Zakład o wszystko

Dwóch niewidomych facetów w towarzystwie kilku osób widzących wybrało się na kręgielnię. Jednym z nich byłem ja, a drugim mój przyjaciel Igor, niewidomy, który jeszcze troszkę widzi. Nie mieliśmy ochoty tam iść, bo niby po co, ale inni nas przekonali: „Zobaczycie jak tam jest. Niewykluczone, że spróbujecie i być może traficie w kręgle”. Ja bywałem na kręgielni, on nie. Mnie już udawało się trafiać. Ustąpiliśmy pod naciskiem widzących i poszliśmy. Gdy poczuliśmy atmosferę konkurencji, zabraliśmy się do rzucania. Najpierw podano kulę mnie. Zbadałem otoczenie, zanalizowałem równoległości poszczególnych linii i rzuciłem. Raz czy dwa kula uderzyła o tor, głośno się potoczyła, by na koniec spaść na bok. Potem spróbował on, oczywiście z podobnym rezultatem. Po kilku próbach zaczęło się nam udawać. Przyjaciel robił to po raz pierwszy w życiu, więc pewnie dlatego wpadło mi coś głupiego do głowy. Zaproponowałem zakład:

– Igorze, zagrajmy o najwyższą stawkę.

– Jak to?

– No, taki zakład. Rzucamy trzykrotnie i zliczamy punkty. Jeśli uda ci się rzucić więcej niż mnie, wszystko jest twoje i vice versa.

Zastanawiał się. Sapał i kręcił się w miejscu, aż wreszcie powiedział ruszając wąsami:

– Dobra, gramy.

I zagraliśmy. On rzucał po raz pierwszy, więc spokojnie obserwowałem jego przymiarki. I nagle się rozbudziłem. Pierwszy rzut – 7 kręgli. Drugi – 6, a trzeci znowu 7. Przeraziłem się kompletnie – nigdy tyle nie uzyskałem. Zacząłem myśleć, co mam zrobić? Przegram, nie ma co gadać. Dwudziestu punktów nie uzyskam! Oddam mu wszystko, czy złamię słowo i go oszukam? Zacząłem kalkulować – bieda i honor czy kompromitacja?

Stanąłem przed torem, wziąłem do ręki kulę, jeszcze raz wymacałem wszystko dookoła, znalazłem linie naprowadzające, które miały ułatwić trafienie i rzuciłem: 6! Nie najgorzej, ale to jeszcze nie to. Znowu rzuciłem – 7! Coś podobnego – nigdy tyle nie uzyskałem. Czekał mnie trzeci rzut, decydujący. Ile muszę strącić, by wygrać i wyjść z twarzą? Potrzebuję co najmniej 7, bo przy remisie nie muszę wybierać: oddać wszystko, czy oszukać. Rzuciłem i… 8!

Wygrałem i odtajałem. Nie musiałem nic oddawać, ale co ważniejsze, nie byłem wystawiony na pokusę oszukania przyjaciela. Nigdy przedtem i nigdy potem ani on, ani ja, nie rzuciliśmy tak dobrze. Kto słyszał, by niewidomi mogli tak trafić? Czy to dlatego, że chodziło o ten hardkorowy zakład?

Dotknąć teatru

Poznański tyflopunkt Fundacji Szansa dla Niewidomych otrzymał zaproszenie na warsztat teatralny dla osób niewidomych i niedowidzących pt. „Dotknąć teatru”. Wydarzenie odbyło się w ramach II Dni Antydyskryminacji. Organizowały je: Koło Naukowe Prawa Międzynarodowego i Dyplomacji „Inter Gentes” i Sekcja Praw Człowieka Koła Naukowego Prawa Konstytucyjnego „Pro publico bono” Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Uniwersytet zaproponował szkolenia, warsztaty, wykłady oraz projekcje filmowe. Wszystko to dotyczyło szeroko rozumianej dyskryminacji i antydyskryminacji. Program był o tyle ciekawy, iż dotykał różnych ich aspektów – prawnych, czy na przykład dotyczących języka inkluzywnego.

Warsztat teatralny, w którym wzięli udział nasi beneficjenci, odbył się w Teatrze Polskim. Poprowadziły go Paulina Skorupska i Zuzanna Głowacka. Metoda, którą zaproponowały była improwizacja kolektywna – skupiona na historiach opowiedzianych przez uczestników, ale też ich wyobraźni (osobistej i zbiorowej). Warsztat doprowadzić miał do stworzenia etiudy teatralnej – krótkiego fragmentu czy zaczynu spektaklu. Uczestnicy poprzez wypowiedziane historie zaprezentowali siebie, swoje zainteresowania oraz oczekiwania wobec warsztatu. Płynnie przeszli do wykorzystania w opowieściach dźwięku. Prowadzące skłoniły uczestników do wyrażenia nastroju, charakteru postaci czy elementów opowieści za pomocą instrumentów muzycznych. To zadanie wydawało się kluczem do pobudzenia wyobraźni, odnalezienia niecodziennych, nowych środków wyrazu, a także zawiązania współpracy pomiędzy uczestnikami. Musieli oni bardzo uważnie słuchać reszty i postarać się włączyć w rytm i charakter całości.

Dzięki historiom opowiedzianym na początku, udało się wyłonić bohaterów i odpowiadające im dźwięki. Wydobywały się one nie tylko z instrumentów – do dyspozycji aktorów było też słowo mówione i wszelakie odgłosy. W ciągu pracy jeden z nich stał się narratorem. Wprowadzał kolejne postaci i elementy, pozwalając wykazać się i wybrzmieć bohaterom, w wyniku czego powstały dwie etiudy. Pierwsza odsłona była dynamiczna, pełna zwrotów akcji. Druga natomiast brzmiała jak baśń, czy wręcz opowieść na dobranoc. Pokazało to uczestnikom, że aktor, choćby niewidomy, ma ogromne pole do popisu. Improwizacja kolektywna natomiast jest ciekawą formą pracy, pozwalającą na dokładnie słuchanie i obserwowanie partnerów scenicznych. Zaskakujące wydaje się również, iż w pełni sprawny zmysł wzroku nie był potrzebny do stworzenia ról i dwóch etiud.

Zuzanna Maria Głowacka – producentka, animatorka kultury, reżyserka, kuratorka. Ukończyła wydział wokalno-aktorski w Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu, studiowała media interaktywne i widowiska na wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu (2012-2015). Jest wiceprezeską Stowarzyszenia Młodych Animatorów Kultury (SMAK). Współpracuje z Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, biorąc udział w programowaniu i produkcji wydarzeń społeczno-artystycznych. Od czterech lat jest kuratorką i producentką wielkopolskiego projektu edukacyjnego 5 zmysłów dedykowanego osobom z niepełnosprawnością. W latach 2014-2015 pełniła funkcję dyrektor artystycznej festiwalu Opera Know-how, który obecnie przekształcił się w projekt Off Opera (kuratorka i producentka edycji 2017 i 2018). Hobbystycznie zajmuje się reżyserią. Zrealizowała m.in. spektakle: Próba wg B. Schaeffera (2013), Pieśń o nocy (2014), Antreprener w kłopotach (2015) wystawiony w Teatrze Polskim w Poznaniu, Traviata: pogłosy (2017). Pracowała jako asystentka reżysera Keitha Warnera w Teatrze Wielkim w Warszawie (2014) oraz Aline Negra Silva w Teatrze im. A. Fredry w Gnieźnie. Od 2016 roku pracuje w Teatrze Polskim w Poznaniu jako specjalistka ds. artystycznych. Jako producentka współpracowała z takimi reżyserami jak: Maja Kleczewska, Monika Strzępka, Grzegorz Laszuk.

Paulina Skorupska – teatrolożka, absolwentka wiedzy o teatrze oraz kulturoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Ukończyła także studia podyplomowe Psychologia społeczna w praktyce na Uniwersytecie SWPS i szkolenie Arteterapia i twórczy rozwój na Uniwersytecie SWPS.

W latach 2008-2015 związana z Teatrem Ósmego Dnia jako kuratorka i producentka wielu projektów społeczno-artystycznych oraz współautorka scenariuszy przedstawień dokumentalnych (m.in. „Osadzeni. Młyńska 1” z udziałem więźniów).

Od 2016 roku konsultantka programowa Teatru Polskiego w Poznaniu pod dyrekcją artystyczną Macieja Nowaka. W TP m.in. współpracowała dramaturgicznie z Grażyną Kanią przy spektaklu „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” Martina Sperra (2016) oraz Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim przy spektaklu „Malowany ptak” wg Jerzego Kosińskiego (2017).

Kuratorka (wspólnie z Agatą Podemską) realizowanego od 2014 roku projektu społeczno-artystycznego „Performanse wspólne” angażującego osoby zagrożone wykluczeniem społecznym. W latach 2016 i 2017 współpracowała z Projektem 5 Zmysłów – jako kuratorka wystawy finałowej (wspólnie z Zuzanną Głowacką) oraz dramaturżka spektaklu muzycznego „Piękne spojrzenie” w reżyserii Katarzyny Stoparczyk z udziałem dzieci ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowaczego dla Dzieci Niewidomych w Owińskach.

Współpracuje z Instytutem Teatru i Sztuki Mediów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, gdzie prowadzi zajęcia z zakresu teatru społeczności lokalnych.

Wolny czas na siłowni

We wrześniu 2012 r. prezydent Archangielska, przedstawiciele administracji rządowej, dziennikarze i osoby z niepełnosprawnością zgromadzili się na ruchliwej ulicy przed drzwiami z tabliczką „Centrum Adaptacyjnych Technologii Regionalnej Organizacji Pozarządowej Osób z Niepełnosprawnością Nadieżda”. To było uroczyste, oficjalne i długo wyczekiwane otwarcie unikatowej i jedynej takiej placówki w obwodzie Archangielskim. Prezes organizacji, Nadieżda Czurakowa, osoba słabowidząca, która po wielu latach pracy w Rosyjskim Związku Niewidomych założyła własną organizację w 2005 r., wygłosiła przemówienie i zaprosiła gości do środka.

Archangielsk to miasto położone na północy Europejskiej części Federacji Rosyjskiej. Wystarczy dwie lub trzy godziny, by samolotem dostać się do Finlandii, Szwecji bądź Norwegii. Biorąc pod uwagę aspekty geopolityczne i gospodarcze, kraje skandynawskie aktywnie rozwijają współpracę transgraniczną. Również nie zapominają o wspieraniu trzeciego sektora. W ramach międzynarodowego projektu sfinansowanego przez te kraje w 2011 r., grupa pracowników organizacji Nadieżda odwiedziła Norwegię i Szwecję. Głównym celem wyprawy było nawiązywanie nowych kontaktów dla przyszłej współpracy oraz podniesienie umiejętności zarządzania organizacją non profit. Kiedy wracaliśmy, zająłem miejsce w samolocie obok prezesa. Podsumowując wycieczkę, ona podzieliła się ze mną swoimi marzeniami. „Chciałabym, żeby w Archangielsku powstało takie centrum rehabilitacji, jakie zobaczyliśmy w Szwecji. Chciałabym, żeby niewidomi i słabowidzący mieli możliwość rozwoju wszechstronnego, żeby było u nas takie miejsce, gdzie oni by pragnęli przychodzić i wspólnie moglibyśmy rozwiązywać problemy, przeżywać porażki i świętować sukcesy.”

Nasi szwedzcy koledzy pomogli nam złożyć dokumenty w celu uczestnictwa w konkursie grantowym Kolarctic CBC. Przeważnie dofinansowanie w ramach tego programu dostają projekty nastawione na rozwój infrastruktury transportowej i samorządu oraz współpracy akademickiej. Chociaż regulamin przewiduje, że organizacje non profit mogą aplikować, ale do tej pory żadna z takich instytucji nie była głównym realizatorem projektu. Trzeba wyjaśnić, że już na etapie składania papierów każdy projekt musi obejmować instytucje z kilku państw północnych, z których jedna pełni obowiązki głównego realizatora, a pozostałe są partnerami. Organizacja Nadieżda została wpisana w historię jako pierwsza organizacja pozarządowa, która otrzymała grant jako lider transgranicznego zespołu. Otrzymane środki umożliwiły otwarcie Centrum Adaptacyjnych Technologii.

Centrum składa się z kilku pokojów. Oprócz gabinetu tyfloinformatyki i kuchni, gdzie zawsze można napić się pachnącej kawy i odpocząć, w centrum znajduje się siłownia, przebieralnia i prysznic. Sala gimnastyczna została wyposażona w stacjonarny sprzęt treningowy: bieżnia elektryczna, rower stacjonarny, schody treningowe, trenażer narciarski, trenażer mięśni rąk i nóg. Również tu można znaleźć hula hopy, piłki, karimaty, hantle i sztangi.

Osoby z wadami wzroku często nie mają możliwości uprawiania sportu rekreacyjnego, ponieważ obiekty sportowe nie są dostosowane do ich potrzeb. Jak uważają brytyjscy autorzy książki „Niepełnosprawność” Barnes i Mercer, nieprzystosowane otoczenie działa jak efekt domina, wpływa na wiele dziedzin życia, determinując czas i miejsce pracy, typ i położenie domu czy możliwość wypoczynku. Dodają, że osoby z niepełnosprawnością, zmagając się z codziennymi trudnościami, nie mają zasobów czasowych i finansowych na odpoczynek i rozrywkę. Zamiast korzystania z siłowni albo wyjścia na basen, preferują spędzanie wolnego czasu w domu. Bierny albo mało aktywny styl życia, ograniczone samodzielne poruszanie się, brak możliwości dotarcia do placówek medycznych, rehabilitacyjnych i sportowych prowadzą do chorób i złego samopoczucia. Brak aktywności fizycznej pogarsza stan zdrowia tyleż fizycznego, co psychicznego. Przecież zdrowie to nie tylko brak choroby czy ułomności, ale dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny. Osoby z dysfunkcją wzroku mogą mieć dodatkowe dolegliwości: otyłość, sztywność mięśni, choroby układu krążenia.

W ciągu pierwszych dwóch miesięcy nasza siłownia była prawie pusta, a trenażery stały smutne, czekając na użytkowników. Mimo, że wszystko zrobiliśmy, by rozpowszechnić informację, za mało osób się zgłaszało. „Nie mam czasu”, „nie mam, jak się dostać”, „nie chcę”, „po co mi to”. To były odpowiedzi, które słyszeliśmy. Znaleziono wolontariuszy w celu pomocy w dotarciu. I powoli się ruszyło. Po kilku miesiącach tak się rozkręciło, że chętni musieli czekać na zapisy do grup.

Zajęcia odbywały się codziennie od poniedziałku do piątku, od godziny 10 do 16. Kurs trwał 3 miesiące. Każda grupa liczyła do 8 osób, które odwiedzały Centrum 2 razy w tygodniu (poniedziałek i czwartek albo wtorek i piątek). W środy osoby chętne mogły przychodzić na siłownię dodatkowo, nie w ramach zajęć. Zajęcia trwały półtorej godziny, więc w trzymiesięcznym kursie brały udział 3 grupy (łącznie 24 osoby). Stanowisko instruktora objęła osoba słabowidząca, która przez wiele lat była zatrudniona w placówce medycznej jako ortopeda i fizjoterapeuta. Opracowywała ona programy zajęć dla różnych grup, uwzględniając ich indywidualne możliwości.

Z własnego doświadczenia wiem, że uprawianie sportu gra niezwykle ważną rolę w życiu osoby niewidomej. Codzienne wykonywanie ćwiczeń fizycznych stało się nieodłączną częścią mojego harmonogramu. Wszystko zaczęło się 8 lat temu. Wtedy powróciłem ze Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywałem przez rok w ramach programu wymiany. Pobyt w Stanach miał tylko same korzyści dla mojego rozwoju. Jednak była jedna wada. To nadwaga. Frytki, burgery i piwo zrobiły swoje. Postanowiłem, że trzeba schudnąć. Kiedy osiągnąłem cel, ćwiczenia już weszły w nawyk. Zawsze odrzucałem ideę, że na siłowni człowiek może wyrzeźbić ciało efektywniej i szybciej niż w domu. Kiedy spróbowałem poćwiczyć w sali gimnastycznej naszego centrum, zmieniłem zdanie. Trenażery pozwalają trenować wszystkie grupy mięśni. W domu miałem tylko hantle i nawet to w połączeniu z ćwiczeniami (czasami wykonywałem do 1000 pompek dziennie) umożliwiło zrzucenie 14 kilogramów. Oprócz większej efektywności, siłownia to miejsce, gdzie można spotkać się z koleżankami i kolegami, pożartować, podzielić się doświadczeniami.

Wyniki funkcjonowania naszej sali gimnastycznej były zaskakujące. Niewidomi, którzy wcześniej stanowczo odrzucali zaproszenia na siłownię, zaczęli uczyć się sztuki posługiwania się białą laską, by tylko przychodzić do centrum. Kobiety chwaliły się, że odzyskały kształty, których już nie było od wielu lat. Z kolei mężczyźni popisywali się mięśniami. Znaczną grupę korzystających z siłowni stanowiły osoby w wieku podeszłym. Odnotowano u nich poprawienie stanu zdrowia. Wyniki zostały docenione nawet przez placówki medyczne. Do Centrum zwróciła się osoba z chorobą Parkinsona. Mężczyzna, mając 75 lat, postanowił walczyć z chorobą i brał udział nie tylko w zajęciach prowadzonych w sali gimnastycznej, ale również w warsztatach tańca. Po kilku miesiącach do prezesa stowarzyszenia zadzwonił lekarz tego uczestnika zajęć z pytaniem, jaką metodę leczenia stosuje się w Centrum, ponieważ pacjent czuje się o wiele lepiej.

Uprawianie sportu rekreacyjnego zwiększyło aktywność społeczną ludzi. Oni inicjowali nowe projekty w organizacji, zaczęli udzielać się społecznie i pomagać innym, niektórzy założyli swoje stowarzyszenia.

Spędzanie wolnego czasu na siłowni, albo w basenie, to znakomity pomysł. Jeżeli nie ma z kim się wybrać, można znaleźć ośrodek sportowy, w którym zaznajomią z przestrzenią i pomogą w innych czynnościach. Jędrna sylwetka, dobrze wyćwiczone mięśnie, wspaniałe samopoczucie, pewność siebie, wytrzymałość fizyczna i psychiczna, radość i większa efektywność w pracy oraz w innych codziennych zadaniach to korzyści płynące z uprawiania sportu rekreacyjnego. Nasze ciało i umysł to my. Więc dbajmy o rozwój zarówno intelektualny, jak i fizyczny.

Granice mojego świata

Choć zabrzmi to mało odkrywczo, powtórzę za wieloma – uczmy się języków obcych! Zewsząd zasypują nas oferty szkół językowych: banery reklamowe, rozdawane na ulicach ulotki, fiszki, podarunkowe płyty z rozmówkami w czasopismach, sterty oflagowanych pudełek z kursami typu „Hiszpański w 3 miesiące” w każdej z odwiedzanych księgarni, czy też mój ulubiony kurs „Angielski dla wiecznie początkujących”. Są i takie. Trzeba przyznać, że oferta edukacyjna jest szeroka i praktycznie każdy z nas znajdzie w niej coś dla siebie. Doprawdy trudno znaleźć wymówkę albo argument, który świadczyłby przeciwko zagłębieniu się w fascynujący świat języków obcych. I rzeczywiście uważam, że język obcy może zafascynować. Ten ogromny system znaków to swoista konstrukcja, machina, żywy organizm podatny i otwarty na zmiany i nowości. Ogrom tego systemu równie dobrze co zafascynować, może nas również przerazić – w obliczu takiego kolosa możemy mieć bowiem uzasadnione wątpliwości co do naszych możliwości lingwistycznych.

Niejeden z nas zastanawia się, jak to możliwe, że historia zna ludzi, którzy z opanowaniem kilkudziesięciu nawet języków obcych nie mieli większego problemu. Można by oczywiście podjąć próbę wyjaśnienia tego fenomenu powołując się na naukowe badania o wspólnych korzeniach niektórych języków i to z wędrówką kontynentów w tle, na potwierdzone teorie o wielkich językowych rodzinach począwszy np. od „praprapradziadka” praindoeuropejskiego do współczesnych dialektów znanych niejednokrotnie jedynie maleńkiej społeczności. Niemniej jednak przytoczone poniżej dane liczbowe mogą wzbudzać podziw przeciętnego Kowalskiego.

Bodajże najsłynniejszy poliglota jakiego zrodziła planeta – Emil Krebs – do końca życia opanował biegle w mowie i piśmie aż 68 języków, w stopniu zaawansowanym posługiwał się zaś 111 językami i dialektami. Włoski duchowny Giuseppe Gasparo Mezzofanti znał ponad 38 języków i 50 dialektów. Włoski lingwista Carlo Tagliavini znał natomiast 120 języków, w tym 35 języków biegle. Wybitni poligloci niejednokrotnie stawali się obiektem zainteresowań neurologów i neurolingwistów. Mózg Krebsa po jego śmierci został zakonserwowany i poddany specjalistycznym badaniom, które pozwoliły na stwierdzenie, że obszary Broki i Wernickego, tj. ośrodki w mózgu człowieka odpowiedzialne za generowanie mowy, były u niego znacznie lepiej rozwinięte niż u reszty populacji. Biografie słynnych poliglotów również są inspirujące. Praktycznie każdy z nich stosował jakąś swoistą metodę, językową „sztuczkę”, dzięki której osiągał tak spektakularny sukces językowy. Sztuczki sztuczkami – mimo wszystko ilość opanowanych przez poliglotów języków obcych może wzbudzać w nas frustrację. Uważam jednak, że zupełnie niepotrzebnie.

Jak radzi polski poliglota, Zygmunt Broniarek, autor książki „Jak nauczyłem się ośmiu języków”, do nauczenia się języka obcego nie są wymagane specjalne zdolności, wystarczy przeciętna inteligencja. Autor wskazuje, że specjalne zdolności językowe są nam potrzebne do nauczenia się dobrego akcentu w obcym języku, nie zaś do płynnego opanowania języka. Jego zdaniem – trudno się z tym zresztą nie zgodzić – lepiej mówić płynnie obcym językiem z nienajlepszym akcentem, niż nie posługiwać się nim w ogóle.

Z metodycznego punktu widzenia zadanie postawione przed lektorem języka obcego jest jedno, współczesna glottodydaktyka już dawno bowiem określiła swoje priorytety – najistotniejsze w procesie posługiwania się językiem obcym jest realizowanie celu komunikacyjnego. Oczywiście nie wyklucza to zaznajamiania słuchaczy z warstwą gramatyczną językowego systemu, niewątpliwie jednak dzisiaj uczymy języków obcych tak, aby gramatyka była podporządkowana leksyce. Generalnie uczenie się i nauczanie języka obcego sprowadza się do kształtowania czterech sprawności językowych. Dwie z nich nazywane są sprawnościami produktywnymi, gdyż – najprościej rzecz ujmując – ukierunkowane są na tworzenie tekstu; będzie to umiejętność ustnego wypowiadania się i umiejętność wypowiadania się na piśmie, dwie pozostałe natomiast to sprawności receptywne (nastawione na odbiór) – umiejętność rozumienia ze słuchu i umiejętność rozumienia tekstu czytanego.

Teoria teorią, pytanie – jak się uczyć języka obcego, ażeby w rezultacie się go nauczyć? Wachlarz stosowanych przez szkoły językowe metod jest szeroki. Wystarczy wspomnieć osławioną już metodę Callana , czy też metodę TEFL . Jeśli dołączymy do tego szereg indywidualnych sposobów i metod wypracowanych, a następnie sprawdzonych przez nas samych, to okaże się, że mamy w ręku potężne narzędzie, które może nam ułatwić albo przyspieszyć realizację celu. Każda z metod ma oczywiście swoje plusy i minusy, nie każda metoda będzie odpowiednia dla mnie, dlatego też indywidualizacja procesu nauczania języka obcego ma tak istotne znaczenie. W kolejnym numerze zaproponuję zatem kilka metod, które moim zdaniem mogą się okazać przydatne w opanowaniu języka obcego, w szczególności zaś w uczeniu się języka przez osoby słabowidzące i niewidome.

Niewątpliwie idealnie będzie, gdy na uczenie się języka obcego spojrzymy nie jak na przykry obowiązek uwarunkowany aktualnymi wymogami rynku pracy itp., zaś jak na interesującą, wielowymiarową przygodę. Filozof Ludwig Wittgenstein powiedział kiedyś: „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – trudno nie zgodzić się z powyższym stwierdzeniem. Ilekroć poznajemy bowiem nowy język obcy, wkraczamy niejako na nowe przestrzenie, przekraczamy granice i to bynajmniej nie te wyznaczone na mapie, ustalone w wyniku tej czy owej konferencji etc. Przekraczamy granice własnego świata, a więc opanowujemy przestrzenie znacznie szersze aniżeli te wyznaczone terytorialnymi podziałami. Chyba nikogo nie zdziwi jeśli napiszę, że czym innym będzie przeczytanie książki w oryginale (zwłaszcza literatury pięknej), czym innym zaś przeczytanie jej tłumaczenia, które może znacznie zniekształcić przekaz i intencje autora, czy też nie oddać wszystkich niuansów, które w zamyśle autora powstały. Dodać przy tym należy, że uczenie się języka obcego to przecież nie tylko poznawanie tego czy innego alfabetu, słownictwa, struktur gramatycznych itp., ale również nieodzowna przy tym „obudowa” cywilizacyjno-kulturowa, tj. poznanie tradycji i kultury innego regionu. W tym ujęciu znajomość i posługiwanie się językiem obcym nadaje naszemu życiu inną, nową jakość. Tutaj ponownie możemy posłużyć się cytatem: „Człowiek żyje tyle razy, ile zna języków obcych” (Goethe). I ta myśl wydaje się trafiona.

Gorąco zachęcam zatem do podjęcia językowego wysiłku. Wprawdzie to nie czas noworocznych postanowień, ale przecież każdy moment jest dobry, ażeby wprowadzić w naszą codzienność nową inicjatywę. Poza tym, uwzględniając okoliczność, iż z realizacją noworocznych postanowień bywa czasem ciężko, może warto umyślnie zamienić je na wiosenną tym razem inicjatywę. Uaktywnijmy ośrodki Broki i Wernickiego!

Oczami psa przewodnika

Cześć! Mam na imię Bila, mam 6 lat i jestem psem przewodnikiem. Wiem, że rola, jaką pełnię w swoim życiu jest bardzo ważna, dlatego przybywam tu, by podzielić się z wami krótką opowieścią o mojej pracy: jak ona wygląda i jak pomagam swojej pani. Zawsze mi mówi, że ze mną jest jej o wiele łatwiej i że odmieniłam jej życie, więc śmiem nieskromnie twierdzić, że chyba dobrze wypełniam swoje zadania i w odpowiedni sposób pomagam w poruszaniu się mojej pani.

Zacznę od tego, że zanim zamieszkałam ze swoją ukochaną panią byłam szkolona przez specjalnie wykwalifikowanych treserów. Uczyłam się przede wszystkim koncentracji uwagi, jak nie reagować na wiele otaczających mnie interesujących rzeczy w momencie swojej pracy, jak zachowywać się w publicznych miejscach i przede wszystkim prowadzić swojego niewidomego właściciela, de facto zatrzymywać się przed przejściami, schodami, omijać przeszkody, które mogą pojawić się na drodze, np. słupki, auta, a nawet zaspy śniegu. Kiedy umiałam już wszystko, co było ode mnie wymagane i pozytywnie zdałam egzamin, wiedziałam, że teraz kolej podjąć pracę na pełny etat. Nie znałam jeszcze swojego właściciela, ale czułam, że to będzie ktoś aktywny, odpowiedzialny i zaopiekuje się mną w odpowiedni sposób.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam swoją panią zrozumiałam, że się nie myliłam. Podbiegłam do niej i obwąchałam ją dokładnie. Miała bardzo przyjazny zapach. To był zapach smakołyków, którymi mnie poczęstowała. Podarowała mi również zabawkę, którą bawiłyśmy się po raz pierwszy. To było wspaniałe przeżycie. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i bardzo szybko wytworzyła się między nami wyjątkowa więź.

Zamieszkałam w bloku z windą na piątym piętrze. Dostałam swoje nowiuśkie, mięciutkie legowisko i nową michę, w której każdego dnia dostaję pyszne jedzonko. Nieopodal bloku dużo trawniczków, park, więc jak dla mnie warunki mieszkaniowe idealne. Obok bloku także mnóstwo sklepów i – co najważniejsze dla pani – przystanki autobusowe, więc warunki do pracy również bez zarzutów. Kiedy obwąchałam już cały swój teren, bardzo mi się spodobał i byłam ciekawa wszystkiego, co będzie się działo. To tyle tytułem wstępu, jak to wszystko się zaczęło. Mogłabym opowiadać jeszcze długo i długo, ale przejdźmy już do meritum, czyli jak wygląda dokładnie moja praca i jak poruszamy się z panią po mieście.

Każdy dzień rozpoczyna się bardzo radośnie, więc idę przywitać się z moją panią. Pani mówi, że śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Wzięłam sobie to głęboko do serca i po porządnym wyściskaniu i wylizaniu czekam aż pani nasypie mi do miski karmę, którą zjadam w mig i jestem pełna sił, i gotowa do pracy. Pani ubiera mi uprząż, dzięki której może mnie wyczuć, a ja wiem, że jestem w pracy i od tego momentu muszę już być skupiona, obrożę i smycz. Od tego momentu nie wolno nikomu mnie głaskać i zaczepiać, ponieważ sprawia to, że rozpraszam się i dekoncentruję, a przecież muszę być uważna, aby czuwać nad pani bezpieczeństwem. Niejeden może mieć tragiczne skutki, np. kiedy się nie zatrzymam w odpowiednim momencie, pani może na coś wpaść, spaść ze schodów i zrobić sobie krzywdę, albo kiedy zapomnę zatrzymać się przed jezdnią… aż strach pomyśleć. Pani zawsze grzecznie tłumaczy dlaczego nie wolno mnie głaskać, jednak nie każdy to do końca rozumie i lekceważy zakaz. Dlatego, jeśli kiedyś nas zobaczycie lub jakiegoś mojego kolegę po fachu, to nie zaczepiajcie go i nie głaskajcie.

Wychodzimy z domu i podchodzimy do windy. Czekamy, aż się drzwi do niej otworzą. Wchodzimy i po kilku sekundach jesteśmy na dole. Podchodzę do schodków przed wyjściem i zatrzymuję się przed nimi, aby pani z nich nie spadła i czekam na komendę: naprzód. Następnie drzwi i jesteśmy na zewnątrz. Rano bardzo często odwiedzamy piekarnię, gdzie pani kupuje świeże pieczywo, które wspaniale pachnie. Trafiam tam po zapachu. Zatrzymuję się przed wejściem i czekam aż pani otworzy drzwi, a ekspedientka wita nas uśmiechem już od progu. Podchodzimy do lady i zatrzymuję się. Siadam sobie na chwilę i czekam aż pani zrobi zakupy. Czekam na hasło: idziemy, wyjście. Podchodzę do drzwi i również się przy nich zatrzymuję. Wracamy do domu szybkim krokiem, nie tracąc zbędnego czasu, którego zawsze mało.

Pani zjada śniadanie i wypija swój ulubiony napój, czyli kawę. Kiedy zbliża się czas do wyjścia, ubieramy się ponownie. Pani zawsze ma ze sobą malutką torebeczkę ze smakołykami. To są moje nagrody, które dostaję za dobrze wykonane zadanie. Uwielbiam dostawać nagrody. Idziemy na przystanek autobusowy. Zawsze mam nadzieję, że być może skręcimy do parku, jednak kiedy słyszę komendę: w lewo, przystanek, wiem już na pewno, że moje łapki wędrują nieco dalej. Podchodzimy do przystanku i pokazuję pyszczkiem ławkę, aby pani mogła sobie na chwilę usiąść i spokojnie poczekać na swój autobus. Ja za zwyczaj korzystając z okazji ucinam sobie króciutką drzemkę, ale jestem czujna i czekam na hasło: wstajemy, autobus, wejście i wtedy szybko wstaję i podchodzę do drzwi autobusu. Pani wyczuwa gdzie zaczynają się schody i wskakujemy do środka. Szukam dla pani wolnego miejsca i pokazuję jej, że może usiąść, a ja znów ucinam sobie drzemkę.

W autobusach jest często bardzo dużo ludzi i tym samym mało miejsca. Nie wszystkim się podoba, że ja też tam jestem i zabieram miejsce. Niecierpliwią się i dziwią, dlaczego taki duży pies jak ja nie ma kagańca. Pewnego razu jeden z kierowców nakrzyczał na moją panią właśnie z tego powodu. Pani grzecznie tłumaczyła mu, że jestem psem przewodnikiem i nikogo nie ugryzę. To prawda, jestem bardzo przyjaznym psem i nie w głowie mi takie rzeczy. Poza tym byłam uczona jak zachowywać się w miejscach publicznych i wiem, że należy być wtedy spokojnym i nic nie brać w zęby. No, chyba że pani poprosi, kiedy jej coś upadnie, np. rękawiczki lub klucze. Wtedy podnoszę je i podaję pani. Jednak ten kierowca był nieugięty i kazał nam wyjść. Mówił coś, że on wie lepiej, bo tyle lat pracuje jako kierowca i żaden pies nie może przebywać w autobusie bez kagańca. Pani jednak jest uparta i nie zamierzała wychodzić z autobusu, ponieważ musiała dotrzeć na miejsce o określonej godzinie. Poza tym jest to uregulowane prawnie, więc kierowca nie może tak po prostu kazać nam wyjść. Ostatecznie to kierowca ugiął się pod presją innych ludzi i musiał odjechać, gdyż i tak już był spóźniony. Naturalnie takie przypadki to rzadkość. Częściej jesteśmy z panią pozytywnie odbierane i słyszymy na swój temat miłe komentarze: np. jaki ładny i mądry piesek. Ludzie na ogół nie mają nic przeciwko mnie i w większości przypadków są przychylni, abym mogła z panią gdzieś wejść.

Poruszając się na mieście, przechodząc przez różne ulice, moim zadaniem jest omijanie przeszkód takich jak: zaspy, kałuże, dziury w chodniku lub jakieś niespodzianki, np. zaparkowane auto na chodniku bądź remonty. Pani jest łatwiej, bo nie musi pamiętać o tych wszystkich przeszkodach na drodze. Może poruszać się o wiele szybciej i sprawniej. Zawsze trafiamy do określonego miejsca i dzięki temu pani czuje się ze mną pewniejsza. Na komendę zatrzymuję się przed przejściem oraz jeśli to konieczne – podchodzę do słupka. Staję przed krawężnikiem i czekam aż pani zadecyduje kiedy przechodzimy i komendę: naprzód. W naszym mieście większość przejść posiada sygnalizację świetlną, więc nie ma z nimi większego problemu. Jeśli jej nie ma, to pani czeka aż jakiś samochód stanie i ją przepuści lub pyta przechodniów, czy można spokojnie przejść. Radzimy sobie nawet w kryzysowych sytuacjach. Jednego razu pojechałyśmy autobusem kilka przystanków za daleko, ponieważ były to przystanki na żądanie, a pani nie wiedziała o tym i nie wcisnęła przycisku, aby kierowca mógł stanąć. Na szczęście pani w porę się zorientowała i na kolejnym wysiadłyśmy z autobusu. Okolica była cicha i nie było nikogo, kogo można było by spytać o drogę. Pani jednak wiedziała, że gdzieś musi być przejście, a po drugiej stronie przystanek, na którym autobus staje jadąc w przeciwnym kierunku, jednak trzeba było go odnaleźć. Byłam ja i czuwałam nad jej bezpieczeństwem. Wróciłyśmy i niepewnie poszukiwałyśmy przejścia. Znalazłam je i stanęłam przed nim. Przeszłyśmy i byłyśmy już po drugiej stronie, więc już bliżej celu. Następnie na komendę: przystanek szukałam przystanku, który był nieco oddalony, jednak trafiłyśmy. Pani odetchnęła z ulgą i teraz pozostało już tylko czekać aż podjedzie autobus i cofnąć się o kilka przystanków, aby trafić na miejsce. Na szczęście autobus podjechał i zdążyłyśmy na czas. Wiem, że pani się wtedy strachu najadła, ponieważ była to dla niej nieznana okolica, a na dodatek bardzo cicha i nie było nikogo, kogo można by poprosić o pomoc. Jednak pomogłam jej w odnalezieniu określonych punktów i poradziłyśmy sobie.

Z panią bardzo często odwiedzamy galerie, sklepy lub restauracje. Zdarza się czasem usłyszeć, że tu z psem nie wolno, jednak najczęściej wystarcza informacja, że jestem psem przewodnikiem. Wtedy większość ludzi uśmiecha się i zaprasza do środka pytając czy pomóc w czymś. To bardzo miłe i dla pani, i dla mnie. Cenimy sobie serdeczność i chęć niesienia pomocy, która czasem jest potrzebna. Pani oczywiście, dbając o swój wygląd, odwiedza swój ulubiony salon fryzjersko-kosmetyczny. Jesteśmy również witane od progu i mile widziane. Kiedy moja pani robi się na bóstwo i coś tam robią jej we włosach lub paznokciach, ja wtedy ucinam sobie standardowo drzemkę i czekam aż pani będzie gotowa i wrócimy do domu. Uwielbiam pracować, ale również uwielbiam wracać do domu. To jest czas, kiedy mogę się w końcu rozłożyć na swoim legowisku, pobawić się z panią i zjeść kolację. Praca, którą wykonuję, jest satysfakcjonująca, ale czasem też męcząca, dlatego po powrocie odpoczywam i jest czas na relaks. Z panią oglądamy sobie jakiś serial lub wygłupiamy się na podłodze z poduszkami. Jestem szczęśliwa, że trafiłam do takiego domu i mam taką wspaniałą panią, obok której mogę czuć się spełnionym psem. Opiekujemy się sobą wzajemnie. Pokonujemy wspólnie różne bariery i dzięki temu rozwijamy się. Z każdym dniem zwiększa się nasza więź i przywiązanie.

Felieton skrajnie subiektywny. Dyktatura krzyku

Mam w gronie przyjaciół rodziców wychowujących niepełnosprawne, dorosłe dziecko. Rozmawialiśmy o kwietniowym proteście rodziców i opiekunów dorosłych niepełnosprawnych w sejmie.

Moi przyjaciele kategorycznie stwierdzili, że nigdy nie zabraliby swojego dziecka na protest trwający kilkanaście dni. Nie pozwoliłoby im na to sumienie i uczucia. Na osoby niepełnosprawne gwar, stres, krzyki, obecność obcych, niepokój, nienaturalne warunki, zaniedbania higieniczne, działają bardzo niekorzystnie. Skutki narażenia takich osób na tego typu trudności wymagają następnie długotrwałego procesu ich niwelowania. Powrót do równowagi jest trudny, znacznie trudniejszy niż w przypadku osób pełnosprawnych. Moi przyjaciele stwierdzili, że nigdy, dla żadnej sprawy, choćby najbardziej słusznej, nie naraziliby swojego syna na takie niedogodności. Z założenia traktują protest jako rozwiązanie mało cywilizowane, gdyby jednak byli zmuszeni protestować, protestowaliby sami, zmieniając się, a syna zostawiliby w domu.

Jeden z moich ulubionych felietonistów, komentując sejmowy protest, przypomniał biblijną przypowieść o królu Salomonie i jego słynnym wyroku. Po rozstrzygnięcie sporu przyszły do króla dwie kobiety. Spór dotyczył niemowlęcia. Każda z kobiet twierdziła, że dziecko jest jej. Salomon zdecydował, że dziecko zostanie rozcięte na pół i każda z nich otrzyma swoją połowę. Jedna z kobiet przystała na takie rozwiązanie, druga gorąco zaprotestowała i poprosiła, by dziecko w całości oddać rywalce. Król Salomon w ten sposób dowiedział się, która z kobiet jest prawdziwą matką dziecka i jej oddał niemowlę. Mój ulubiony felietonista nazwał protest w sejmie „rozcinaniem niepełnosprawnych dzieci”, ja dodam od siebie, że jest to rozcinanie w świetle kamer i fleszy, i jest czymś wyjątkowo odstręczającym. Młode, niepełnosprawne osoby z nerwowymi wypiekami na twarzach, czasem przeklinające, czasem płaczące. I kręcący się wokół politycy i dziennikarze, asystująca protestującym z wyuczoną serdecznością posłanka Nowoczesnej, która wcześniej pojawiała się na marszach za liberalizacją aborcji i za aborcją eugeniczną, i głosowała przeciw rządowemu projektowi ustawy o wsparciu kobiet w ciąży i ich rodzin „Za życiem”, m.in. przyznającemu rodzicom nowonarodzonego dziecka niepełnosprawnego jednorazowy zasiłek w kwocie 4 tys. zł. Bardzo oczywista i przejrzysta sytuacja, hipokryzja w czystej postaci. Wykorzystywanie realnych problemów tej grupy osób do politycznej gry, a mówiąc bardziej dosadnie – do politycznej hucpy.

Nikt nie neguje faktu, że pieniądze z pewnością są tej grupie osób niezbędne i każda kwota może być zagospodarowana, ale też negocjacje polegają na tym, by iść na pewne kompromisy, czego rodzice niepełnosprawnych dorosłych nie chcieli. Udało się im ściągnąć do sejmu wszystkie ważne osoby – prezydenta RP i jego małżonkę, premiera i ministrów. Rząd położył na negocjacyjnym stole podwyżkę renty socjalnej do poziomu najniższej renty dla osób trwale niezdolnych do pracy wraz z zapowiedzią szybkiej ścieżki legislacyjnej, rodzice protestujący w sejmie przyjęli do wiadomości, ale nie ustąpili ani na jotę z drugiego postulatu – 500 zł na rehabilitację swoich dzieci, zmieniając w międzyczasie nazewnictwo owego dodatku z rehabilitacyjnego na dodatek na życie. Przedstawicielki rządu przyniosły do sejmu kolejną propozycję – pakiet świadczeń rzeczowych i usługowych o wartości 520 zł, na który składają się: zaopatrzenie w środki i akcesoria niezbędne osobom niepełnosprawnym, a także usługi rehabilitacyjne w nieograniczonym zakresie i wizyty u lekarzy specjalistów poza kolejnością i bez skierowania od lekarza pierwszego kontaktu. Rodzice zachwycili się pomysłem, ale… zażądali żywej gotówki w kwocie 500 zł, która mogłaby być przeznaczona także na inne cele, jak powiedzieli, np. na kino dla osoby niepełnosprawnej. Nie posłuchali głosów licznych organizacji działających na rzecz osób niepełnosprawnych, które apelowały o zakończenie protestu i przyjęcie dobrych – ich zdaniem – rozwiązań zaproponowanych przez rząd. Czy na tym polega kompromis? Z pewnością nie.

W trakcie trwania protestu w sejmie, w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” przewodniczący i prezesi organizacji i fundacji działających na rzecz osób niepełnosprawnych wspólnie z przedstawicielami rządu, w ramach Krajowej Rady Konsultacyjnej ds. Osób Niepełnosprawnych, wypracowywali rozwiązania służące wszystkim, również protestującym w sejmie, którzy nie przyjęli zaproszenia do Centrum „Dialog”. Jednego dnia podpisano porozumienie z przedstawicielami rządu, skądinąd bardzo słuszne porozumienie, zakładające wspomnianą już podwyżkę renty socjalnej do poziomu najniższej renty dla osób trwale niezdolnych do pracy, przeznaczoną dla całego środowiska dorosłych niepełnosprawnych, którzy nie są w stanie pracować. Następnego dnia, część z przedstawicieli organizacji działających na rzecz osób niepełnosprawnych, przestraszona krzykami garstki rodziców protestujących w sejmie i wrzaskami grupy rozjuszonych, etatowych protestujących przed sejmem, z podkulonymi ogonami ugięła się pod presją pokrzykujących i odcięła się de facto od porozumienia, twierdząc, że wykorzystuje się ich do politycznych rozgrywek. Na niewiele się zdało pokajanie przedstawicielki jednego z NGO-sów przed niewielkim tłumem pod sejmem, bowiem ten zakrzyczał ją wrzeszcząc, swoim zwyczajem, wprost do jej uszu – „Hańba, hańba, hańba…”.

Niepełnosprawność dzieci nie może zamykać ust komentującym protest i nie może oznaczać, że rodzice tych dzieci są nietykalni. Część z nich mija się z prawdą komunikując społeczeństwu rzekomą biedę w ich rodzinach. Ich krzyk i niegodzenie się na żadne warunki, niechęć do kompromisów, pohukiwanie na premiera, wymachiwanie rękami przed nosem ministra i popychanie rzecznika rządu – to są metody niedopuszczalne i nic ich nie tłumaczy. To jest dyktatura krzyku.

Innowacja w nieznane

Czy można wczuć się w rolę osoby niewidomej? Czy można zrozumieć lepiej, jak doświadcza się świata za pomocą zmysłów innych niż wzrok? Czy można sprawić, że dzięki grze planszowej osoba niewidoma będzie w stanie przełamać izolację i znaleźć przyjaciół? Pytania trudne i wymagające, a jednak podjęte przez twórców tyflograficznej gry planszowej. Pracując na co dzień z osobami z dysfunkcją wzroku tyflospecjaliści z Fundacji Szansa dla Niewidomych muszą mieć na uwadze wiele problemów towarzyszących beneficjentom. Jedną z takich kwestii jest sposób spędzania wolnego czasu. Osoby z dysfunkcją wzroku mają ograniczoną możliwość korzystania ze współczesnych dóbr kultury. Oparta w zdecydowanej większości na zmyśle wzroku nie pozwala im z niej korzystać lub daje jedynie namiastkę uczestnictwa. Jednocześnie osoby widzące nie wiedzą o życiu osób niewidomych i o ich codziennych problemach. Czy jest sposób aby rozwiązać oba problemy i jednocześnie zbliżyć do siebie te dwie grupy odbiorców? Pozornie problem wydaje się być bardzo trudny do rozwiązania, ale nie przeszkadza to w wyszukiwaniu nowych rozwiązań. Taka możliwość pojawiła się na początku 2017 roku, kiedy to Laboratorium Innowacji Społecznych, część Urzędu Miasta Gdynia ogłosiła kolejny nabór pomysłów na innowacje w ramach projektu „Innowacje na Ludzką Miarę”.

Próbą rozwiązania problemu jest stworzenie tyflograficznej interaktywnej gry planszowej dla widzących i niewidomych. Wśród gier dla niewidomych brakuje tych z fabułą. Takie gry są dostępne jedynie dla widzących. Jednocześnie grając w gry planszowe nie spotkałem się nigdy z grą dotykającą problemów niepełnosprawności. Początkowo proponowana innowacja miała wyglądać inaczej niż wygląda obecnie. Miała to być duża makieta tyflograficzna o wielkości mapy na wzór udźwiękowionych planów stosowanych na dworcach, w ogrodach zoologicznych i muzeach. Jednak szybko jako pomysłodawca zdałem sobie sprawę, że coś takiego może być interesujące, jednak jednocześnie będzie ciężkie, niefunkcjonalne, bardzo drogie i na pewno nie dotrze do większej ilości odbiorców. Gra taka musi być znacznie mniejsza i mieścić się w pudełku. Na szczęście pomysł na innowacje mógł ewoluować, a początkowa koncepcja mogła być zmieniana pod wpływem dalszego namysłu.

Od początku było dla mnie wiadome, że takiego projektu jak gra planszowa nie można wykonać samemu. Gry planszowe, ich koncepcje, zasady i wszelkie aspekty projektowe najlepiej wykonuje się w grupie. Z początku miałem obawy o znalezienie chętnego do pomocy z grupy entuzjastów gier planszowych, grających w różnego rodzaju gry regularnie. Temat gry i elementy mechaniki w oparciu o aspekt niepełnosprawności mógł im się wydać mało atrakcyjny. Jednak moje obawy się rozwiały, kiedy poznałem Emilię Sławek, prowadzącą bloga o grach planszowych „Table Top Team”, entuzjastkę gier planszowych. „Gry planszowe to moja największa pasja. Moim marzeniem jest, by każdy znalazł grę dla siebie i znalazł w tym, tak jak ja, dużo radości. Kiedy dowiedziałam się o planach na stworzenie takiej gry, bardzo chciałam być częścią projektu, który umożliwia integrację osób widzących i niewidomych” – mówi Emilia.

Projekt musiał jednocześnie na każdym etapie być oceniany i analizowany pod kątem przystępności dla osób niewidomych i niedowidzących. Wszystkie elementy tyflograficzne muszą być w prototypie zrozumiałe, litery wypukłe i w alfabecie Braille’a dobrze wyczuwalne. Ponadto zawsze potrzebna jest osoba, która ma rodzinę potrafiącą również wyrazić swoją opinię. Pod tym względem niezastąpiony okazał się być Robert Wróblewski z Gdyni, słabowidzący beneficjent Fundacji Szansa dla Niewidomych, razem z niewidomą żoną i widzącą normalnie córką, grający w gry planszowe. „Było dla miłe to, że zostałem doceniony, ponieważ mogłem się podzielić swoim doświadczeniem” – opowiada Robert – „Na rynku jest mało gier dla niewidomych i chciałbym, aby było ich więcej. Dzięki naszej grze możemy pokazać perspektywę osób niewidomych”.

Spotkania grupy roboczej odbywały się regularnie już od maja 2017 roku. W trakcie tych spotkań omawiano zasady gry, koncepcje i wykonanie oraz testowano od razu wymyślone zasady w oparciu o samodzielnie wykonane wcześniej prototypy. Jednocześnie w porozumieniu z opiekunami projektów z LIS koncepcje innowacji nabierały coraz bardziej realnych kształtów. Innowatorzy zapraszani byli na warsztaty twórczego myślenia, zasad komunikacji w zespole, wystąpień publicznych, a także tworzenia modeli biznesowych i konsultacje z prawnikiem czy ekspertem z dziedziny tworzonych innowacji. Doprecyzowanie koncepcji trwało do połowy października 2017, kiedy to przyszedł moment na złożenie Indywidualnej Specyfikacji Innowacji. Dokument ten wraz z załączonym kosztorysem był podstawą do otrzymania grantu. Na tym etapie było też największe prawdopodobieństwo, że projekt zostanie odrzucony. Na początku listopada stało się jednak jasne, że projekt zdobył pozytywne opinie ekspertów i został przeznaczony do dofinansowania. Zdobycie środków finansowych to ogromny krok naprzód, ale stawia też zespołowi nowe, poważne wymagania. Najważniejszą i najtrudniejszą kwestią projektową było znalezienie wykonawcy kluczowego elementu projektu, czyli pierwszego i drugiego prototypu gry. W przypadku tego projektu od początku było wiadomo, że musi być to firma, która bez tłumaczenia zrozumie specyfikę zamówień dla osób z dysfunkcją wzroku i ma największe doświadczenie w wykonywaniu tyflografik. Wybór mógł paść tylko na firmę Altix, lidera w Polsce jeśli chodzi o ubrajlowienie otoczenia i jego dostosowanie do potrzeb osób niewidomych. Największym wyzwaniem było wykonanie odlewów kafli do gry. Zostały one ostatecznie odlane w specjalnych formach z syntetycznej żywicy. Taka technika pozwala na dokładne odwzorowanie wszystkich niezbędnych elementów na kaflu: liter i cyfr w alfabecie Braille’a oraz wypukłych symboli charakterystycznych dla danego miejsca.

Ostatecznie prototyp powstał w kwietniu 2018, ponad rok od powstania pierwotnego zamysłu. Obecnie gra jest w fazie testów. Testerzy na specjalnych sesjach grają w grę i próbują wszelkich jej aspektów. Takie spotkania mają za zadanie eliminację błędów i niedociągnięć w fazie tworzenia samego prototypu, a odbywają się one w grupach zarówno widzących, jak i niewidomych miłośników gier planszowych. Mają one posłużyć do stworzenia ostatecznej wersji i pokazanie jej szerszemu gronu w dniu 30 czerwca w Parku Rady Europy w Gdyni na pomorskiej Gali REHA promującą Konferencję REHA FOR THE BLIND IN POLAND.

Proces tworzenia innowacji można zawrzeć w znanej maksymie „każda, nawet największa podróż, zaczyna się od pierwszego kroku”. Trzeba zacząć koncepcję wcielać w życie, a potem już pomysł sam nabiera rozpędu. Projektów podobnych do projektu „Innowacje na ludzka miarę” nie brakuje, a i samo założenie projektu, czyli złożenie pomysłu na projekt, a nie rozwiniętego dopracowanego projektu, jest przystępne dla osób „z ulicy”. Trzeba próbować być konsekwentnym w działaniu i nie zrażać się niepowodzeniami, ponieważ tylko w ten sposób można zamienić ducha w rzeczywistość.

Wstyd barierą dla niewidomych?

Człowiek jest istotą psychosomatyczną, która składa się z ciała i psychiki. Te dwa elementy wzajemnie na siebie oddziaływują i przenikają się. Jeśli ma on dysfunkcję fizyczną związaną chociażby z utratą wzroku, to bardzo często automatycznie pojawiają się u niego bariery mające podłoże w psychice.

Nowa sytuacja życiowa sprawia, że zaczynają dawać o sobie znać kompleksy, a one wywierają wpływ na zachowanie człowieka, przejawiają się w różnych postawach, lękach, obawach, dążeniach. W niniejszym tekście chciałbym skupić się na wstydzie, który często towarzyszy osobom niewidomym i słabowidzącym. Choć jest on absurdalną barierą, która w znaczący sposób utrudnia niepełnosprawnym normalne funkcjonowanie, to jednak w połączeniu z nieśmiałością wynikającą chociażby z charakteru jest bardzo często trudny do przezwyciężenia. Warto więc zastanowić się nad własnym podejściem do wstydu. A Ty, Czytelniku, wstydzisz się własnych problemów ze wzrokiem? Czujesz się niekomfortowo, kiedy korzystasz z pomocy innych ludzi? A może jesteś zażenowany, idąc z białą laską, albo z psem przewodnikiem? A może masz problem z tym, aby korzystać w przestrzeni publicznej z urządzeń, które ułatwią ci funkcjonowanie, ale jednocześnie zdradzą twoją niepełnosprawność? Czas to zmienić i popracować nad sobą.

Każdy z nas zapewne chciałby być piękny, młody i pełnosprawny, ale nie każdy ma tyle szczęścia, żeby przez życie przejść bez jakiejkolwiek dysfunkcji. Jeśli jednak już się ona pojawi, to u niektórych powoduje jeszcze większą motywację do działania, chęć udowodnienia losowi, że jako niepełnosprawni mogą osiągnąć jeszcze więcej. Niestety, dla znacznie większej części jest ciosem, z którym nie mogą sobie poradzić. Uwikłani w stereotypy i kompleksy podsycane lękami, obawami i wstydem zamykają się w sobie, albo przynajmniej nie korzystają z życia w takim stopniu, w jakim by mogli.

Zostawię na boku lęki i obawy, a skupię się na wstydzie, bo właśnie on jest jednym z największych hamulców utrudniających funkcjonowanie niepełnosprawnym. Czym on jest? Wstyd to emocja związana z funkcjonowaniem człowieka. Może być bolesnym przeświadczeniem o własnej ułomności, niedoskonałości. Często jest jednak wytworem psychiki, a praca nad sobą pozwala zniwelować jego negatywne skutki. Wstyd w codziennym funkcjonowaniu może towarzyszyć każdemu człowiekowi, ale ja chciałbym skupić się na osobach z dysfunkcją wzroku – zarówno niewidomych od urodzenia, jak i tych, które dopiero w trakcie swojego życia zaczęły tracić wzrok. Wydaje się, że na okiełznanie tej emocji nie ma cudownej recepty, ale lepiej z przełamywaniem lęków, barier i wstydu zazwyczaj radzą sobie osoby, które nie widzą od urodzenia. Znacznie trudniejsze zadanie czeka osoby, które przykładowo nagle zaczęły tracić wzrok. One muszą przestawić się na zupełnie inne funkcjonowanie, co w rzeczywistości wcale nie jest takie łatwe. A problemów codzienność dostarcza mnóstwo.

Zacznijmy może od osób, które cokolwiek widzą, ale mają opory związane z tym, jak ich niepełnosprawność będzie postrzegana przez ogół społeczeństwa. Wydaje im się, że niecodzienne zachowanie, by chociażby wspomnieć o odczytywaniu rozkładu jazdy za pomocą lupy albo trzymaniu telefonu czy książki bardzo blisko oczu spowoduje, że nagle inni będą na nich dziwnie patrzeć. W istocie pewnie większość ludzi wcale takiego zachowania nie zauważy, a dla części po prostu będzie to sygnał, że dana osoba ma kłopot ze wzrokiem. Nie należy się tym przejmować, robić z tego jakiejś tragedii. Warto przejść nad tym do porządku dziennego i wcale nie myśleć o tym, jak ludzie mogą zareagować, widząc, że dana osoba ma kłopot ze wzrokiem.

Innym aspektem wstydu jest korzystanie z białej laski, albo z psa przewodnika. Oba te elementy mocno rzucają się w oczy, z reguły powodują automatyczne zaszufladkowanie do danej grupy społecznej w myśl powiedzenia: jak cię widzą, tak cię piszą. Przypisują również stereotypy, czasami mogą powodować ciekawość u innych, ale w pewnych sytuacjach także ich strach przed nieznanym czy żarty. Na każdą reakcję trzeba być przygotowanym. Nie oznacza to jednak, że niewidomi powinni rezygnować z czegoś, co ułatwia im przemieszczanie.

Sam nie miałem problemów z tym, żeby zacząć korzystać z białej laski, ale znam osoby, dla których jest to spore wyzwanie, a wręcz bariera nie do przeskoczenia. A przecież nie warto udawać chojraka, bo przez nieodpowiednie zachowanie można stać się zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale także dla innych ludzi. Wszak mało przyjemne będzie zderzenie się ze słupkiem czy drzewem, wejście na drugiego człowieka, albo zrobienie sobie innej krzywdy tylko przez fakt, że dana osoba nie chciała być utożsamiana z niepełnosprawnością i nie korzystała z pomocy psa przewodnika lub z białej laski.

Ze wstydem może łączyć się także proszenie o pomoc obcych ludzi. Trzeba się tego nauczyć, bowiem poniekąd może ono powodować, że niepełnosprawny czuje się bardziej niesamodzielny i zależny od innych ludzi. Pytania o drogę, o numer nadjeżdżającego autobusu, o kolor światła na przejściu dla pieszych, o produkt w sklepie, początkowo wcale nie muszą przychodzić z łatwością, ale nie należy się wstydzić ich zadawania. Wszak przecież koniec języka za przewodnika. Im więcej będziemy pytali ludzi, im częściej będziemy korzystali w przestrzeni publicznej z białych lasek, z pomocy psa przewodnika czy innych gadżetów dla osób mających problemy ze wzrokiem, tym częściej będziemy dostrzegani i tym większa część społeczeństwa będzie miała świadomość, że istniejemy, przez co staniemy się normalną częścią krajobrazu społecznego, a nie taką budzącą ciekawość, lęk przed nieznanym albo ironię i żarty.

W istocie nie ma obiektywnych przesłanek ku temu, żeby osoba niewidoma źle czuła się wśród pełnosprawnych ludzi. Owszem, mogą występować pewne niedogodności, utrudnienia z tym związane, ale nie ma barier nie do pokonania. Nie ma też racjonalnych przesłanek do tego, żeby dysfunkcja wzroku była powodem do wstydu. W praktyce nie jest to jednak takie oczywiste i proste do przezwyciężenia, tym bardziej, że emocje nie poddają się logicznemu rozumowaniu. Rządzą się swoimi prawami. Poczucia wstydu nie da się wyeliminować jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Do tego potrzebne jest odpowiednie nastawienie, wiara w siebie, przekonanie o własnej wartości, a i tak czasami to może nie wystarczyć, bo człowiek podświadomie będzie rezygnował z czegoś, albo zbyt mocno przejmował się tym, jak na jego niepełnosprawność zareagują inni ludzie. Trzeba jednak pracować nad nabieraniem dystansu zarówno do siebie, swojej niepełnosprawności, jak i do świata, bo to ułatwia codzienne funkcjonowanie. Warto żyć na miarę swoich możliwości i pokazywać ludziom wokół, że brak wzroku albo jego ograniczenie to nie koniec świata. Z taką dysfunkcją można normalnie żyć, spełniać swoje marzenia i przełamywać własne bariery, odrzucając poczucie wstydu, zażenowania czy lęku. Tego sobie i Tobie – drogi Czytelniku – życzę!

Zamknij oczy: zobacz świętokrzyskie. Obiekty dostępne dla niewidomych

Mówiąc o dostępności obiektów użyteczności publicznej zazwyczaj mamy na myśli dostępność w wymiarze architektonicznym. Uważam jednak, że dostępność zaczyna się dużo wcześniej, a mianowicie w naszym umyśle, w naszej mentalności. Czy niwelowanie barier miałoby miejsce, gdyby nie empatia zarządzających danym obiektem, gdyby nie otwartość na drugiego człowieka? Myślę, że wymiar mentalny, społeczny dostępności, ma kluczowe znaczenie.

Czy przestrzeń publiczna w Kielcach jest dostępna dla niepełnosprawnych? Czy niepełnosprawni obywatele Kielc mają równy dostęp do edukacji, kultury, turystyki – do wszystkiego, z czego mogą korzystać pełnosprawni?

Rozważając kwestię dostosowania obiektów użyteczności publicznej w województwie świętokrzyskim, należy „wziąć pod lupę” różne aspekty życia. Szkolnictwo odgrywa ważną rolę w życiu człowieka. To właśnie wychowanie i wykształcenie w dużej mierze stanowi o sytuacji zawodowej, a to w dalszej perspektywie przekłada się na standard życia. W Kielcach równy dostęp do edukacji jest zapewniony już na poziomie przedszkolnym. Zostały utworzone placówki integracyjne, w których dzieci z dysfunkcją wzroku mają równy start. Szkołą podstawową, którą wyróżnia duża liczba uczniów słabowidzących i niewidomych jest szkoła nr 11. Placówka ta jest wyposażona w specjalistyczny sprzęt, który umożliwia uczniom równy udział w zajęciach szkolnych. Materiały dostosowane są do potrzeb każdego uczestnika lekcji. Ponadto uczniowie mogą liczyć na pomoc wykwalifikowanych nauczycieli i tyflopedagoga. Po ukończeniu szkoły podstawowej jest możliwość kontynuacji nauki w Liceum Ogólnokształcącym nr III im. C. K. Norwida. Jednostka ta od lat przyjmuje pod swoją opiekę uczniów z dysfunkcją wzroku. Poza specjalistycznym oprzyrządowaniem posiada długoletnie doświadczenie. W dalszym etapie kształcenia idzie z pomocą Uniwersytet Jana Kochanowskiego. Przy uczelni działa Uniwersyteckie Centrum Wsparcia i Rehabilitacji, którego pracownicy chętnie pomagają niepełnosprawnym studentom. Uczelnia posiada rozwiązania ułatwiające poruszanie się po obiekcie. Drzwi sal wykładowych oznakowane są etykietami RFID. Studenci przy pomocy specjalnego urządzenia mogą zeskanować etykietę i uzyskać informacje, które są dostępne dla widzących. Poza tymi udogodnieniami istnieje możliwość adaptacji materiałów dydaktycznych.

Otwartością na potrzeby niepełnosprawnych mogą pochwalić się: Miejska i Wojewódzka Biblioteka Publiczna. Do najbardziej dostępnych należy 9 filia Miejskiej Biblioteki Publicznej. Przed wejściem do obiektu krawędzie schodów są oznaczone w kontrastowy sposób. Jest tam również podjazd, system wzywania pomocy i tablica informacyjna z napisami brajlowskimi. Tuż po wejściu do pomieszczania znajdują się tablice tyflograficzne. Jedna z nich przedstawia układ pomieszczeń w obiekcie, a druga okolicę biblioteki. Jednostka ta dysponuje sprzętem specjalistycznym oraz bazą książek mówionych. W bibliotece organizowane są spotkania promujące czytelnictwo wśród niewidomych i słabowidzących. Taka działalność umożliwia równy dostęp do zasobów biblioteki.

W celu dotarcia do poszczególnych obiektów i skorzystania z ich zasobów można przemieszczać się za pomocą komunikacji miejskiej. Na przystankach zainstalowane są ścieżki dotykowe i udźwiękowione tablice informacyjne. Autobusy są wyposażone w system głosowej informacji, dzięki czemu niewidomy pasażer słyszy numer podjeżdżającego na przystanek autobusu oraz w którym kierunku on jedzie. Użytkownicy tego rodzaju transportu uzyskają głosowe informacje także wewnątrz autobusów. Dzięki takim rozwiązaniom niewidomi mogą samodzielnie podróżować po mieście.

Jednym z najbardziej popularnych miejsc turystycznych w Kielcach jest Wzgórze Zamkowe, a tam niewidomych i słabowidzących turystów swą otwartością zaprasza barokowy Pałac Biskupów Krakowskich. Wchodząc do obiektu turyści mogą zapoznać się z planem obiektu, który poza informacjami wizualnymi i wypukłymi, posiada informację dźwiękową. W kasie biletowej dostępne są audioprzewodniki, które umożliwiają niewidomym zwiedzanie wystawy. Istnieje możliwość zapoznania się z informatorem w druku transparentnym.

Jeśli mowa o turystyce, to nie sposób pominąć jednej z siedzib Królestwa Polskiego. W Sandomierzu można „dotknąć historii”. Na zamkowym terenie są usytuowane odlewy przedstawiające najcenniejsze budowle miasta. Dzięki miniaturom niewidomi turyści mogą „zobaczyć” jak wygląda Zamek Kazimierzowski, zespół klasztorny św. Jakuba i Brama Opatowska oraz Dom Długosza.

W świętokrzyskiem zauważalny jest progres w zakresie dostępności przestrzeni publicznej. W najbliższym czasie powstaną makiety tyflograficzne przedstawiające okolicę wybranych obiektów. Tablice te będą zaprojektowane uniwersalnie. Posłużą nie tylko widzącym turystom, ale również osobom, które borykają się z niepełnosprawnością wzrokową. Myślę, że tego typu działania będą inspiracją dla innych jednostek publicznych, które otworzą się na potrzeby osób z różnymi niepełnosprawnościami.

Bankomaty dostępne dla wszystkich

Wszyscy, również osoby z niepełnosprawnością wzroku, słuchu, czy narządu ruchu, chcą być niezależni i aktywnie oraz w miarę możliwości samodzielnie uczestniczyć w życiu społecznym i gospodarczym. Także w takiej dziedzinie życia jak usługi bankowe.

Niewidomi i niedowidzący klienci banków już od dłuższego czasu podnoszą problem braku równego dostępu do usług bankowych. Pierwszym bankiem, który wsłuchał się w te potrzeby i zrobił krok w kierunku przeciwdziałania wykluczeniu osób niewidomych był Bank Zachodni BZ WBK. Do niego dołączyły kolejne i dziś już wiele placówek bankowych, m.in. Bank PEKAO S.A, PKO Bank Polski S.A, Bank Millennium, ING Bank Śląski S.A, dostrzegły konieczność dostosowania się pod kątem osób niewidomych i niedowidzących, wprowadzając różnego rodzaju rozwiązania ułatwiające korzystanie z ich usług. Głównie skupiają się one na dostosowaniu bankomatów i stron internetowych. Aby ułatwić osobom niepełnosprawnym orientację w tym zakresie, w marcu tego roku uruchomiony został serwis “Dostępny bankomat”. To specjalna platforma internetowa dostępna dla osób niepełnosprawnych, zakładająca pełen dostęp do bazy bankomatów należących do większości banków w Polsce. Dzięki niej w prosty sposób można sprawdzić, gdzie w najbliższej okolicy znajduje się bankomat dostosowany dla osób niewidomych lub poruszających się na wózku inwalidzkim.

Obsługa krok po kroku

Serwis dostępny jest pod adresem: www.dostepnybankomat.pl. Strona jest w pełni obsługiwana przez screenreader JAWS. Jest prosta, czytelna, nie zawiera zbędnych informacji oraz ikon. Ekran główny zawiera jedynie 3 możliwości wyboru: Start, O projekcie i Kontakt. Informacji o dostępnych bankomatach należy poszukiwać pod ikoną Start. Po kliknięciu w tę ikonę pojawią się kolejne 3 pola wyboru: Lokalizacja, Udogodnienia i Bank. W pierwszym polu uzupełniamy nazwę miasta, w drugim zaznaczamy interesujące nas udogodnienia (jedno lub więcej), a w trzecim konkretny bank lub wszystkie z wybraną opcją. Zatwierdzamy enterem i po chwili otrzymamy pełen wykaz interesujących nas placówek z danymi adresowymi, godzinami pracy oraz lokalizacją.

Udogodnienia, które możemy wybrać, to:

Wpłatomat

Klawiatura numeryczna z oznaczeniem w Braille’u

Tryb kontrastowy

Wejście słuchawkowe – system komunikacji głosowej

Wbudowany głośnik

BLIK – możliwość dokonania transakcji bez użycia karty

Transakcje zbliżeniowe kartą

Podjazd i przestrzeń dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich

Ekran dotykowy.

Jak można zauważyć na podstawie informacji uzyskanych za pomocą tego serwisu, najczęściej stosowanym w bankomatach udogodnieniem jest klawiatura numeryczna z oznaczeniem w alfabecie brajla – posiada je już praktycznie większość urządzeń. Natomiast tryb kontrastowy, ułatwiający pracę na ekranie osobie niedowidzącej, jest udogodnieniem jeszcze rzadko występującym. Na przykład w samym Poznaniu znajdują się tylko 4 bankomaty wyposażone w tę funkcję i wszystkie należą do banku Millennium. Dla porównania w Krakowie jest ich 7, a w Warszawie 16. Jak widać, jest jeszcze w tej kwestii wiele do zrobienia, choć nie sposób nie docenić ogromnego postępu, jaki się dokonał w tym kierunku. Informacje zawarte na tej stronie umożliwiające w bardzo łatwy i szybki sposób weryfikację dostępności usług bankowych prowadzą jedynie w jednym kierunku – zwiększenia ich konkurencyjności. Wkrótce użytkownicy uzyskają dodatkowo możliwość korzystania z aplikacji dedykowanej dla urządzeń z systemem Android lub IOS.

Obecnie w bazie serwisu znajdują się dane dotyczące ponad 10 tys. urządzeń. To jednak tylko połowa wszystkich bankomatów dostępnych w Polsce, których liczbę szacuje się na nieco ponad 23 tys.

Projekt ten stanowi kolejny już etap edycji tzw. Dobrych praktyk obsługi osób z niepełnosprawnościami przez banki. Patronat honorowy nad nim objęło Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Narodowy Bank Polski, który go współfinansuje. Realizacją zajęła się specjalnie wyłoniona Grupa robocza działająca przy Związku Banków Polskich i Fundacji Widzialni.