Czy nowa Ustawa o dostępności cyfrowej stron internetowych i aplikacji mobilnych podmiotów publicznych zapewni nam dostęp do informacji?

W lipcu 2018 r. Ministerstwo cyfryzacji udostępniło do konsultacji publicznej projekt nowej ustawy, której przedmiotem jest dostępność stron internetowych i aplikacji mobilnych. Ustawa ta jest konsekwencją dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/2012 z dnia 26 października 2016 r. w sprawie dostępności stron internetowych i mobilnych aplikacji. Obecnie działa rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 12 kwietnia 2012 r. w sprawie Krajowych Ram Interoperacyjności, minimalnych wymagań dla rejestrów publicznych i wymiany informacji w postaci elektronicznej oraz minimalnych wymagań dla systemów teleinformatycznych (Dz. U. z 2017 r. poz. 2274), w którym w rozdziale 19 określono wymagania dotyczące dostępności stron internetowych. Trzeba przyznać, że rozporządzenie KRI z jednej strony zwróciło uwagę na problem dostępności stron internetowych, ale z drugiej jego skuteczność jest niewielka. Ponad połowa stron instytucji publicznych nadal jest niedostępna. Czy nowa ustawa może być skutecznym narzędziem w walce z brakiem dostępności informacji publikowanych przez instytucje publiczne na łamach serwisów internetowych? Odpowiedź jest Trudna i wielowymiarowa.

Dostępność – jak ją rozumiemy?

Dostępność stron internetowych to taki sposób prezentowania zawartych na nich informacji, który nie wyklucza żadnej grupy użytkowników bez względu na ich niepełnosprawność, umiejętności ani ze względu na to, z jakiego sprzętu czy oprogramowania korzystają. Zatem z grubsza mówiąc, dostępna strona, to taka, na której informacje graficzne są jednocześnie opisane tekstem, pola formularzy posiadają powiązane programistycznie etykiety, nazwy odnośników jednoznacznie opisują zasoby, do których kierują, a do każdego elementu można dojść za pomocą klawiatury i za pomocą klawiatury można ten element obsłużyć. Mówiąc dokładniej, jest wiele różnych elementów, które należy zakodować na stronie w odpowiedni sposób. Kwestie dostępności zostały opisane w dokumencie przygotowanym przez konsorcjum W3C o nazwie Web Content Accessibility Guidelines 2.0. Dokument wyjaśnia, na czym polega brak dostępności, kogo dotyczy, a przede wszystkim jak można sprawdzić swoją własną stronę, by mieć pewność, że zamieszczane na niej informacje będą mogły zostać odczytane, zrozumiane i obsłużone przez maksymalnie dużą liczbę odbiorców bez wykluczania kogokolwiek.

Dostępność – komu jest potrzebna?

Największe problemy sprawia osobom z niepełnosprawnościami. Wśród nich, osoby niewidome są najbardziej zauważalne. Jest tak, bo strony internetowe są tworzone przez osoby widzące, które największy nacisk kładą na ich warstwę wizualną, pomijając przy tym warstwę danych – warstwę treści. Bardzo często podnoszony jest argument o niewielkiej liczbie osób z niepełnosprawnościami na danym terenie, czy wśród użytkowników danej usługi. Pomijany przy tym jest cały uniwersalny aspekt dostępności, który sprawia, że dostępna strona jest możliwa do odczytania i obsłużenia przez wszystkich, także przez osobę niewidomą, przez osobę z niesprawnością manualną czy nawet przez osobę starszą. Nie dostrzega się korzyści wynikających z tego, że informacje publikowane na stronach będą zrozumiałe dla najsłabszych użytkowników, którzy bez zadbania o dostępność, będą potrzebować indywidualnej pomocy. . Twórcy niedostępnych stron, często nie uświadamiają sobie nawet tego, że informacji zawartych na ich stronach nie da się wyszukać za pomocą wyszukiwarek internetowych. Może przyszedł właśnie czas na zmianę błędnego przekonania, że dostępność to coś bardzo drogiego i bardzo skomplikowanego, co potrzebne jest tylko nielicznej grupie osób z niepełnosprawnościami. Należy więc uczyć, że dostępność dotyczy nas wszystkich, że nie jest niczym skomplikowanym a jedynie wymaga dbałości o poprawne stosowanie standardów i przedstawianie informacji w różnych równoważnych treściowo, ale alternatywnych pod względem odbioru formach. Tego właśnie w nowej ustawie brakuje.

Dostępność – łagodne nakłanianie, czy stanowcze wymaganie?

Moim zdaniem projektowana ustawa zbyt miękko podchodzi do obowiązku tworzenia dostępnych informacji i sposobów ich publikowania na stronach internetowych. Dopóki redaktorzy stron nie będą jednoznacznie odpowiedzialni za przygotowane informacje i ich dostępność, dopóki brak umiejętności, czy brak staranności w pracy nie będzie powodem do wyciągnięcia od takich pracowników konsekwencji służbowych, tak długo w zakresie dostępności stron internetowych nic się nie zmieni. Wcześniejsze rozporządzenie nakłada na podmioty publiczne obowiązek tworzenia dostępnych treści internetowych, a jednak brak dostępności spotykamy na każdym kroku. Myślę, że jeśli nie zaczniemy uczyć w szkołach jak korzystać z komputerowych edytorów tekstu, że formatowanie logiczne treści jest czym innym niż formatowanie wizualne, że dostępna treść, to taka, którą można odczytać w postaci zwykłego tekstu, który można dowolnie powiększyć oraz równolegle w postaci obrazu lub nagrania dźwiękowego, tak długo nie będziemy mieli specjalistów, ogarniających temat. Obecni redaktorzy i autorzy stron internetowych muszą albo się douczyć, albo zostać zastąpionymi bardziej kompetentnymi. Nie da się tego osiągnąć, jeśli nowe prawo nie będzie jednoznacznie wymagać dostępności od wszystkich i dla wszystkich publicznie dostępnych informacji. Moim zdaniem, projekt ustawy nie jest tak jednoznaczny, by osoby odpowiedzialne za serwisy internetowe miały motywacje do zmiany stanu obecnego.

Dostępność – czy potrzebni są do niej eksperci?

Dopóki autor informacji, nie będzie miał umiejętności tworzenia dokumentów elektronicznych, poprawnych logicznie i technicznie, tak długo potrzebni będą eksperci dostępności. Problem jednak tkwi w tym, że skoro potrzebni są super specjaliści od dostępności, to w powszechnym mniemaniu, dostępność jawi się, jako nadzwyczaj skomplikowana umiejętność. Mamy więc takie zamknięte koło. Eksperci są potrzebni, by badać dostępność stron internetowych i pouczać co i jak należy poprawić, ale ich obecność sprawia, że poprawki są często wstawiane w sposób mechaniczny, zwalniający autorów stron z odpowiedzialności za dostępność. Dlatego często spotykamy niedostępne strony, których autorzy i redaktorzy rozkładają ręce tłumacząc – „to nie nasza wina, zamówiliśmy audyt i wykonaliśmy wszystkie zmiany, które zalecili nam specjaliści”. Tylko co z tego? Czy w ten sposób da się osiągnąć poziom dostępnych stron? Moim zdaniem, dopóki przepisy prawa nie wymogą na autorach i redaktorach stron internetowych umiejętności samodzielnego sprawdzenia swoich własnych dokumentów, tak długo będziemy mieli problemy z dostępnością i wiele różnych poza merytorycznych uzasadnień jej braku.

Dostępność – czego wymagać?

Twardo i jednoznacznie należy wymagać dostępności, czyli zgodności ze standardem WCAG 2.0 i spełniania wszystkich określonych kryteriów. W WCAG 2.0 określono jak należy przygotować treści alternatywne i jak je prezentować. Jakiekolwiek ulgi, zwolnienia, niezależnie spowodowane kosztami, czy trudnościami kadrowymi zwalniają nasze urzędy z obowiązku tworzenia dostępnych informacji. Myślę, że zapisany w projekcie ustawy próg zatrudniania 30 osób, poniżej którego dana jednostka jest zwolniona z obowiązku tworzenia dostępnych stron internetowych jest bardzo szkodliwy. Działa nie tylko w obrębie samych stron internetowych, ale może przenosić się także na inne sfery dostępności np. architektoniczną, czy obsługi klientów z niepełnosprawnością. Moje osobiste obserwacje skłaniają mnie do wniosku, że w dużych instytucjach, w dużych miastach dostępność jest coraz częściej brana pod uwagę. Coraz częściej widzimy dbałość o strony internetowe, dbałość o dostępną przestrzeń publiczną, o dostępną komunikację i obsługę klienta. Problemy w tym zakresie są w małych miejscowościach, w małych jednostkach. Wymóg dostępności właśnie w takich małych, znajdujących się gdzieś na uboczu jednostkach jest najbardziej pożądany, bo dzięki niemu może wzrosnąć świadomość potrzeby i korzyści płynących z ogólnie pojętej dostępności i projektowania uniwersalnego. Inny problem, to zwalnianie z dostępności różnego typu treści. To kolejna pułapka wynikająca z mniemania, że dostępność to coś nadzwyczajnego. Dzisiejsze wersje programów w dużej mierze wspierajją dostępność i ułatwiają jej stosowanie. Warto kłaść nacisk na konieczność tworzenia dostępnych treści, bo dostępne dla ludzi, będą także dostępne do przetwarzania przez komputery. Wówczas korzyści wynikające z automatycznego i szybkiego przetwarzania dokumentów będą wartością wymierną i namacalną.

Dostępność – poprawa rzeczywista czy biurokracja?

W projekcie ustawy znalazły się też informacje, w jaki sposób i kto będzie nadzorował zapewnienie wymogu dostępności stron internetowych. Wpisano też sposoby pozyskiwania informacji od instytucji publicznych na temat realizowania obowiązków wynikających z ustawy. Te zapisy także budzą moje zdziwienie i podejrzenie, że jednak nie chodzi o dostępność. W dobie wymiany informacji cyfrowych online, zapisy w ustawie o wysyłaniu próśb do instytucji publicznych o raporty na temat wdrażania dostępności, zgłaszanych skarg są cokolwiek archaiczne. Przecież można stworzyć zdalny rejestr dostępności, narzędzia nadzorowane przez wskazanego ich administratora oraz systemy udostępniania treści z wbudowanymi mechanizmami automatycznie badającymi dostępność, które będą natychmiast zbierały wymagane informacje i generowały odpowiednie raporty oraz informacje o konieczności naprawy dostępności stron.

Do 2 sierpnia 2018 roku Ministerstwo Cyfryzacji, jako autor ustawy zbiera uwagi na jej temat, organizuje spotkania ze specjalistami i deklaruje chęć przygotowania dobrej ustawy, która będzie skuteczna i rozsądna. Miejmy nadzieję, że uda się wypracować takie zapisy, które zostaną dobrze przyjęte przez wszystkie strony i zapewnią wszystkim użytkownikom stron internetowych instytucji publicznych pełny i wygodny dostęp do prezentowanych na nich informacji i usług.

Co nowego w standardzie WCAG 2.1?

„Wytyczne dla dostępności treści internetowych” (ang. Web Content Accessibility Guidelines, w skrócie WCAG) to opublikowany przez organizację W3C standard, który zawiera zbiór zasad, jakimi powinni kierować się twórcy stron internetowych, aby przygotowane przez nich strony były maksymalnie dostępne dla osób z różnymi niepełnosprawnościami. Pierwsza wersja WCAG (1.0) została opublikowana w 1999 r. Szybko okazało się jednak, że WCAG 1.0 nie przystaje do nowych i szybko rozwijających się technologii internetowych. Dlatego w 2008 r. pojawił się standard WCAG 2.0, który nie odnosi się bezpośrednio do technologii stosowanych na stronach WWW, a skupia się na użytkownikach tych stron.

Wersja 2.0 ma już 10 lat i nie uwzględnia zmian, które w ostatnim czasie zaszły w świecie IT. Mowa tu przede wszystkim o szybkim rozwoju technologii mobilnych. W roku 2008 przeglądarki mobilne odpowiadały za mniej niż 1% globalnego ruchu sieciowego, obecnie smartfony i tablety generują ponad 50% ruchu.

W wersji 2.0 zauważono również pewne braki w kwestii dostępności dla osób słabowidzących oraz osób z niepełnosprawnością intelektualną. Dlatego od kilku lat trwały prace nad WCAG 2.1, która to wersja została wreszcie formalnie opublikowana 5 czerwca 2018 r.

Wersja 2.1 jest wstecznie kompatybilna z WCAG 2.0. Oznacza to, że WCAG 2.1 zawiera wszystkie wytyczne i kryteria z WCAG 2.0, a jeśli strona internetowa jest zgodna z WCAG 2.1, to automatycznie jest również zgodna z WCAG 2.0.

Nie zmieniły się stosowane w standardzie poziomy zgodności: A, AA oraz AAA. Jednak aby zachować dotychczasową numerację kryteriów z WCAG 2.0, zdecydowano się dopisać nowe kryteria na koniec już istniejących wytycznych. Dlatego przestała obowiązywać zasada, że w każdej wytycznej na początku mamy kryteria na poziomie A, potem AA i na końcu AAA.

Nowe kryteria sukcesu

W wersji WCAG 2.1 pojawiło się 17 nowych kryteriów sukcesu. Poniżej zostały one po krótce omówione. Przy każdym podano jego numer oraz poziom zgodności.

1.3.4 Orientacja (AA)

Zawartość powinna wyświetlać się i działać tak samo w każdej orientacji ekranu (pionowej/poziomej).

1.3.5 Określenie przeznaczenia elementów wejściowych (AA)

Jeśli jest to możliwe, elementy wejściowe (np. elementy formularzy) powinny być oznaczone tak, by ich przeznaczenie było możliwe do określenia dla programu komputerowego (np. czytnika ekranu).

Np. do elementów formularza „input” w języku HTML 5 powinny być przypisane atrybuty „autocomplete” z odpowiednią zawartością.

1.3.6 Określenie przeznaczenia (AAA)

Przeznaczenie komponentów interfejsu użytkownika, ikon i regionów musi być możliwe do określenia przez program komputerowy.

1.4.10 Dopasowanie do szerokości (AA)

Zawartość na ekranie powinna być wyświetlana tak, by nie było konieczne przewijanie ekranu w poziomie.

1.4.11 Kontrast elementów nietekstowych (AA)

Komponenty interfejsu użytkownika oraz ważne grafiki powinny mieć kontrast przynajmniej 3:1 względem sąsiadujących kolorów.

1.4.12 Odstępy w tekście (AA)

Osoby słabowidzące powinny mieć możliwość zmiany odstępu między wierszami, akapitami, słowami i literami.

1.4.13 Zawartość wyświetlana pod wskaźnikiem lub po oznaczeniu fokusem (AA)

Jeśli na ekranie pojawia się nowa zawartość po najechaniu na jakiś element wskaźnikiem (np. myszą czy palcem) lub fokusem klawiatury, użytkownik powinien mieć możliwość szybkiego usunięcia tej zawartości z ekranu. Jednak zawartość ta nie powinna samoistnie znikać, gdy przesuwany jest po niej wskaźnik.

2.1.4 Znakowe skróty klawiszowe (A)

Jeśli jakiś element jest aktywowany jednoznakowym skrótem klawiszowym, to musi istnieć mechanizm, który pozwala na wyłączenie tego skrótu lub jego zmianę na bardziej złożony (kilkuklawiszowy). Dzięki temu osoby korzystające z technologii rozpoznawania mowy nie doprowadzą do przypadkowego uruchomienia np. łącza lub przycisku.

2.2.6 Limity czasowe (AAA)

Jeśli brak aktywności może spowodować utratę danych, to należy poinformować o tym użytkownika. Przykładem może tu być zamknięcie częściowo wypełnionego formularza przelewu na stronie banku po kilku minutach bezczynności.

2.3.3 Animacja po interakcji (AAA)

Jeśli po interakcji ze stroną (np. kliknięciu łącza, rozwinięciu menu czy przewinięciu strony) pojawia się animacja, która nie jest konieczna do obsługi strony lub zrozumienia informacji, to użytkownik musi mieć możliwość jej wyłączenia. U niektórych użytkowników elementy animowane mogą wywołać mdłości lub bóle głowy.

2.5.1 Gesty wskaźnikowe (A)

Strona nie powinna wymagać do obsłużenia gestów wykorzystujących więcej niż 1 palec oraz takich, które wymagają narysowania na ekranie określonej ścieżki.

2.5.2 Anulowanie zdarzeń wskaźnika (A)

Jeśli użytkownik przypadkiem dotknie jakiegoś elementu, to musi mieć możliwość anulowania związanej z nim czynności np. poprzez przesunięcie palca na inny element przed jego podniesieniem.

2.5.3 Etykieta w nazwie (A)

Zapisana programistycznie nazwa elementu interfejsu użytkownika powinna zawierać także etykietę tego elementu, która wyświetlana jest na ekranie. Ułatwi to obsługę strony osobom korzystającym z rozpoznawania mowy.

2.5.4 Wzbudzanie ruchem (A)

Jeśli jakaś funkcjonalność wymaga ruchu (np. potrząśnięcia lub przechylenia urządzenia), to musi być ona dostępna także poprzez interfejs użytkownika.

2.5.5 Rozmiar celu (AAA)

Jeśli jakiś element może być obsługiwany poprzez jego dotknięcie, to musi on mieć odpowiedni rozmiar (min. 44×44 piksele CSS).

2.5.6 Współwystępujące mechanizmy wejścia (AAA)

Strona nie może ograniczać korzystania z dostępnych mechanizmów wejścia i użytkownik musi mieć możliwość przechodzenia między mechanizmami w dowolnej chwili. Mechanizmy wejścia to np. klawiatura, mysz czy ekran dotykowy.

4.1.3 Komunikaty o stanie (AA)

Komunikaty o stanie (np. o błędzie lub o powodzeniu jakiejś czynności) powinny być odpowiednio oznaczone programistycznie.

Podsumowanie

Standard WCAG 2.1 uzupełnia luki, które w ciągu ostatnich 10 lat ujawniły się w wersji 2.0. Jednak minie jeszcze wiele czasu, zanim wersja 2.1 wejdzie do prawodawstwa i zacznie być oficjalnie stosowana.

Warszawa da się lubić – pomysły na wakacje w stolicy

Pamiętamy słowa piosenki:

Warszawa da się lubić,

Tutaj szczęście można znaleźć,

Tutaj serce można zgubić…

No właśnie, kiedy nasi znajomi i koledzy z pracy pojadą ogrzewać się na plaży albo zdobywać górskie szczyty, gdy my zostaniemy w zatłoczonym mieście, czy znajdziemy pomysły na spędzenie wolnego czasu? A dla tych, którzy nie mieszkają w Warszawie, a jedynie w czasie letniego urlopu postanowią odwiedzić stolicę Polski, czekają jakieś ciekawe atrakcje?

Bycie stolicą zobowiązuje, nikt nie powinien się tutaj nudzić. Stolica kraju powinna stanowić także centrum rozrywki i kultury! A czy tak jest w rzeczywistości? Oto kilka pomysłów na spędzenie wolnego czasu w rozgrzanej słońcem metropolii.

Koncerty chopinowskie w Łazienkach Królewskich – czyli coś dla fanów muzyki klasycznej. Niby wszyscy wiemy, że są, ale kto z nas się tam pojawia? A przecież o tym, że warto, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. W tym roku odbędzie się już 59. sezon recitali. Posłuchać muzyki naszego rodaka można w każdą niedzielę między 13 maja a 30 września. Koncerty odbywają się o 12:00 i 16:00. Czy jest lepszy pomysł na niedzielny relaks niż przyjemna ławeczka w parku, ciepłe słońce grzejące ramiona, mrożona kawa i piękna, klasyczna muzyka? Fajną opcją jest też zabranie ze sobą koca i relaks w formie pikniku z rodziną. Co ważne, wstęp bezpłatny. Więcej informacji: https://www.lazienki-krolewskie.pl/pl/wydarzenia/koncerty-chopinowskie-71

Teraz coś dla fanów jazzu. 24 Międzynarodowy Plenerowy Festiwal Jazz Na Starówce. Coś dla tych, którzy wolą wyjść na miasto, gdy skończy się największy upał. W soboty o 19:00 na Rynku Starego Miasta od 30 czerwca do 25 sierpnia będą koncertować kolejno: Paolo Fresu Devil Quartet, Gerardo Nunez Quartet, Jörg Leichtfried Trio & Piotr Baron, Maciej Obara Quartet, David Murray Quartet, KK Pearls, Richard Galliano New Jazz Musette 4te, EABS & Adam Bałdych, Bireli Lagrene Group. Tutaj także wejście jest bezpłatne. Więcej informacji: http://www.jazznastarowce.pl/

W bardziej kameralnym gronie odbywają się Letnie Koncerty na Grochowskiej. Do nowopowstałego Pawilonu Koncertowego zaprasza orkiestra Sinfonia Varsovia. Między 12 maja a 26 sierpnia można wyruszyć w podróż przez muzyczne epoki i gatunki. Te spotkania to nie tylko muzyka, ale też edukacja. Prowadzący podczas każdego koncertu przybliżą prezentowane utwory i zarysują ich kontekst. A w programie m.in. Bach, Beethoven, Strauss, Lutosławski, Paderewski i wiele, wiele innych. Bilet w cenie 2 zł nie powinien nikogo odstraszyć. Więcej informacji: http://www.sinfoniavarsovia.org/pl/2018-05-12-letnie-koncerty-na-grochowskiej-8-edycja.html

Odchodząc na chwilę od muzyki, warto przypomnieć o muzeach. A czy jest coś bardziej wartego zwiedzenia niż Muzeum Narodowe? Stara się ono udostępniać swoje zbiory osobom niepełnosprawnym, w tym niewidomym. Audioprzewodniki, które można wypożyczyć w punkcie informacyjnym, oprowadzą nas po stałych wystawach: Galeria Sztuki XIX Wieku i Galeria Wzornictwa Polskiego. Niestety, nie ma aktualnie żadnych wystaw czasowych. Warto wiedzieć, że we wtorki do galerii stałych wstęp jest wolny, a z opłat za wypożyczenie audioprzewodników zwolnione zostają osoby niewidome, słabowidzące i ich opiekunowie.

Wśród najważniejszych muzeów w Warszawie znajduje się także Zamek Królewski. Osoby niewidome mogą wejść do Zamku z psem przewodnikiem. W punkcie informacji są dostępne do wypożyczenia mapy i opisy sal w alfabecie Braille«a. Audiodeskrypcją objęto na razie: Pokój Marmurowy i Salę Tronową, Salę Rycerską i Pokój Sypialny, Pokój Audiencjonalny oraz Kaplicę. Jeżeli muzeum odwiedza grupa, istnieje możliwość zwiedzania i poznawania wybranych eksponatów za pomocą dotyku pod okiem przeszkolonego edukatora. Osobom niewidomym przysługuje w Zamku bilet ulgowy z cenie 20 zł, natomiast w środy zwiedzanie jest bezpłatne.

A teraz coś dla rannych ptaszków i miłośników dobrej kuchni. W Warszawie w ostatnich latach modne stały się Targi Śniadaniowe. Są to duże imprezy, na których ze swoimi stanowiskami rozstawiają się producenci, restauracje i sklepy. Przyjeżdżają także foodtrucki, które prezentują swoje wyroby i przygotowują z nich ciekawe menu śniadaniowe. A goście chodzą i smakują. Ulubione potrawy można zabrać do stolika i zjeść z bliskimi wspólne śniadanie plenerowe. W każdą sobotę do końca września kulinarni smakosze spotykają się na Żoliborzu przy al. Wojska Polskiego 4. Należy śledzić stronę internetową i profil na Facebooku, ponieważ pojawiają się także weekendy tematyczne. W jednym z tygodni maja na Targu królowała kuchnia japońska. Więcej informacji: http://targsniadaniowy.pl/; https://www.facebook.com/pg/targsniadaniowy/events/

Jeżeli czytają nas fani ruchu i dobrej zabawy, teraz coś dla nich. Niedawno odkrytym przeze mnie wydarzeniem cyklicznym są potańcówki „Swingowe niedziele”. Spotkania odbywają się w niedziele o godz. 19:00 i są podzielone na część z muzyką szybką (19:00-21:00), część wolniejszą, bardziej przyjazną początkującym (21:00-22:00) oraz dla wytrzymałych, w godzinach 22:00-24:00 część ogólna ze zróżnicowaną muzyką. Oczywiście wszystko w rytmie swingu. Potańcówki odbywają się w Domu Zabawy i Kultury DZiK przy ul. Belwederskiej 44 a. Wstęp na wydarzenia jest darmowy. Więcej informacji: http://swingout.pl/potancowki/

Dla głodnych ruchu kolejna ciekawa propozycja. W każdą niedzielę między 12 czerwca a 27 września, w godzinach 10:00-11:30 można bezpłatnie wziąć udział w zajęciach: „Yoga w Łazienkach Królewskich”. Na zajęcia może przyjść każdy, bez względu na wiek czy poziom zaawansowania. Wystawczy luźny strój i koc, ręcznik albo mata do ćwiczeń. Zajęcia na świeżym powietrzu to okazja, aby poczuć kontakt z naturą i odpocząć od zgiełku miasta. Po zakończonych zajęciach można przejść się na spacer po Łazienkach lub udać się na wspomniany Koncert Chopinowski.

Przedstawiłam tylko kilka propozycji form spędzania czasu w stolicy. Na szczęście odnalezienie kolejnych jest proste. W Internecie można znaleźć kilka portali, które opisują wydarzenia kulturalne na terenie Warszawy. Ciekawsze w nich to:

Portal waw4free (http://4free.waw.pl/), na którym znajdziemy tylko wydarzenia, w których udział jest bezpłatny.

Warszawa.naszemiasto (http://warszawa.naszemiasto.pl/imprezy/), na którym możemy szukać wydarzeń w kategoriach: wstęp wolny, bilety do zakupu online, rodzinne.

Strona: http://kulturalnie.waw.pl/, na której znajdziemy wydarzenia odbywające się w najbliższym czasie, ale także przeczytamy recenzje filmów i spektakli oraz informacje o muzeach.

Urząd Miasta na swojej stronie również prowadzi zakładkę: Kulturalna Warszawa (http://www.kulturalna.warszawa.pl/wydarzenia.html?locale=pl_PL)

Ostatni z nich to Kultura Dostępna – jeden z najpopularniejszych portali wśród osób niepełnosprawnych, ponieważ dużą uwagę kieruje na przystosowanie wydarzeń do ich potrzeb. Portal jest ogólnopolski, jednak wiele ofert dotyczy Warszawy i łatwo można je wyszukać. (https://kulturadostepna.pl/).

Co z teatrami?

Szczerze mówiąc, uwielbiam teatr! Dlaczego postanowiłem właśnie to napisać, ba – wykrzyczeć? Zakończyłem poprzednie zdanie wykrzyknikiem, zatem deklarację tę wykrzyczałem, a nie jedynie wypowiedziałem. Dlaczego? Odczułem właśnie taką potrzebę. Nie wzięła się znikąd, lecz przeciwnie – jest zasadna. Skoro tak, rozważmy wspólnie, o co właściwie chodzi.

Normalnie można coś lubić i promować, ale to jeszcze nie powód składać takie deklaracje. Tym bardziej nie ma powodu ich wykrzykiwać. Jeśli jednak tak się stało, powód musi być poważny – i owszem, jest. To wyraz frustracji, którą odczuwam chyba wręcz na co dzień, związanej z aktualną sytuacją kultury w Polsce, w szczególności sytuacji naszego teatru. Sprawa, o której tu piszę, dotyczy nas wszystkich. Jest więc ważna, poważna i wymaga nagłośnienia.

Nic to, że się uwielbia teatr, chce się do niego chodzić jako do obiektu kultury, oglądać teatr jako spektakl, efekt twórczej pracy dramaturga i aktorów realizujących wizję reżysera. Nic to, że się lubi wyłączać z biegu codziennych spraw, by zastąpić je innymi treściami, opowiadaniem o życiu innych ludzi, egzystencjach, których sami nie znamy, o światach, w których nigdy nas nie było. Nic to, że chcemy spotkać się z aktorami, których lubimy, albo tekstem, w którym jest coś ważnego do przekazania. Możemy sobie chcieć, a niestety niewiele z tego wynika. Zamiast realizacji naszych oczekiwań i marzeń, oferuje się coraz więcej tandety, której nie chcemy, a nawet nas oburza.

Jak nietrudno się domyślić, dla niewidomych teatr jest sztuką wyjątkowo interesującą. To oczywiste, że film jako sztuka bardziej odwołująca się do zmysłu wzroku, jest dla nas mniej atrakcyjna. Teatr to przede wszystkim treść, słowa, dźwięk, atmosfera. Tutaj zazwyczaj nie ma przerostu formy nad treścią. Mamy na scenie niewielkie grupy aktorów, często dwoje, którzy ze sobą rozmawiają, może kilkoro, ale także wtedy nie mówią wszyscy naraz, czasem nawet występuje tylko jeden aktor i wygłasza monologi. To dla niewidomych wyjątkowo dogodna sytuacja. W filmie przemawia do widzów obraz. Aktorzy całymi minutami mogą nie mówić nic, a jedynie się „pokazywać”. Widzący wiedzą o co chodzi i mogą być usatysfakcjonowani. A my? Czasem w definicji dobrego filmu zawiera się życzenie, by nie dochodziło do „przegadania”, a raczej by film polegał na przekazie wizualnym, który jest zrozumiały i satysfakcjonujący, gdy się widzi obraz. Inaczej jest w przypadku teatru, to znaczy powinno być, albo było za dobrych czasów. Czy można zatem się dziwić, że niewidomi lubią taki konwencjonalny teatr?

I mamy pecha, bo we współczesnym teatrze jest coraz mniej teatru. Zgoda, że teatr, jak każda dziedzina, musi się rozwijać, przekształcać i żyć. Nie możemy poprzestać na tym, co charakteryzowało teatr dziesiątki lub setki lat temu. Trudno sobie wyobrazić totalny powrót do klasycystycznej koncepcji fabuły dramatu. Zasada trzech jedności sztuki teatralnej: jedność czasu, miejsca i akcji, w dzisiejszym świecie wypełnionego przez różnorodne media, inne dziedziny sztuki, musi ulegać procesowi twórczego wzbogacania, ale bez przesady. Rozdwojenie miejsca, czasu czy akcji nie musi utożsamiać sztuki teatralnej z filmem. Twórcy dramatów starają się zabłysnąć przed widzami i obserwując, jak pozytywnie reagują na współczesne filmy, starają się swoje dzieła do nich upodobnić. Wtedy zagubienie podstawowych zasad teatru staje się nieodzowne. My tego raczej nie lubimy. Gdyby to była jedyna kwestia, która nas martwi…

Wracam do kwestii przekazu treści poprzez obraz, a nie dźwięk. Coraz mniej do siebie mówimy. Współczesna młodzież sięga po smartfon i smsuje. Nie, lepiej nie dzwonić i porozmawiać; smsik będzie lepszy, szybszy, wygodniejszy i tak samo skuteczny. I rzeczywiście – ten czy inny będzie, ale po tysiącach takich decyzji i zamian już nie wiadomo jak się odezwać do drugiego człowieka. Tendencja ta przenosi się do teatru. Może bardziej widać to na przykładzie teatru w telewizji. Na scenie na żywo także to widać, ale skoro łatwiej nam zasiąść przed telewizorem, by obejrzeć sztukę, mówmy o tym. Siadamy więc w poniedziałek wieczorem i czekamy z ciekawością – co też dzisiaj obejrzymy. Zaczyna się sztuka. Pierwsze prezentacje, dialogi, jeszcze nie wiadomo o co będzie chodziło oraz w jakim stylu zostanie to nam zaprezentowane. Niedługo potem już wiemy. Nieistotna w tej chwili fabuła, autor, aktorzy, reżyser. Piszę w końcu o czymś innym. Słyszymy kilka zdań wypowiedzianych przez aktorów, a następnie przerwy. Coś się na scenie dzieje – nie wiemy co. Audiodeskrypcji nie ma, albo zawodzi. Nie wiadomo, czy telewizor ją odbiera. Nic to. Pewne braki tolerujemy i nadal słuchamy. Po pewnym czasie nic się nie poprawia i zaczynamy nie wiedzieć o co chodzi. Kluczowa dla fabuły informacja była przekazana jedynie wizualnie. Aktor skrzywił się dając do zrozumienia, że propozycja tego drugiego nie spodobała się mu. Nic o tym nie wiemy i oglądamy w przeciwnym mniemaniu. Jedno, drugie, trzecie nieporozumienie i już mamy dosyć. Gasimy telewizor.

W innym wariancie oglądamy spektakl razem z widzącymi członkami rodziny. Opisane wyżej sytuacje się mnożą. Za każdym razem wymagają interwencji naszych bliskich. Muszą „gadać” i „gadać”. W pewnym momencie to ich audiodeskrybowanie ich zamęcza i mają dosyć. Gdzieś uleciała przyjemność oglądania i sympatia do teatru przechodzi w stan uśpienia. Jest, ale już nieaktywna. Czeka na lepsze czasy, może lepszy spektakl. W kolejny poniedziałek mamy następną okazję. Czy wtedy, będąc niewidomymi widzami, poczujemy się podmiotowo czy znowu nie? Czy odejdziemy od telewizora po zakończeniu spektaklu zadowoleni, że go obejrzeliśmy, czy jednak w jego połowie, zdegustowani, że w tym świecie byliśmy i nadal jesteśmy na marginesie. Dookoła tak nowocześnie, a my i tak borykamy się z brakiem empatii.

Teatr, który nie chce być dla nas, a więc zarówno budynek teatru, jak i wystawiany tam spektakl, to znakomita próbka jakości kultury w całym społeczeństwie. Gdyby było kulturalne, nie pozwoliłoby na to, by niewidomym żałowano środków na godne życie. Niestety, w każdej sprawie słyszymy, że funduszy brak. W tym samym czasie słyszymy, że ktoś tam zarobił nie wiedzieć na czym kilka miliardów złotych, gdzieś tam znaleziono środki na koncert sławnej piosenkarki, która nie ma specjalnego talentu, a jedynie sztucznie wytworzoną ogromną popularność, wreszcie jeszcze gdzie indziej zakupiono drogie urządzenia służące jakiejś niezbyt ważnej rozrywce, ale za to przyciągającej większą grupę osób. My, niewidomi, musimy ustąpić, bo na szczęście dla innych jest nas mało.

I tak lubiąc teatr, czekam na kolejny udany spektakl, w którym reżyser pomyśli o nas, albo przygotuje sztukę akurat tak, że nam się spodoba. ”Do zobaczenia” więc przed telewizorem w kolejny poniedziałek, a może wtorek?

Nie tylko plaże są nad morzem

Łeba jest małym nadmorskim miastem, w którym turyści głównie przebywają na plaży lub chodzą po wydmach w Słowińskim Parku Narodowym. Jednak wakacje w tym miasteczku można spędzić zupełnie inaczej, odwiedzając ciekawe miejsca, o których podzielę się swoją opinią. Wyjazd do Łeby bardzo mi się podobał, ale nie każdemu przypadłby do gustu – mówię o niewidomych, dla których prawie wszystkie obiekty są (nie)dostępne.

Muzeum Bursztynu

Zacznę od niewielkiego muzeum, które nie wywarło na mnie specjalnego wrażenia, mimo że temat jest bardzo ciekawy – w tym miejscu można dowiedzieć się wielu informacji na temat powstawania i procesu kształtowania się bursztynu oraz jego rozmieszczenia i występowania różnych rodzajów. Znajduje się tam jeszcze wystawa inkluzji (organizmów zatopionych w wysuszonej żywicy) oraz dzieł sztuki, które powstały dzięki bursztynowi. Po muzeum turystów oprowadza przewodnik, który posiada dużą wiedzę na ten temat.

Teoretycznie wszystko powinno mi się podobać, ale czegoś mi w muzeum bursztynu brakowało; nic w tym miejscu mnie nie zaskoczyło, nie zdziwiło. Przewodnik nie umiał w ciekawy sposób opowiadać o bursztynie, a wystawy nie były urozmaicone.

Wystawy w Muzeum Bursztynu nie są dostosowane dla niewidomych – żadnego eksponatu nie można dotknąć. Ale na szczęście takie osoby mogą posłuchać przewodnika, co pozwoli im na uzyskanie wiedzy na tym samym poziomie, co widzący turyści oglądający wystawy.

Muzeum Motyli

Teraz napiszę także o muzeum, ale tym razem znacznie ciekawszym – przynajmniej dla mnie. W Muzeum Motyli można zobaczyć wiele gatunków motyli, a także innych owadów i pajęczaków z całego świata, poznać ciekawostki na ich temat, dowiedzieć się, w jaki sposób żyją, spróbować zgadnąć, jakiego stawonoga słyszymy. Człowiekowi, który ma małą wiedzę na temat motyli i innych „robaków”, Muzeum Motyli bardzo się spodoba. Wiem to z własnego doświadczenia, rzeczywiście czegoś się nauczyłem, wreszcie zacząłem odróżniać różne gatunki owadów, a ciekawostki, które widziałem na ścianach, zapamiętam na długo.

Trudno jest pokazać niewidomemu małe zwierzęta. Ale muzeum motyli nie jest nastawione tylko na wzrok. Niepełnosprawni ze względu na wady wzroku mogą np. posłuchać owadów i dotknąć ich modeli.

Illuzeum

Moim zdaniem jest to najciekawsza i najbardziej oryginalna atrakcja turystyczna w Łebie. To muzeum iluzji, w którym na niewielkiej powierzchni można zobaczyć i doświadczyć wielu dziwnych iluzji. Jest to wystawa interaktywna – zwiedzający np. układa te same klocki w różny sposób, żeby powstały dwa wielokąty o różnych wielkościach, tworzy obraz za pomocą żelaznych opiłków i magnesu, kręci kołem z narysowanymi czarno-białymi liniami, żeby zobaczyć zupełnie inne kolory, rozwiązuje zagadki, które teoretycznie „nie mają sensu” itd.

Wystawa bardzo mi się podobała, mimo że nie wszystkie iluzje optyczne działały na moje oczy. W illuzeum spędziłem dużo czasu (około 75 minut), a i tak nie obejrzałem wszystkiego. Musiałem „wcześnie” wyjść z muzeum, czego bardzo żałuję. Moim zdaniem Illuzeum dla przyszłego turysty powinno stać się najważniejszą atrakcją turystyczną, którą koniecznie musi odwiedzić i przeznaczyć na to dużo czasu.

Niestety niewidomi, którzy weszliby do muzeum, nie byliby zachwyceni, ponieważ prawie żadnych iluzji nie można doświadczyć bez użycia wzroku. Oczywiście nie można za to obwiniać muzeum – iluzji nie można pokazać ludziom, którzy nie potrafią ich dostrzec.

Labirynt Park Łeba

W Łebie znajduje się wielki labirynt, którego przejście większości turystom zajmuje ponad 20, a nawet więcej niż 30 minut. Przejście polega na dotarciu do czterech baz oznaczonych flagami, wejściu do środka plątaniny korytarzy i wyjściu na zewnątrz labiryntu. Istnieje możliwość kupienia mapy ścieżek, ale ja na nią nie patrzyłem, a z labiryntu bez pośpiechu wyszedłem w 20 minut, co uważam za nieoczekiwany sukces.

Wbrew swojej nazwie, Labirynt Park Łeba to nie tylko labirynt, ale także „magiczny ogród drewnianych gier wielkoformatowych”, gdzie można znaleźć m.in. kwadrat, w którym trzeba ułożyć klocki w różnych kształtach, dziurawy stół, przez który należy przeprowadzić kulę, drewniany cymbergaj.

W labiryncie i magicznym ogrodzie można ciekawie i aktywnie spędzić czas. Ponadto dobrym pomysłem jest zmierzenie, ile minut było niezbędnych do wyjścia z korytarzy labiryntu. Moim zdaniem labirynt w Łebie można przejść w mniej niż 10 minut, co może stanowić wyzwanie dla turysty.

Labirynt Park Łeba nie jest dostosowany do potrzeb niewidomych, którzy w labiryncie wpadaliby w żywopłot i nawet nie wiedzieliby, że znaleźli się obok bazy. Prawdopodobnie żadna gra nie jest udostępniona dla niepełnosprawnych wzrokowo, co bez wątpienia można naprawić.

Sea Park Sarbsk

Sea Park nie znajduje się w Łebie, ale warto przejechać kilkanaście kilometrów, żeby znaleźć się w parku poświęconym tematyce mórz i oceanów.

Główną atrakcją parku jest fokarium – podobno największe w Polsce. Co kilka godzin można obejrzeć pokazy fok, uchatek i kotików, które przynoszą przedmioty, „śpiewają”, wyskakują z wody. Przez pół godziny widzowie mogą dowiedzieć się szczegółów na temat życia tych zwierząt. Wszystkim kieruje animatorka, która – poza wymienianiem informacji na temat m.in. fok – opisuje czynności, które w danej chwili wykonują zwierzęta, wyjaśnia ich zachowania, udziela rad dotyczących przebywania w pobliżu fok, uchatek i kotików.

Uczestniczyłem w dwóch pokazach – fok i uchatek. Oba odbywały się w innych miejscach, miały inny program. Myślałem, że będą podobne, prawie takie same. Na szczęście drugi z nich pozytywnie mnie zaskoczył. Wydarzenia miały kilka wad: pierwsza z nich to animatorka, która rzeczywiście umiała prowadzić pokazy, ale swoje wypowiedzi kierowała głównie do dzieci, których nie było tam dużo (inny pokaz w ciągu dnia przeznaczono wyłącznie dla najmłodszych turystów). Mimo to wyglądała na mądrą osobę, która potrafi w szybki sposób dostosować się do sytuacji, które powstają przez nietypowe zachowanie zwierząt.

Drugą dużą wadą była muzyka, która zagłuszała foki i uchatki. Nie wiem, w jakim celu ją włączano, zwłaszcza ze względu na to, że nie działała na zwierzęta. Można zadać pytanie: „skąd wiem, że muzyka nie działa na zwierzęta?”. Miałem szczęście, ponieważ widziałem, w jaki sposób są karmione foki. Trener (ten sam, który uczestniczył w pokazie) kazał zwierzęciu wykonać polecenie. Na początku foka była posłuszna, więc dostawała ryby do zjedzenia. Później się rozzłościła i nie chciała wykonywać poleceń – jedzenia nie dostała, dopóki nie zrealizowała zadania. Muzyka nie była włączona, a foka zachowywała się tak jak w trakcie pokazu.

Poza fokarium w Sea Parku znajduje się wiele innych atrakcji. Na przykład na początku można znaleźć trójwymiarowe modele morskich zwierząt takich jak foki i kałamarnice oraz ich opisy. Później ścieżka prowadzi do muzeum poświęconego sztuce marynistycznej, które nie było ciekawe, ponieważ już nie pamiętam, co w nim zobaczyłem.

Następnie można obejrzeć wystawę polskich latarni morskich w dużej skali. Można je tylko obejrzeć – mimo że są trójwymiarowe, odgrodzono je od zwiedzających, których pozbawiono możliwości dotknięcia ich. Wszystkie latarnie przedstawiono w jednakowej skali, co pozwala na porównanie ich wielkości. Poza tym o każdej z nich można przeczytać: o ich historii, położeniu. Wypisane są też informacje techniczne.

W parku znajduje się odwrócony statek, w którym turyści doznają zaburzeń błędnika. Budowla nie jest obrócona o 180 stopni, ale o trochę mniej, co sprawia, że podłoga jest przekrzywiona. Schody także ustawiono krzywo, ale w drugą stronę – praktycznie nie można po nich wejść bez trzymania poręczy. W środku rozbrzmiewają dźwięki statku trzęsącego się pod wpływem fal. To wszystko sprawia, że zwiedzający ma zaburzoną równowagę, nawet niektórzy się przewracają. Co ciekawe, niewidomi reagują na to otoczenie tak samo jak widzący, co potwierdza przypuszczenie, że wrażenia wzrokowe nie decydują o zaburzeniu równowagi. Myślę, że każdy powinien doświadczyć takich nietypowych zjawisk – zapraszam do odwróconego statku! W Łebie znajduje się jeszcze odwrócony dom, w którym błędnik zachowuje się tak jak w statku, ale nie warto go odwiedzać, ponieważ wygląda o wiele gorzej.

Podsumowując, bardzo polecam odwiedzenie Sea Parku w Sarbsku. Znajduje się tam wiele atrakcji, każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego. Najbardziej podobał mi się odwrócony statek, ale to tylko moje zdanie. Nie opisałem wszystkiego, co znajduje się w parku, ponieważ musiałbym napisać o tym osobny artykuł, a w ten sposób ukryłem kilka atrakcji, które dla przyszłego turysty będą niespodzianką.

Sea Park Łeba nie jest dostosowany dla niewidomych. Jako przykład podam wystawę latarni morskich – czy naprawdę warto odgradzać modele latarni? Czy naprawdę niewidomi zniszczyliby te eksponaty? Oczywiście są to pytania retoryczne. Są także proste rozwiązania – na przykład można wyłączyć niepotrzebną muzykę, która zagłusza zwierzęta w trakcie pokazów.

Łebskie Klocki

Łebskie Klocki to wystawa budowli stworzonych z klocków Lego. Znajdują się tam m.in. pojedyncze budynki i całe miasta, pojazdy oraz roboty, którymi można sterować. Klocki to zabawka, ale dzięki tej wystawie można spojrzeć na nie inaczej – profesjonaliści potrafią stworzyć ciekawe rzeczy, które wyglądają jak prawdziwe budowle w skali. Osobiście bardzo szanuję ludzi, którzy potrafią wykonać coś świetnie wyglądającego za pomocą czegoś niepozornego. Oczywiście najbardziej podobał mi się robot układający kostkę Rubika, chociaż akurat w środku ułożenia się zaciął… Na pewno był to tylko nieszczęśliwy wypadek, zwykle robot wykonuje całe ułożenie.

W tym przypadku także można napisać o niedostosowaniu wystawy dla niewidomych – wszystkie eksponaty poza robotami są trzymane w gablotach, a osoby z wadami wzroku prawie nic nie mogą dotknąć.

Podsumowując, polecam odwiedzić Łebę każdemu – głównie ze względu na wcześniej wspomniane atrakcje. Oczywiście nie można też zapomnieć o spacerze na plaży (lepiej nie wchodzić do wody, ponieważ w tym mieście zwykle jest o wiele zimniej niż w reszcie kraju), czy o zjedzeniu świeżych ryb z Morza Bałtyckiego.

Felieton skrajnie subiektywny. Temida kontra dekomunizacja

Kto wybierze się w czasie wakacji zwiedzać Warszawę, być może będzie miał ostatnią, niepowtarzalną okazję przespacerowania się aleją Lecha Kaczyńskiego, ulicami Zbigniewa Romaszewskiego, Grzegorza Przemyka czy Stanisława Pyjasa.

Nadzwyczajna kasta sędziowska znów zadziałała. Na wniosek władz Warszawy Wojewódzki Sąd Administracyjny unieważnił w końcu maja zmianę nazw dwunastu warszawskich ulic, uchylając zarządzenie zastępcze wojewody mazowieckiego. Gwoli sprawiedliwości należy nadmienić, że jeden z sędziów złożył zdanie odrębne.

Warto przypomnieć, że zgodnie z tzw. ustawą dekomunizacyjną samorządy miały obowiązek zmiany nazw ulic propagujących komunizm do 2 września 2017. Pod koniec sierpnia zeszłego roku na sesji Rady Warszawy, z inicjatywy Platformy Obywatelskiej zdecydowano o zmianie patronów zaledwie sześciu ulic. W listopadzie 2017, w związku z niewykonaniem obowiązku przez władze Warszawy, wojewoda mazowiecki wydał zarządzenia zastępcze dotyczące zmiany nazw 47 ulic. Na tę decyzję zareagowała na listopadowej sesji Rada Warszawy, decydując głosami radnych Platformy Obywatelskiej o zaskarżeniu do sądu administracyjnego zmiany nazw ulic dokonanych przez wojewodę mazowieckiego. Można się więc domyślać, że spektakl będzie trwał. Do odrzucenia nazw pozostało jeszcze kilkadziesiąt ulic. Władze Warszawy triumfują i już przymierzają się do demontowania tabliczek z nowymi nazwami i przywracania tabliczek ze starymi. Na razie jednak muszą wziąć na wstrzymanie, bowiem Zdzisław Sipiera, wojewoda mazowiecki, zapowiedział złożenie skargi kasacyjnej do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Na szali Temidy położono m.in. aleję Lecha Kaczyńskiego – dawną aleję Armii Ludowej, ulice Zbigniewa Romaszewskiego – dawniej Teodora Duracza, Grzegorza Przemyka – dawniej Sylwestra Bartosika i Stanisława Pyjasa – dawniej Franciszka Bartoszka. Posługując się w uzasadnieniu błahym pretekstem, nadzwyczajna kasta pokazała jak głęboko tkwi korzeniami w minionym ustroju. W uzasadnieniu wyroku napisano, że wojewoda mazowiecki nie wywiązał się prawidłowo z ciążącego na nim obowiązku i dopuścił się istotnego naruszenia przepisów (sic!) nie wykazując jednoznacznie, w jaki sposób dawni patroni ulic propagowali komunizm. Niewiarygodne, sąd nie rozumie w jaki sposób propagowała komunizm Armia Ludowa, kontynuacja Gwardii Ludowej, powstała na mocy dekretu Krajowej Rady Narodowej, formacja wojskowa podlegająca de facto ZSRR? To jest wiedza na poziomie szkoły podstawowej. Kolejny komunistyczny patron dzisiejszej ulicy Zbigniewa Romaszewskiego – Teodor Duracz, członek Komunistycznej Partii Polski i radziecki agent. Ten patron w żaden sposób nie propaguje komunizmu, no skąd. Sylwester Bartosik, poprzedni patron ulicy Grzegorza Przemyka, działacz Komunistycznej Partii Polski. W jego mieszkaniu, w konspiracji, spotykali się m.in. Hanka Sawicka, Marceli Nowotko i Paweł Finder. Kanon historyczny w komunistycznej szkole podstawowej.

Obawiam się, że uzasadnienie wyroku WSA to jedynie pretekst, by dać prztyczka w nos rządowi Prawa i Sprawiedliwości, Jarosławowi Kaczyńskiemu osobiście, a także nie dopuścić, by patronem jednej z ważniejszych, śródmiejskich arterii był znienawidzony Lech Kaczyński. Przy okazji, rykoszetem dostaje się też Zbigniewowi Romaszewskiemu, Stanisławowi Pyjasowi i Grzegorzowi Przemykowi.

Warto więc w czasie wakacyjnych podróży wpaść do Warszawy i chłonąć historię bez komunistycznych naleciałości. Dopóki to możliwe.

Inne spojrzenie na skansen – Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie

Chałupy na wsi, dziwne sprzęty codziennego użytku, których przeznaczenie zna tylko babcia i przewodnik, zwierzęta hodowlane… Tak mniej więcej kojarzą się nam skanseny. Są to w dużej mierze dobre skojarzenia, albowiem skansen to inaczej muzeum na wolnym powietrzu, które prezentuje kulturę ludową danego regionu oraz obiekty zabytkowe różnego typu. Sama nazwa „skansen” wzięła się od nazwy pierwszego tego typu muzeum, które zostało otwarte w 1891 roku w Sztokholmie w Szwecji, w miejscu, gdzie wcześniej był skans, czyli szaniec. Założycielowi skansenu przyświecała myśl o uratowaniu fragmentu dawnego świata, o ocaleniu folkloru i ludowych tradycji od całkowitego zapomnienia. Skansen bowiem to nie tylko nieruchome, zakurzone eksponaty, ale też tradycyjne ogrody, dawne sposoby wykonywania sprzętów potrzebnych na co dzień, kultywowanie sztuki wikliniarskiej, garncarskiej, pieczenie chleba w tradycyjny sposób oraz żniwa, sianokosy, wykopki czy inne coroczne wydarzenia związane ze współpracą człowieka z przyrodą.

Muzeum Wsi Lubelskiej jest jednym z około 60 muzeów skansenowskich w Polsce. Otwarty w 1979 roku w Lublinie skansen zajmuje obecnie ok. 27 hektarów w dzielnicy Sławin, przy trasie w kierunku Warszawy. Teren muzeum podzielony jest na 7 sektorów odzwierciedlających regiony Lubelszczyzny: Wyżyna Lubelska, Roztocze, Powiśle, Podlasie, Nadbuże oraz sektory: dworski i miasteczkowy. W każdym z sektorów można zapoznać się z obiektami, które udało się zachować, aby służyły jako pamiątka, przykład tego, jak wyglądało życie przed erą Internetu i smartfonów.

Celem większości muzeów tego typu jest zachowanie dawnych pamiątek w jak najlepszym stanie, aby mogły jak najdłużej świadczyć o swoich czasach. Z tego powodu w większości muzeów nie wolno dotykać eksponatów. Zakaz dotykania niewątpliwie sprzyja eksponatom, jednak tym zwiedzającym, którzy tylko przez dotyk mogą się z nimi zapoznać, odbiera radość ze zwiedzania. Ponieważ nie obowiązują żadne regulacje dotyczące zwiedzania przez osoby z dysfunkcjami wzroku miejsc takich jak muzea, pracownicy tych placówek mają nie lada orzech do zgryzienia, chcąc jednak udostępnić eksponaty wszystkim bez wyjątku.

Dwa lata temu Muzeum Wsi Lubelskiej zapewne pięknie brzmiało śpiewem ptaków, pachniało słomą ze strzech, wysokie progi chat stanowiły nie lada przeszkodę, a niskie sufity boleśnie oznajmiały wysokość obejścia. Można było też usłyszeć i poczuć zwierzęta hodowlane, powąchać kwiaty, poleżeć nad jeziorkiem i zgubić obcas na bruku w sektorze miasteczka. Jednak tego, co w środku chat nie można dotykać: wiatraka, który jest jednym z najcenniejszych zabytków, również nie sposób objąć ramionami. Charakterystyczny rozkład pomieszczeń w obiektach pozostawał tajemnicą, jak i rozkład całego Muzeum.

Z tymi niedogodnościami postanowili zmierzyć się pracownicy muzeum, którzy zrobili kilka fantastycznych rzeczy. Po pierwsze, zauważyli te niedogodności. Po drugie, zechcieli je zniwelować, a po trzecie, zrobili to z sukcesem. Wymyślili, że skoro muzeum nie ma pieniędzy na konstrukcję eksponatów, których będzie można dotykać, to trzeba tych środków poszukać gdzie indziej. Z pomocą przyszło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłaszając nabór wniosków na konkurs, gdzie jednym z zadań było dostosowanie wystawy stałej do potrzeb osób z różnymi niepełnosprawnościami. W tym właśnie momencie nasze drogi się spotkały – moja jako pracownika Fundacji Szansa dla Niewidomych i pani Anny Fajge, pracownika Muzeum Wsi Lubelskiej. W wyniku naszych konsultacji i prac nad projektem powstał wniosek, który pozytywnie oceniony przez Ministerstwo pozwolił na wprowadzenie kilku dostosowań. Śpiew ptaków i wysokie progi oczywiście pozostały, jednak wprowadzone zmiany znacznie ubogaciły zwiedzanie muzeum przez osoby z dysfunkcjami wzroku.

Na wstępie, niedaleko od bramy wejściowej, nieco po lewej, znajduje się wypukły plan całego terenu muzeum, na którym można odnaleźć zminiaturyzowane obiekty podzielone na sektory. Każdy obiekt ma swój numer, którego opis można odnaleźć w legendzie po prawej stronie. Szczególnie interesująca trasa oznaczona jest żółtym kolorem. Kolejno możemy wybrać się w dowolne miejsca, jednak przewodnik na pewno zabierze nas do 8 obiektów, które są szczególnie udostępnione.

Wiatrak z Zygmuntowa – dzięki odlewowi jego bryły umieszczonej obok można się zapoznać z wiatrakiem z zewnątrz, jednak prawdziwą gratką jest obejrzenie modelu mechanizmu młyńskiego wiatraka. Mechanizm można samodzielnie uruchomić i obserwować jego działanie. Górny segment wiatraka jest zdejmowalny, można do środka zajrzeć jak do domku dla lalek, dotknąć mechanizmu młyńskiego, zobaczyć jak to się działo, że z ziaren przywożonych do młyna powstawała mąka – jest nawet mechanizm wciągający miniaturowy worek.

Chałupa z Urzędowa – można obejrzeć makietę chałupy i model 3D układu wewnętrznego pomieszczeń. Znajdujące się w chałupie rekwizyty służą do zapoznania się z tradycyjnym garncarstwem Lubelszczyzny – formy, faktury, funkcje, techniki zdobnicze.

Olejarnia z Bogucina – można zapoznać się z kopią jednej z najstarszych pras do tłoczenia oleju na Lubelszczyźnie i na własnych palcach sprawdzić jak tłoczy się olej.

Dom z Siedliszcza zwiedza się wraz z odlewem bryły budynku oraz rekwizytami prezentującymi życie codzienne oraz małomiasteczkowe usługi i handel (stare telefony, akcesoria fryzjerskie).

Kościół z Matczyna również ma swój odpowiednik odlany z brązu oraz model wnętrza. Dodatkowo możemy tam wysłuchać nagrania audio muzyki organowej.

W sektorze dworskim mamy Dwór z Żyrzyna, jego modele oraz rekwizyty. Na Roztoczu zobaczymy Chałupę z Korytkowa z zewnątrz i wewnątrz. Dodatkowo w chałupie dostępne są wzorniki tradycyjnych tkanin i haftów. Na koniec zapoznamy się z Cerkwią z Tarnoszyna i wysłuchamy nagrania audio – cerkiewnych śpiewów chóralnych.

Wymienione powyżej obiekty to tylko część z interesujących miejsc w Muzeum, o których z pasją opowiadają przewodnicy. Jest to jedno z tych miejsc w Lublinie, które warto odwiedzić z kilku powodów: można zapoznać się z fragmentem historii, zrelaksować się na łonie natury z dala od miejskiego zgiełku, w zależności od pory roku i wydarzeń uczestniczyć w sianokosach czy podczas popularnych wianków nauczyć się je profesjonalnie wić. Organizowane są tam potańcówki, jarmarki, warsztaty dawnego rękodzieła, można skosztować pysznych tradycyjnych dań. Jednak najważniejszy w tym wszystkim jest fakt, że atrakcje skierowane są do każdego zwiedzającego bez wyjątku.

Więcej informacji oraz rezerwacje na stronie http://skansen.lublin.pl lub pod numerem telefonu: 81 533-85-13 lub 533-31-37.

Autorem wszystkich zdjęć użytych w artykule jest Krzysztof Wasilczyk.

Muzea to nie flaki z olejem

Kiedy byłem dzieckiem, wyjścia na koncerty miały dla mnie niezwykle ważne znaczenie. Cudowny świat dźwięków muzycznych nadal mnie fascynuje. Inaczej sytuacja wyglądała, kiedy miałem powłóczyć się do muzeum. Jak to pisał klasyk – głucho wszędzie, ciemno wszędzie. Muzea milczały, a ja męczyłem się niczym ryba na piachu, próżnie usiłując zrozumieć, dlaczego wszyscy są tak urzeczeni jakimś pięknem. Podczas zwiedzania muzeum zorganizowanego przez szkołę siedziałem jak na tureckim kazaniu, nie mogąc doczekać się na koniec opowiadania przewodnika. Później pojmowanie przestrzeni muzealnej również przysparzało mi kłopotów i zgadzałem się na wyprawę do muzeum tylko wtedy, kiedy to było koniecznie pod względem podtrzymywania więzi społecznych. Przyjaciółki i przyjaciele dokładali wszelkich starań opisując mi obrazy i różne eksponaty znajdujące się w słynnych muzeach: w moskiewskiej Galerii Tretiakowskiej, w Instytucie Sztuki w Chicago, w Centrum Pompidou w Paryżu, w Narodowej Galerii w Londynie. Doceniałem ten wysiłek i byłem wdzięczny. Jednakże muzeum nadal pozostawało dla mnie bezdźwięczną trumną z nieboszczykami świata sztuki i historii, których nie można dotknąć albo posłuchać, czyli nie da się zrozumieć.

Kilka lat temu moje trudne relacje obciążone ujemnym ładunkiem emocjonalnym radykalnie się zmieniły. Od tamtej pory zaliczam wycieczkę do muzeum do jednego z najciekawszych i przyjemniejszych sposobów spędzania czasu. Ale pod warunkiem – w muzeum musi być audiodeskrypcja oraz interaktywne ekspozycje dostępne dla odwiedzających z niepełnosprawnością wzroku.

Barbara Szymańska, jedna z założycieli i Wiceprezes Zarządu Fundacji „Audiodeskrypcja”, wierzy, że audiodeskrypcja pojawiła się wtedy, kiedy osoba widząca zaczęła opisywać otoczenie, ponieważ osoba z dysfunkcją narządu wzroku nie była w stanie tego zaobserwować. Fundacja „Audiodeskrypcja” 9 marca 2009 r. jako pierwsza organizacja pozarządowa w Polsce rozpoczęła działania na rzecz udostępniania kultury i sztuki wizualnej osobom niewidomym i słabowidzącym za pomocą audiodeskrypcji. Artykuł New York Times (17 lipca 1996 r.) informuje, że Amerykanin Gregory T. Frazier wpadł na rewelacyjny pomysł, na początku lat 70., kiedy odpowiadając na prośbę niewidomego kolegi zaczął opisywać sceny filmu. Audiodeskrypcja stała się tematem jego pracy magisterskiej. Później jako profesor zajmował się propagowaniem tej idei. Po raz pierwszy niewidomi i słabowidzący mogli skorzystać z audiodeskrypcji w 1981 r. w Waszyngtonie, w teatrze Arena Stage. Przyczyniła się do tego doktor Margaret Pfanstiehl, która będąc już niewidomą w 1974 r., założyła fundację Metropolitan Washington Ear. Nowa technologia pokonała ocean i puściła korzenie w Europie. W Wielkiej Brytanii po raz pierwszy użyto słuchawek i radioodbiorników, które zazwyczaj mają do dyspozycji uczestnicy wielojęzycznych konferencji, na których wykonuje się tłumaczenie symultaniczne. Pierwszy pokaz filmu z audiodeskrypcją w Polsce odbył się 27 listopada 2007 r.

W lutym 2017 r. wsiadłem do komfortowego pociągu Pendolino z wyśmienitymi daniami w wagonie restauracyjnym i poniekąd „poleciałem” do Warszawy. Wyznaczonym celem wyprawy było napisanie artykułu naukowego dla rosyjskojęzycznego czasopisma o audiodeskrypcji w polskich muzeach.

Pierwsi goście odwiedzili Muzeum Powstania Warszawskiego 31 lipca 2004 r. Muzeum jest poświęcone walce Polaków o wolność i niezależność podczas II wojny światowej. Powstanie Warszawskie, które rozpoczęło się 1 sierpnia 1944 r. i które trwało 2 miesiące, jest jednym z jaskrawych przykładów bohaterskiej walki z faszystowskim krwiożerczym systemem totalitarnym, który miał się rozprzestrzenić na cały świat. Ekspozycja przedstawia walkę i codzienność powstania, złożoną sytuację międzynarodową, powojenny terror komunistyczny i losy powstańców w PRL.

Osoba z niepełnosprawnością może skorzystać z ulgi przy zakupie biletu, a osoba towarzysząca nie płaci. Z biletem w ręku wchodzimy do budynku. Oprócz różnych języków turystów słyszymy jakieś dźwięki o niskiej częstotliwości, który budzi trwogę. Przy kontuarze odbieramy audioprzewodnik ze słuchawkami, a także instrukcję, niestety, nie dostosowaną do użytkowników brajla. Pracownik uprzedził, że audiodeskrypcja w chwili obecnej jest testowana. Tak, potrzebowałem pomocy, ponieważ urządzenie nie mogło odnaleźć się automatycznie w różnych miejscach muzeum i zacząć opowiadać. Trzeba było naciskać odpowiednie numery.

Otwieramy zwaliste drzwi i pochłania nas ocean fal dźwiękowych. W samym środku ekspozycji wyrasta dwunastometrowa bryła – monument. Z odlanego ze staliwa korpusu dobiega miarowe dudnienie o niskiej częstotliwości, przypominające bicie serca. Słyszymy audycje radiowe po polsku i niemiecku. Gdzieś nad głową leci myśliwiec i sieje śmierć – zrzuca bomby. Rozdzierają powietrze serie karabinów maszynowych i wybuchy. Po lewej stronie za pomocą audiodeskrypcji widzimy na monitorze Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Po prawej stronie na biurku są stacjonarne telefony z tarczami kręconymi. Podnosząc słuchawkę można posłuchać wspomnień ludzi, którzy przeżyli powstanie i wojnę. Audiodeskrypcja klarownie opisuje zdjęcia, kolory, kształty elementów architektonicznych, bo tu wszystko odgrywa ważną rolę. Audiodeskrypcja również podpowiada, w którym kierunku iść. Dochodzimy do ściany z otworami. Zbliżając ucho do każdej z nich po kolei, można dostrzec dźwięki wojny: wybuchy, bomba przewala budynek, budynek stoi w ogniu, smutna pieśń.

Przestrzeń muzealna zorganizowana jest w taki sposób, żeby odwiedzający mógł odbyć podróż w przerażającą przeszłość. Eksponaty, kolory, kształty ścian i sufitu, monitory, głośniki, inne urządzenia medialne robią wrażenie, że jesteśmy uczestnikami tych tragicznych wydarzeń. Podobnie nowoczesne wyposażenie muzeum uwzględniające zasady uniwersalnego projektowania pozytywnie wpływa na odbiór ekspozycji przez osobę z niepełnosprawnością wzroku. Niektórych przedmiotów można dotykać. Nawet elementy architektoniczne przekazują informację. Podłoga wyłożona kostką kamienną oznacza, że jesteśmy na ulicy, a wąskie korytarze o niskich sufitach to kanały podziemne. Audiodeskrypcja (łącznie długość wszystkich plików to 5 godzin) dobitnie opisuje otoczenie oraz podaje informacje o charakterze historycznym. Na sali poświęconej dzieciom można zdjąć słuchawki i założyć inne z ekspozycji. Mały chłopiec maluje słowami – przed nami obrazy zniszczonej Warszawy. Cała rodzina jest zmuszona mieszkać w piwnicy. Pewnego dnia Niemcy dowiadują się o tym. Tak się kończy historia tej polskiej rodziny. Machina wojenna Trzeciej Rzeszy niszczyła życie cywilów i wojskowych.

Podczas pobytu w Warszawie odwiedziłem także unikatowe Muzeum Historii Żydów Polskich. „Polin” na zawsze zapada w pamięci, tak samo jak United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie. Może kiedyś uda się trafić do trzeciej ważnej placówki – Jad Waszem, Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu w Jerozolimie.

Również cieszyłem się muzyczną atmosferą Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie. Kilka razy byłem gościem Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu.

Wszystkie wspomniane polskie muzea są dostępne dla osób z niepełnosprawnością wzroku – można w nich korzystać z audiodeskrypcji. Moim zdaniem to rzecz niesamowita. Pozwala ona poszerzać wiedzę, rozwijać się, spędzić czas z rodziną albo z kolegami. Wszystkich Czytelników gorąco zapraszam do muzeów Polski oraz innych krajów. Podróże i muzea kształcą.

Terapeutyczne mruczanda, czyli o felinoterapii. Rozmowa z felinoterapeutką, panią Martą Fiutowską

Jedni je kochają, drudzy nie znoszą. Koty, bo o nich mowa, to jedne z najpopularniejszych zwierząt domowych. Zdobywają nasze serca swoją indywidualnością i charakterem, a ich obecność jakoś nas uspokaja, relaksuje. Wielu z nas, choć nawet o tym nie wiemy, posiada w domu swojego własnego terapeutę – sierściucha. Przydomowe Mruczki, ciepłolubne Filemony – czy każdy z nich może zostać kotem-terapeutą? Jak to możliwe, że obecność zwierzęcia może wpływać pozytywnie na nasze zdrowie, zarówno psychiczne, jak i fizyczne?

Pani Marta Niemiec-Fiutowska od wielu lat zajmuje się felinoterapią, czyli jedną z metod zooterapii polegającej na przebywaniu z kotem. Nie mogłam oprzeć się pokusie – chcąc dowiedzieć się jak wygląda budowanie mostu między pacjentem a kotem oraz jaką rolę pełni w tym człowiek, spotkałam się z Panią Martą, by zadać jej kilka pytań.

Całe przedsięwzięcie terapii kotem wydaje mi się szalenie trudne. No bo jak wytresować kota, zwierzę znane ze swojego sobiepaństwa? Koty wydają się nam „nietresowalne”, w odróżnieniu od psów.

Kot musi posiadać pewne predyspozycje, aby mógł zostać kotem-terapeutą. Po pierwsze, do rozpoznania musi mieć minimum rok. Mały kot po roku może się zmienić i może się na przykład okazać, że z otwartego miłego koteczka wyrośnie kot zamknięty, nie lubiący kontaktów z ludźmi. Kot musi być otwarty na ludzi, lubić z nimi przebywać, lubić pieszczoty i głaskanie oraz zabawę. Nie może być lękliwy, musi dobrze znosić zmianę otoczenia i jazdę samochodem. Dobrze też, by kot lubił sobie zjeść – wtedy smakołyki działają na niego motywująco

Mamy więc idealnego kandydata na terapeutę: łakomego na czułości i smaczki kota. Ale co dalej? Jak wygląda proces szkolenia kota?

Tak na prawdę zaczyna się od jego dzieciństwa. Dobrze traktowany i socjalizowany kot będzie lubił towarzystwo ludzi. Behawioryści twierdzą, że całowanie małego kota przyczynia się u niego do nabrania cech przyjacielskich. Kot szkolony na kota terapeutę powinien poznawać obcych ludzi oraz być zabierany w różne miejsca, żeby na przyszłość nie było to dla niego stresującym przeżyciem. Kot ma także wcześniej kontakt z osobami niepełnosprawnymi, z wózkiem inwalidzkim, aby takie rzeczy nie były dla niego obce.

Kot jest innym zwierzęciem niż pies, ale pamiętajmy, że równie szybko się uczy. Jeżeli poświęcimy mu dużo uwagi i miłości, będzie z nami bardzo związany i będzie wszystko rozumiał podczas zajęć terapeutycznych. Z doświadczenia też mogę dodać, że koty pewne rzeczy wyczuwają instynktownie, np. jak dziecko z autyzmem nie chce kontaktu z kotem, to pomimo zachęt kot do niego nie podejdzie (przykład z zajęć z terapeutką Tosią).

Jak przebiega takie terapeutyczne spotkanie z kotem-terapeutą?

Przede wszystkim dzielimy je na spotkania grupowe i indywidualne. W terapii indywidualnej obecny jest pacjent (uczestnik), felinoterapeuta i oczywiście kot. Obecność kota wpływa na zmniejszenie oporu w kontakcie terapeutycznym, który jest związany ze stresem (stres może występować zwłaszcza podczas pierwszych zajęć). Kiedy podczas spotkania obecny jest kot, staje się on tematem wspólnym dla pacjenta i terapeuty.

Wiem, że często odwiedza Pani wraz z Tosią i Stefanem dzieci ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie. Jak sprawdza się felinoterapia w pracy z dziećmi?

Obcowanie z kotem rozwija u nich wrażliwość, uczy je empatii. Dziecko reagując w naturalny sposób na zachowania kota okazuje swoje emocje i uczucia. Kontakt z kotem uczy i ułatwia doświadczać otoczenie. Dziecko uczy się samokontroli i cierpliwości. Zajęcia zawsze prowadzone są tematycznie, dostosowane są do wieku i stopnia niepełnosprawności. Organizuję zajęcia zarówno edukacyjne (np. pielęgnacja, transport, żywienie kota), jak i rozwijające zdolności manualne (np. wykonywanie zabawek dla kota czy zabiegów pielęgnacyjnych).

A terapia grupowa?

Terapię grupową prowadzimy w niewielkich grupach do 5 osób. Kot jest jednym z uczestników. Każdy uczestnik może mieć bezpośredni kontakt z kotem, jeżeli oczywiście tego chce. Czasami pacjentom wystarcza sama obecność kota, która wpływa na atmosferę w grupie. W celu uzyskania widocznych efektów terapeutycznych, zajęcia prowadzimy z określoną częstotliwością. Niekiedy osoba zamknięta, pozostającą z boku podczas pierwszych zajęć, na kolejnych zajęciach pokonuje bariery i aktywnie uczestniczy. Obecność kota ma także działanie motywujące zarówno dla dzieci, jak i dla osób starszych. Dziecko chętniej wykonuje różnego rodzaju zadania dla kota niż zrobiłoby na prośbę terapeuty.

Wiem, że mruczenie kota wpływa na obniżenie poziomu ciśnienia krwi. W jakiej jeszcze sytuacji możemy więc zwrócić się do kota z prośbą o pomoc?

Kot sam w sobie jest terapeutą, ponieważ jego obecność wpływa na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne. Mruczenie kota wpływa na obniżenie poziomu ciśnienia krwi, ale też na redukcję stresu. Zajęcia terapeutyczne z udziałem kota wpływają na poprawę komunikacji, zdolność okazywania uczuć i emocji, poprawę koncentracji, poprawę nastroju i samopoczucia, podwyższenie poczucia bezpieczeństwa, obniżenie poziomu lęku i stresu, obniżenie poziomu agresji, podwyższenie poziomu empatii.

Kontakt z kotem wpływa na nasze zdrowie zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Przytulanie i głaskanie kota pobudza organizm człowieka do produkcji endorfin – hormonów szczęścia, wywołujących stan zadowolenia, dobrego samopoczucia, a nawet uśmierzania bólu. Przytulanie kota wpływa na podwyższenie poziomu oksytocyny – hormonu wywołującego uczucie zadowolenia, przywiązania, miłości.

Czy coś jeszcze dodawać? Kot to lek na wiele dolegliwości, a do tego tuż pod nosem – bez recepty i kolejek. A do tego taaaaki milusi. Dziękuję za rozmowę!

Języki (nie)obce na wakacyjnym szlaku

Lato – czas wakacyjnych wojaży. Doskonała okazja, by poznać bliżej nieodkryte dotąd zakamarki urokliwych polskich miast i wiosek. Jednakże celem letnich podróży coraz częściej stają się dla nas również dalekie, a nawet egzotyczne kraje. Szeroka oferta biur podróży, jeszcze do niedawno dostępna tylko nielicznym, obecnie stwarza już wiele możliwości, aby zrealizować wakacyjne eskapady pozostające dotąd jedynie w sferze odległych marzeń. Aby jednak zagraniczna ekspedycja dostarczyła nam wrażeń w pełnym tego słowa znaczeniu, doskonale byłoby w jej toku posługiwać się przynajmniej w stopniu komunikatywnym językiem obcym, który umożliwi nam komunikację z rdzenną społecznością. Kieszonkowe rozmówki to jedynie pomoc doraźna, choć absolutnie nie deprecjonuję ich wartości. Zawsze pozostaje nam również uniwersalny język gestów. Przyznają jednak Państwo, że to nie to samo co przyjemna konwersacja przy filiżance regionalnej kawy, czy też aromatycznego wina.

Sięgnijmy do statystyk. Według aktualnych wyliczeń istnieje około 7 tysięcy języków i narzeczy, jednak ażeby skutecznie porozumieć się prawie w każdym zakątku świata, wystarczy znać wyłącznie 12 spośród nich. Dziewięćdziesięcioma sześcioma procentami języków świata włada bowiem zaledwie trzy procent populacji. Pozostała część porozumiewa się wąską grupą z całej językowej rodziny. Przypomina mi to funkcjonującą głównie w dziedzinie ekonomii i zarządzania zasadę Pareto (80/20), którą odnieść można jednak do rozmaitych dziedzin i aktywności. Wprawdzie przytoczone proporcje (tj. 96/3) są tutaj inne, jednak rząd wielkości pozostaje porównywalny.

Krótki przegląd i ranking języków obcych: biorąc pod uwagę kryterium liczby ludności, która uznaje dany język za ojczysty, na trzech pierwszych pozycjach uplasują się: język chiński, hindi oraz język angielski. Natomiast uwzględniając języki, których uczy się największa społeczność na świecie, trzy pierwsze miejsca ukształtują się następująco: język angielski, francuski i chiński (w dalszej kolejności język hiszpański, niemiecki, włoski). Znajomość któregokolwiek z wymienionych języków w znaczącym stopniu poprawi nasze funkcjonowanie i komunikację na wakacyjnym szlaku.

Czy jednak uczenie się języka obcego przez osoby niewidome, słabowidzące, jak również osoby z innymi dysfunkcjami znacząco różni się od uczenia się języka przez osoby pełnosprawne? Czy winno odbywać się ono w szczególnych warunkach? Z pewnością specyfika niepełnosprawności determinuje indywidualne podejście nauczyciela i ukierunkowanie procesu nauczania na właściwe tory. I tak w przypadku osób z niepełnosprawnością wzrokową nauczanie opierać się będzie w znaczącym stopniu na metodach i technikach opartych na percepcji słuchowej. Na pomoc osobom z dysfunkcjami m.in. wzroku i słuchu wychodzą rozwijające się prężnie w ostatnich latach dziedziny nauki takie jak surdo- czy tyfloglottodydaktyka. Surdoglottodydaktyka to zatem dydaktyka nauczania języka obcego uczniów i słuchaczy z uszkodzeniami słuchu. Tyfloglottodydaktyka natomiast przedmiotem swojego zainteresowania obejmuje uczniów i słuchaczy z uszkodzeniem wzroku. Z dużym zainteresowaniem spoglądam na sporą liczbę badań naukowych i publikacji w tym zakresie (Krzeszowski T.P., Marek B., Świrko A., Wolanin M. itd.). Podkreślę natomiast, iż w przedmiotowym artykule nie podejmuję się metodycznych rozważań z zakresu rozwijającej się dziedziny jaką jest tyfloglottodydaktyka; kwestie badań naukowych nad procesem przyswajania języka obcego przez osoby niewidome oraz wprowadzanie udoskonaleń w tym zakresie pozostawiam specjalistom. Poniżej pragnę zaprezentować jedynie kilka wybranych narzędzi pomocnych w uczeniu się języka oraz wskazać na techniki pamięciowe usprawniające utrwalanie słownictwa i wyrażeń. Wskazane techniki w mojej ocenie, tj. w ocenie wieloletniego lektora języka obcego, mogą z powodzeniem zastosować w nauce zarówno osoby bez jakichkolwiek dysfunkcji, jak i czytelnicy z dysfunkcją wzroku. Przegląd technik i narzędzi pracy stanowi tu zatem swego rodzaju kompilację własnych doświadczeń, rozwiązań proponowanych w publikacjach metodycznych i tematycznych z zakresu uczenia się i nauczania języka obcego. Wiele zaprezentowanych poniżej technik, które można stosować w toku indywidualnej nauki języka, proponuje autorka Anna Szyszkowska-Butryn w swojej książce pt. „Jak szybko opanować język obcy”, do której to pozycji zachęcam.

Proponuję przyjąć kolejność prezentacji w myśl zasady – od ogółu do szczegółu, rozpoczynając od dostępnych narzędzi, na prostych technikach pamięciowych kończąc.

NARZĘDZIA PRACY

• Bezcenne massmedia. Zachęcam do korzystania z dobrodziejstw środków masowego przekazu. W dobie współczesnej technologii, telewizji satelitarnej itd. dostęp do radia czy telewizji w języku obcym nie stanowi już większego problemu. Wykorzystujmy te środki masowego przekazu, stanowiące dla nas wspaniałe źródło żywego języka! Co ważne, nie należy zniechęcać się być może początkowymi trudnościami w zrozumieniu np. usłyszanej sentencji. Początkowa faza osłuchania się z językiem obcym, akcentuacją, intonacją, ma niebagatelne znaczenie w procesie nabywania językowych umiejętności i kształtowania sprawności językowych.

• Dobrodziejstwo Internetu. Nie jestem wprawdzie tzw. hurraoptymistą jeśli chodzi o bogactwo i źródło wiedzy w sieci Internet, jednak nie mogę zaprzeczyć, że w perspektywie nauki języka obcego to Internet właśnie ma nam sporo do zaoferowania. Wspomniany wyżej dostęp do zagranicznej telewizji czy radia również możemy uzyskać za jego pośrednictwem. Ponadto wskazać należy m.in. na szereg dostępnych stron, na których po wprowadzeniu danego słowa w języku obcym możemy usłyszeć, w jaki sposób słowo dane należy wymawiać itp.

• Magazyny językowe. Czasopisma w językach obcych dostępne są obecnie prawie w każdym saloniku prasowym. I tak, niezwykle ciekawą ofertę proponuje uczącym się języków wydawnictwo Colorful Media, które wydaje 8 magazynów w 6 językach obcych, tj. angielskim, niemieckim, włoskim, hiszpańskim, francuskim i rosyjskim . Magazyny wydawane średnio co 2-3 miesiące dostępne są w salonikach prasowych Empik, Kolporter, Ruch i innych, zaś numery archiwalne można zamówić na stronie wydawnictwa. Na dedykowanej danemu czasopismu stronie internetowej mamy możliwość odsłuchania (po wprowadzeniu kodu zawartego na łamach czasopisma) wszystkich artykułów zawartych w danym numerze, które odczyta nam rodzimy użytkownik języka. Artykuły dotyczą bieżących wydarzeń i aktualnych tematów, prezentują zagadnienia stricte językowe, jak również dotyczące kultury, obyczajów, kinematografii, sportu, turystyki itp. Dodatkowo artykuły opatrzone są słowniczkami z najbardziej problematycznym słownictwem zawartym w danym artykule. Możliwe jest również pobranie aplikacji na urządzenia mobilne, które pozwolą na swobodne korzystanie ze wszystkich dostępnych w numerze materiałów.

• Urządzenia techniczne. Niezastąpione w opanowaniu języka obcego przez osoby z dysfunkcją wzroku są urządzenia typu dyktafony, odtwarzacze tekstów cyfrowych, komputery z oprogramowaniem udźwiękawiającym, linijki brajlowskie, a dla słabowidzących powiększalniki stacjonarne lub przenośne, programy powiększające, druk transparentny itp. Większość z tych urządzeń daje możliwość przechowywania i odsłuchiwania nagranych tekstów, rozmówek, ćwiczeń, a jednocześnie pozwala na zapisanie własnych wypowiedzi, odsłuchiwanie ich, obserwowanie postępów, niwelowanie błędów itp.

TECHNIKI PAMIĘCIOWE w utrwalaniu słownictwa i wyrażeń (na podstawie książki „Jak szybko opanować język obcy?”)

• Wąż literowy

Wypowiedz głośno słowo w języku obcym. Kolejne powinno zaczynać się na ostatnią literę poprzedniego słowa. Węża literowego można układać razem z inną osobą lub samodzielnie; w doborze słów można ograniczyć się do wybranej kategorii tematycznej.

• Rymowanie

Wybierz słowo, do którego będziesz poszukiwać rymów. Następnie dopowiedz kilka lub kilkanaście słów rymujących się z podanym słowem.

• Historyjka

Wybierz kilka słów, które zamierzasz wykorzystać, np. losując je ze słownika; w ten sposób wybierzesz słowa, z którymi mogłeś się dotąd nie zetknąć. Ułóż z nich sensowną i logiczną historyjkę. Im trudniejsze i mało powiązane ze sobą tematycznie słowa wybierzesz, tym bardziej kreatywną historię stworzysz, a tym samym utrwalisz kolejne słowa i zdania!

• Złote myśli

Wypisz lub nagraj na dyktafonie pięć ulubionych cytatów, powiedzeń, fragmentów książek. Połóż na biurku i często odczytuj na głos lub odsłuchuj na nagraniu. Naucz się ich na pamięć.

• Piosenki

Słuchając wybranej piosenki postaraj się wypisać lub nagrać na dyktafonie wszystkie słowa, które udało Ci się wyłowić z tekstu – odszukaj znaczenie nieznanych słów w słowniku.

• Słowa-klucze

Odsłuchaj fragment tekstu i streść w kilku zdaniach główną jego myśl; następnie używając 20 słów z tekstu opowiedz całą wysłuchaną historię; w kolejnym kroku skróć historię do 10 najistotniejszych słów.

• Fałszywi przyjaciele tłumacza

Utwórz na swoim dyktafonie odrębny plik, w którym będziesz zamieszczać słowa oznaczające coś innego, aniżeli wskazywało by na to podobieństwo fonetyczne z językiem polskim, np. w języku włoskim będzie to colazione, co oznacza śniadanie lub w języku angielskim słowo billion, które oznacza miliard.

• Własne esperanto

Zapisuj lub gromadź w jednym pliku nagrania słów podobnie brzmiących i oznaczających to samo w różnych językach, np. nuclear (ang.), nuclear (hiszp.), nucleare (wł.), tzn. nuklearny.

Podobnych technik usprawniających zapamiętywanie słów jest zdecydowanie więcej. Ważne, by każdy z nas indywidualnie wybrał dla siebie skuteczną technikę. Szeroki wachlarz możliwości odnajdziemy w przytoczonej wyżej pozycji książkowej. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak życzyć wszystkim Czytelnikom udanych wakacyjnych podróży, jak również owocnych konwersacji na letnich bezdrożach! Oczywiście w języku obcym-nieobcym!