PKP podróże małe i duże

Lato w pełni i piękna pogoda zachęca do podróży. Warto przypomnieć kilka zasad podróżowania koleją, które mogą być przydatne osobom z niepełnosprawnością wzroku.

Przejazdy osób niewidomych i ich przewodników

Na podstawie ustawy z dnia 20 czerwca 1992 r. o uprawnieniach do ulgowych przejazdów w klasie drugiej, z tak zwaną „ulgą ustawową” do tańszych przejazdów PKP uprawnione są:

  • osoby niewidome, jeśli są uznane za osoby niezdolne do samodzielnej egzystencji (ulga 51%)
  • osoby niewidome, jeśli nie są uznane za osoby niezdolne do samodzielnej egzystencji (ulga 37%)
  • przewodnicy towarzyszący w podróży tym osobom (ulga 95%).

Przewodnikiem może być osoba, która ukończyła 13 lat, albo pies asystujący (pies przewodnik).

Pies przewodnik i bilet

Dla przypomnienia, pies asystujący to odpowiednio wyszkolony i specjalnie oznaczony pies, w szczególności pies przewodnik osoby niewidomej lub niedowidzącej oraz pies asystent osoby z niepełnosprawnością ruchową, pies sygnalizujący atak choroby (np. epilepsji, chorób serca), który ułatwia osobie z niepełnosprawnością aktywne uczestnictwo w życiu społecznym1.

Zgodnie z regulaminem PKP Intercity, przewóz psa asystującego i psa przewodnika nie jest uzależniony od zgody współpodróżnych. Podróżny odpowiada jednak za stan sanitarny przedziału, w którym przewozi zwierzęta.

Psy przewodniki mogą również przebywać w wagonie gastronomicznym (czyli w WARSIE), w części dla klientów. Jednak, jeśli chcemy jechać z psem asystującym w wagonie z miejscami do leżenia, jesteśmy zobowiązani wykupić wszystkie bilety na przejazd wraz z miejscówkami (z zachowaniem prawa do obowiązujących ulg).

Psy asystujące nie mogą zakłócać spokoju w wagonie, a szczególnie ciszy nocnej.

Pies asystujący powinien być wyposażony w uprząż, przy czym nie musi mieć założonego kagańca oraz nie musi być prowadzony na smyczy.

Osoba, której towarzyszy pies, musi na wezwanie konduktora pokazać ważne zaświadczenie o szczepieniu psa przeciwko wściekliźnie oraz certyfikat psa asystującego.

Ostatnimi czasy pojawiła się w Internecie informacja, że PKP Intercity przestało pobierać opłaty za przejazd psów asystujących. W momencie pisania artykułu nie jesteśmy w stanie wskazać podstawy prawnej tej nowinki. Dlatego zalecamy skontaktowanie się bezpośrednio z infolinią PKP, aby uniknąć nieprzyjemności.

Informacje o udogodnieniach

PKP przygotowało specjalną infolinię, gdzie można dowiedzieć się wszystkiego o ułatwieniach i dostępności przewozów, warunkach dostępu do pociągów oraz ograniczeniach dla osób z niepełnosprawnością i osób o ograniczonej sprawności ruchowej

Pod numerami:

  • 703 200 200
  • +48 22 3919757

konsultanci odpowiedzą na każde, dotyczące podróży PKP pytanie.

Informacje o udogodnieniach i warunkach przewozu umieszczone są również na stronie internetowej www.intercity.pl.

Standardowe działania podejmowane przez PKP Intercity ułatwiające podróż osobom z niepełnosprawnością, polegają przede wszystkim na:

  • wskazaniu połączenia obsługiwanego przez tabor posiadający udogodnienia
  • pomocy przy wsiadaniu i wysiadaniu do/z pociągu uruchamianego przez PKP Intercity
  • wskazaniu miejsca w pociągu i pomocy w jego zajęciu
  • wniesieniu/wyniesieniu bagażu (masa bagażu nie może przekraczać 20 kg)
  • umożliwieniu korzystania z usług gastronomicznych (o ile w pociągu jest WARS)
  • wskazaniu zakresu udogodnień i zasad bezpieczeństwa pozwalających na sprawne i bezpieczne poruszanie się po pociągu
  • udzielaniu, w trakcie przejazdu, informacji o położeniu pociągu
  • pomocy w dostaniu się do komunikacji zastępczej przy planowanej lub awaryjnej zmianie organizacji ruchu pociągów i odwołaniu pociągu.

Na stacjach, na których obecny jest personel, istnieje możliwość skorzystania z nieodpłatnej pomocy w zakresie asystowania podczas przemieszczania się po terenie dworca, peronów, przejść podziemnych, kładek i innych ciągów komunikacyjnych, na których dozwolone jest poruszanie się pieszych.

PKP Intercity zapewnia pomoc pod warunkiem zgłoszenia potrzeby jej udzielenia przynajmniej na 48 godzin przed planowanym wyjazdem. Zgłoszenie należy przekazać drogą elektroniczną za pośrednictwem formularza zgłoszeniowego dostępnego na stronie internetowej, telefonicznie na numery Infolinii PKP Intercity lub osobiście.

W zgłoszeniu potrzeby udzielenia pomocy należy wskazać m.in:

  • datę przejazdu
  • relację przejazdu (stacja wyjazdu, stacja przyjazdu, stacja przesiadania się), z określeniem na jakiej stacji potrzebna jest pomoc
  • planowaną godzinę odjazdu i przyjazdu
  • numer wagonu i miejsca, jeżeli podróż będzie odbywała się wagonem z rezerwacją miejsc
  • rodzaj niepełnosprawności
  • informację, czy przejazd będzie odbywał się z opiekunem/przewodnikiem/psem asystującym albo inną osobą towarzyszącą
  • informację o przewożonym przez podróżnego bagażu
  • informacje o korzystaniu z wózka inwalidzkiego lub innego sprzętu ortopedycznego oraz numer telefonu kontaktowego.

Powiadomienie o możliwości albo o braku możliwości udzielenia pomocy przekazywane jest na podany w zgłoszeniu numer telefonu, w ciągu 12 godzin od otrzymania zgłoszenia.

Jeśli przewoźnik nie określi godziny stawienia się danej osoby, to powinna ona przybyć do wyznaczonego punktu nie później niż na 30 minut przed rozkładową godziną odjazdu pociągu. Gdy planujemy przesiadkę, musimy uwzględnić ten półgodzinny okres w grafiku podróży.

Kupowanie biletu u konduktora

Osoba z niepełnosprawnością, a także jej opiekun w pociągach Twoje Linie Kolejowe, Inter City oraz Express Inter City nie ma obowiązku zgłaszania niezwłocznie przed lub po wejściu do pociągu braku ważnego biletu na przejazd i może od razu zająć wolne miejsce do siedzenia. Bilet można nabyć bez dodatkowej opłaty w momencie, gdy podejdzie do nas konduktor.

Ale uwaga, nie dotyczy to pociągów Express Intercity Premium. W Pendolino zawsze trzeba mieć ze sobą ważny bilet, kupiony w kasie.

Życzymy przyjemnej podróży!

Tekst powstał na podstawie Regulaminu przewozu osób, rzeczy i zwierząt przez spółkę „PKP Intercity” S.A. z dnia 25 maja 2018.

Audiobook – HELPdesk

Z pewnością niejeden z Was zdążył się już zorientować, że pismo zmieniło nieco formułę. Po pierwsze i chyba najważniejsze – spotykamy się z naszymi Czytelnikami częściej. Jesteśmy miesięcznikiem i z tej właśnie okazji chcielibyśmy zaproponować nowe tematy, które będą pojawiać się na naszych łamach mniej lub bardziej regularnie.

Jedną z nowości będzie miejsce, gdzie przeczytamy o nowościach wydawniczych dotyczących rynku książek audio. Stają się one coraz bardziej popularną formą rozrywki nie tylko wśród osób mających problem z czytaniem książek tradycyjnych. Do sięgnięcia po audiobook zachęcają nas coraz bardziej powszechne aplikacje na smartfony czy tablety, programy pozwalające na wygodne korzystanie z tego typu książek oferowane przez wiodących producentów urządzeń przenośnych, specjalistyczne urządzenia dla osób niewidomych i słabowidzących wyposażone również w dyktafon oraz zapomniane już nieco odtwarzacze plików mp3. Słuchanie staje się wygodne i dostępne. Wydawcy bestselerowych powieści coraz częściej zabiegają o to, by ich autor znalazł się również w katalogu audio. Coraz częściej wreszcie obserwujemy sytuację, gdzie zasoby biblioteczne są wzbogacane o pozycje wydane na płytach CD. Audiobook jest doskonałym towarzyszem w podróży, formą odprężenia przed snem, zastępstwem tego, czym karmią nas media.

W tym miejscu, oprócz ciekawych zapowiedzi i recenzji, będziemy prezentować także informacje ważne dla słuchacza. Wiadomo bowiem jak ważną rolę spełnia lektor czy forma wydania interesującej nas pozycji. Nie będziemy stronić od wydarzeń, którymi warto się zainteresować.

Z przyjemnością poznamy Wasze opinie i przeczytamy o zainteresowaniach nie tylko z kręgu książek. Chętnie porozmawiamy o muzyce, filmie czy teatrze. Kto wie – być może najciekawsze teksty znajdą miejsce w którymś z naszych numerów?

Zachęcamy do kontaktu.

Obsługa osób z niepełnosprawnością

Osoby z niepełnosprawnością, zapytane czym jest dla nich dostosowany obiekt, odpowiadają jednomyślnie. Oprócz zniesienia barier architektonicznych, możliwości samodzielnego poruszania się po budynkach, swobodnej komunikacji, niezwykle istotna jest jakoś obsługi. Obiekt dostępny dla osób niepełnosprawnych cechuje się m.in. profesjonalną obsługą, podczas której osoba z dysfunkcją nie jest i nie czuje się dyskryminowana, ale jest traktowana na równi z pełnosprawnymi. Osoby te napotykają jednak na wiele niewłaściwych zachowań, zakłopotania i braku wiedzy jak udzielić pomocy. Brak doświadczenia i reakcji na potrzeby osoby z niepełnosprawnością nie mogą być przyczyną nieprawidłowej obsługi. Czy Państwa instytucja, bank, uczelnia, zakład pracy jest dostępny dla osób z niepełnosprawnością? Czy Państwa pracownicy wiedzą, jak obsłużyć osoby z niepełnosprawnością? Czy wiedzą w jaki sposób prawidłowo pomagać? Fundacja Szansa dla Niewidomych, wychodząc naprzeciw potrzebom, przeprowadza szkolenia z zakresu obsługi osób z niepełnosprawnością.

Korzyścią uczestnictwa w takim szkoleniu jest zbudowanie wizerunku miejsca, które jest otwarte i wspiera osoby z niepełnosprawnością. Niewątpliwie wzrośnie satysfakcja osób z jakości obsługi klienta w miejscu, które jest kompleksowo do tego przygotowane. Celem szkoleń jest zdobycie wiedzy z zakresu profesjonalnej jakości w obsłudze osób z niepełnosprawnościami. Szkolenia są przeznaczone dla pracowników instytucji, zakładów pracy, banków, szkół, uczelni, placówek medycznych, hoteli, mediów, którzy mają bezpośredni kontakt z osobami z niepełnosprawnością. Dodatkowo odbiorcami szkolenia mogą być wszystkie instytucje, które chcą zwiększyć swoją świadomość i umiejętność pracy z osobami z dysfunkcjami. W trakcie szkolenia uczestnicy dowiedzą się jak szybko, sprawnie i profesjonalnie obsłużyć klientów niepełnosprawnych. Uzyskają wiedzę jak poprawnie komunikować się i pomagać klientom z różnymi dysfunkcjami. Zdobędą praktyczne umiejętności ułatwiające obsługę, tj. jak wskazać pokój i poprowadzić do niego, jak wskazać miejsce do siedzenia, w jaki sposób podpisać dokumenty, jak przeczytać umowy. Dowiedzą się jak zadawać pytania, jakich słów używać, jak sprawić, aby żadna ze stron nie czuła się niekomfortowo. Uczestnicy poznają zasady savoir-vivre w kontakcie z osobami z różnymi dysfunkcjami. Nauczą się w jaki sposób reagować w sytuacjach niestandardowych.

Zajęcia są prowadzone w ciekawej, warsztatowej formie. W programie znajduje się m.in. tematyka dotycząca niepełnosprawności, barier i stereotypów; podstawowych zasad w kontaktach z osobami niepełnosprawnymi; zasad kontaktu, pomocy i obsługi osób niewidomych i niedowidzących, niepełnosprawnych ruchowo, niesłyszących i niedosłyszących oraz osób z innymi niepełnosprawnościami. Bardzo duży nacisk kładziemy na obsługę osób z niepełnosprawnościami sensorycznymi.

W jaki sposób najlepiej przybliżyć problematykę dysfunkcji wzroku? Uczestnicy mają możliwość skorzystania z symulatorów wad wzroku, gdzie poznają różne dysfunkcje. Następnie mając zasłonięte oczy sami próbują przejść w określone miejsce, samodzielnie nalać wodę do szklanki, odczytać wiadomość na telefonie. Przeprowadzane są praktyczne ćwiczenia dotyczące zasad kontaktu na różnych etapach obsługi, dostosowane do specyfikacji danego miejsca. W jaki sposób poprowadzić osobę niewidomą do wyznaczonego miejsca, jak dać dokumenty do podpisania, jak opowiedzieć o ekspozycji, jak wydać pieniądze. Prezentowane są też rozwiązania ułatwiające codzienne funkcjonowanie oraz nowoczesne technologie informatyczne dla osób z dysfunkcją wzroku.

Wykładowcy to zespół wykwalifikowanych specjalistów, twórców praktycznych rozwiązań, posiadających doświadczenie we współpracy z osobami niepełnosprawnymi. Co ważne, szkolenie prowadzą również osoby niewidome i niedowidzące, które w wiarygodny i kompetentny sposób przekazują wiedzę. Szkolenia prowadzone są na terenie całej Polski, w miejscach wyznaczonych przez Fundację lub w Państwa siedzibie.

A jak przekazać wiedzę tym najmłodszym, żeby było ciekawie i zrozumiale? Mamy na to również sposób! Dla przedszkoli i pierwszych klas szkół podstawowych zostały przygotowane bajki z audiodeskrypcją. To innowacyjny program łączący zabawę z nauką. Ma na celu promowanie pozytywnych postaw wobec osób niewidomych i niedowidzących, wczucia się w ich świat, poznania problemów, z którymi się stykają i wskazania prostych sposobów w jaki sposób pomagać. Na początku dzieci oglądają bajkę z audiodeskrypcją – przez część seansu mają zawiązane oczy. Następnie dowiedzą się w jaki sposób osoby z dysfunkcją wzroku sprawdzają kolory, nalewają wodę do szklanki, korzystają z komputera i telefonu, czytają książki. Dzieci będą również mogły zasłonić oczy i wykonać kilka prostych czynności. Dowiedzą się jak zachować się w konkretnych sytuacjach w kontakcie z osobą niewidomą, jak pomóc. Za pomocą ciekawych materiałów pokażemy jak pisać i czytać za pomocą alfabetu brajla. Uczmy prawidłowych postaw już od najmłodszych lat! Dla nieco starszych dzieci i młodzieży przygotowaliśmy lekcję o niepełnosprawności. Celem jest promowanie pozytywnych postaw wobec osób niepełnosprawnych, wczucia się w ich świat, poznania problemów, z którymi się stykają i wskazania jak prawidłowo się zachowywać. Aktywne uczestnictwo w warsztatach ułatwi kontakt z osobami niepełnosprawnymi, rozszerzy pojęcie tolerancji i akceptacji, a nabyte umiejętności pozwolą efektywnie udzielać pomocy osobom w potrzebie.

Zachęcamy do skorzystania z bogatej oferty szkoleniowej. Serdecznie zapraszamy do kontaktu z centralą Fundacji oraz tyflopunktami zlokalizowanymi w całej Polsce.

Czy Wrocław jest przyjazny niewidomym turystom?

Wrocław – stolica Dolnego Śląska, jedno z najludniejszych, najbardziej różnorodnych pod względem etniczno-kulturowym miast w Polsce, ale też jedno z najchętniej odwiedzanych przez turystów. Także niepełnosprawnych, w tym tych mających kłopoty ze wzrokiem. Nic w tym dziwnego, bo przecież niewidomi też lubią zwiedzać ciekawe zakątki kraju i świata, tym bardziej, jeśli są one dostosowane do ich potrzeb, a trzeba uczciwie przyznać, że Wrocław, przynajmniej w niektórych aspektach, jest otwarty na niewidomych. Sam przez dwa tygodnie miałem przyjemność przebywać w tym mieście, będąc uczestnikiem projektu „Aktywna Integracja w Szczecinie”. Dzięki temu miałem możliwość zapoznania się z przynajmniej częścią atrakcji turystycznych Wrocławia i ich przystosowaniem do potrzeb osób niewidomych oraz niedowidzących.

„Czy to bajka, czy nie bajka, myślcie sobie jak tam chcecie. A ja przecież wam powiadam: krasnoludki są na świecie” – pisała niegdyś Maria Konopnicka. Jednym z miast, które nieodłącznie się z nimi kojarzą, jest właśnie Wrocław. To na ten symbol zwrócono nam uwagę w pierwszej kolejności. Do krasnali publicznych dołączają komercyjne, a ich liczba ciągle rośnie. Podawana jest już nie w dziesiątkach, a setkach. Wywodzą się one z Pomarańczowej Alternatywy. Był to antykomunistyczny, happeningowy ruch, powstały w latach 80-tych we Wrocławiu, a jego symbolem były właśnie krasnoludki. Obecnie w stolicy Dolnego Śląska można je spotkać niemal na każdym kroku. Są nawet krasnale niepełnosprawne – na wózku, niewidomy czy głuchoniemy. Stanowią ciekawą atrakcję, która wyróżnia miasto. Dla poszukiwaczy krasnali są dostępne specjalne mapy czy aplikacja na telefon, dzięki którym można podążać ich szlakiem.

Dzięki makietom, które stoją przed najważniejszymi budynkami Wrocławia, niewidomi nie muszą sobie już tylko ich wyobrażać, ale mają możliwość dotknięcia i zapoznania się z ich szczegółami. Dotyczy to chociażby wrocławskiego ratusza, Hali Stulecia, w której odbywa się wiele sportowych imprez na międzynarodowym poziomie, odnowionego dworca PKP czy katedry wrocławskiej. Makiety są metalowe, często przy nich występują napisy w brajlu, dzięki czemu niewidomi mogą nie tylko dotknąć w całości dany obiekt, ale także zapoznać się z krótkimi informacjami na jego temat.

Audiodeskrypcja to kolejny sposób, aby ułatwić poznawanie nowych miejsc niewidomym. We Wrocławiu jest ona dostępna przy oglądaniu Panoramy Racławickiej. O ile sama idea jest słuszna, o tyle w tym konkretnym przypadku rozwiązanie to akurat mi nie przypadło do gustu. Niestety, opis dzieła przeznaczony stricte dla niewidomych mieszał się z ogólnym opisem, który wydobywał się z głównego głośnika. Miałem wrażenie, że opis i dodatkowe smaczki towarzyszące bitwie pod Racławicami były ciekawsze niż sam suchy opis płótna. Ponoć audiodeskrypcja dostępna jest również we wrocławskim zoo. Byłem w nim, zwiedzałem, słuchałem odgłosów afrykańskich zwierząt, głaskałem kozy i owce, ale jakoś na audiodeskrypcję się nie natknąłem – może wynikało to po prostu z niewiedzy naszych przewodników.

Spore wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Centrum Historii Zajezdnia. Może nie każdy lubi cofnąć się do przeszłości, ale akurat nasza grupa trafiła na bardzo ciekawie opowiadającego przewodnika. Pani była też dla nas bardzo wyrozumiała. Mogliśmy wiele eksponatów dotknąć, co nie zdarza się wszędzie. Mimo że z historią Wrocławia spędziliśmy ponad trzy godziny, to zupełnie tego nie odczuliśmy. Korzystaliśmy także z innych atrakcji klasycznych, by chociażby wspomnieć wizytę w Sky Tower. Niby dla niewidomego to żadna atrakcja, bowiem i tak nie będzie podziwiał panoramy miasta z wysokości ponad 200 metrów, ale już samo ciśnienie w uszach, które pojawiło się w trakcie jazdy windą, dawało wyobrażenie o tym jak wysoki jest budynek. Przejechaliśmy się również popularną Polinką, ale była to raczej ciekawostka, a nie już jakaś większa atrakcja. Oczywiście odwiedziliśmy również stadion, który był jedną z aren mistrzostw Europy w 2012 roku. Dowiedzieliśmy się, że są na nim miejsca przystosowane dla niepełnosprawnych, a nawet stanowiska, na których można słuchać meczów z audiodeskrypcją.

We Wrocławiu moją uwagę zwróciła wielokulturowość, szczególnie na Rynku. O ile nie mogłem jej dostrzec w aspekcie wizualnym, to uwidoczniła się przez różne języki, które można było usłyszeć wokół. Różnorodność widoczna była także w pobliżu rynku, a dokładniej w Dzielnicy Czterech Świątyń, w której na niewielkim obszarze zgromadzone są: rzymsko-katolicki kościół św. Antoniego z Padwy, ewangelicko-augsburski kościół Opatrzności Bożej, synagoga Pod Białym Bocianem, a także prawosławny sobór Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy. Wrocławski Rynek i jego okolice to bardzo klimatyczne, tętniące życiem miejsce, którego w Szczecinie trochę brakuje. Niemniej jednak nie ukrywam, że w tym magicznym miejscu brakowało mi trochę punktów odniesienia, które są tak istotne dla osób niewidomych i niedowidzących. Zlewające się ze sobą szeregi podobnych uliczek powodowały, że trudno byłoby mi się tam odnaleźć bez pomocy osoby widzącej.

Dla niewidomych został przystosowany nowy dworzec PKP, który obecnie może być wizytówką Wrocławia. Bez większego problemu poruszaliśmy się też komunikacją miejską, w której wewnętrzne zapowiedzi informowały nas o nazwach poszczególnych przystanków. Niby to taka oczywistość, ale nawet w Szczecinie, w którym mieszkam na co dzień, częściej obecnie można spotkać milczący autobus lub tramwaj niż taki, w którym emitowane są sygnały głosowe. We Wrocławiu podobały mi się też takie uskoki, pewnego rodzaju niecki, które informowały o przejściu dla pieszych. To bardzo praktyczne rozwiązanie, choć jeszcze dość rzadko spotykane. Natomiast w miejscach, w których się poruszaliśmy, trochę brakowało mi ścieżek dla niewidomych i pól uwagi. Być może w niektórych miejscach są, ale jakoś nie rzuciły mi się w oczy, a ściślej rzecz biorąc – nie wpadły pod białą laskę.

Niemniej jednak dwutygodniowy pobyt we Wrocławiu uważam za bardzo udany. Zwiedziłem dużą część atrakcji, zwracając uwagę na kwestie ich dostępności dla niewidomych. Według mnie stolica Dolnego Śląska zrobiła sporo, by stać się miastem przyjaznym niewidomym, ale nigdy nie jest idealnie, zawsze można coś poprawić. Ważne jest to, że włodarze miasta dostrzegają potrzebę zwiększania dostępności miasta dla niepełnosprawnych, że coraz chętniej sięga się po audiodeskrypcję, że makiety popularnych budynków zaczynają wyrastać jak grzyby po deszczu, że pojawiają się tabliczki z opisami w brajlu. To wszystko sprawia, że miejski krajobraz staje się bardziej przyjazny osobom niewidomym. A przecież mamy niesprawny tylko jeden ze zmysłów. Świat i otoczenie postrzegamy pozostałymi zmysłami. Dzięki nim chcemy zwiedzać, słuchać, dotykać, a we Wrocławiu jest taka możliwość. Tak więc jeśli ktoś z Was – drodzy Czytelnicy – będzie miał okazję, to nie wahajcie się, zwiedzajcie Wrocław, bo można w nim miło i ciekawie spędzić czas.

Dieta również dla oczu

W dzisiejszych czasach zbyt często popadamy ze skrajności w skrajność i albo pozwalamy sobie na szybkie przybieranie na wadze, albo katujemy się dietą cud, która bardzo często przypomina głodówkę. Nie możemy rezygnować z jedzenia. Owszem, możemy je ograniczyć, jednak w sposób racjonalny i przemyślany. Musimy pamiętać, że prawidłowe żywienie odgrywa tu bardzo istotną rolę.

Zasady prawidłowego żywienia

Spożywaj różnorodne pokarmy.

Opieraj swoje posiłki o jedzenie bogate w błonnik, ryby, drób, tłuszcze nienasycone, kasze i ryż pełnoziarnisty.

Spożywaj więcej owoców i warzyw.

Utrzymuj prawidłową wagę ciała, a zachowasz dobre samopoczucie.

Jedz umiarkowanie, porcje zredukuj, ale nie eliminuj jedzenia.

Spożywaj posiłki regularnie.

Pij duże ilości płynów, min. 1,5 l dziennie – najlepiej wodę.

Zacznij teraz i wprowadzaj zmiany stopniowo.

Zapamiętaj! Nie ma „dobrego” lub „złego” jedzenia, jest tylko dobra lub zła dieta.

Ruszaj się!

Niewiele osób tak naprawdę zdaje sobie sprawę z tego, że nasz organizm składa się wprost z cząstek żywności, czyli z tego wszystkiego, co się zjadło w ciągu ostatniego roku. Nie bez powodu mówi się: „Jesteś tym, co jesz”. Ustrój potrzebuje do przetrwania około 50 składników, w tym: 13 witamin, 21 pierwiastków, 9 aminokwasów, 2 nienasyconych kwasów tłuszczowych oraz węglowodanów, błonnika, powietrza, wody i światła. Organizm nie potrafi sam sobie wytworzyć wszystkich potrzebnych mu substancji, dlatego należy dostarczać mu je w pokarmach.

Zdrowa dieta ma istotny wpływ nie tylko na szczupłą sylwetkę, ale również na jakość naszego widzenia i stan oczu. Dieta dla zdrowych oczu musi być bogata w produkty zawierające antocyjany, witaminy A, C i E oraz składniki mineralne.

Smog, kurz, promieniowanie słoneczne, praca przy komputerze oraz klimatyzacja, to tylko niektóre z czynników szkodzących naszym oczom. Jednak w dzisiejszych czasach ciężko ich uniknąć. Przez to jesteśmy narażeni na różne dolegliwości oczu, które mogą skutkować osłabieniem wzroku, szybszym starzeniem się siatkówki i rozwojem niebezpiecznych schorzeń. Ratunku szukamy zazwyczaj w aptekach, gdzie są dostępne krople i żele do oczu. Działają one jednak tylko doraźnie. Natomiast, aby trwale wzmocnić oczy, należy zadbać o to, by w diecie znalazły się składniki niezbędne do ich prawidłowego funkcjonowania.

Antocyjany dla oczu

Antocyjany są to barwniki roślinne nadające kolor czerwony, niebieski lub fioletowy. Są one częścią grupy związków nazywanych flawonoidami i są zbudowane z cząsteczek cukrowych. Występują powszechnie w świecie roślinnym. Najczęściej znaleźć je można w owocach, kwiatach i liściach. Do najbogatszych źródeł antocyjanów należą: aronia, wiśnie, żurawina, truskawki, czarny bez, winogrona, malwa, czarne jagody oraz czerwona kapusta. Obniżają one kruchość naczyń włosowatych występujących w gałce ocznej, czyli są odpowiedzialne za ich ukrwienie i odżywienie. Ponadto stymulują produkcję rodopsyny, która jest substancją odpowiedzialną za właściwe widzenie o zmroku. Antocyjany mają również działanie przeciwzapalne oraz przeciwutleniające.

Witaminy na wzrok

Witamina A, czyli grupa substancji organicznych o nazwie retinoidy, których niedobór powoduje tak zwaną kurzą ślepotę, inaczej ślepotę zmierzchową oraz kseroftalmię, czyli zespół suchego oka. Witamina A po połączeniu z opsyną buduje purpurę wzrokową umożliwiającą odbieranie bodźców wzrokowych w siatkówce oka. Można ją spożywać w produktach roślinnych, gdzie występuje pod postacią prowitaminy o nazwie beta-karoten lub w produktach zwierzęcych. Znajdziemy ją w: marchwi, szpinaku, brokułach, dyni i wątróbce.

Witamina C, czyli kwas askorbinowy, odgrywa ogromną rolę w budowaniu odporności, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Jej właściwości antyoksydacyjne pozytywnie wpływają na cały organizm, również na oczy. Witamina C ma także wpływ na hamowanie rozwoju zaćmy. Znajdziemy ją w: cytrusach, winogronach, papryce czerwonej, owocach dzikiej róży, porzeczkach, brokułach, szparagach i jabłkach.

Witamina E jest przeciwutleniaczem neutralizującym szkodliwe działanie wolnych rodników. Jej działanie jest podobne do pozostałych antyoksydantów. Znajdziemy ją w: oleju słonecznikowym, oleju sojowym, oleju kukurydzianym, kiełkach pszenicy, margarynie, migdałach i orzechach.

Równie ważnymi substancjami potrzebnymi do prawidłowego działania narządu wzroku są takie minerały, jak:

Cynk znajdujący się w rybach, jajach i pieczywie pełnoziarnistym,

Miedź – w owocach morza, orzechach i awokado,

Mangan – również w orzechach, ciemnym pieczywie, fasoli, grochu i czarnych jagodach,

Selen – w rybach morskich, owocach morza, orzechach, kiełkach pszenicy, czosnku i cebuli.

Luteina i zeaksantyna są to barwniki zapobiegające zaćmie i zwyrodnieniu plamki żółtej. Plamka żółta jest punktem znajdującym się na siatkówce oka i pełniącym najważniejszą rolę w procesie widzenia. Luteina i zeaksantyna są w nim stale obecne, działając jak filtr chroniący przed szkodliwymi promieniami UV.

W diecie polecanej osobom z uszkodzonym wzrokiem zaleca się kieliszek czerwonego wina dziennie, ponieważ zawiera resweratrol – związek utleniający wolne rodniki uszkadzające wzrok. Spowalnia on rozwój zaćmy oraz procesy degeneracyjne nerwu wzrokowego.

Luteinę znajdziemy w jarmużu, szpinaku, natce pietruszki, sałacie i w żółtych warzywach. Natomiast zeaksantynę dostarczymy naszemu organizmowi jedząc pomarańczowe i zielone warzywa, nektarynki, jeżyny, agrest i awokado.

Czosnek również wykazuje właściwości przeciwutleniające, chroniące komórki przed zniszczeniem, ale także przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne, przeciwpasożytnicze i wzmacniające odporność. Jego spożywanie chroni przed wystąpieniem mikrozakrzepów. Działa nie tylko na oczy, ale także na kondycję całego organizmu.

Przykładowa dieta poprawiająca wzrok

Śniadanie:

Wariant pierwszy: omlet z groszkiem i czerwoną papryką oraz grahamka. Kawa z mlekiem, herbata lub sok.

Wariant drugi: sałatka z moreli lub brzoskwiń i orzechów z twarożkiem, chleb pełnoziarnisty. Sok warzywny lub herbata.

Wariant trzeci: kanapki z pieczywa pełnoziarnistego z twarożkiem i dżemem wiśniowym niskosłodzonym, kawa zbożowa na chudym mleku.

Drugie śniadanie:

Wariant pierwszy: sok marchwiowy, jogurt naturalny z garścią orzechów.

Wariant drugi: kanapka z chudą wędliną, sałatą, pomidorem i papryką, sok marchwiowo-owocowy. Wariant trzeci: kanapka z jajkiem i cykorią, marchewka do pochrupania, woda mineralna.

Obiad:

Wariant pierwszy: pierś z kurczaka w sosie pomidorowym, ziemniaki, surówka z marchwi i jabłka z rodzynkami, woda.

Wariant drugi: potrawka z kurczaka, ziemniaki, surówka z marchwi i jabłka z rodzynkami, sok owocowy.

Wariant trzeci: zupa krem z dyni, pierś z indyka pieczona w folii z żurawiną, ziemniaki z wody posypane natką pietruszki, surówka z czerwonej kapusty lub brokuły gotowane, sok wiśniowy.

Podwieczorek:

Wariant pierwszy: garść migdałów.

Wariant drugi: brzoskwinia lub pomarańcza.

Wariant trzeci: koktajl mleczny z borówkami lub czarnymi jagodami.

Kolacja:

Wariant pierwszy: zupa marchwiowa (duszona marchew z cebulą i oliwą) z ryżem.

Wariant drugi: zupa brokułowo-kalafiorowa.

Wariant trzeci: sałatka z tuńczykiem, sałatą, pomidorem, papryką, kukurydzą, kiełkami pszenicy, posypana łyżeczką posiekanych orzechów, grzanki z pieczywa pełnoziarnistego posmarowane masłem czosnkowym, zielona herbata.

Felieton skrajnie subiektywny. Polski równoległe

Od dłuższego czasu, jak pewnie wielu Polaków, mam wrażenie pozostawania w rozdwojeniu, w swoistej schizofrenii lub jak kto woli w Matrixie. Czuję, że niektórzy spośród moich interlokutorów funkcjonują w świecie równoległym do mojego świata, choć znajdujemy się w tym samym miejscu na ziemi.

Cezurą – nie odkrywam tu Ameryki – jest katastrofa smoleńska. To wówczas, po narodowej traumie, ujawniło się pęknięcie, które pewnie było i wcześniej, ale pozostawało niemal bezobjawowe. Tak narodziły się Polski równoległe. Rozmawiając z obywatelami tej drugiej Polski mam nieustannie wrażenie bezproduktywnego walenia głową w mur. Polska równoległa ma swoje gazety, swoje telewizje, swoje autorytety i swoich celebrytów, swoich nieudacznych posłów bez kompetencji. Polska równoległa organizuje marsze i protesty z byle powodu, czym doprowadziła do całkowitej dewaluacji pojęcia protest, strajk i manifestacja. Stwierdzenie, że obywatele Polski równoległej zajmują się manipulowaniem faktami, byłoby eufemizmem. Oni po prostu wywracają te fakty „na nice”, co tu kryć, po prostu faktom tym zaprzeczają. Od wygranej Prawa i Sprawiedliwości rozziew światopoglądowy dotyczy działań tego rządu w obydwu mutacjach – z premier Szydło i z premierem Morawieckim. Dotyczy zarówno ilości działań, jak też ich jakości. Jedna Polska mówi – robią mnóstwo i nawet jeśli czasem się mylą, to robią. Druga Polska mówi – nic nie robią, a jak już coś czasem zrobią, to zrobią źle. Przykłady? Służę.

Rozmawiam z dziennikarką z kilkudziesięcioletnim stażem i dzielę się entuzjazmem z powodu planowanego przekopu Mierzei Wiślanej. Po drugiej stronie słyszę – „Przecież to kompletnie bez sensu”. Na chwilę mnie zatyka. Szybko wychodzę z osłupienia i kontratakuję. Że to ważny strategicznie projekt, że to uproszczenie morskiego szlaku na Bałtyk, że znajdzie się w obrębie wód terytorialnych Polski, że połączy drogą morską Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską, że nie będzie już dochodziło do perturbacji na linii Polska – Rosja i zamykania Cieśniny Pilawskiej dla naszych statków, że wzmocni znacząco pozycję portu w Elblągu, że skorzystają na tym także kraje nadbałtyckie, że Polska na tym zarobi. Po drugiej stronie słyszę wzgardliwe prychnięcie i argumenty, że za drogo, że zniszczy się przyrodę Zalewu Wiślanego. Polska równoległa.

Na rodzinnym przyjęciu rozmawiam z kuzynką, wydawałoby się osobą inteligentną, na temat wojsk obrony terytorialnej, których powstaniu od początku przyglądam się z sympatią. Po drugiej stronie słyszę – „Macierewicz zrobił sobie swoje wojsko”. Popadam w stupor, ale szybko się otrząsam i dowodzę, że to niezbędne, zważywszy na nasze położenie geopolityczne, że to wojsko wartościowe, bo idą do tych oddziałów osoby autentycznie zaangażowane, że patriotyczne, że charakteryzuje się wysokim potencjałem obronnym przy stosunkowo niskich kosztach utrzymania, że jest doceniane w wielu krajach, że można je wykorzystywać do działań humanitarnych i w sytuacjach kryzysowych czy podczas klęsk żywiołowych. Sypię przykładami. Swoich terytorialsów mają Stany Zjednoczone. To Amerykańska Gwardia Narodowa licząca 350 tys. żołnierzy, w tym 50 tys. w służbie czynnej, dysponująca nawet własnym lotnictwem. Brytyjska Teritorial Army licząca 32 tys. żołnierzy, dysponująca jednostkami lądowymi, morskimi i powietrznymi. Szwedzka Hemvarnet, licząca 30 tys. żołnierzy, odgrywająca niezwykle istotną rolę dla obronności Szwecji, jako że kurczy się potencjał sił konwencjonalnych królestwa. I kraje bałtyckie sukcesywnie zwiększające nakłady na jednostki obrony terytorialnej ze względu na zagrożenie ze strony Rosji. Estońska Liga Obrony licząca ok. 13 tys. żołnierzy, łotewska Zemessardze ok. 10,5 tys. żołnierzy, litewski KASP ponad 14 tys. Kuzynka robi wielkie oczy, ale dalej upiera się przy swoim – „Nic nie zmieni tego, że to jest wojsko Macierewicza”. Polska równoległa.

Koledze w pracy mówię z satysfakcją, licząc że będzie w równym stopniu usatysfakcjonowany – „Popatrz, latami nie dało się kupić samolotu dla VIP-ów, a teraz się dało. Fajne te Boeingi”. Odburkuje ponuro – „Zbędny wydatek”. Tłumaczę, że właśnie niezbędny – względy bezpieczeństwa, prestiż, w ogólnym rozrachunku mniejsze koszty niż dotychczasowy leasing Embraerów. Wzruszenie ramion. Polska równoległa.

Przykłady można byłoby mnożyć praktycznie w nieskończoność. 500+ – bez sensu, nie będzie na to pieniędzy. Kiedy okazuje się, że pieniądze są – dać także na pierwsze dziecko. Górnictwo jest nieopłacalne. Kiedy staje się opłacalne – jest niebezpieczne, zbyt dużo wypadków. Odbudowa przemysłu stoczniowego – absurd, na tym nie da się już zarabiać. Kiedy przemysł stoczniowy powoli staje na nogi, przedstawiciele Polski równoległej mówią – rząd nic nie robi dla polskich stoczni. Protest osób niepełnosprawnych – po latach zaniedbań rząd oferuje i wprowadza w życie konkretne rozwiązania. Przedstawiciele Polski równoległej mówią – rząd niczego nie proponuje. Polemizowanie z tego typu zmanipulowaną dialektyką jako żywo przypomina walenie głową w mur. Nie przepadam za tym, ale dla sprawy będę walić dalej.

Gałczyńskiego 7 odnawia wspomnienia

Dariusz Linde opowiada o renowacji starego motoroweru

– Był początek lat dziewięćdziesiątych, kilka dni przed wakacjami. Miałem wtedy nieco więcej niż 10 lat. Z pewnością było to jedno z rodzinnych spotkań, które odbywały się u moich dziadków. To wtedy wujek przekazał mi tę świetną dla mnie wiadomość, na którą czekałem od dawna. Powiedział, że w garażu ma dla mnie niespodziankę. Najprawdziwszy motorower, który po drobnych naprawach będzie mi służył na letnie wypady nad jezioro albo grzyby. Wtedy dla dzieciaka w moim wieku była to prawdziwa bomba, którą dzisiejsza młodzież pewnie mogłaby porównać jedynie z nowym smartfonem, tabletem czy innym dronem. My wtedy mieliśmy inne „zabawki”. W ten oto sposób stałem się szczęśliwym posiadaczem własnego pojazdu mechanicznego. Był to już kilkuletni Romet Ogar, który od dłuższego czasu nie był na chodzie – opowiada Dariusz Linde zapytany o pasje, towarzyszące mu do dnia dzisiejszego. „Romecik” z racji swojej bardzo prostej konstrukcji i – jak się później okazało – delikatnej, miał taką przypadłość, iż w rękach młodego człowieka częściej był zepsuty niż sprawny. Taki stan rzeczy sprawił, że bardzo szybko poznałem jego budowę właściwie od pierwszej do ostatniej śrubki. Śmiało można powiedzieć, iż wówczas potrafiłem go naprawiać z zamkniętymi oczami. Od tamtego momentu minęło prawie ćwierć wieku. W międzyczasie ukończyłem technikum samochodowe, studiowałem na Politechnice, a od ponad 10 lat pracuję z ludźmi, którzy mają problemy ze wzrokiem. Lubię swoją pracę w Fundacji Szansa dla Niewidomych i chyba całkiem nieźle się w niej odnajduję, ale bakcyl motoryzacji, jaki zaszczepiono mi w dzieciństwie, został mi do dziś. Dlatego podczas jakiegoś luźniejszego spotkania z naszymi beneficjentami, a właściwie głównie kolegami czy nawet przyjaciółmi doszliśmy do wniosku, że można by było zrobić coś innego niż szkolenia zawodowe albo kurs obsługi komputera. I tak, od słowa do słowa, narodził się pomysł, aby nasz salon szkoleniowy stał się na pewien czas warsztatem, w którym odbudujemy dokładnie taki sam motorower, o jakim wspominałem wcześniej.

– Będziecie naprawiali twój motorower?

– Tak, ale nie jest to ten sprzed lat. Z czasem został zamieniony na coś szybszego, a jeszcze trochę później po prostu na samochód. Co ciekawe, w szukaniu i zakupie kandydata do odbudowy pomógł ten sam wujek, który znalazł dla mnie mój pierwszy motorower. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło. Tym razem nie skończyło się jednak na jednej sztuce, bo jako bonus dostaliśmy jeszcze drugi w częściach.

– Czyli będzie wam łatwiej przeprowadzić proces odbudowy?

– W pewnym sensie tak, gdyż do odbudowy będziemy mogli wybrać elementy najmniej zużyte i zniszczone. Należy jednak pamiętać, że rozmawiamy o produkcie PRL-u, który ma ponad 30 lat. W tamtych czasach jakość produkcji delikatnie mówiąc nie stała na najwyższym poziomie. Dlatego też wiele części będziemy musieli odnowić lub po prostu kupić nowe. Celowo wybraliśmy taki projekt, który nie będzie za trudny i nie pokona nas finansowo.

– Co już zostało zrobione i jakie macie plany na najbliższe działania?

– Obecnie nasz kandydat na zabytek został zupełnie i całkowicie rozłożony na części. Wszystkie elementy blacharskie, czyli błotniki, zbiornik, rama oraz przedni widelec, trafiły do lakiernika. Tej operacji sami nie jesteśmy w stanie wykonać, ale i ludzie widzący też tego sami nie robią – lakierowanie zlecają specjalistycznym warsztatom. Przed lakierowaniem wszystkie elementy trzeba oczyścić. Dlatego na początek poddaje się je procesowi zwanemu piaskowaniem. Ma on na celu usunięcie starej warstwy lakieru oraz wszystkich ognisk korozji. Tak przygotowana blacha jest malowana lakierem podkładowym. Jeśli element ma uszkodzenia, wypełniane są one szpachlą, następnie szlifowane, aż uzyskają idealny kształt. Na tak przygotowaną powierzchnię nakładana jest dopiero ostatnia warstwa lakieru. W naszym przypadku wybraliśmy piękny soczysty czerwony kolor z palety Mazdy. W tej chwili czekamy na polakierowane elementy. Nie czekamy jednak bezczynnie, gdyż równolegle kompletujemy potrzebne podzespoły. Jako cel założyliśmy, że Romet po odbudowie będzie wyglądał co najmniej tak dobrze jak w dniu, w którym opuścił fabrykę, albo nawet lepiej. Dlatego konieczne jest odnowienie wszystkich powłok chromowanych. To jest, obok lakierowania, jedna z najdroższych operacji i tego też nikt nie zrobi sam w domu. Na szczęście nie wszystko trzeba odnawiać, a niektóre części takie jak kierownica, klamki czyli dźwignię sprzęgła i hamulca ręcznego lub dźwignię zmiany biegów można kupić już odnowione na allegro oraz innych portalach aukcyjnych. Tak jest po prostu taniej. Dla przykładu powiem, że cena chromowania zderzaka do samochodu sprzed kilkudziesięciu lat może wynosić ponad 3000 zł. To obrazuje, że zadanie, jakie sobie wyznaczyliśmy i dla nas jest pewnym wyzwaniem finansowym. Jeśli nasz pojazd ma być taki super, to nie może tylko pięknie wyglądać, ale musi też sprawnie się poruszać. Dlatego też czeka nas generalny remont silnika. Będzie to czas, abym mógł się podzielić swoją wiedzą na temat budowy pojazdów. Bazując na takim prostym silniku moi niewidomi i słabowidzący koledzy będą mogli zrozumieć jak to się dzieje, że spalanie benzyny generuje moment obrotowy na kołach, jak zbudowany jest gaźnik, prosty układ zapłonowy oraz dwubiegowa skrzynia biegów. Myślę, że w obecnych czasach mało kto zastanawia się nad zasadą działania takich elementów mechanicznych. Jak coś się zepsuje, po prostu jedziemy do serwisu i zlecamy naprawę, albo kupujemy nowe urządzenie. Dlatego sądzę, że nasze działanie ma w tym względzie sporą wartość edukacyjną, w szczególności dla ludzi, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z nawet tak prostą mechaniką. To nie wszystko. Na ten moment jeszcze nie zajęliśmy się kołami. Prawdopodobnie trzeba będzie wymienić wszystkie szprychy, a następnie odpowiednio je naciągnąć tak, aby obręcze miały idealnie okrągły kształt. Wymienimy również całą instalację elektryczną oraz najprawdopodobniej obicie siedziska. Na koniec czeka nas montaż lamp, przełącznika świateł oraz klaksonu. Jeśli się to wszystko podsumuje, wyjdzie nam całkiem sporo godzin wspólnej pracy oraz – mam nadzieję – dobrej zabawy.

– A jak już skończycie swoją pracę?

– Wtedy oczywiście pochwalimy się naszym dziełem i z pewnością znajdziemy takie miejsce, pewnie tor wyścigowy lub zamknięte lotnisko, na którym sami będziemy mogli poczuć moc tych niemal 2 KM, powąchać zapachu spalonej mieszanki benzyny z olejem, no i ten słynny ? wiatr we włosach. Jestem przekonany, że tak właśnie zrobimy, bo skoro niewidomi mogą skakać na spadochronie, jeździć samochodem, to dlaczego mieliby nie móc przejechać się małym motorkiem? Chciałbym, żeby wszystko to, co zrobimy, miało jakiś cel, żeby ten pojazd potem jeszcze komuś służył, choćby do zabawy.

– Dziękuję za rozmowę.

Darek pracuje w warszawskim oddziale Fundacji Szansa dla Niewidomych przy ul. Gałczyńskiego 7. Pełni tam funkcję kierownika oddziału, jest koordynatorem i pomysłodawcą wielu działań, jakie mają tam miejsce. Przede wszystkim jednak jest człowiekiem z ogromną pasją, którą potrafi zarażać innych. Czekamy na kolejne ciekawe projekty. Zachęcamy również do odwiedzania salonu prezentacyjnego Fundacji. Z pewnością warto!

Reprezentacja Polski w blind footballu z historycznym sukcesem!

Jest 9 maja 2018 roku. Kadra Polski przyjeżdża do Krakowa, gdzie dzień później rozpocznie się międzynarodowy turniej w piłkę nożną niewidomych 3rd IBSA Blind Football Euro Challenge Cup. Turniej ten jest prezentem od IBSA, a reprezentacja Polski musi go wykorzystać do rozwoju i startu na nowo z tą dyscypliną w Polsce. Jak mówi trener, głównym celem kadry jest start na paraolimpiadzie.

Następnego dnia zawodnicy prowadzeni przez trenera Lubomira Praska wyszli zmotywowani, ale i niepewni co ich czeka w meczu z Irlandią. Od początku nasi zawodnicy dominowali, ale w pierwszej połowie żaden strzał nie zakończył się bramką. Dopiero druga połowa przyniosła efekty. Mecz zakończył się wynikiem 1:0, a Polska była już coraz bliżej wyjścia z grupy. W piątek 11 maja Polacy grali mecz o awans z grupy, z pierwszego miejsca. Szwajcaria była jedną wielką niewiadomą. Okazało się, że strach był zbędny. Polacy ustanowili swój rekord wygrywając 8:0! 2 bramki zdobył Martin Jung, który skończył szkołę muzyczną 2 stopnia i na trąbce gra równie świetnie co w blind football. Kolejne 2 bramki dołożył kapitan drużyny Marcin Ryszka, czyli medalista Mistrzostw Świata i Europy w pływaniu oraz paraolimpijczyk z Pekinu i Londynu. Następne 2 trafienia (jedno z rzutu karnego) dołożył Robert Mkrtchyan – „polski Mychitarian”, ponieważ również posiada ormiańskie korzenie. Siódmą bramkę zdobył Artur Fleszar, dla którego była to… pierwsza bramka w karierze! Ostatnia bramka należała do Łukasza Byczkowskiego, który swoimi umiejętnościami potrafi zawstydzić widzących piłkarzy! Zbyt wiele pracy nie miał bramkarz reprezentacji Polski Krzysztof Apolinarski, który przed laty grał w polskiej ekstraklasie!

W ten sposób w grupie A Polacy zajęli pierwsze miejsce, drugie Irlandia, a Szwajcarii został jedynie do rozegrania mecz o 5 miejsce w turnieju. Węgry wygrały grupę B, drugie miejsce zajęła Białoruś, a trzecie należało do Austrii. 11 maja odbył się półfinał Polska – Białoruś okrzyknięty najważniejszym i najtrudniejszym meczem turnieju. Mecz Polacy rozpoczęli w składzie: Krzysztof „Apoli” Apolinarski (bramkarz), Marcin „Rycha” Ryszka (napastnik), Martin „Bungu” Jung (napastnik), Adrian „Słoniu” Słoninka (obrońca), Mateusz „Mojżesz” Krzyszkowski (obrona). Słoniu – medalista Mistrzostw Świata w Showdown – twardo stoi na nogach. Gdyby zawodnicy przeciwnej drużyny mogli zobaczyć posturę Słonia; z pewnością by się jeszcze bardziej przerazili! Kolejny obrońca to Mojżesz/Mojgi – sympatyczny student, ale na boisku już taki sympatyczny dla rywali nie jest. Nie ma możliwości, żeby przeciwnik go minął. Ich godnym zmiennikiem jest „Woszczu”. Rycha i Bungu zaczęli mecz częstymi podaniami, dzięki czemu przeciwnicy szybko stracili kontrolę nad spotkaniem. Pierwsza bramka dla Polski! Druga bramka dla Polski! Nasz muzyk Martin Jung był autorem obu trafień. Zmiana. Za Bunga wchodzi Robert Mkrtchyan, za Rychę wchodzi Łukasz „Byku” Byczkowski. Trzecia bramka dla Polski! Czwarta bramka dla Polski! Obie strzelił „polski Mychitarian”.

Żadna bramka by nie wpadła, gdyby nie świetna komunikacja z trenerem, ale przede wszystkim z przewodnikiem, który stoi za bramką przeciwnika. Mikołaj Nowacki, bo o nim mowa, dyryguje napastnikami, dzięki czemu wiedzą ile metrów mają do bramki i ilu przeciwników mają przed sobą. Mecz skończył się wynikiem 4:1 dla naszych i tym samym Polska trafiła do finału, a Białoruś musi się zadowolić meczem o trzecie miejsce. W kolejnym półfinale Węgrzy zremisowani 0:0 z Irlandią i o tym, kto zagra z Polakami w finale, zadecydowały rzuty karne. W karnych lepszą drużyną okazali się Irlandczycy, którzy wygrali 1:0. Naszych reprezentantów w piłce nożnej niewidomych czekała powtórka z rozrywki. Rozpoczęli turniej od meczu z Irlandią i już wiadome było, że również z Irlandczykami zagrają ostatni, finałowy mecz. W ostatnim dniu turnieju Austria w meczu o piąte miejsce wygrała ze Szwajcarią pokonując ich 8:2! Co więcej, wszystkie bramki dla Austrii strzelił Hösgören – zdobywając tytuł króla strzelców. W drużynie Austrii kapitanem drużyny była kobieta – taka sytuacja miała miejsce po raz pierwszy w historii blind footballu. W meczu o trzecie miejsce lepsi okazali się ponownie Węgrzy, pokonując Białoruś 2:0. Wreszcie nadszedł czas na finał. Polacy rozpoczęli w podobnym składzie jak w meczu z Białorusią. Jedyna zmiana nastąpiła na pozycji bramkarza. Krzysztof „Bioły” Bednarkiewicz na co dzień mieszka w Wiedniu. Dostał nawet propozycję, aby bronić w reprezentacji Austrii, ale oczywiście zrezygnował. Bioły potrafi przyjechać z Austrii na jeden dzień, zagrać 2 mecze i wrócić do Wiednia, ponieważ tak silnie jest związany z drużyną.

Kibice na mecz finałowy zapełnili całe trybuny. Hymn Polski. Przemowa trenera. Okrzyk bojowy, a następnie gwizdek sędziowski rozpoczął finał! Polacy od początku przeważali, szarżowali na bramkę przeciwnika, ale wciąż brakowało wykończenia. Trener Lubomir Prask zarządził zmianę i na boisku pojawił się duet Robert Mkrtchyan & Łukasz Byczkowski. Piękna akcja Byka i uderzenie z pierwszej piłki, ale bramkarz fantastycznie wypiąstkował piłkę. Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. Zrobiło się nerwowo. Trener zarządził zmiany powrotne. Druga połowa rozpoczęła się obiecująco! Irlandczycy w tarapatach; strzał, następny, jeszcze jeden i… bramka! Marcin Ryszka! – całe trybuny krzyczą bez przerwy – Marcin Ryszka! Kapitan reprezentacji Polski strzelił bramkę na 1:0 i tym samym Polska zwyciężyła w międzynarodowym turnieju 3rd IBSA Blind Football Euro Challenge Cup! Prezent w postaci organizacji turnieju w Krakowie od IBSA został wykorzystany. Polacy pokazali się na arenie międzynarodowej z najlepszej strony, jednocześnie pokazując, że na boisku dla rywali nie są gościnni! Obecnie w Polsce funkcjonują dwie drużyny w blind footballu: Sprint Wrocław oraz Tyniecka NWP Kraków. Miejmy nadzieję, że ten turniej pozwoli rozwinąć piłkę nożną niewidomych w Polsce.

Kadra Polski

Lubomir Prask – trener

Piotr Nisyczyński – drugi trener

Mikołaj Nowacki – przewodnik

Krzysztof Bednarkiewicz – bramkarz

Krzysztof Apolinarski – bramkarz

Michał Woszczak – obrońca

Adrian Słoninka – obrońca

Mateusz Krzyszkowski – obrońca

Artur Fleszar – obrońca

Marcin Ryszka – pomocnik

Łukasz Byczkowski – pomocnik

Martin Jung – napastnik

Robert Mkrtchyan – napastnik

W siodle i na oklep – hipoterapia w praktyce

Iga Jagodzińska w rozmowie z Joanną Kubisą z Fundacji Stworzenia Pana Smolenia

I.J.: Pani Joanno, słowem wstępu – czy może Pani opowiedzieć o codziennej działalności Fundacji Stworzenia Pana Smolenia?

J.K.: Jest nią prowadzenie zajęć hipoterapii, opieka nad naszymi końmi, które już trochę się zestarzały i wymagają coraz więcej pracy. Mamy też zajęcia parapowożenia, skierowane dla osób poruszających się na wózkach, ale mających sprawne ręce. Posiadamy specjalistyczne bryczki – konie zaprzęgowe są do tego przygotowane. Pracują z nami świetni trenerzy. Zajmujemy się też prowadzeniem nauki jazdy konnej, ale głównie dla rodzeństwa osób przyjeżdżających na zajęcia hipoterapii. Na pewno nie zmienimy się w szkółkę jeździecką – za bardzo lubimy konie.

I.J.: Czym zatem dla Państwa różni się hipoterapia od zwykłej nauki jazdy? Jaka jest podstawowa różnica?

J.K.: Są to dwie odrębne dziedziny. Hipoterapia jest skierowana do osób z niepełnosprawnością. Pracujemy stricte nad daną niepełnosprawnością. A my – sprawni – coraz częściej potrzebujemy tego typu pomocy, siedząc cały dzień przy komputerze. Jazda konna jest formą spędzania czasu, która niesie ze sobą wiele różnych korzyści w wielu sferach.

I.J.: Bardzo interesuje mnie, jak wygląda zwykły dzień w Fundacji. Od czego się zaczyna i czym się kończy?

J.K.: To zależy od pory roku. Teraz konie wypuszcza się o 5 rano, a w czasie upałów wieczorem i sprowadza około godziny 8, po całej nocy pobytu na łące. Warunki atmosferyczne dyktują plany. Pracy jest nieustająco bardzo dużo, nie jestem w stanie w żaden sposób jej przerobić (śmiech). Trzeba wybrać najważniejsze elementy. Podstawowym jest dobro naszych koni – to przede wszystkim one muszą być obsłużone – z prostej przyczyny – same tego nie zrobią. Drugim najważniejszym elementem, gdy koń jest już najedzony i przygotowany, są nasi pacjenci. Mamy regularne zajęcia, poza poniedziałkiem odbywają się codziennie. Są dni, gdy zaczynamy o 9 rano, a kończymy o 19. W takim tempie staramy się już nie pracować, bo ilość nie idzie w parze z jakością zajęć. Nawet jeżeli jest to tylko i aż 6 godzin pracy z pacjentami, jak to odbywa sie w sobotę i niedzielę, to tempo jest duże.

I.J.: Rozumiem, że przy tym tempie nadal ważne jest dla Państwa skupienie i na człowieku, i na koniu oraz ich współpracy. Jakie są metody pracy z osobami z niepełnosprawnościami? Jak wygląda pierwsze spotkanie osoby niepełnosprawnej z koniem, jeżeli nigdy wcześniej nie miała do czynienia z tego typu terapią?

J.K.: U każdego odbywa się to indywidualnie. Są osoby, które pierwszy raz widzą konia i natychmiast do niego podbiegają, od razu się przytulają, ale są też takie, które wymagają kilku spotkań, żeby w ogóle konia dotknąć. Nie ma jednej techniki pracy. Wydaje mi się, że osoby, które pracują w hipoterapii, są specyficzne, ponieważ są wyczulone na język ciała koni. Konie porozumiewają się ze sobą mową ciała i przekazują sobie mnóstwo istotnych dla nich rzeczy. Obserwacja koni przekłada się na obserwację pacjenta. Pacjent nie musi mówić, wystarczy obserwować jego mowę ciała, żeby zauważyć, co możemy zrobić, a czego nie.

I.J.: To prawda, w ciele zapisanych jest wiele informacji, których czasami nie chcemy udzielać, a które widać przy takiej pracy. Jak to jest z dobieraniem konia, który będzie odpowiedni dla danej osoby? Jest to proces, w którym pojawia się świadomość, z którym koniem współpraca będzie udana dla obu stron?

J.K.: Zasadą obowiązującą przy usprawnianiu ruchowym jest to, żeby koń poruszał się mniej więcej w tempie osoby, z którą pracujemy. Jeśli jest to dziecko, koń nie powinien być duży, bo ma bardzo długie kroki. Powinniśmy tak dostosować tempo, żeby ruch miednicy miał odwzorowanie ruchu człowieka. Zdarzało się, że małe, usprawniane ruchowo osoby siedziały na Czekanie (koniu służącym niegdyś w policji), bo było to ich marzeniem. W całej terapii najważniejszy jest aspekt psychologiczny. Jeżeli pacjenci będą pracować z radością, to dużo osiągniemy. Koń powinien być takim rodzajem terapii, która oprócz niebywałych walorów w aspekcie fizyczności, przynosi również przyjemność bycia z nim.

I.J.: Osobiście mam styczność z końmi od kilku lat i bardzo lubię kontakt ze zwierzęciem, które jest o wiele większe od nas, ale współpracuje – człowiek i jeździec to jedno. Wydaje mi się to ważne, nie tylko w kontekście jazdy konnej, ale w ogóle pracy z koniem. Myślę, że to trudny do osiągnięcia stan, ale możliwy.

J.K.: To tak właśnie działa, ale trzeba poświęcić trochę czasu. Mnie boli to, że w tej chwili komercja sięga wszędzie i nie mówię o hipoterapii, bo tu sprawa wygląda inaczej, ale o tym, że ludzie płacą, chcą pogalopować – i do domu. Na szczęście rozwija się szkoła natural horsemanship – po prostu bycia z koniem, obserwacji zwierzęcia, próby nawiązania z nim kontaktu, rozmowy, nie tylko poprzez realizację jakiejś jazdy od-do. Byłam w kilku takich ośrodkach i udawało mi się obserwować ludzi, którzy po prostu przyjeżdżają z koniem popracować, nie wsiadając na niego. Pracują z ziemi – i też nie po to, żeby osiągnąć nie wiadomo jaki efekt, tylko po to, by z tym koniem być. U nas się to też powoli pojawia – niektórzy rodzice dziecka, które jeździ konno, zajmują się na przykład koniem-emerytem. Proszę mi wierzyć, że zdrowe dzieci, które były u nas i wróciły, chciały coś powtórzyć. Wie Pani co? Tak zwaną końską restaurację, czyli jedziemy na oklep, bez siodeł i pasiemy konie. Siedzimy na nich, one sobie jedzą, a my gadamy. Piękne jest to, że one też to zobaczyły, że klucz nie jest w tym, jak wysoko skaczemy.

I.J.: A są przeszkody o ponad 2 metrach wysokości.

J.K.: Czy ktokolwiek myśli o tym, co taki koń czuje? Jest wożony z zawodów na zawody i jest wart tyle, ile wyskacze. Tylko nieliczni myślą o dobrostanie, również psychicznym, zwierzęcia.

I.J.: Mówi Pani o koniach-staruszkach, które wymagają innej ręki, może bardziej cierpliwej. Wydaje mi się, że mają one również własne niepełnosprawności. Nie pod względem ruchu, ale na przykład urazów, uprzedzeń, swoich historii. To też jest fascynujące, że jeździeć może dać coś koniowi i mu pomóc. Hipoterapia moim zdaniem nie jest przeznaczona tylko dla ludzi.

J.K.: W hipoterapii piękne jest to, że dzieci, którymi zazwyczaj ktoś się opiekuje, mogą zaopiekować się o wiele większym od siebie zwierzęciem. To nie jest tylko sprawczość, że kierują nim i on idzie w dobrym kierunku, ale również opieka.

I.J.: Chciałabym też zapytać Panią o pracę z osobami z dysfunkcją wzroku. Jak to wygląda? Dużo takich osób przyjeżdża do Państwa?

J.K.: Niestety, odległość hamuje spotkania na przykład z osobami z Owińsk, natomiast była u nas dziewczynka, która była wożona w klasycznej hipoterapii z pełną asekuracją, a u nas doszła do poziomu samodzielnej jazdy – jeździła kłusem.

I.J.: Niesamowite.

J.K.: Było to bardzo przyjemne – po pierwszym galopie opowiadała: „Mamo, fruwałam”.

I.J.: Dla człowieka, który widzi, jest to niesamowite i bardzo przyjemne uczucie. Czy osobom niepełnosprawnym jest łatwo nawiązać kontakt z koniem? Czy są bariery zarówno fizyczne i psychiczne, jakie te osoby napotykają podczas hipoterapii? Na pewno każdy przypadek jest inny, ale czy zauważa Pani jakąś prawidłowość?

J.K.: Nie przesadzałabym z myśleniem, że koń od razu zaopiekuje się taką osobą. Zdarzały mi się sytuacje, że na tym samym koniu jeździec siedział rano i nie mógł go utrzymać, a po południu siadała osoba niepełnosprawna jeżdżąca samodzielnie i koń chodził potulnie jak baranek. Jak mam to odczytać? Każdy człowiek przekazuje inne emocje koniowi. Jeżeli jeździec był bardzo spięty i chciał czegoś dokonać, to koń również się spinał. Jeżeli osoba niepełnosprawna nie miała takiej wewnętrznej energii, koń zachował się adekwatnie do energii tej osoby. Niepełnosprawni zazwyczaj nie są roszczeniowi, nie mają potrzeby, żeby coś zrobić natychmiast – i konie to odbierają. Oczywiście jeśli koń nie jest dobrze prowadzony, to będzie się zawsze bronił, ale gdy jest otwarty na człowieka – odbiera jego emocje. I – jeśli osoba ta ma dużą stereotypię zachowania, na przykład ze względu na autyzm i będzie wykonywała różne ruchy i wydawała dziwne dźwięki – to koń nie będzie czuł się komfortowo. Każdy przypadek jest niewątpliwie indywidualny, ale zdarza mi się mylić w ocenach i zarówno nasi jeźdźcy, jak i konie zaskakują mnie często bardzo pozytywnie.

I.J.: Czy są osoby, które przyjeżdżają tutaj od kilku, kilkunastu lat?

J.K.: Są takie, które przyjeżdżają od początku, czyli od 14 lat.

I.J.: Ostatnie pytanie: czy osoba niewidoma może spędzić na przykład wakacje w siodle?

J.K.: Tak.

Nasze przygody w Wietnamie cz. 1

Nie samą pracą człowiek żyje. Czasem warto zrobić sobie urlop. Najlepiej jak najdalej od codziennego otoczenia, poznać i zatopić się w inną kulturę. Jednym z najciekawszych, a dostępnych cenowo kierunków jest Azja. My wybraliśmy Wietnam, który jest bardziej dziki od Malezji, a mniej komercyjny od znanej wszystkim Tajlandii. Podczas wycieczki zastanawialiśmy się czy niewidomy ma jakiekolwiek szanse w takim kraju? Czy jest w stanie samodzielnie się przemieszczać? Na te i kilka innych pytań postaramy się odpowiedzieć opisując nasze przygody w Wietnamie.

Jedno jest pewne – podróże kształcą i rehabilitują. Będąc w podróży uczymy się samodyscypliny, zaradności i pokonywania przeciwności. Poznając nową kulturę stajemy się bardziej tolerancyjni i otwarci na inność. Podróże, choć fascynujące, nie zawsze są łatwe. Ale właśnie dzięki temu mogą nauczyć nowych umiejętności. Najlepiej bowiem uczymy się wtedy, kiedy nie mamy wyboru, lecz po prostu musimy działać. Przez ten czas jesteśmy Panami swojego losu i decydujemy o swoim życiu w każdym jego aspekcie. Czy można sobie wyobrazić lepszą formę rehabilitacji?

Viet Nam

Wietnam, Socjalistyczna Republika Wietnamu ? państwo w Azji Południowo-Wschodniej, położone na Półwyspie Indochińskim, graniczące z Chińską Republiką Ludową, Laosem i Kambodżą. Posiadając liczbę ludności ponad 90 mln jest piętnastym co do wielkości populacji państwem świata.

Powierzchnia Wietnamu wynosi około 331 210 km?. Długość granic kraju to 4639 km. Najwyższą górą jest Phan Xi Păng 3143 m n.p.m., najdłuższa rzeka to Rzeka Czerwona (450 km na terytorium Wietnamu).

Podróż krok po kroku

Mieliśmy dwa tygodnie na zwiedzenie Wietnamu – to mało i dużo. Każdemu polecam się zastanowić czy zwiedziłby dostatecznie dobrze Polskę w dwa tygodnie, mniejszy kraj, który znamy jak własną kieszeń i mówimy w tym samym języku, a następnie dopiero usiąść do planowania. Optymalnie jest mieć 3 tygodnie, ale w 2 tygodnie, jak zaraz to opiszemy, też się da, trzeba jednak więcej samozaparcia.

Wizy

Wizę do Wietnamu można dostać na dwa sposoby:

  • składając wniosek o jej wydanie w konsulacie Wietnamu w Warszawie
  • działając przez pośrednika, załatwić promesę wizową.

Pierwsza opcja jest dobra dla mieszkańców stolicy, gdyż w konsulacie trzeba pokazać paszport. Znajoma taki wniosek złożyła na odległość, wysyłając paszporty pocztą.

Koszty: 8$ – promesa, 47 PLN – honorarium pośrednika, 25$ – wiza (płatne na lotnisku w Wietnamie). Prościzna.

Szczepienia

Lecąc do egzotycznych krajów warto się zaszczepić. My ostatecznie zdecydowaliśmy się na podstawowy zestaw, w którym były szczepionki m.in. przeciwko żółtaczce typu A i B oraz dur brzuszny. Oczywiście czytając o chorobach w Azji można się było przerazić. Dur brzuszny, denga, japońskie zapalenie mózgu, malaria. Na niektóre nie było szczepionek. Na inne były, ale efekty uboczne potrafiły być gorsze od samej choroby. Jednak warto się zaszczepić, gdy człowiek jest rozsądny nie powinno mu się nic stać.

Jak się spakować?

Jeżeli planujecie samodzielnie zwiedzić jakiś kraj pociągami i samolotami, zapomnijcie o walizkach na kółkach. To dobre rozwiązanie, gdy wybieramy się na wakacje w jedno miejsce. Gdy zmieniamy miejsce co 2-3 dni tak jak my, najlepiej zmieścić się w plecak 40-50 litrowy. Ubrania po tygodniu można wyprać za kilkanaście złotych i zawsze można coś dokupić. Ja doszedłem do opcji: apteczka, podróżna kurtka przeciwdeszczowa, kocyk do przykrycia, polar, spodnie z odpinanymi nogawkami, krótkie spodenki sportowe, 7 koszulek, 7 par majtek, kilka skarpetek, sandałki i japonki. Resztę zajmuje sprzęt foto, który też ograniczam do minimum (dwa obiektywy). Z żoną jest trochę gorzej, ale mieści się w te 50 litrów… Warto mieć drugi plecak szkolny na codzienne wojaże, można go zabrać jako bagaż podręczny, ale lepiej zmieścić do plecaka, żeby nie nosić go podczas przemieszczania po kraju docelowym.

Wylot z Warszawy do Sajgonu

Lot trwa około 14 h z przesiadką w Doha. Bilety warto kupić wcześniej i zaczaić się na okazję, zazwyczaj udaje się kupić bilet w cenie ok. 2000 zł. Można zrobić to jeszcze taniej lecąc z innego kraju, ale dodając koszty dojazdu i stratę cennych dni, nie zawsze jest to optymalne rozwiązanie.

Lotnisko w Sajgonie

Pierwsza rzecz to wymiana pieniędzy na Dongi, ale uwaga! Nie wymieniajcie wszystkich, na początek wystarczy 100 dolarów. Kurs Donga do Dolara to 22 803, więc otrzymuje się miliony, jak w latach 90 w Polsce. W Wietnamie jest dosyć bezpiecznie, ale warto przeliczyć czy dobrze wydają nam pieniądze i trzymać je rozdzielone w różnych miejscach – nieważne w jakim jesteś kraju. Z międzynarodowego lotniska w Sajgonie od razu zdecydowaliśmy się lecieć na północ kraju do Hanoi i zjeżdżać w dół kraju. Poszliśmy więc na terminal lokalny. Warto wcześniej się zorientować w Internecie, jakie są opcje. Samoloty latają mniej więcej co 1-2 h, a ceny wahają się od bardzo tanich do bardzo wysokich: od ok. 200 zł za bilet do nawet 900 zł. Lot do Hanoi zajmuje około 1 godzinę.

Przylot do Hanoi

Po przylocie jedziemy od razu do hotelu. To jedyny hotel, który zarezerwowaliśmy wcześniej. W naszych podróżach chcemy być jak najbardziej elastyczni i następne hotele wyszukujemy poprzez portal Booking.com – jest ich pod dostatkiem. Jednak ten pierwszy hotel po kilkunastu godzinach lotu warto już mieć. Na pierwszą noc wybieramy lepsze hotele, bo po prostu szybko trzeba się zregenerować. Drogę z lotniska do hotelu najlepiej pokonać busem (ok. 10 zł od osoby), taksówki to ostateczność w każdej podróży, niestety, szczególnie na lotniskach jest drogo, a kierowcy lubią oszukiwać, więc warto ustalić na początku cenę. My, jeśli musieliśmy, korzystaliśmy z Ubera.

Jet Lag

Wylecieliśmy ok. 18 z Polski, a w Hotelu Hanoi byliśmy ok. godziny 18 następnego dnia (trzeba doliczyć 7 godzin do przodu). Po krótkiej drzemce w hotelu kusi człowieka, żeby wyjść na miasto, ale zrobiliśmy to tylko po to, aby coś zjeść. Jak najszybciej trzeba przestawić się na czas lokalny, więc gdy przyjeżdżamy rano nie pozwalamy sobie na długi sen, by w nocy usnąć o godzinie lokalnej, tak jak w domu. Gdy zaniedba się przestawienie, można dochodzić do siebie kilka dni, a na to po prostu nie ma czasu. Najlepsza dzielnica do mieszkania to Hoan Kiem, blisko do głównego deptaka i najważniejszych atrakcji.

Pierwsze wrażenie

Najbardziej lubię ten moment, gdy wychodzimy z lotniska i odczuwamy inny klimat kraju, w którym jesteśmy. Pierwsze co do mnie dociera, to oczywiście temperatura i inna wilgotność powietrza. Azja jest wilgotna i parna, potrzeba kilku sekund, żeby złapać oddech. Następnie widzę te kompletnie inne twarze i inny sposób bycia ludzi – to oczywiście pozory, bo głęboko wierzę, że środku wszyscy jesteśmy tacy sami. W Wietnamie przez wojnę sporo osób zna angielski, więc z dogadaniem się nie ma problemu, choć swojskie migi są zawsze pomocne. Ludzie zachowują się jak stereotypowi Azjaci, są uprzejmi i gdy nawet nie wiedzą co powiedzieć, to uprzejmość nie pozwala im nie odpowiedzieć, więc trzeba uważać, bo potrafią pokierować w kompletnie złą stronę.

Hanoi

Pierwsze nasze spotkanie z wietnamską ulicą. Tysiące straganików, restauracji i setki skuterków. Można było poczuć klimat i historię tego miejsca. Mieliśmy wrażenie, że coś podobnego widzieliśmy w popularnych filmach o Wietnamie. Najlepsze i najbardziej satysfakcjonujące jest jedzenie. Zazwyczaj to uliczne biznesy jednoosobowe. Pani kucharka ma duży garnek zupy Pho lub innej, jakieś mięso na grillu i masę warzyw. Dla gości jest dostępny malutki dziecięcy stoliczek i równie małe stołeczki do siedzenia w kucki – zgodnie możemy powiedzieć, że takiego jedzenia nie zjecie w najlepszej Azjatyckiej restauracji w Polsce, a posiłki kosztują od 5 do 10 zł! Polecamy zupę o nazwie Bún ch?. To jedno z naszych ulubionych dań – proste, ale wymaga kolektywnej pracy wielu osób. Bún ch? grillowana i jedzona w samotności po prostu nie smakuje! Jej sekretem jest ekstremalnie świeże mięso – w Wietnamie ze względu na klimat nie ma mowy o długim przechowywaniu nieprzetworzonych składników. Być może w następnych numerach damy przepis na tę zupę – jeśli chcecie, napiszcie do redakcji Helpa!

Hanoi – stolica i największe obok Ho Chi Minh miasto Wietnamu, usytuowane w Delcie Rzeki Czerwonej, w Tonkinie. Mimo wielokrotnych zniszczeń w Hanoi wciąż istnieje wiele zabytków starej architektury, szczególnie na Starym Mieście (dzielnica Ho?n Ki?m). Jest tu wciąż praktykowanych wiele tradycyjnych rzemiosł, jak formowanie brązu, produkcja wyrobów z laki, grawerstwo czy haft.

Hanoi jako jedno z niewielu miast w Wietnamu jest dosyć dostępne dla niewidomych, na chodnikach są ścieżki naprowadzające. Niestety, ogromny ruch, tłok i szalone przejścia dla pieszych są przerażające dla widzących, a co dopiero dla niewidomych. Oczywiście lokalni niewidomi poruszają się po mieście, ale jest to widok bardzo rzadki.

Szok co krok

Dla Europejczyka wielkie miasta Wietnamu są prawdziwym wyzwaniem. Szokiem natomiast jest organizacja ruchu ulicznego. Na pierwszy rzut oka setki tysięcy pojazdów, od rowerów przez wszechobecne skutery najróżniejszych marek po luksusowe suwy i ciężarówki, niczym lawa, bez żadnego porządku, przelewają się przez ulice miasta. Nikt nie respektuje tu sygnalizacji świetlnej, obowiązującego kierunku ruchu, czy nawet przejść dla pieszych. Powody są dwa.

Po pierwsze, każdy Wietnamczyk od dziecka słyszy, że kolor czerwony to kolor socjalizmu, zwycięstwa i partii, a te nie zatrzymują się przed przeciwnościami losu, lecz pokonują przebojem wszelkie pojawiające się na ich drodze przeszkody. Nikt więc nie respektuje takiej błahostki jak czerwone światło na przejściu. Po drugie, Wietnamczycy nie znają poczucia strachu – wierzą, że skoro nie pokonali ich Mongołowie, Chińczycy, Francuzi ani nawet Amerykanie, nie pokona ich nikt, cóż znaczy więc jadący w ich stronę samochód. Wydawać się może, że na ulicy obowiązuje prawo silniejszego, ale to tylko nasza, europejska logika.

Kiedy chce się przejść przez ulicę, po której płynie nieprzerwana rzeka pojazdów, wystarczy zapomnieć o strachu, zamknąć oczy i przejść nie zatrzymując się pod żadnym pozorem. Pędzące pojazdy jakimś niezrozumiałym cudem potrafią ominąć piechura. I tu dają znać o sobie zakorzenione w wietnamskim prawie zwyczaje. To niesamowite, ale dzieci ze szkoły wracają w ten sposób do domu i nie słychać o wypadkach.

Zdecydowanie warto spędzić w Hanoi przynajmniej 2 dni. My zwiedzaliśmy je przez jeden dzień, następnie służyło nam 3 dni jako punkt wypadowy.

Widzieliśmy:

Hoan Kiem Lake i świątynia Jadeitowa

Oznacza dosłownie w języku polskim jezioro zwróconego miecza. Nazwa ściśle wiąże się z legendą, o której za chwilę. Jezioro jest częścią szerokiej Rzeki Czerwonej. Jednakże w wyniku zmian geologicznych i krajobrazowych odsunęło się od niej i obecnie zlokalizowane jest około dwa kilometry od niej. Bardzo znana legenda głosi, że w XV wieku jeden z ubogich rybaków, którego nazywano Le Loi, został obdarowany wyjątkowym mieczem przez żółwia żyjącego w jeziorze. Były to czasy okupacji chińskiej i walk z wrogiem. Miecz miał nadzwyczajną moc. Rybak użył go podczas walki z Chińczykami. Dzięki niesamowitym właściwościom, jakie posiadał magiczny miecz, pokonał on dynastię Ming, kończąc jej panowanie w dawnym Wietnamie. Za ten niezwykły czyn uhonorowano go i ogłoszono królem. Po koronacji nowy władca udał się nad jezioro chcąc podziękować bogom za ocalenie kraju. Wówczas wydarzyła się historia niezwykła. Z jeziora wynurzył się żółw, a miecz samoistnie wrócił do niego. Ponoć zamienił się on w smoka, uniósł do góry, a następnie zniknął w głębinach jeziora. Król z wdzięczności nakazał zmianę nazwy jeziora na Hoan Kiem. Wybudowano także wieżę, która miała upamiętniać żółwia, który czuwał nad krajem. Od tej pory żółwie stały się symbolem pokoju. Obecnie Hoan Kiem Lake jest miejscem, które bardzo chętnie odwiedzają turyści i mieszkańcy Hanoi. Toń jego wody ma zielony kolor, a głębokość wynosi maksymalnie dwa metry. Dookoła porastają je drzewa, których rozłożystość sprawia, że dają cień i schronienie podczas upalnych dni.

W północnej części jeziora znajduje się Den Ngoc Son, czyli Świątynia Jadeitowa. Została zbudowana na cześć konfucjanisty, taoisty i filozofa oraz bohatera narodowego Tran Hung Dao. W roku 1865 rozbudowano ją i w takim kształcie można ją podziwiać do dziś. Prowadzi do niej czerwony mostek Cau The Huc, czyli Most Witający Słońce. Wewnątrz świątyni wyróżnia się obiekty Thap But, Dac Nguyet i Dinh Tran Ba oraz płytę Dai Nghien, mające znaczenie symboliczne dla Wietnamczyków.

Muzeum Kobiet

Vietnamese Women’s Museum zostało założone przez Związek Kobiet Wietnamskich. Otwarto je w 1995 roku. W latach 2006 i 2010 zostało odnowione. Zlokalizowane jest w centrum Hanoi, zaledwie 500 metrów od jeziora Hoan Kiem. Zadedykowano je w całości mieszkankom Wietnamu, ich roli w historii kraju i obecnie. Misją muzeum jest podniesienie poziomu wiedzy społeczeństwa i zrozumienie historii oraz dziedzictwa kulturowego wietnamskich kobiet, a także przyczynienie się do promowania równości płci. Muzeum Kobiet jest miejscem, w którym zgromadzono wszelkie wyniki badań nad życiem kobiet i kolekcje różnorodnych zbiorów. Łącznie zebrano około 28000 artefaktów, które można podziwiać na dość dużej powierzchni. Są one podzielone na zbiory specjalne, takie jak tekstylia, metale, drewno, papier, ceramikę, wyroby ze skóry, rogu, gleby i szkła. Wystawa stała została podzielona na trzy części: Kobiety w Rodzinie, Kobiety w Historii i Kobiety w Modzie. Dotyczą one bardzo złożonego życia wietnamskich kobiet i ich roli w życiu kraju.

Świątynia literatury

Bez wątpienia jedną z największych atrakcji stolicy Wietnamu jest Świątynia Literatury. Spośród prawie 200 świątyń w Hanoi ta jest prawdopodobnie najwspanialsza. Została wybudowana w 1070 roku przez króla Lý Thánh Tông ku czci chińskiego filozofa Konfucjusza. Na początku pełniła rolę religijną, natomiast po kilku latach zaczęła być miejscem edukacyjnym, powstał tu pierwszy Narodowy Uniwersytet. Świątynia Literatury położona jest na południe od Mauzoleum Ho Chi Minha i Pagody na Jednej Kolumnie w ruchliwym centrum miasta. Otoczona jest wysokim murem, co sprawia, że wchodzimy do oazy spokoju.

Świątynia Literatury składa się z pięciu dziedzińców (ustawione jeden za drugim) symbolizujących pięć elementów natury: wodę, ogień metal, drewno i ziemię. Środkiem prowadzi droga, która przeznaczona była dla króla, natomiast bocznymi ścieżkami wchodzili urzędnicy, wojskowi, uczniowie, nauczyciele…

Mauzoleum Ho Chí Minha

Lăng Ch? t?ch H? Chí Minh – monumentalna budowla ulokowana na placu Ba Đ?nh w Hanoi, w której spoczywa wietnamski przywódca H? Chí Minh, twórca Demokratycznej Republiki Wietnamu. Ho Chi Minh pozostawił niezatarty ślad w historii Wietnamu. W Hanoi nadal uznawany jest za największego lidera kraju. Czczą go niemal wszyscy i potocznie nazywają „wujkiem Ho”.

Prace nad mauzoleum rozpoczęły się 2 września 1973 r. jednak jego budowa formalnie została zainaugurowana 29 sierpnia 1975 r. Za inspirację posłużyło Mauzoleum Lenina w Moskwie, ale do budowli dodano też wiele elementów z typowo wietnamskiej architektury, jak chociażby pochyły dach. Fasadę wyłożono szarym granitem, a wnętrze szarymi, czarnymi i czerwonymi, gładkimi kamieniami. Na portyku mauzoleum umieszczono napis „Ch? t?ch H? Chí Minh” (Przewodniczący H? Chí Minh). Zabalsamowane ciało przywódcy spoczywa w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Ciało leży w szklanym sarkofagu z przyćmionymi światłami.

Budowla mierzy 21,6 m wysokości i 41,2 m szerokości. Otaczają ją dwie schodkowe platformy widokowe. Plac przed mauzoleum składa się z 240 zielonych kwadratów podzielonych ścieżkami. W ogrodach otaczających budynek rośnie prawie 250 gatunków roślin i kwiatów, które pochodzą z różnych regionów Wietnamu.

Park Lenina

To park, w którym bawi się masa dzieci i można poobserwować lokalną społeczność. Ciekawostką jest pomnik Lenina, który jest czczony w Wietnamie podobnie jak w Rosji.

Water Puppet Show

Jest takie miejsce w Hanoi, do którego warto zajrzeć i zostać choć na chwilkę. Nie opera to, nie kino, nie teatr w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można tutaj być widzem spektaklu i to całkiem niebanalnego. Musimy się przyznać, że zmęczeni po pierwszym dniu prawie odpuściliśmy to show – byłby to wielki błąd! Teatr Kukiełek w Hanoi powstał w XX wieku i odniósł niemały sukces. Jednak jego korzenie sięgają do XI wieku, bowiem tradycja marionetek na wodzie zrodziła się wówczas we wsiach delty Rzeki Czerwonej i należy do najważniejszych wydarzeń kulturalnych w północnych prowincjach Wietnamu. Stąd uważa się tę część kraju za kolebkę lalek na wodzie. Scenę, stanowiącą tło, tworzy jezioro, czyli rodzaj zbiornika przypominającego basen. Z kolei bohaterowie odgrywający główne role to drewniane lalki wystrugane z niezwykłą precyzją i polakierowane. Wsparte są na prętach bambusowych i sterowane przez ludzi. Obok wyjątkowej sceny i marionetek główną rolę odgrywa muzyka grana na instrumentach ludowych: bębny, drewniane dzwonki i dzwoneczki, bambusowe flety, rogi i cymbały. Muzyka przejmująca, żywa i związana z tradycjami wietnamskimi. Jej dźwięki stanowią doskonałe połączenie z akcją, która ma miejsce na scenie. Grane utwory opowiadają wietnamskie historie. Są to zarówno opowieści ludowe, jak i legendy.

Te punkty zaliczyliśmy jednego dnia, na piechotę (bez zwiedzania mauzoleum Ho Chi Minha od środka) jest to plan dość wymagający.

Wycieczka na Ha Long Bay – widoki jak z pocztówki

Jedno z najbardziej znanych i popularnych miejsc w Wietnamie, które trzeba odwiedzić. Widoki są niesamowite, spełniają oczekiwania o egzotycznym kraju widzianym w telewizji, zresztą jak cały Wietnam!

V?nh H? Long – zatoka w północnej części Wietnamu, odnoga Zatoki Tonkińskiej, leżąca w pobliżu miasta H? Long (ok. 164 km na południowy wschód od Hanoi). Zajmuje powierzchnię 1500 km?, na której rozsianych jest ok. 1900 skalistych wysp i wysepek. Większość wysp ma formę wapiennych słupów wyłaniających się wysoko ponad powierzchnię wody. Wapienne podłoże sprzyja powstawaniu licznych jaskiń i grot. W rosnących tu lasach deszczowych występuje duża różnorodność świata zwierzęcego i roślinnego. W 1962 wietnamskie Ministerstwo Kultury, Sportu i Turystyki ustanowiło zatokę „pomnikiem krajobrazowym”. W 1994 UNESCO umieściło ją na swojej Liście Światowego Dziedzictwa.

Wycieczkę warto wykupić w hotelu lub w biurze wycieczek, których jest pełno na każdym kroku (ceny są porównywalne, a firmy współpracują ze sobą) można wybrać wycieczkę jedno– lub dwudniową z noclegiem na statku. My zdecydowaliśmy się na jednodniową. Wcześnie rano wyjazd spod hotelu busikiem, trasa ok. 4h do przystani Ha Long Bay. Na miejscu przesiadka na prom. W cenie wycieczki może być lunch na statku (napoje dodatkowo płatne). Rejs po zatoce, zwiedzanie dwóch wysp, wejście do jaskiń, postój na samodzielne pływanie po zatoce. Do wyboru kajaki lub tzw. bamboo boat kilkuosobowe z wioślarzem, jeśli zdrowie pozwala, polecam kajaki!

Sleeping Bus

Tego samego dnia po powrocie z Ha Long Bay wybraliśmy nocny autobus (sleeping bus) do Sa Pa. To typowy środek transportu w Azji. Wygodny, z łóżkami na dwóch piętrach do spania, dla Europejczyka nawet niewysokiego tak jak ja (1,75 m) łóżka są trochę za krótkie, ale jedzie się przyjemnie, a noc mija szybko, można przykryć się użyczanym bezpłatnie kocem. W autobusach można nawiązać nowe znajomości i wymienić się wrażeniami z innymi podróżnymi, zazwyczaj 80% to turyści.

Homstay w Sa Pa – bliskie spotkanie z Wietnamską rodziną

Do Sa Pa dotarliśmy z samego rana, bo od godziny 4.00 do 7.00 rano pozwolili nam spać w autokarze. Gdy wychodzi się z autobusu, natychmiast pojawiają się kobiety w tradycyjnych kolorowych strojach, proponując nocleg. Można zostać na nocleg w Sa Pa w hotelu, ale lepszym rozwiązaniem jest popularny homestay. Lokalsi wiedzą kiedy przyjeżdża autobus z Hanoi i czekają na turystów na przystanku, oferują homestay w pobliskich wioskach. Można wybrać opcję z dowozem lub samemu dojechać skuterem. My wybraliśmy tę drugą opcję, a tak naprawdę nie mieliśmy wyboru, bo namiary na Homestay mieliśmy już wcześniej od znajomych. Trochę baliśmy się u kogoś zamieszkać bez wcześniejszego polecenia. Te obawy były bezpodstawne, ale o tym później. Mając adres w ręku: wioska Ta Phin, Mrs. May, poszliśmy wypożyczyć skuter. Po krótkich negocjacjach udało się wziąć najmocniejszą maszynę, jaka była dostępna. Jechaliśmy jednym skuterem we dwójkę w górzystym terenie, więc warto było mieć te kilka koni więcej. Zaczęło padać. Poprosiliśmy o mapę i wskazówki dojazdu i sami dojechaliśmy do wioski (ok. 12 km). To było dosyć długie 12 kilometrów: najpierw miasto, w którym przepisy drogowe są traktowane dosyć luźno, następnie podróż po górskich kamiennych ścieżkach w deszczu. Gdy już mokrzy, ale szczęśliwi dojechaliśmy do Ta Phin, zapytaliśmy o panią May, oczywiście okazało się, że wszyscy tu nazywają się May. Na szczęście mieliśmy telefon i właściwa pani May się odnalazła.

Sa Pa to nieduże miasteczko z chłodniejszym klimatem w północnym Wietnamie w prowincji L?o Cai. Zostało założone przez Francuzów w czasach kolonialnych. Położone wysoko w górach, leży na wysokości ok. 1600 m n.p.m., na wzgórzach oddzielonych głęboką doliną od masywu Phan Xi Păng (3143 m n.p.m.), zwanego „Dachem Indochin”. Jest zasłużenie popularne wśród turystów ze względu na wspaniałe górskie widoki, piękną scenerię, tarasy ryżowe, przyjemny klimat oraz sielską atmosferę. W okolicach Sapy żyje kilka różnych mniejszości etnicznych – plemion górskich. Powstająca infrastruktura turystyczna zmieniła całkowicie gospodarczy charakter rejonu. Rolnicza dotychczas ludność przestawiła się na produkcję wyrobów rękodzielniczych i usługi turystyczne.

Atrakcje:

  • pobliskie wioski, piękne widoki na tarasy ryżowe
  • wodospady Love i Silver Waterfall (wycieczka na 1 dzień)
  • kąpiele w baliach z ziołami (świetne po górskich spacerach).

Wietnamskie góry mają do zaoferowania o wiele więcej niż tylko piękne widoki czy możliwość zrobienia wspaniałych zdjęć. To, co urzeka większość przyjezdnych, także i nas, to możliwość spotkania przedstawicieli różnych mniejszości etnicznych. Kwieciści H’mongowie w wielokolorowych pasiastych spódnicach, Dzao z ogromnymi turbanami czy też skromni Czarni i Biali H’mongowie dziarsko przemierzają górskie tereny, pracują w polu, na plecach noszą swoje pociechy, wyszywają kolorowe chusty, dbają o dom i rodzinę. Jak już pisaliśmy, wybraliśmy Homstay (zakwaterowanie u rodziny) w wiosce Ta Phin. Przez 2 dni mieszkaliśmy, jedliśmy i żyliśmy razem z wietnamską rodziną. Poznaliśmy kulturę plemiona Dzao, z którego pochodzi Pani May, dowiedzieliśmy się, że to kobiety w Sa Pa odgrywają główną rolę. Chętnie uczą się angielskiego i chodzą na uniwersytety, są też główną siłą roboczą: to kobiety można spotkać na straganach i polach – jest to bardzo ciężka praca. Zrozumieliśmy też, jak inaczej społecznie zorganizowany jest ten kraj. Jednak mimo wszystko potwierdziliśmy to, co podróże pokazują nam od dawna – ta rodzina nie różniła się bardzo od takiej z Polski. Przy kolacji było dużo śmiechu, cała rodzina, a szczególnie dzieci, były ciekawe nas i Polski. A tata mimo, że nie znał angielskiego, chętnie z nami siedział i dzielił się winem ryżowym. Bardzo trudno było nam się rozstać, ale musieliśmy ruszać dalej.

Szalony powrót

Powrót z Ta Phin był wzywaniem. Najpierw rano pojechaliśmy na skuterze do Sa Pa, oddaliśmy go do wypożyczalni, wsiedliśmy w autobus do Hanoi (ok. 8 h) i wróciliśmy do hotelu – naszej „bazy wypadowej”, gdzie zostawiliśmy bagaże – do Sa Pa chcieliśmy zabrać jak najmniej, żeby na skuterach nie przeszkadzały nam plecaki. Tego samego dnia udaliśmy się na wieczorny pociąg do Ninh Binh.