r. osada otrzymała prawa miejskie. Jako miejscowość położona nieopodal granicy z Mazowszem posiadała dwa niezależne, ale powiązane ze sobą systemy obronne. Zamek z przedzamczem i fortyfikacje miejskie, których głównym elementem był mur obwodowy z basztami na rogach oraz mur od strony wschodniej dobudowany kilka lat później. Od strony zachodniej miasto otaczała Nida, z trzech pozostałych stron wykopana fosa zasilana wodami rzeki. W obrębie murów miejskich stały dwa duże obiekty pełniące funkcję obronną: Kościół św. Wojciecha i Klasztorek. Aktualnie zamek służy jako miejskie centrum kultury i rozrywki. Mieści się w nim Muzeum Ziemi Nidzickiej z ekspozycją etnograficzno-historyczną, Nidzicki Ośrodek Kultury, Bractwo Rycerskie Komturii Nidzickiej, Galeria Autorska Hieronima Surpskiego, pracownia rzeźby i biblioteka miejska. Działa tutaj również hotel oraz restauracja. Kompleks otoczony jest gęstym, XIX-wiecznym parkiem.

Kilka kilometrów obok Nidzicy znajduje się „Garncarska Wioska”, kolejna atrakcja warta odwiedzenia. Odtwarzane są w niej stare, ginące zawody oraz kultywowane dawne tradycje i obyczaje. Wieś Kamionka została założona w 1371 roku, a powstała w 2007 roku w jej obrębie „Garncarska Wioska” kultywuje dawne nidzickie tradycje rzemieślnicze. Historia Nidzicy od wieków związana była z rozwojem rzemiosła. Działały tam cechy piekarzy, rzeźników, szewców, krawców i garncarzy, od których pochodziła nazwa podmiejskiej Góry Garncarskiej. Okolice Nidzicy bogate były w zasoby gliny. Wyrabiano tutaj artystycznie zdobione kafle, w XVI wieku wytapiano żelazo z rudy darniowej, a w bliskiej okolicy browar nidzicki wytwarzał piwo. W późniejszych latach w Nidzicy działali producenci sanek, sukiennicy i kapelusznicy. Obecnie w „Garncarskiej Wiosce” od maja do września, w każdą pierwszą sobotę miesiąca, są organizowane jarmarki, na których można kupić produkty ceramiczne, krawieckie, pamiątki regionalne, wyroby z papieru czerpanego. Jest także możliwość wzięcia udziału w warsztatach i pokazach ceramicznych, florystycznych, malowania na szkle i wytwarzania papieru czerpanego. Przy okazji warto zajrzeć do garncarni, kuźni mazurskiej, Jarzębinowego Amfiteatru, Rajskiego Ogrodu, Galerii „SKARBY ZIEMI”, 200-letniej stodoły mazurskiej, ekspozycji tradycyjnych sprzętów wiejskiego gospodarstwa mazurskiego i wielu innych.

Z Nidzicy przenosimy się na północ Olsztyna, w głąb ziemi warmińskiej – do Lidzbarka Warmińskiego, który od XIV do XIX wieku był stolicą Warmii, a dawniej jej największym miastem. Miasto było centrum wiary i kultury w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, i z tego powodu nazywano je Perłą Warmii. Przez długi czas było pod panowaniem biskupów warmińskich. Było też znacznym ośrodkiem gospodarczym ustępującym swym znaczeniem w tym regionie tylko Braniewu. W mieście znajduje się Zamek Biskupów Warmińskich wraz z przedzamczem, bastionem i basztą – to jeden z najcenniejszych zabytków w Polsce, uznany za pomnik historii, dawniej zaliczany do zabytków klasy „0”. Jest najlepiej zachowaną budowlą na ziemiach byłego państwa zakonnego, choć nigdy bezpośrednio nie znalazł się we władaniu Krzyżaków. Bryłę zamku w narożu północno-wschodnim zdobi wysoka wieża – stołp, a w pozostałych narożach wieżyczki na konsolach. Dziedziniec lidzbarskiego zamku ze względu na krużganki przypomina dziedziniec Królewskiego Zamku na Wawelu. Na zamku przebywały znamienite osoby: Mikołaj Kopernik, papież Pius II, Jan Dantyszek, Ignacy Krasicki, Stanisław Hozjusz, Marcin Kromer, Jan Olbracht Waza, Adam Stanisław Grabowski, Karol XIII, Napoleon Bonaparte i wielu innych. Warto zaznaczyć, że zamek jest dostosowany do zwiedzania przez osoby z dysfunkcjami wzroku, jest wyposażony w mapy tyflograficzne oraz tabliczki w brajlu opisujące wystawy i pomieszczenia.

Lidzbark Warmiński warto odwiedzić na przełomie sierpnia i września, kiedy to odbywają się Lidzbarskie Wieczory Humoru i Satyry. Z kolei w listopadzie zaczynają się Lidzbarskie Starcia Kabaretowe i z przerwami trwają aż do maja.

Sensoryczna wieś opolska – zobaczyć muzeum

(Dział Udostępniania i Edukacji Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu)

Świadomi, iż dostosowanie oferty muzeum wymaga przemyślenia, przyjęcia założeń, określenia celów, postanowili skorzystać z wiedzy i doświadczenia pracowników Fundacji „Szansa dla Niewidomych” w Opolu. Efektem podjętej współpracy jest obecnie realizowany projekt „Sensoryczna Wieś Opolska – gość niepełnosprawny w muzeum”, współfinansowany ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Kultura Dostępna” oraz budżetu Województwa Opolskiego.

Jest to projekt o zasięgu regionalnym, którego głównym celem jest zwiększenie aktywności kulturalnej osób z dysfunkcją wzroku. W myśl założeń postanowiono wykorzystać kompensację sensoryczną, polegającą na zastąpieniu funkcji wzroku poprzez pozostałe zmysły, tj. dotyk, słuch i zapach, w poznaniu zabytków drewnianej architektury regionalnej – ekspozycji muzealnej na wolnym powietrzu, charakterystycznej dla parku etnograficznego. Łącznie wsparciem objętych zostanie 80 zwiedzających oraz 36 pracowników i wolontariuszy.

Z myślą o turystach z niepełnosprawnością wzroku zdecydowano o utworzeniu ścieżki edukacyjnej, w skład której wchodzi: studyjne zwiedzanie opolskiego skansenu z przewodnikiem oraz uczestnictwo w warsztatach rzemieślniczych z zakresu kowalstwa. Muzeum tworząc nowe przestrzenie edukacyjne w sposób namacalny pozwala na jego poznanie, kształtuje tożsamość regionalną poprzez wykorzystanie terenów ekspozycyjnych (dóbr kultury materialnej) oraz wiedzy przewodnika na temat kultury regionu (niematerialnego dziedzictwa). Opracowując ofertę „Sensorycznej Wsi Opolskiej” kierowano się zasadą przełamania istniejącej bariery dostępności muzeum w dalszej perspektywie czasu, rozumianej w kontekście „kultury bez barier”. Zdając sobie sprawę, że udostępnienie muzeum nie ogranicza się tylko i wyłącznie do dostosowania oferty kulturalno-oświatowej, zdecydowano o:

wyznaczeniu ścieżki edukacyjnej „Sensoryczna Wieś Opolska” przystosowanej do potrzeb osób niewidomych, ociemniałych i słabowidzących;

przeszkoleniu pracowników oraz wolontariuszy w zakresie obsługi klientów niepełnosprawnych, w celu zwiększenia jakości świadczonych usług i uwrażliwienia personelu na indywidualne potrzeby zwiedzających;

przystosowaniu budynku administracyjnego – w którym mieści się kasa biletowa – do obsługi zwiedzających z niepełnosprawnością wzroku;

utworzeniu strony internetowej muzeum, zgodnej ze specyfikacją zawartą w „Web Content Accessibility Guidelines 2.0”;

opracowaniu werbalnych opisów ekspozycji muzealnej (opisów audiodeskryptywnych), wchodzącej w skład ścieżki edukacyjnej;

przygotowaniu materiałów dydaktycznych – termoformowanych tyflografik – do realizacji zajęć.

Realizując założenia projektu, w miesiącach wrzesień – październik 2018 roku, Muzeum we współpracy z Fundacją zrealizuje 8 jednodniowych zajęć edukacyjnych pn. „Sensoryczna Wieś Opolska – gość niepełnosprawny w muzeum”. W jednym 4-godzinnym spotkaniu uczestniczyć będzie 10 osób, co pozwoli na bezpośredni kontakt przewodnika z odbiorcami projektu oraz wzmocni ich aktywność i zaangażowanie. W ramach zajęć uczestnicy wezmą udział w zwiedzaniu studyjnym ekspozycji muzealnej opolskiego skansenu oraz w warsztatach kowalstwa, gdzie zostaną zapoznani ze zbiorami, zgodnie z przyjętą koncepcją – rozbudzeniem zmysłów – poprzez m.in.:

dotykanie przedmiotów wystawionych do oglądania (eksponatów) oraz specjalnie przygotowanych plansz z rysunkami wypukłymi (tyflografikami);

współuczestniczenie w pracy kowala, odczuwanie temperatury wytwarzanych wyrobów, zapachu stali;

słuchanie śpiewu ptaków, zamieszkujących tereny parkowe obiektu.

Oczekiwanym rezultatem projektu jest postrzeganie Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu w kategorii „muzeum bez barier – muzeum dla wszystkich” na kulturalnej mapie regionu, rozumianej w kontekście rewitalizacji społecznej. Warto nadmienić, że oferta kierowana jest do wszystkich grup wiekowych osób wykazujących się dysfunkcją wzroku (dzieci, młodzieży, osób dorosłych, seniorów) oraz ich przewodników. Uczestnictwo w zadaniach realizowanych w ramach projektu jest bezpłatne. Szczegółowych informacji udziela koordynator projektu – Agnieszka Pawelczyk, pracownik Działu Udostępniania i Edukacji Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu (tel. 77 457 23 49, wew. 214 , e-mail: agnieszka.pawelczyk@muzeumwsiopolskiej.pl). Już dziś zachęcamy Państwa do wizyty w opolskim parku etnograficznym (Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu, ul. Wrocławska 174).

Mam dobry plan?

Coraz częściej mówi się o dostępności, uniwersalnym projektowaniu, czyli uwzględnianiu potrzeb osób niepełnosprawnych oraz innych grup obywateli, mających ograniczone możliwości poruszania się, percepcji czy komunikowania się. Projektowana przestrzeń powinna być przecież w pełni dostępna dla każdego i umożliwiać jej samodzielne, niezależne użytkowanie.

Człowiek pozyskuje około 86% informacji z otaczającej nas przestrzeni za pomocą wzroku, a jedynie około 7% za pomocą słuchu, co sprawia, że osoby z dysfunkcjami sensorycznymi bywają pozbawione szansy samodzielnego funkcjonowania poza murami własnego mieszkania. Takie osoby, na równi z niepełnosprawnymi ruchowo, są przez to wykluczone z równego dostępu do kultury, nauki, aktywności zawodowej, a tym samym życia w społeczeństwie. Aby to zmienić, obok likwidacji barier architektonicznych jest planowanie dostępności oparte na społecznej odpowiedzialności, zrozumieniu i empatii. Jak sprawić, by można było zrozumieć otaczającą nas przestrzeń oraz móc swobodnie i bezpiecznie się w niej poruszać? Potrzebny jest dobry plan.

Plany tyflograficzne zaczynają się na stałe wpisywać w różne miejsca użyteczności publicznej. Przyczynia się do tego zmiana myślenia, że specjalne potrzeby dotyczą jedynie osób niepełnosprawnych ruchowo. Zanika też utrwalony przez lata znak równości pomiędzy osobą na wózku a osobą niepełnosprawną.

Czym są i komu służą plany tyflograficzne? To uproszczone schematy funkcjonalno-przestrzenne, multisensoryczne, oparte na wykorzystaniu zmysłów: wzroku, dotyku, często i słuchu. Ułatwiają orientację przestrzenną nie tylko osobom w pełni sprawnym, tak jak standardowe plany budynków i ich otoczenia, ale także wspomagają osoby o różnych ograniczeniach mobilności i percepcji. Największym atutem planów tyflograficznych jest ich uniwersalność w przekazywaniu informacji o otoczeniu. Dzięki wykorzystaniu alfabetu Braille’a, schematów dotykowych, wysokich, graficznych kontrastów, odpowiednio powiększonej czcionki i udźwiękowienia, służą osobom słabowidzącym, niewidomym, słabosłyszącym i głuchym. Ułatwiają odnajdywanie się w nowych miejscach i samodzielne dotarcie do kluczowych punktów, takich jak m.in.: kasy, toalety, punkty informacyjne, schody, windy, przystanki, przejścia dla pieszych, postoje taksówek, perony, bankomaty i biletomaty. Potrzebne są osobom z niepełnosprawnościami nie tylko sensorycznymi, ale także mającym stałe lub czasowe ograniczenia w poruszaniu się: osobom na wózkach inwalidzkich, starszym, kontuzjowanym, kobietom w ciąży, rodzicom z małymi dziećmi, podróżnym z ciężkim bagażem, osobom z niepełnosprawnościami intelektualnymi, a nawet obcokrajowcom. Plany tyflograficzne, w połączeniu ze ścieżkami dotykowymi, zwiększają bezpieczeństwo w przestrzeni publicznej, zwłaszcza u osób z całkowitą lub częściową utratą wzroku.

Ważna jest właściwa ilość i lokalizacja planów tyflograficznych, ich wymiar oraz zastosowanie odpowiednich rozwiązań. Aby nie popełnić błędów, powinno być konsultowane ze specjalistami w dziedzinie tyflografiki, bądź odpowiednimi organizacjami działającymi na rzecz środowiska osób z niepełnosprawnością wzroku.

Plany powinny być zlokalizowane przy głównych wejściach do budynków, przejściach do tuneli, na peronach, węzłach przesiadkowych – czyli w kluczowych miejscach, w których następuje pierwszy kontakt z nową przestrzenią. Odpowiednia ich ilość i rozmiar muszą umożliwiać pokazanie w całości lub w części stref ogólnodostępnych obiektów. Rozmiar planów jest podyktowany powierzchnią potrzebną do przedstawienia wypukłego obrazu oraz zastosowania pisma Braille’a, którego „czcionka” jest znacznie większa niż napisy czarnodrukowe. Wiedzę z tego zakresu posiadają projektanci tyflografiki i to oni powinni decydować o formacie takich planów.

Z punktu widzenia osób niewidomych istotna jest przede wszystkim właściwa orientacja planów odwzorowująca najbliższe otoczenie tak, aby to, co znajduje się po prawej i lewej stronie na planie, odpowiadało rzeczywistym kierunkom. Lokalizacja, gdzie ma stanąć plan, powinna być tak dobrana, aby uniknąć problemu związanego z proporcjami przedstawianych obiektów. Zasięg rąk pozwala na zastosowanie wysokości planów nie przekraczających około 65 cm i szerokości maksymalnie 120 cm.

Przy przewidywaniu lokalizacji planów tyflograficznych, oprócz dostępu do prądu, należy uwzględnić zadaszenie, ponieważ w otwartej przestrzeni zmienne warunki atmosferyczne: opady, zaleganie wody, śniegu i zabrudzeń, uniemożliwiają użytkowanie planu. Konieczne jest ich okresowe czyszczenie. Duże znaczenie przy planach stosowanych na zewnątrz ma technologia ich wykonania. Materiały typu stal czy mosiądz, podlegając wpływom temperatury powodują dyskomfort użytkowania w zbyt niskich i zbyt wysokich temperaturach powietrza. Obecnie na rynku są dostępne różne technologie wykonania planów dotykowych: termoformowane tworzywa PET, odlewy z żywic, tworzywa sztuczne typu pleksi, stal nierdzewna i mosiądz. Dają różnorodne możliwości, ale nie są pozbawione wad.

Plany termoformowane to jedna z najtańszych i najstarszych technologii. Z racji małej odporności na mechaniczne uszkodzenia, termiczne odkształcenia, ograniczenia wielkości, są obecnie rzadko stosowane. Spotykamy je głównie tam, gdzie nie przewiduje się intensywnego użytkowania planów. Raczej odradza się stosowanie tego typu rozwiązań na zewnątrz. Są wykonane jako jednoelementowy nadruk UV na grubej folii, z jednoczesnym wytłoczeniem na niej informacji dotykowych (przy odpowiednim usztywnieniu spodu planu), albo jako dwuwarstwowe, gdzie jedną z warstw jest przezroczysta, wytłoczona folia, a drugą kolorowy poddruk, które są odpowiednio połączone. Możliwe jest wzbogacenie ich w elementy elektroniczne: udźwiękowienie, przyciski, sensory dotykowe.

Cena podstawowej wersji planu z wykonaniem matrycy i jednej termoformowanej kopii, to średnio od ok. 2700 zł netto za format A3, do około 4500 zł netto za format A2 (w zależności od docelowego formatu, zastosowanej elektroniki i stopnia skomplikowania obrazu). Trzeba także doliczyć koszt stojaka lub gabloty, niezbędnych do zaprezentowania tyflografiki.

Plany z tworzyw sztucznych typu pleksi (zwanych PMMA) to elementy cięte laserowo, odpowiednio wyokrąglone, przyklejone do warstwy transparentnej, z kolorowym poddrukiem i wyciętymi w niej otworami, w których osadzone są kulki alfabetu Braille’a. Jest to rozwiązanie dość trwałe, estetyczne i korzystne cenowo. Niestety, nie jest w pełni „wandaloodporne”, ze względu na możliwość celowego wyłamania lub wydłubania zastosowanych elementów planu, bądź zniszczeniu przy nieuważnym oczyszczaniu. Zdarzają się nieuniknione (choć rzadkie) wypadnięcia kulek brajlowskich, uniemożliwiające odczytywanie tekstu, zwłaszcza zastosowanych do oznaczeń jedno– i dwuliterowych skrótów brajlowskich. Powoduje to zmianę ich treści na niepożądaną. Dlatego istotne jest okresowe sprawdzanie, czy nie należy uzupełnić brakujących kulek. Problemem są też, bez regularnej dbałości o czystość planu, zbierające się pomiędzy klejonymi elementami, trudne do wyczyszczenia zabrudzenia. Zastosowana technologia jest przyjemna w dotyku w każdych warunkach atmosferycznych, jest więc polecana do stosowania zarówno wewnątrz budynków, jak i na zewnątrz (ale przy regularnym dbaniu o czystość i zapewnieniu zadaszenia). Także i w tym przypadku możliwe jest zastosowanie szeregu nowoczesnych, dodatkowych rozwiązań elektronicznych.

Cena podstawowej wersji takiego planu waha się od ok. 6000 zł netto za format A3, do ok. 10000 zł netto za format A2, aż do 13500 zł netto za format 1000×600 mm (w zależności od docelowego formatu, zastosowanej dodatkowo elektroniki i stopnia skomplikowania projektu). Należy doliczyć koszt stojaka lub gabloty, czasem wykonania betonowego fundamentu.

Plany w odlewach z żywic to wykonane jako monolit, transparentne warstwy wypukłe z nadrukiem umieszczonym na płycie PCV pod spodem. Charakteryzują się: wysoką „wandaloodpornością”, dobrą odpornością na warunki atmosferyczne oraz zabrudzenia, łatwością czyszczenia, brakiem możliwości oderwania poszczególnych elementów, jak i uszkodzenia pisma Braille’a. Jako jedyna technologia w tej dziedzinie pozwala na niezależne stworzenie warstwy dotykowej i czarnodrukowej, umożliwiając zastosowanie różnych oznaczeń oraz treści dla osób widzących i niewidomych. Minusem odlewów jest większa trudność wykonania i pracochłonność, jak również niecałkowita transparentność warstwy dotykowej, minimalnie zmniejszająca czytelność poddruku. To rozwiązanie jest zalecane zarówno wewnątrz budynków, jak i na zewnątrz, ze względu na estetykę, komfort użytkowania w różnych warunkach atmosferycznych, wieloletnią trwałość, przy zapewnieniu regularnego czyszczenia i zadaszenia. Również i w tym przypadku możliwe jest zastosowanie szeregu dodatkowych rozwiązań elektronicznych, poszerzających funkcjonalność planów.

Cena podstawowej wersji planu waha się od ok. 7500 zł netto za format A3, do około 10000 zł netto za format A2, aż do16500 zł netto za format A1 (w zależności od docelowego formatu, zastosowanej dodatkowej elektroniki i stopnia skomplikowania projektu). Należy doliczyć koszt stojaka lub gabloty, a czasem wykonania betonowego fundamentu.

Plany ze stali nierdzewnej są wykonane jako wpuszczane bądź klejone, wyoblone elementy, mocowane do stalowej płyty z wyfrezowanymi napisami w czarnodruku i wyciętymi otworami pod wpuszczane w nie stalowe kulki, stanowiące punkty pisma Braille’a. Charakteryzują się najwyższą „wandaloodpornością” i odpornością na warunki atmosferyczne oraz łatwością utrzymania w czystości. Ich minusami są: brak komfortu użytkowania w warunkach zimowych i podczas wysokich temperatur, niska czytelność dla osób słabowidzących (przez brak kontrastów), dużo gorsza estetyka, toporny wygląd przy większych formatach, a także nieuniknione (przez właściwości stali) wypadanie kulek alfabetu Braille’a z wykonanych pod nie otworków. Technologia ta jest zalecana, głównie przez odporność na uszkodzenia, do planów zlokalizowanych wyłącznie w tunelach, na peronach stacji kolejowych i metra, ale również na zewnątrz budynków w przestrzeniach otwartych, ale pod zadaszeniem. Należy wtedy zadbać o ogrzanie stali, by dała się dotykać przy niskich temperaturach powietrza.

Zastosowanie stali nakłada na projektantów duże ograniczenia wielkości i zawartości planów, wymuszając maksymalne uproszczenia przedstawianych schematów i zastosowanych oznaczeń, jak również ilości przekazywanych informacji. Jest to jedyna technologia, w której nie ma możliwości nakładania się treści czarnodrukowych z wypukłymi, więc muszą być wykonane obok siebie, zajmując więcej miejsca. W tym przypadku brak łatwych możliwości zastosowania dodatkowych rozwiązań elektronicznych, wykorzystywanych w pozostałych typach planów.

Cena podstawowej wersji planu to przedział od ok. 8000 zł netto za format A3, do około 12000 zł netto za format A2 (w zależności od docelowego formatu, stopnia skomplikowania projektu). Jak zawsze należy doliczyć koszt stojaka lub gabloty i wykonania ewentualnego fundamentu. Taki typ planu wraz ze stojakiem ma znaczny ciężar.

Najnowocześniejsze rozwiązania planów tyflograficznych na rynku przewidują zastosowanie różnorodnych elementów elektronicznych, takich jak wbudowany w nie: monitor dotykowy, wyświetlający dodatkowe informacje, komputer, akumulator, moduł do obsługi Wi-Fi i łączności Bluetooth, specjalistyczne oprogramowanie, system udźwiękawiający, przyciski wandaloodporne, sensory dotykowe, moduł naprowadzający z aplikacją na smartfony, system wezwania pomocy SOS (bezpośrednio z poziomu planu, czy poprzez nadrukowany QR kod przekierowanie pod wskazany adres internetowy). Daje to projektantom szeroki wachlarz możliwości do stworzenia planu multimedialnego, multisensorycznego, dostosowanego i przyjaznego wszelkim typom niepełnosprawności oraz specyficznym potrzebom różnych grup użytkowników. Tego typu rozwiązania to projekty „szyte na miarę” oczekiwań, jednocześnie podnoszące prestiż, nowoczesność i dostępność obiektów.

Plany multimedialne są wyceniane indywidualnie, w zależności od zastosowanych technologii i rozwiązań elektronicznych.

Planując wyposażenie obiektu lub przestrzeni publicznej w plan tyflograficzny, oprócz wybrania i zastosowania określonej technologii, istotne jest to, w jaki sposób zostanie on zamontowany. Najczęściej służy do tego wolnostojący stojak ze stali nierdzewnej, który może być polakierowany na dowolny kolor, przykręcony do posadzki lub trwale osadzony na specjalnie wykonanym dla niego fundamencie. Rzadziej stosuje się gabloty o przekroju trójkątnym, mocowane bezpośrednio do ściany lub stojaki luźno stojące, bez mocowania do posadzki. Najważniejsze jest jednak to, aby plan był stabilnie przytwierdzony i uniemożliwiał przypadkowe przesunięcie lub przewrócenie.

Konstrukcje stojaków mogą być różne, w zależności od wielkości planu czy miejsca montażu. Bywają oparte na jednej lub kilku nogach, masywnych lub o przekroju rurowym. Konieczne jest zastosowanie blatu, o dolnej krawędzi na wysokości optymalnie ok. 80-85cm i nachyleniu pod kątem 30?-45? tak, aby umożliwić korzystanie z planu wzrokowe, dotykowe, również przez osoby niskie i na wózkach inwalidzkich. Konstrukcja stojaka powinna umożliwiać podjechanie do niego przodem wózka, a więc musi mieć podcięcie lub odsunięcie wsporników, dające pod blatem miejsce na nogi szerokości ok. 60 cm, wysokości ok. 70 cm i głębokości ok. 30 cm.

Mam dobry plan, czyli po czym rozpoznać poprawny plan tyflograficzny? Najważniejsze jest, aby tego typu opracowania tworzyli specjaliści w dziedzinie tyflografiki. Tylko wtedy mamy pewność, że zostanie profesjonalnie przygotowany i nie będzie służył jedynie łatwemu zarobkowi. Zarówno wiedzę, jak i lata doświadczenia na rynku, a także wkład w rozwój technologiczny w tej dziedzinie mają nieliczne firmy na rynku. Każdy dobry plan tyflograficzny musi spełniać szereg określonych zasad, m.in.:

wysoka czytelność dzięki zastosowanym kontrastom i dużym rozmiarom czcionek o krojach bezszeryfowych,

napisy w alfabecie Braille’a zgodne ze standardem czcionki Marburg Medium,

duża atrakcyjność wizualna dla osób widzących,

zastosowanie, w miarę możliwości, obowiązującego w danym miejscu Systemu Identyfikacji Wizualnej,

każdy projekt powinien być „szyty” na miarę oczekiwań klienta,

zgodność z uniwersalnym projektowaniem i dostępność dla różnych grup użytkowników,

maksymalnie uproszczone i syntetyczne przedstawienie schematu budynku lub elementów przestrzeni,

spójność i intuicyjność zastosowanych oznaczeń,

prostota przekazu i ograniczenie nadmiaru informacji,

wyraźne oddzielenie na planie stref ogólnodostępnych od pozostałych,

czytelna, jasna legenda, zawierająca wszystkie zastosowane oznaczenia,

uwzględnianie i pokazywanie na planie przebiegu ścieżek dotykowych,

konsultacje na etapie projektowym z osobami niepełnosprawnymi lub organizacjami działającymi na ich rzecz,

równoważny przekaz informacji dla widzących i niewidomych,

przy dużej ilości planów tyflograficznych różnie zorientowanych w przestrzeni lub znajdujących się w terenie otwartym oraz w obiektach o szczególnym stopniu skomplikowania uwzględnianie na planach kierunków świata,

odpowiedni sposób montażu, łączna ilość i lokalizacja planów.

Wyłącznie tak opracowane plany spełnią pokładane w nich oczekiwania, zwiększając bezpieczeństwo i dostępność miejsc, w którym się znajdą.

Ideałem byłoby, gdyby w każdej przestrzeni i budynku użyteczności publicznej plany tyflograficzne współistniały wraz ze ścieżkami dotykowymi dla osób niewidomych, a często tak nie jest. Tylko występując razem są one użyteczne dla osób z dysfunkcjami wzroku.

Z punktu widzenia projektanta, pogodzenie możliwości percepcji osób niewidomych i widzących jest bardzo trudnym wyzwaniem. Nie raz wymaga to kompromisów i nie każdy je rozumie. Projekty z dziedziny tyflografiki nigdy w 100% nie zadowolą oczekiwań obu tych grup. Tu najważniejsze jest doświadczenie i wyczucie, jak daleko można się posunąć.

Plany dla niewidomych nie są i nie będą planami w znaczeniu architektonicznym, ponieważ zastosowanie powyżej wymienionych zasad przy ich tworzeniu wymusza ograniczenie ilości informacji i wypracowanie schematycznego modelu pokazywanej przestrzeni, użycie specjalnych oznaczeń oraz odbieganie od rzeczywistej skali, czy nawet częste jej celowe przekłamanie. Wszystko po to, by zmieścić na nich napisy brajlowskie lub inne elementy dotykowe przy jak najmniejszym formacie. Również i z tych powodów, na planach tyflograficznych pokazywana jest szczegółowo tylko przestrzeń ogólnodostępna, a reszta jest celowo ukryta. Tym samym specyfika planów wymaga dużej wiedzy i doświadczenia przy ich tworzeniu, bazujących na znajomości poprawnych zapisów alfabetu Braille’a, dotychczasowych opracowań z zakresu tyflografiki oraz wiedzy z dziedzin takich jak projektowanie graficzne i architektura. Dlatego jest tak niewielu specjalistów i firm, którzy się od lat tym zajmują.

Obecnie na rynku pojawiła się konkurencja, oferująca swoje usługi w zakresie projektowania oraz wykonania planów dla niewidomych, często jednak nie mająca odpowiedniego doświadczenia i elementarnej wiedzy. Skutkiem tego jest tworzenie kompromitujących projektów i marnowanie na ich realizację – nierzadko – dużych środków publicznych.

Efektem takich działań są licznie występujące niedopuszczalne błędy typu:

pomijanie znaków dużej litery bądź niepoprawny zapis cyfr w napisach brajlowskich,

za małe wielkości czcionek czarnodrukowych,

stosowanie utrudniającego czytanie kroju szeryfowego,

skalowanie brajla, który zawsze musi mieć stałą, niezmienną wielkość,

zły format, orientacja i rozmieszczenie planów,

pokazywanie stref niedostępnych na planach,

nadmiar i chaotyczność zawartych informacji,

stosowanie nigdzie nie spotykanych oznaczeń, często architektonicznych, zamiast prostych piktogramów i skrótów brajlowskich,

niewłaściwy kontrast,

brak wyokrąglenia ostrych krawędzi elementów, powodujący możliwość skaleczenia.

Przy wyborze wykonawcy, dla dobra użytkowników takich rozwiązań, należy kierować się jego doświadczeniem, bogatym dorobkiem, popartym solidnym portfolio i referencjami. Warto też, przed ogłoszeniem przetargu czy zapytania ofertowego, skonsultować się z organizacjami (bądź firmami), które fachowo doradzą, jakie rozwiązania i gdzie można zastosować, dobiorą odpowiednią ilość i oszacują przewidywaną wielkość planów. Dzięki takiej współpracy może zniknie wkrótce, często używane w zapytaniach ofertowych i mediach publicznych, niepoprawne wyrażenie „język Braille’a”, bo język mamy w Polsce – polski, a jedynie „pismo Braille’a”, zwane inaczej zapisem brajlowskim. Przecież chodzi o to, żebyśmy mówili do siebie tym samym językiem. Tylko wtedy powstanie dobry plan… Nasz wspólny plan na dostępność.

Odpowiedź Elżbiety Gutowskiej na polemikę Marii Marchwickiej

Jako dyplomowany dziennikarz z wieloletnim doświadczeniem na początek gładko przełykam złośliwość Czytelniczki w postaci słowa „felietonik” w odniesieniu do mojego tekstu.

Teraz kontrowersyjny mistrz Jan Długosz. Choć nie jestem historykiem mam prawo – opierając się na historykach, którzy są dla mnie autorytetami – negować niektóre z zapisów kronik Długosza.

Kolejna konstatacja Czytelniczki, iż określenie „czarna, odrapana twarz” w felietonie, który cytuję, w odniesieniu do obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej nie jest niczym nagannym. Dla mnie jest i wiem o czym mówię kiedy to piszę. Założeniem autora tego tekstu było negatywne nacechowanie. W sposób negatywny nacechowuje on wszelkie przejawy życia religijnego, z pełną świadomością obrażając uczucia religijne chrześcijan. Trzeba znać całokształt twórczości owego felietonisty, którego każdy tekst rozpoczyna się od obsesyjnego, nienawistnego stosunku do chrześcijaństwa. W innym felietonie rozpływa się nad czystym, dziewiczym i wspaniałym kultem Ledy w kontrze stawiając przemocowy charakter chrześcijaństwa i kultu Maryi. Takie podejście prosi się o kozetkę psychoterapeuty.

Kto powiedział, że muszę opierać cały felieton na jednym fragmencie tekstu innego felietonisty? Fragment zacytowany przeze mnie posłużył wyłącznie jako punkt wyjściowy do przejścia od szczegółu do ogółu. Felieton z natury rzeczy jest subiektywny, oparty na emocjach, co nie oznacza, że ma w nim brakować argumentów, co zarzuca mi Czytelniczka. Mam wrażenie, że przytoczyłam mnóstwo argumentów. Felieton bywa też skrótowy i z pewnością nie jest rozprawą naukową. Nie mam obowiązku dowodzenia skąd czerpała jeszcze – poza chrześcijaństwem – kultura europejska, skoro piszę o chrześcijaństwie właśnie i na nim się koncentruję. Odpowiadam za każde słowo tego tekstu, każdą kropkę stawiam z namysłem i całość sygnuję swoim własnym nazwiskiem.

Nie neguję kultów przedchrześcijańskich, mam świadomość wkładu owych kultów w rozwój cywilizacji i kultury Europy i świata, jednak nie mogę uznać wyższości prymitywnych wierzeń nad holistyczną i kompletną doktryną chrześcijańską. Mam takie prawo.

Konkludując, bardzo się cieszę, że mój „felietonik” wywołał polemikę. Dla dziennikarza nie ma nic gorszego niż obojętność w stosunku do jego tekstów. Gładko przełykam kolejną złośliwość Czytelniczki, która jeden z fragmentów mojego tekstu nazywa „czystej wody filipiką”, ba, cieszy mnie to określenie, bowiem oznacza, że czerpię – w sposób niedoskonały – ze starożytnych mistrzów słowa. Z Demostenesa i Cycerona.

Polemika Marii Marchwickiej do artykułu Elżbiety Gutowskiej pt.: „Europa na laickim zakręcie” z numeru 32 Helpa

Sympatyczna redakcjo

Czytuję sobie Help i robiąc to ze zrozumieniem polemizuję czego wyrazem jest poniższy tekst. Jeśli pt. Redakcja uzna za stosowne ożywić łamy głosem czytelnika, to proszę bez nożyc redakcyjnych, bo tekst straci sens.

Szykany wobec……

Z lekkim rozbawieniem, ale i smutkiem przeczytałam felietonik „Europa na laickim zakręcie” pióra p. Elżbiety Gutowskiej wrzucającej do jednego tygla czasy minione i obecne. Ale po kolei. „Za każdym razem kiedy czytam te teksty, czuję zalewającą mnie falę złości i odczuwam potrzebę natychmiastowej riposty” Zamiast fali złości lepiej byłoby użyć argumentów. Omawiając tekst nieznanego autora w nieznanym piśmie i pozbawiając czytelnika możliwości własnego osądu na ten temat pt Autorka odnosi się do wyrwanych z kontekst akapitów. „ Jak zareagować na tekst, w którego tytule w odniesieniu do obrazu Maryi Jasnogórskiej pojawia się sformułowanie „czarna, odrapana twarz”, Nie widzę w tym sformułowaniu niczego nagannego, ponieważ obraz jest stary i przeszedł burzliwe koleje losu. A tak bulwersujące felietonistkę stwierdzenie „odrapanej twarzy” odnosi się do stanu wizerunku a nie podmiotu. „tekst, którego autor próbuje wykazać wyższość bogini Lady (Łady, Leili), słowiańskiego odpowiednika egipskiej Izis, nad Maryją, matką Zbawiciela? Oto znamienny fragment: „(…) Uważane za symbol macierzyństwa i płodności, za matki wielu bóstw. Jak Izis, Lada miała nasze słowiańskie świątynie w różnych miejscach mocy. Miała klasztor, szkołę duchową i westalki, dziewice zwane Ladacznicami. Jednym z tych miejsc jest Częstochowa, a dokładnie wzgórze zwane jasnym, czyli Jasna Góra. W dawnych przedchrześcijańskich kulturach oddawano cześć bóstwom uosabiającym żywotne siły ziemi-matki i ten fakt nie uwłacza kultowi Maryi jako matce Zbawiciela. Kulty te odeszły wraz z ludami je wyznającymi. Natomiast na ziemiach obecnej Polski znajdowało sie wiele miejsc kultu miejscowych bóstw i na tych miejscach dobrze posadowionych wyrosły z czasem chrześcijańskie świątynie. „Być może te brednie zasługują jedynie na uśmiech politowania, bowiem świadczą o kompletnym niezrozumieniu planu zbawienia i roli w tym planie Maryi, co w przypadku osoby niewierzącej jest w pewnym sensie zrozumiałe” Autorka miesza dawne i nowe chrześcijańskie czasy nakładając na siebie dwa okresy w dziejach ludzkości. I dalej „ W warstwie faktograficznej kult Ledy nie został potwierdzony, podobnie jak rzekome miejsce kultu – Jasna Góra. Autor felietonu wywodzi swoje mądrości wprost z kronik Jana Długosza, których rzetelność, szczególnie we fragmentach dotyczących pradziejów Lechii, starożytnej Polski, podważa większość uznanych historyków”. Cytowany przez p. Gutowską felietonista ma prawo odwoływać się do kronik Długosza, który jest i cytowany ale i podważany przez historyków [w zależności od ich przekonań]

„W warstwie kulturowej te brednie świadczą o niezrozumieniu roli chrześcijaństwa w rozwoju cywilizacji i kultury europejskiej. Architektura naszego kontynentu, malarstwo, rzeźba, muzyka, a nawet moda, rozwijały się przez wiele wieków w oparciu o chrześcijaństwo. W szerszym wymiarze wspomniany przeze mnie tekst jest egzemplifikacją bezpardonowego ataku na religię, z której wyrosła Europa. Ataku, który doprowadził do dechrystianizacji dużej części naszego kontynentu i postępującego procesu utraty tożsamości jego obywateli. Ataku, polegającego m.in. na obrażaniu uczuć religijnych chrześcijan, na który wojujący ateiści nie odważyliby się w odniesieniu do judaizmu czy islamu.”

Proszę wybaczyć ten przydługi cytat, ale nastąpiło znowu pomieszanie pojęć. Zanim Europa stała się chrześcijańska wraz z jej sztuką i kulturą, była – czy to sie Autorce podoba czy też nie – Europą pogańską począwszy od kultur sumeryjskich poprzez spuściznę hellenistyczną i starorzymską. Czyżby te wieki nie pozostawiły żadnego dorobku cywilizacyjnego i kulturowego? Nie wiem czy odwołanie się do historycznych kultów pogańskich poprzedzających chrześcijaństwo obraża jakiekolwiek uczucia religijne. Nie sądzę. To jest analogiczne rozumowanie do mniemania, że zasługi dziadka obrażają autorytet ojca.

„Dziś o poprawności politycznej, o europejskości i o światłym umyśle decyduje odcięcie się od katolicyzmu, który stał się synonimem ciemnogrodu. Jednocześnie niepoprawne politycznie jest krytykowanie judaizmu czy islamu. Trudno nie zauważyć w tym niekonsekwencji europejskich, laickich elit intelektualnych”. I znowu Autorka dywaguje nie podając konkretów z artykułu, który ją tak oburzył.

„Kościoły katolickie w wielu państwach Europy Zachodniej świecą pustkami. Bywa, że zamieniane są na ekskluzywne domy mieszkalne, np. kościół w Northumberland w Wielkiej Brytanii, sklepy – kościół w Maastricht w Holandii zamieniony w księgarnię Salexyz, puby – kościół St. Mary’s w Dublinie w Irlandii. Tymczasem obok europejskich kościołów wyrastają meczety. Na ulicach europejskich miast w porze modłów klękają miliony muzułmanów”. I to wszystko na marginesie kilku cytatów o zaszłościach historycznych?

„Według ostrożnych szacunków na naszym kontynencie jest już ponad 25 mln wyznawców islamu. Dokąd zmierza Europa pozbawiona chrześcijańskich korzeni i zalewana falami obcych kulturowo uchodźców i emigrantów?”

Nie komentuję tego cytatu, ponieważ jest to czystej wody filipika.

„Coraz bardziej powszechna i modna staje się laickość, na czasie jest antyklerykalizm. Zapatrzeni bezkrytycznie w starą Europę rychło możemy pójść w jej ślady. Na razie mamy do czynienia z pojedynczymi incydentami podobnymi do tych, które rozgrywały się na Krakowskim Przedmieściu po katastrofie smoleńskiej – wyśmiewanie modlących się, bezczeszczenie krzyża, kpiny z męki Chrystusa. Skoro jednak raz przełamana została niepisana zasada szacunku do wyznania, już tylko krok dzieli nas od pójścia w ślady laickiej Europy”. Laicyzacja nie jest sprawą mody czy trendu i nie jest alarmująca, podobnie jak liczba wiernych w kosciołach, czego jestem naocznym świadkiem. Dostęp do praktyk religijnych jest powszechny i to czy parafianie zechcą garnąć się do koscioła i kapłanów zależy przede wszystkim od postawy tych ostatnich.

Zgadzam się z Autorką, która zauważa, że „Poruszanie bardzo delikatnej materii, jaką jest wiara, wymaga wielkiej kultury i szczególnej ostrożności. Tymczasem materię tę próbują omawiać ludzie o wrażliwości walca drogowego”. atakując z zajadłością otoczenie dopatrując się prześladowania i obrażania uczuć religijnych, nawet tam, gdzie tego nie ma.

„Najniebezpieczniejszy światopogląd mają ludzie, którzy nigdy nie przyglądali się światu”,

A. Humbold

Felieton skrajnie subiektywny. Złamana laska Eskulapa

Zadałam sobie trud wykonania mini sondy wśród przyjaciół i znajomych, w których rodzinach są osoby niepełnosprawne. Sonda dotyczyła ustawy z dnia 9 maja 2018 r. o szczególnych rozwiązaniach wspierających osoby o znacznym stopniu niepełnosprawności (Dz.U. 2018 poz. 932). Ustawa weszła w życie 1 lipca i jest konsekwencją kwietniowo-majowego protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w sejmie. Z perspektywy kilkunastu dni można pokusić się o wstępną ocenę realizacji w praktyce tej części jej zapisów, które dotyczą usług medycznych.

Niewielka gmina, niepubliczna przychodnia z podpisaną umową z NFZ na świadczenie usług z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej i kilku specjalności, m.in. urologii, laryngologii, ginekologii, diabetologii, neurologii i psychiatrii. Próba szybkiego zarejestrowania do neurologa kończy się fiaskiem. Matka osoby niepełnosprawnej w stopniu znacznym słyszy w odpowiedzi, że bez kolejki można się zapisać jedynie do lekarza pierwszego kontaktu. Lekarze specjaliści przyjmują w tej przychodni na ogół raz, dwa razy w miesiącu, wobec czego nie ma szans na przeskoczenie kolejki. Czas oczekiwania na wizytę wynosi minimum dwa miesiące. W tej samej przychodni na pytanie matki, czy może wejść z niepełnosprawnym, dorosłym dzieckiem bez kolejki do gabinetu zabiegowego pada cicha odpowiedź recepcjonistki – „Proszę zapytać pacjentów stojących w kolejce”. Pacjenci są na tyle mili, że godzą się na to bez szemrania, zaś pani w rejestracji jest na tyle miła, że po fakcie pyta matkę osoby niepełnosprawnej czy udało się wejść bez kolejki.

Wojskowa przychodnia w mieście powiatowym, umowa podpisana z NFZ. Osoba niepełnosprawna rejestruje się do laryngologa bez żadnego problemu – termin wizyty za sześć dni. Jedynym wymogiem jest dostarczenie orzeczenia o stopniu niepełnosprawności. Pacjent reaguje miłym zaskoczeniem, rejestratorka z satysfakcją deklaruje, że placówka jedynie wywiązuje się z zapisów ustawy.

Warszawski szpital. Niepełnosprawna pacjentka telefonicznie rejestruje się na badanie endoskopowe. Rejestratorka prosi o dane osobowe i o numer telefonu, obiecując, że po ustaleniu terminu zadzwoni z informacją. Czas oczekiwania na badanie endoskopowe w tym szpitalu dla pacjentów pełnosprawnych wynosi dwa lata i osiem miesięcy! Mijają dni, zniecierpliwiona niepełnosprawna pacjentka postanawia zadzwonić, przypuszczając, że o niej zapomniano. Wykonuje wiele telefonów zanim trafia na osobę, która wpisuje pacjentów do kolejki. Słyszy od owej osoby, że ta następnego dnia przystąpi do sporządzania listy na badania endoskopowe. Mijają kolejne dni, nikt nie dzwoni. Pacjentka rezygnuje i zapisuje się do placówki niepublicznej, gdzie termin badania zostaje wyznaczony za tydzień. „Dobrze, że mogę zapłacić to badanie. A kosztuje słono. Mam wrażenie, że o to właśnie chodziło tej pani, bym się zniechęciła i spróbowała gdzie indziej” – mówi rozgoryczona.

Niepełnosprawny młody chłopak na wózku inwalidzkim. Wskazaniem dla niego jest częsta rehabilitacja, służąca m.in. wyeliminowaniu spastyczności mięśni. Zgłasza się ze skierowaniem do jednej z warszawskich przychodni rehabilitacyjnych. Rejestratorka bardzo stara się pomóc – „Widać było, że jest jej bardzo przykro, iż musi mi zakomunikować, że w ciągu najbliższych miesięcy nie jest w stanie wcisnąć mnie na listę. Na dowód pokazała mi szczelnie zapełniony zeszyt. Udało się wpisać mnie na listopad, w zasadzie jedynie dlatego, że ktoś zrezygnował. Nie pozostaje mi nic innego, jak zakupienie serii zabiegów w przychodni prywatnej. Nie mogę mieć tak długich przerw w zabiegach. Znów rodzice będą musieli płacić”.

I jeszcze jedna sytuacja, mająca miejsce w noc przed wejściem ustawy w życie. Do jednego z warszawskich szpitali przyjeżdża z żoną niepełnosprawny mężczyzna w stanie zagrażającym życiu. O czwartej nad ranem w okienku SOR siedzi młoda, wytatuowana, bezczelna i bezduszna lekarka. Kiedy słyszy od żony, że pacjent jest niepełnosprawny, nieprzyjemnym tonem pyta – „Dlaczego akurat tu Państwo przyjechali, przecież wszędzie by was przyjęli”. Żona pacjenta myśli, że skoro wszędzie, to chyba w tym szpitalu też, ale nie mówi tego głośno, by nie zaszkodzić mężowi. Lekarka komunikuje, że teraz to ona ma zajęty gabinet, więc trzeba czekać. Po piętnastu minutach oczekiwania, widząc że mąż bardzo cierpi pyta lekarkę kiedy można oczekiwać pomocy. Słyszy kategoryczne i niegrzeczne „Trzeba czekać”. Tymczasem lekarka zaprasza osoby, które pojawiły się później niż niepełnosprawny pacjent. Po kolejnych piętnastu minutach żona znów grzecznie pyta kiedy mąż otrzyma pomoc, na co lekarka odpowiada – „Przecież nie położę pani męża na innym pacjencie”. Jednym z pacjentów jest młody, pijany osiłek z podbitym okiem, wyglądający na gościa weselnego, a może nawet na samego pana młodego. Lekarka z pietyzmem i nieukrywaną przyjemnością bierze go pod ramię i delikatnie do niego przemawiając wprowadza za metalowe drzwi. Po pięćdziesięciu minutach oczekiwania żona niepełnosprawnego pacjenta po raz kolejny upomina się o pomoc dla męża i po raz kolejny słyszy, że niepotrzebnie przyjechała do tego szpitala. Ze łzami w oczach pyta, czy wobec tego ma jechać do innego szpitala. Lekarka jakby trochę mięknie i po pięciu minutach niechętnie zaprasza małżeństwo do środka. Na szczęście niepełnosprawnym pacjentem zajmuje się inna lekarka. Okazuje znacznie więcej empatii.

Wszystkie osoby, z którymi rozmawiałam, prosiły mnie o niepodawanie żadnych szczegółów, które mogłyby pomóc w zidentyfikowaniu pacjentów, którzy opowiadali mi o swoich doświadczeniach z ochroną zdrowia po wejściu w życie ustawy. Znamienne.

Wyremontowane szpitale wyposażone w sprzęt, często już na europejskim poziomie, nie rozwiążą problemu. Potrzebni są ludzie. Wypoczęci, empatyczni, grzeczni i dobrze opłacani lekarze, kompetentna i uprzejma obsługa administracyjna. Niezbędna jest dobra organizacja pracy, a tymczasem pacjenci odwiedzający publiczne szpitale i przychodnie mają nierzadko poczucie panującego w tych placówkach wszechobecnego chaosu.

Żadna ustawa nie zaradzi oczywistym, negatywnym faktom. W Polsce mamy ponad dwukrotnie mniej lekarzy na tysiąc pacjentów niż zachodnie kraje Unii Europejskiej. Średnia europejska wynosi 4, średnia polska – 2,2 lekarza. Od czasu wejścia naszego kraju do UE notowany jest stały odpływ polskich lekarzy na zachód. Według szacunków Naczelnej Izby Lekarskiej od 2004 roku z naszego kraju wyjechało 10,5 tysiąca lekarzy, 2 tysiące stomatologów i 17 tysięcy pielęgniarek! Są to jednak tylko szacunki, więc liczby te mogą być znacznie większe. Anestezjolodzy i chirurdzy to największy odsetek polskich lekarzy, którzy znaleźli pracę za granicą – 18% w przypadku obu specjalności. 13% to odsetek patomorfologów, lekarzy niezbędnych w procesie leczenia nowotworów, którzy opuścili Polskę w poszukiwaniu lepszych warunków pracy i znacznie wyższej płacy. Podobny odsetek wśród polskich lekarzy emigrantów stanowią m.in. interniści, pediatrzy i psychiatrzy. Polskich lekarzy można także spotkać poza Europą – w USA, w Kanadzie, w Australii, Nowej Zelandii, w Arabii Saudyjskiej czy w Emiratach Arabskich.

Wobec tych wszystkich oczywistych faktów i sytuacji, o których mówili mi pacjenci, można mieć poważne obawy o realizację w praktyce bardzo słusznych i niezbędnych zapisów ustawy o szczególnych rozwiązaniach wspierających osoby o znacznym stopniu niepełnosprawności. Bardzo chciałabym mylić się w tej kwestii.