Słoikowa owsianka

Śniadania to trudny temat. Rano jest zawsze za mało czasu na przygotowanie czegoś pożywnego, a nawet jeśli czas się znajdzie, to będąc jeszcze na wpół śpiącym trudno pomyśleć z czego to śniadanie zrobić, żeby było zdrowe.

Tymczasem, od tego co zjemy w pierwszej części dnia, zależy jak dobrze będziemy w stanie skoncentrować się w pracy i szkole, bronić przed niekorzystnym wpływem środowiska i czyhającymi infekcjami, a w dłuższej perspektywie – zachować dobry stan zdrowia na lata.

Długo nie potrafiłam znaleźć satysfakcjonującego sposobu na śniadania. Kanapki po nocy w lodówce i kolejnych kilku godzinach w teczce czy plecaku przypominają wilgotną gąbkę, a dodatki, takie jak pomidor, lubią wypadać w trakcie jedzenia.

Niektórzy radzą sobie kupując gotowe śniadanie w drodze do pracy. Można kupić pączka za złotówkę naładowanego pustymi kaloriami lub, teoretycznie zdrowsze, gotowe sałatki – rzadko smaczne, a prawie zawsze składające się z kiepskiej jakości składników. Zdrowe kanapki dostępne w niektórych sklepach i kawiarniach kosztują fortunę. Można też pójść na łatwiznę i kupić coś w jednym z fast-foodów, ale to znowu są puste kalorie. Chcąc nie chcąc przez długi czas miałam do wyboru jedynie pączka, rozmiękczoną kanapkę albo… czekanie na obiad. Do czasu aż odkryłam na nowo owsiankę.

Moi znajomi na hasło „owsianka” zaczynają się krzywić i patrzeć z niedowierzaniem jak coś tak okropnego może być dla mnie rozwiązaniem problemu ze śniadaniem. Nie chodzi mi jednak o owsiankę znaną ze szkolnej stołówki z lat osiemdziesiątych – szarą maź bez smaku. Słoikowa owsianka, jak lubię ją nazywać, smakuje lepiej niż pączki i jest naładowana prozdrowotnymi składnikami, które, wydawałoby się, trudno połączyć w jednym posiłku. Jest też niedroga, a do tego da się ją przygotować w minimalnym stopniu używając wzroku, albo nawet w ogóle bezwzrokowo. W dalszej części artykułu wyjaśnię jak to zrobić używając kilku prostych akcesoriów. Teraz natomiast przedstawię składniki, z których składa się owsianka.

Płatki owsiane

Półkilogramowa paczka płatków owsianych wystarczająca na pięć porcji owsianki kosztuje około dwóch – trzech złotych, a dostarcza mnóstwo korzyści zdrowotnych. Podobnie jak w przypadku innych produktów pełnoziarnistych, codzienne jedzenie płatków pomaga kontrolować poziom cholesterolu i cukru we krwi, obniża ryzyko chorób serca i wspomaga pracę jelit. Zawarty w nich błonnik sprawia, że długo czujemy się najedzeni, a węglowodany zawarte w posiłku są wchłaniane stopniowo.

W odróżnieniu od innych produktów pełnoziarnistych, owies zawiera unikatowe awenantramidy, nie występujące w żadnych innych pokarmach. Są one kategorią substancji przeciwzapalnych, którym przypisuje się między innymi zdolność łagodzenia podrażnień skóry. Płatki owsiane są też dobrym źródłem manganu, cynku i białka.

W sklepach płatki owsiane występują najczęściej w dwóch wariantach – górskie i błyskawiczne. Jedne i drugie nadają się do słoikowej owsianki. Najlepiej wypróbować obie wersje i sprawdzić, które bardziej nam smakują. Płatki owsiane błyskawiczne są drobniejsze. Owsianka z ich dodatkiem będzie miała gładszą konsystencję niż jeśli użyjemy płatków górskich.

Banan

Wbrew powszechnej opinii o nieprzeciętnej wartości odżywczej bananów, wypadają one blado przy pozostałych owocach słoikowej owsianki. Owszem, są bardzo dobrym źródłem witaminy B6 i niezłym – manganu i potasu, ale istnieją też lepsze źródła tych składników.

Niemniej to banany nadają naszej owsiance słodki, kremowy smak – dlatego są jej nieodzownym elementem. Owsianka będzie tym słodsza, im bardziej dojrzałego banana użyjemy – powinien być miękki, całkowicie żółty lub wręcz brązowawy. Jeśli masz pod ręką nieco przejrzałego banana, który jest już za miękki na samodzielną przekąskę, koniecznie dodaj go do owsianki.

Owoce jagodowe

Jeżyny, jagody, borówki, maliny, porzeczki, truskawki, wiśnie, czarne i czerwone winogrona są określane jako najzdrowsze z owoców. Nadają owsiance fantastyczny smak i sprawiają, że syci na dłużej bez zbędnych kalorii. Ich intensywne barwy mają za zadanie wabić roślinożerne zwierzęta, które pomagają w rozsiewaniu nasion. Równocześnie barwniki odpowiedzialne za atrakcyjny wygląd tych owoców nadają im również silne właściwości przeciwutleniające.

Wiele groźnych chorób, takich jak miażdżyca, zaćma, nowotwory złośliwe, jest często następstwem uszkodzeń dokonanych w komórkach organizmu przez wolne rodniki. Środkiem obronnym przeciwko ich działaniu są właśnie przeciwutleniacze. Badania mające na celu znalezienie naturalnych źródeł przeciwutleniaczy wykazały, że wiele wcześniej niedocenianych substancji zawartych w produktach pochodzenia roślinnego, między innymi owocach jagodowych, ma istotne właściwości przeciwutleniające.

Świeże owoce jagodowe przez znaczną część roku są niedostępne albo drogie. Co wtedy? Można je z powodzeniem zastąpić owocami mrożonymi, ponieważ mrożenie nie powoduje dużego ubytku składników odżywczych. Mrożone truskawki lub porzeczki można kupić w dowolnym supermarkecie o każdej porze roku. Dla osób, które mają wolne miejsce w zamrażarce i kogoś do pomocy przy przygotowaniu owoców, korzystnym rozwiązaniem może być samodzielne mrożenie owoców w sezonie, kiedy są najtańsze.

Mrożone owoce są też najwygodniejsze w użyciu. Nie psują się i nie musimy się martwić, że przegapimy uszkodzony lub pleśniejący owoc albo nie damy rady usunąć szypułek i zanieczyszczeń.

Suszone owoce są niezłym wyborem, jeśli nie zawierają dodatkowego cukru i konserwantów. Warto pamiętać, że zawierają więcej kalorii na 100 gramów, ponieważ składniki odżywcze nie są „rozcieńczone” wodą, jak w owocach świeżych lub mrożonych.

Orzechy i nasiona

Nie można jeść ich za dużo, ale jedną garść dziennie – warto. Dostarczają zdrowych tłuszczów, dzięki czemu posiłki z ich dodatkiem są bardziej sycące. Tłuszcze pomagają też przyswajać cenne składniki odżywcze – na przykład luteinę i zeaksantynę odgrywającą ważną rolę ochronną przeciwko zwyrodnieniu plamki żółtej, jednej z najczęstszych przyczyn utraty wzroku na świecie (więcej na ten temat napiszę w kolejnym artykule).

Do owsianki najlepiej użyć mieszanki orzechów i nasion, ale może to być też jeden ich rodzaj, np. włoskie, laskowe, nerkowce, pistacje (koniecznie bez soli!). Świetnie sprawdzają się też pestki słonecznika, dyni, sezam i migdały. Paczkowane orzechy w sklepach sporo kosztują. Na szczęście do owsianki nie potrzeba ich dużo. Istnieją też sposoby na pozyskanie ich znacznie taniej. Orzechy laskowe i włoskie można kupić bezpośrednio od rolnika lub na bazarze na wagę. W łupinach będą znacznie tańsze i dłużej zachowają świeżość. Ze względu na zawartość tłuszczu, orzechy łuskane mogą jełczeć, zwłaszcza jeśli są przechowywane w cieple lub w nasłonecznionym miejscu. Przed zakupem orzechów na wagę warto spróbować, czy są świeże. Jeśli smak jest nieprzyjemny, kwaskowaty, to znak, że lepiej kupić je gdzie indziej.

Siemię lniane

Orzechy i nasiona większości roślin zawierają cenne substancje odżywcze, lecz siemię lniane jest w tym gronie wyjątkowe, przede wszystkim ze względu na bardzo wysoką zawartość kwasów tłuszczowych omega-3. Jedna łyżka siemienia lnianego dziennie może zastąpić drogie suplementy w tabletkach.

Paczkowanie siemię lniane znajduje się w asortymencie większych supermarketów i sklepów ze zdrową żywnością. Do wyboru są ziarenka całe lub zmielone. Twarda łupina długo utrzymuje świeżość ziaren, ale powoduje też, że po zjedzeniu prawdopodobnie przejdą przez organizm w stanie nienaruszonym, nie pozostawiając po sobie żadnych składników odżywczych. Najlepiej więc przed użyciem zmielić je w młynku do kawy lub blenderze, bądź kupić zmielone. Mielone siemię lniane przechowuje się gorzej niż całe ziarna – po pewnym czasie może jełczeć i zgromadzić substancje toksyczne, dlatego należy koniecznie przechowywać je szczelnie zamknięte w suchym, chłodnym miejscu bez dostępu światła.

Cynamon

Jedni go uwielbiają, inni nie znoszą. Jeśli należysz do tej drugiej grupy, możesz ten składnik pominąć. Jeżeli natomiast lubisz cynamon, koniecznie pamiętaj, aby go dodać do owsianki. Mała łyżeczka cynamonu to dodatkowa, solidna porcja przeciwutleniaczy. Napój roślinny lub mleko oraz woda

Dodanie napoju roślinnego – sojowego, migdałowego lub ryżowego (potocznie zwanych odpowiednio mlekiem sojowym, migdałowym lub ryżowym) oraz wody ma za zadanie połączenie składników w prawdziwą owsiankę. Teoretycznie dałoby się przygotować owsiankę tylko z wodą, ale z napojem roślinnym smakuje lepiej – prawie jak deser. Zamiast napoju roślinnego można użyć zwykłego krowiego mleka, chociaż moim zdaniem nie do końca pasuje i trudniej po nim umyć słoik do czysta – niedomyte resztki mogą pozostawiać nieprzyjemną woń i stanowić pożywkę dla groźnych bakterii.

Przepis na owsiankę z kolorowymi owocami

Potrzebne przedmioty:

litrowy słoik z zakrętką

mówiąca waga kuchenna

szeroki lejek z szeroką nóżką

płytka miseczka do ugniatania banana

sztywny widelec (pod naciskiem nie powinien się wyginać)

łyżka stołowa do jedzenia

Składniki:

100 gramów płatków owsianych (błyskawicznych albo górskich)

1 średni banan

garść orzechów, pestek i nasion (włoskich, laskowych, nerkowców, migdałów, dyni, słonecznika lub innych)

100 gramów kolorowych owoców jagodowych (świeżych lub mrożonych, mogą być też suszone – jagody, borówki, jeżyny, czarne porzeczki, maliny, żurawina, winogrona)

1 łyżka stołowa mielonego siemienia lnianego

100 mililitrów napoju roślinnego (sojowego, migdałowego, ryżowego lub innego, może też być mleko)

200 mililitrów wody

Wskazówka: W przypadku słoikowej owsianki nie musimy przejmować się, jeśli przez przypadek wsypiemy trochę za dużo lub za mało któregoś składnika. Jeśli latem mamy dostęp do dużej ilości truskawek, jagód czy malin i lubimy je jeść, można użyć ich znacznie więcej.

Słoik ustawiamy na wadze i umieszczamy w nim lejek, który ułatwi nam umieszczenie w słoiku sypkich i płynnych składników.

Tarujemy wagę (ze słoikiem i lejkiem).

Do lejka wsypujemy płatki owsiane do momentu aż waga powie nam, że jest około 100 gramów i wyjmujemy lejek.

Banana ugniatamy w miseczce przy pomocy widelca i przekładamy do słoika.

Wrzucamy do słoika miks orzechów i nasion – można je przedtem lekko pokruszyć w palcach.

Ponownie tarujemy wagę i wrzucamy do słoika 100 gramów owoców.

Wkładamy do słoika lejek i wsypujemy łyżkę zmielonego siemienia lnianego oraz łyżeczkę cynamonu.

Tarujemy wagę i wlewamy 100 gramów napoju roślinnego (mniej więcej tyle waży 100 mililitrów), bądź mleka.

Ostatni raz tarujemy wagę i nalewamy do słoika wodę do momentu aż waga zasygnalizuje, że jest 200 gramów (200 mililitrów wody waży 200 gramów).

Całość mieszamy widelcem sięgając po ściance aż do dna i ruchem do góry przenosimy płatki owsiane z dna na górę. Powtarzamy ruch kilka razy w różnych miejscach słoika, a następnie mieszamy, aż do uzyskania jednolitej mieszanki. Staramy się połączyć ze sobą poszczególne warstwy składników. Jeśli mieszanka wyjdzie tak gęsta, że trudno ją wymieszać, można dodać więcej wody.

Zakręcamy słoik i zostawiamy owsiankę na noc w lodówce. Owsianka będzie gotowa do jedzenia z samego rana!

Przez noc płatki owsiane zmiękną i napęcznieją, owoce oddadzą sok i sprawią, że całość nabierze ich smaku, banan nada słodyczy, orzechy lekko zmiękną, a siemię lniane zwiąże całość w przyjemną konsystencję.

Dzięki temu, że owsianka jest zamknięta w słoiku, można łatwo zabrać ją ze sobą do pracy lub szkoły (pamiętaj o spakowaniu łyżki!). Żeby oszczędzić czas, przed szczególnie intensywnym tygodniem przygotowuję sobie trzy słoiki owsianki na zapas. Wówczas zalewam wodą i napojem roślinnym tylko jeden słoik – ten, który posłuży mi jako śniadanie następnego dnia. Pozostałe słoiki czekają na swoją kolej w lodówce. Kolejnego wieczora zalewam następny słoik z owsianką i tak dalej, aż do zużycia wszystkich słoików.

Słoikowa owsianka według powyższego przepisu dostarcza około 500 kilokalorii, czyli w przybliżeniu tyle, co dwa pączki. W odróżnieniu od pączków dostarcza jednak mnóstwa niezbędnych składników odżywczych i jest sycąca. Koszt przygotowania jednej porcji (jednego słoika) to około pięć złotych, jeśli wszystkie składniki kupimy w supermarkecie. Kupując owoce i orzechy z tańszych źródeł możemy ten koszt znacznie obniżyć.

płatki owsiane: 50 gr

banan – 1 zł

mrożone truskawki – 1,50 zł

orzechy włoskie – 2 zł łuskane lub 40 gr, jeśli łuskamy sami

siemię lniane – 7 gr

napój roślinny – 60 gr.

Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami

Kiedyś napisano o nich tak: „Zebrała się taka sympatyczna grupa ludzi, którzy mają chęć. Chęć na gotowanie i nieuniknione konsekwencje – zajadanie. Mają chęć podzielić się tym, co robią. Mają chęć pięknie to podać. Uczyć im się zachciało! Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby Ci ludzie widzieli co wrzucają do garnka i słyszeli kiedy to się gotuje. I tutaj mała niespodzianka – każdy z nich ma uszkodzony słuch i wzrok. Wszyscy słyszą słabiej niż statystyczny obywatel świata. Część z nich nie widzi, część widzi słabo, część inaczej niż większość. Osoby z dysfunkcją wzroku przeważnie jednak nie widzą przeszkód i tak jest też w przypadku uczestników projektu „Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami”. Toteż pod okiem instruktora i wolontariuszy, w Małopolskiej Jednostce Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym dzieje się gotowanie.

Głuchoniewidomi

„Co – głuchoniemi”? „Głusi znaczy”?

Nie. Głuchoniewidomi. Osoby z jednoczesną niepełnosprawnością wzroku i słuchu. Całkiem spora grupa wśród osób niewidomych i słabowidzących. Szacuje się, że w Polsce grupa ta liczy 7-8 tysięcy osób. Głuchoślepota jest niepełnosprawnością wyjątkową, ponieważ w przypadku uszkodzenia jednego z głównych zmysłów, nie można go zrekompensować drugim. Osoby z tą niepełnosprawnością napotykają na duże trudności w codziennym życiu. Trudno im funkcjonować w satysfakcjonujący sposób bez zrozumienia ich szczególnych potrzeb oraz specjalistycznego wsparcia.

Szczęśliwie jednak uczestnicy projektu kulinarnego, o którym mowa, mają to zrozumienie i wsparcie. Jedni z nich w nabywaniu podstawowych umiejętności w obszarze „kuchnia”, inni w rozwoju swoich kulinarnych talentów. To, co było założeniem projektu, to pełna indywidualizacja programu dla każdej osoby. Nie tylko ze względu na możliwości, ale też z pełnym poszanowaniem potrzeb, a nawet zachcianek. A co! Nie tylko danie musi mieć smak. Całe życie musi je mieć. A zachcianka może być całkiem dobrą dla niego przyprawą.

Ten projekt jest wyjściem naprzeciw konkretnym osobom, mającym różne potrzeby, ale podobną motywację. Wszystkie chcą się uczyć gotować. Jedna z nich w sposób przemyślany, ze zdrowych produktów. Druga zgodnie ze swoją pasją gotowania – tak, żeby nie zatrzymać się w rozwoju i poszerzyć swój repertuar dań o nowe. Trzecia prosto i ekonomicznie. Inna żeby wesprzeć swój organizm, który mówi jej, że trzeba się o niego troszczyć, bo trochę szwankuje. Trzy osoby głównie po to, by stać się niezależnymi od innych, kiedy pójdą „na swoje” i jeść w sposób sensowny, a nie cokolwiek. I jeszcze jedna, która po prostu – chce być dobrą gospodynią.

Zaczynaliśmy od kanapek, teraz uczestnicy potrafią zaskoczyć tartą ze szpinakiem, pyszną ogórkową czy grecką musaką. Trzeba jednak powiedzieć, że to się nie dzieje ot tak. Uczestnicy muszą się solidnie napracować, żeby takie cuda wyszły spod ich rąk. Prawda, że zręcznych i wyczulonych na to, czego dotykają, ale pozbawionych wsparcia sokolego wzroku i uszu nietoperza.

Trzeba naprzypalać naleśników, zanim wyczuje się jak długo powinny smażyć się na konkretnej patelni i konkretnym piecu. Trzeba nauczyć się składać dwie identyczne patelnie naleśnikowe rączkami i wnętrzem do siebie, żeby te naleśniki odwrócić i usmażyć z dwóch stron. Kiedy nie słyszy się skwierczenia pieczarek na patelni, trzeba nauczyć się ręką wyczuwać różnicę w parowaniu świeżych pieczarek i tych już dosmażonych. Dotykając ucha garnka, kiedy zagotowuje się w nim wodę i wyczuwając różnicę w wibracjach na poszczególnych etapach gotowania, też można stać się swoistym specjalistą. Jest tych „specjalistycznych” umiejętności całkiem sporo. My je poznajemy, wykorzystujemy i zaskakujemy.

Tak jak założyliśmy w projekcie, zaskakujemy siebie nawzajem. Kiedyś zrobiła to jedna z uczestniczek, przygotowując na pieszą wycieczkę kanapki z burgerem jaglano-buraczanym. Po wielu kilometrach wędrowania, odpoczynek z takim posiłkiem to był luksus, który tamci wycieczkowicze do dziś wspominają z sentymentem. Każdy z uczestników urządza czasem przyjęcie dla innych uczestników, na którym podaje przygotowane przez siebie danie. To jest czas na dzielenie się nie tylko jedzeniem, ale też wiedzą zdobywaną podczas zajęć.

Zaskakujemy też osoby spoza grona projektowego, ponieważ innym założeniem było to, że jedne z zajęć każdy z uczestników poświęca na przygotowanie słodkiego poczęstunku dla osób bezdomnych w ramach krakowskiej inicjatywy „Zupa Na Plantach”. I tutaj zaskoczenie jest imponujące, bo jak to – osoba niewidoma przygotowała ciasto? To się niektórym w głowie nie mieści.

Nam, w miarę trwania projektu, w głowach coraz więcej się mieści. Coraz więcej się chce.

Chce nam się nagrać małą książkę kucharską, po to, żeby większość przetestowanych z powodzeniem przepisów była dostępna dla osób z dysfunkcją wzroku w wersji audio. Będzie za jakiś czas. Będziemy o tym informować na naszym facebookowym profilu o nazwie „Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami”. Póki co, to tam zamieszczamy nasze przepisy i dzielimy się wskazówkami, które mogą być istotne dla innych osób z niepełnosprawnością wzrokową.

Tyle o nas. Na koniec jednak jeszcze o kimś. O firmie, której produkty niezwykle często goszczą w naszej kuchni. Dlaczego? Zrobiła coś, czego nie musiała, a dała tym piękny przykład dostępności towarów dla osób z niepełnosprawnością wzrokową. Na kartonowych opakowaniach produktów zbożowych firmy Melvit znajdują się napisy brajlowskie. Jeżeli ktoś czytający brajlem jeszcze tego nie odkrył, koniecznie powinien zajrzeć do większego marketu i poczuć tę radość, kiedy sam odnajduje potrzebny mu produkt. Potem niech wróci do domu, wykorzysta ten produkt testując jeden z naszych przepisów, a radość będzie podwójna.

Garść przepisów, których nie da się nie lubić

Gdy potrafimy kucharzyć z zamkniętymi oczami, ugotujmy coś, by móc wygodnie usiąść w miejscu, które najbardziej lubimy i zjeść coś dobrego, ba – najlepszego. Oto kilka przepisów, które polecamy.

Sprawdziliśmy je i możemy z pełną odpowiedzialnością polecić. Gdybyście jako nasi Czytelnicy mieli uwagi, komentarze, pochwały lub słowa krytyki na ich temat, serdecznie zapraszamy: help@szansadlaniewidomych.org

Autorom najciekawszych wiadomości zafundujemy obiad! Jaki? Najlepszy z możliwych, bo dokładnie taki, jaki sami uwielbiają.

Zupa, o której mało kto wie – pazibroda

Obrać ziemniaki i pokroić w grubszą kostkę. Wrzucić je do osolonego wrzątku.

Po 10–15 minutach dodać marchewkę startą na grubej tarce i pietruszkę w całości; doprawić liściem laurowym i zielem angielskim.

Kiedy ziemniaki są miękkie, dodać przesiekaną kapustę kiszoną, następnie posolić, popieprzyć; gotować 15 minut.

Pokrojoną w drobną kostkę cebulę usmażyć na roztopionym smalcu aż stanie się rumiana, pod koniec smażenia podprawić mąką pszenną.

Kiedy kapusta jest ugotowana, należy dodać rumianą cebulę ze smalcem i mąką.

Zupę podaje się z chlebem.

A teraz drugie danie – gołąbki kucharza amatora

0,5 kg mielonego mięsa wieprzowego, np. łopatki, 0,5 kg mielonej piersi indyka, duża główka kapusty (około 2 kg), 2 duże cebule, 2 łyżki smalcu, 2 kostki rosołowe do smaku, 1 puszka koncentratu pomidorowego, sól, pieprz, ewentualnie inne przyprawy i ulubione dodatki

Do dużego garnka, mogącego zmieścić główkę kapusty, wlewamy wodę, troszkę ją solimy i zagotowujemy.

Z kapusty odrywamy i wyrzucamy pierwsze, nieładne liście. Płuczemy całą główkę kapusty.

Wycinamy z niej głąb: ustawiamy główkę głąbem do góry i wrzynamy nóż niemal pionowo w dół, obok obrysu głąba.

Poruszając nóż pionowymi ruchami odcinamy go dookoła. Głąb ma zazwyczaj około 10 cm długości i 3 cm średnicy na zewnątrz. We wnętrzu główki jest cieńszy, toteż wprawiony kucharz nie ustawia noża całkowicie pionowo, lecz pod pewnym kątem, wynikającym z doświadczenia.

Do gotującej się wody wkładamy główkę kapusty. Gotujemy do miękkości. Nie może jednak być zbyt miękka i rozlatująca się.

Obieramy i myjemy cebule. Na drewnianej desce siekamy je na drobną kostkę.

Na patelni rozgrzewamy 2 łyżki smacznego smalcu i przysmażamy cebulę.

W głębokim talerzu łączymy ze sobą dwa zmielone mięsa, dokładnie mieszamy i przyprawiamy solą, pieprzem, dodajemy przesmażoną cebulę. Można próbować dodać kolejne przyprawy, zależnie od upodobań. Można też dodać kolejne dodatki: ryż, suszone śliwki pokrojone na drobno, rodzynki itd.

Wyjmujemy z garnka kapustę, kładziemy ją na głębokim talerzu, odczekujemy, by nieco się ochłodziła i obieramy kolejne liście z wierzchu. Wylewamy z garnka już bezużyteczną wodę.

Na dno pustego garnka układamy liście, które nie nadają się do zawijania gołąbków, bo są za małe lub zbyt uszkodzone.

Wybieramy najładniejsze i największe liście, kładziemy płasko na desce i ścinamy z nich zgrubienie na tzw. nerwie. Wykonujemy nożem poziome ruchy, by ściąć jedynie zgrubienie i nie uszkodzić samego liścia.

Nakładamy farsz mięsny na kolejne liście (po około 5-7 dag) i formujemy gołąbki. Składamy boki liścia do wewnątrz i formujemy eliptyczne bryłki.

Gołąbki układamy w garnku tak, aby przylegały do siebie. Układamy je warstwowo.

Przygotowujemy kolejną wodę. Gotujemy ją wkładając do niej dwie kostki rosołowe.

Zalewamy poukładane gołąbki przygotowanym rosołem tak, aby wszystkie były zanurzone w płynie. W razie potrzeby dolewamy wody. Gotujemy je 30-40 minut, na małym ogniu.

Na kilka minut przed wyłączeniem wkładamy do garnka zawartość puszki koncentratu pomidorowego. Sprawdzamy smak i w razie potrzeby dosalamy. Delikatnie mieszamy, by nie uszkodzić liści kapusty.

Podajemy gołąbki ze środka garnka, gdyż są najlepsze. Pozostałe mogą być nawet lepsze na drugi dzień, po odgrzaniu.

Czy znacie mazowiecki kartoflak?

2 kg ziemniaków, 40 dag kiełbasy i wędzonki, 3 dag smalcu, 2 cebule, 3 łyżki mąki, 2 jajka, 100 g śmietany (18%), pieprz, sól, tłuszcz do smarowania formy

Ziemniaki i cebulę obrać, umyć, zetrzeć na tarce o drobnych otworach – jeżeli jest zbyt dużo soku, należy trochę odlać.

Kiełbasę i wędzonkę pokroić w drobną kostkę i usmażyć na rozgrzanym smalcu.

Ziemniaki, cebulę, mąkę, jajka i usmażoną kiełbasę z wędzonką dokładnie razem wymieszać, doprawić solą i pieprzem.

Formę do pieczenia wysmarować tłuszczem, włożyć masę ziemniaczaną. Piec około 75-80 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 st. C.

Babkę ziemniaczaną podawać gorącą, pokrojoną w grube plastry z pikantnymi sosami i dowolną surówką.

Nie ma jak porządny polski drób – Gęś z kaszą gryczaną

Gęś wagi do 4 kg, sól, pieprz, łyżka majeranku, marchew, 2 ząbki czosnku, sok z połowy cytryny

Farsz: 3 woreczki kaszy gryczanej, czyli 30 dag, spora garść suszonych grzybów, kostka rosołu warzywnego, sól, pieprz, jajko

W przeddzień gęś umyć, oczyścić, posypać solą i pieprzem zarówno z wierzchu, jak i w środku. Pokropić sokiem cytrynowym, posypać majerankiem i obłożyć pokrojoną w plasterki marchwią oraz także pokrojonym czosnkiem. Najlepiej marynować gęś w dużym naczyniu, np. w brytfannie do pieczenia, z pokrywką.

Gęś pod przykryciem wstawić do lodówki.

Następnego dnia godzinę moczyć grzyby w garnuszku z ciepłą wodą, po tym czasie dodać kostkę rosołu warzywnego i gotować grzyby do miękkości, ostudzić, posiekać.

Ugotować kaszę, osączyć, wymieszać z grzybami i wywarem od ich gotowania. Do wystudzonej kaszy dodać także surowe jajko, przyprawić do smaku pieprzem i – jeśli to potrzebne – solą.

Gęś napełnić farszem, spiąć wykałaczkami otwór po szyi i brzuszek.

Nagrzać piekarnik do 200 st. C i wstawić gęś bez przykrycia. Kiedy się leciutko zrumieni, przykryć brytfannę i piec przynajmniej 2-3 godziny, badając miękkość patyczkiem.

Wytapiający się tłuszcz przelewać do garnuszka. Można z niego przygotować smarowidło do chleba, co jest przysmakiem wielu osób. Pozostawić tylko minimalną jego ilość w brytfannie. Można dolać nieco wody, aby sos spod pieczystego stał się lżejszy.

Zupełnie miękką gęś zrumienić, zdejmując przykrywkę. Na chwilę po wystawieniu z piekarnika pozostawić, aby odrobinę wystygła, pokroić i podawać.

Tak przyrządzona gęś nie wymaga już innego dodatku: wystarczy smakowity farsz z kaszy.

Jako doskonałe tradycyjne dopełnienie – surówka z czerwonej kapusty lub kapusta czerwona na gorąco, ugotowana z dodatkiem borówki do mięsa.

Co się jada od wieków na Mazowszu – babka ziemniaczana z mielonym mięsem

1 kg ziemniaków, 4 jaja, łyżka oleju lub oliwy, łyżka masła, 3 dymki lub jedna duża cebula, sól, pieprz

Na farsz mięsny: 30 dag mielonego mięsa wieprzowego, czerstwa kajzerka, jajko, 2-3 łyżki śmietany, sól, pieprz

Do posmarowania formy: łyżka masła

Do wysypania formy: 2 łyżki tartej bułki

Ziemniaki obrać, pokroić na równe części, zalać wrzątkiem i ugotować, odcedzić, ostudzić, przepuścić przez praskę do ziemniaków lub zemleć w maszynce.

Posiekane dymki lub cebule podsmażyć na łyżce masła z olejem lub oliwą.

Ziemniaki wymieszać z żółtkami, solą i pieprzem oraz podsmażoną cebulą. Ubić sztywną pianę z białek, wymieszać z masą ziemniaczaną.

Czerstwą kajzerkę namoczyć w wodzie, odcisnąć i rozdrobnić, po czym dodać wraz z jajkiem, solą, pieprzem i śmietaną do mielonego mięsa i dokładnie wyrobić masę.

W posmarowanym masłem i wysypanym tartą bułką naczyniu do zapiekania ułożyć warstwę ziemniaków, na nich warstwę mięsa i na nim resztę ziemniaków. Wygładzić wierzch.

Rozgrzać piekarnik do temperatury 180 st. C. Piec potrawę 40-50 minut, do momentu, kiedy wierzch się zrumieni.

Schabowe nie muszą zawsze być jednakowe – teraz będą z jabłkami

4 centymetrowej grubości kotlety schabowe bez kości, 2 winne jabłka, 2 cebule, 2 łyżki mąki, sól, pieprz, 3 łyżki oleju do smażenia, łyżeczka majeranku, spora szczypta melisy, łyżeczka cukru

Kotlety rozbić lekko tłuczkiem do mięsa, posolić, posypać pieprzem i mąką.

Cebulę obrać i pokroić w cienkie plastry, podsmażyć na rozgrzanym oleju, po czym zdjąć z patelni.

Na pozostałym na patelni oleju usmażyć kotlety z obu stron na rumiano. Na każdym ułożyć porcję cebuli.

Obrać jabłka, przekroić na połówki, wykroić gniazda nasienne.

Na każdym kotlecie położyć połówkę jabłka przekrojem do dołu, okrywając w ten sposób cebulę. Posypać jabłko cukrem, majerankiem i melisą.

Podlać kotlety 3-4 łyżkami wody, zakryć patelnię przykrywką i dusić potrawę 8 minut.

Pasztet urozmaicony – ze śliwkami

80 dag wieprzowiny, 30 dag podgardla wieprzowego lub tłustego boczku, 50 dag cielęciny lub młodej wołowiny, 50 dag piersi z kurczaka, 40 dag wątróbki, 4-5 jajek, 10 suszonych grzybków, najlepiej prawdziwków, 20 dag suszonych śliwek, 3 czerstwe bułki, sól, pieprz, gałka muszkatołowa, imbir, kilka liści laurowych, estragon, bazylia, 2–3 cebule, 3 marchwie, 3 pietruszki, 10 dag słoniny

Suszone grzyby moczymy w niewielkiej ilości wody. Podobnie suszone śliwki w drugim naczyniu.

Mięso dzielimy na nie za duże porcje i obsmażamy, a następnie wkładamy do garnka. Dodajemy pokrojoną cebulę, warzywa, grzyby, liście laurowe i zalewamy wodą tak, aby mięso było zaledwie przykryte. Gotujemy na małym ogniu około 2 godzin.

Gdy mięso jest miękkie, wkładamy do garnka obraną z błon i pokrojoną w plastry wątróbkę i chwilę dusimy.

Zestawiamy garnek z ognia, do wywaru wkładamy bułki i pozostawiamy niemal do wystudzenia.

Mięso, bułki, warzywa i grzyby mielimy 2 razy w maszynce z drobnym sitkiem.

Do masy dodajemy stopniowo przyprawy i dokładnie mieszamy, by wyrównać wszędzie smak. Dodajemy jajka i ponownie mieszamy.

Zmiękczone śliwki kroimy na mniejsze kawałki i wsypujemy do mięsa, znowu mieszamy.

Formy do pieczenia pasztetu wykładamy pergaminem zabezpieczającym przed spaleniem, na dnie układamy ozdobnie pokrojone plastry słoniny, wkładamy masę mięsną i ugniatamy ją łyżką.

Pasztet w formach wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i pieczemy około 45 minut. Gdy boki zaczynają się rumienić, pasztet jest gotowy.

A teraz urozmaicona pieczeń

1,5 kg mielonej wieprzowiny, mała szklanka grubo posiekanego ogórka konserwowego, mała szklanka posiekanych suszonych śliwek, 2 łyżeczki sosu sojowego, sól, pieprz, trochę ostrej papryki, 2 jajka

Sos: 2 posiekane cebule, łyżka mąki, 2 łyżki smalcu lub masła,1 szklanka wody, 1 łyżka octu (6%), 6 łyżek pasty pomidorowej, 1 łyżeczka cukru, 3 roztarte ząbki czosnku, 2 listki laurowe

W małym rondlu topimy smalec, dodajemy cebulę, smażymy na średnim ogniu przez 2 minuty, kilkakrotnie mieszając.

Cebulę posypujemy mąką, smażymy przez minutę mieszając.

Mieszamy pozostałe składniki sosu i powoli wlewamy do zasmażki, stale mieszając.

Mięso mieszamy z ogórkiem, śliwkami, sosem sojowym, solą, pieprzem i papryką oraz jajkami. Wyrabiamy ręką i wkładamy do wysmarowanej tłuszczem brytfanny.

Pieczeń wstawiamy do nagrzanego do 200 stopni C piekarnika, pieczemy 15 minut, wyjmujemy, smarujemy sosem, zmniejszamy temperaturę w piekarniku i wstawiamy pieczeń ponownie do piekarnika. Pieczemy 45–60 minut.

Trzecie oko wystarczy, by smacznie gotować

Pogotujmy razem! Wiem, że gdy się nie widzi, jest ciężko. Ale czy to musi powodować, że zamykamy się w swoim pokoju i unikamy świata? Nie, nie musi. Jednym z fajniejszych sposobów na bycie razem z innymi jest wspólne kucharzenie, albo samodzielne kucharzenie, po którym wspólnie się je. Nie wiem, czy są bardziej jednoczące ludzi czynności niż gotowanie i konsumowanie smacznych dań. Co mam na myśli? Bycie razem z ludźmi, którzy nie muszą należeć do naszych najbliższych, a jednak, chociaż na moment, są razem z nami. Z najbliższymi możemy nawiązać mocniejsze relacje i przeżywać inne emocje, z ludźmi, których spotykamy tylko czasem, wiele z nich nie jest możliwe. Tymczasem gotowanie i wspólne spożywanie potraw nie jest niczym ograniczone i może cieszyć wszystkich.

No więc szkoda by było polec i darować sobie tę przyjemność. Przeciwnie, należy korzystać z każdej możliwości, by żyć jak inni. Mimo braku wzroku możemy wykonywać czynności, o których tak jeszcze niedawno nawet nie myślano. To nowoczesna rehabilitacja otworzyła dla nas świat. Nie musimy się wstydzić, że zamiast patrzeć – macamy, zamiast czytać zwykłe książki i gazety – słuchamy ich przez słuchawki. Zamiast wyjść z domu i kroczyć śmiało do przodu, rozglądając się milutko na lewo i prawo, musimy trzymać w ręku białą laskę, wymacywać przeszkody i liczyć na to, że satelitarna nawigacja nas nie zawiedzie. Mimo to możemy trzymać głowę do góry, wyglądać atrakcyjnie i uśmiechać się, gdy omijamy słup, na który niemal wpadliśmy.

Już wiemy, że mamy trzecie oko, dzięki któremu jakoś tam widzimy. Jak? Oczywiście, że inaczej, ale widzimy. O co chodzi? O wykształcenie wyobraźni, dzięki której wszystko, co słyszymy i czujemy, zamienia się na wyobraźnię. Lepszy lub gorszy obraz tworzy się w naszej głowie i umożliwia nam wykorzystywanie rozmaitych zdolności. Otwórzmy więc to trzecie oko w kuchni i coś ugotujmy. Gdyby miał to być pierwszy raz, może warto skorzystać z naszych porad.

Na początek ugotujmy ziemniaki. To takie polskie warzywo. Przybyło do nas dosyć niedawno, ale zdążyło się zadomowić na dobre w XIX wieku. Teraz jemy je niemal codziennie. Ziemniaki należy opłukać i włożyć do jakiegoś pojemnika. Bierzemy do ręki nóż do obierania kartofli i garnek, w którym mają być ugotowane. Można je wkładać po obraniu do zlewozmywaka, by je umyć, albo najpierw do tego pojemnika, by potem umyć wszystkie naraz. Czyste włożymy do przygotowanego garnka. Obierki należy wyrzucić do kosza na śmieci. Ja lubię obierać ziemniaki nad nim, by obierki od razu tam spadały. Można jednak to robić nad innym naczyniem, a potem wysypać je do śmieci. Można korzystać ze specjalnego nożyka do obierania, albo zwykłego noża, zależnie od tego, do czego się już przyzwyczailiśmy lub przyzwyczaimy się po opisanych tu próbach.

Chodzi o to, by ściąć z powierzchni ziemniaków cienką skórkę, na przykład o grubości jednego czy dwóch milimetrów. Jak to zrobić? Należy ustawić nożyk tak, by ostrze ułożyło się niemal równolegle do powierzchni ziemniaka. Dokładniej, chodzi o zgodność ze styczną do mniej więcej okrągłej powierzchni kartofla. Ma ono opierać się ostrą stroną na kartoflu, a jego brzeg ma się wcinać stabilnie pod powierzchnię skórki. Kciuk kontroluje ten ruch, dociskając ostrze w taki sposób, by miało ono stałe ustawienie względem ziemniaka. Inne palce i cała dłoń popychają nóż wzdłuż powierzchni kartofla. Jak wykonywać tę czynność i pilnować grubość obierek? Należy mocno trzymać nożyk pomiędzy kciukiem a resztą palców i czubkiem kciuka dotykać nie tylko ostrza, ale także ziemniaka. Należy wykorzystywać sprężystość mięśni kciuka i dłoni, by nożyk przesuwał się do przodu milimetr czy dwa w głąb ziemniaka. Gdy wejdzie nieco głębiej, nie trzeba panikować, lecz wycofać ostrze i skorygować kąt natarcia. Podobnie, gdy nożyk się omsknie i wyskoczy na zewnątrz. W miejscu, gdzie to się zdarzy, zaczynamy obieranie od nowa. Obierzemy jeden krąg skórki, a potem kolejne, równoległe do pierwszego, przenosząc ostrze noża na jeszcze nieobraną skórkę. Na koniec sprawdzimy opuszkiem palca, gdzie została skórka lub jakieś „czarne” miejsca. Skosimy je kolejnymi ruchami nożyka i zabierzemy się za następnego ziemniaka.

Podobnie obiera się jabłka i gruszki. Tak samo prowadzi się ostrze równo pod powierzchnią skórki, by ją odciąć. W tym przypadku skórka jest nieco cieńsza, co utrudnia zadanie, ale za to owoce są bardziej miękkie. O ile ziemniaki mogą być obierane od dowolnego miejsca, bo te miejsca niczym się nie różnią, jabłka i gruszki najlepiej zacząć od ogonka, ale niektórzy zaczynają od szypułki. Okrajamy te owoce, jak byśmy okrążali globus wzdłuż równoleżników. Najpierw blisko Bieguna Północnego, Arktyki, potem koliście, wzdłuż spiralnej ścieżki w stronę Polski. Mamy obrany pierwszy krąg, taki równoleżnikowy skórkowy pasek, potem drugi, nieco dalej od ogonka itd. Potem zbliżamy się do środka, czyli owocowego równika, gdzie paseczek jest najdłuższy, a wreszcie dojeżdżamy do szypułki, czyli Antarktydy. Wtedy zabieramy się do jedzenia, albo dzielimy owoc na ćwiartki – tak będzie kulturalniej. Najpierw kroimy owoce mocnym cięciem na pół wzdłuż pionowej osi, jakby Ziemskiej osi, a potem bierzemy kolejne połówki i dzielimy znowu na pół, wzdłuż tej samej osi. Mamy cztery ćwiartki i trochę niepotrzebnych „dodatków”. Wycinamy ogonki i szypułki oraz wykrawamy czubkiem nożyka owocnie.

Obieranie pietruszki i marchewki jest trochę trudniejsze, bo one są cienkie i podłużne, a ich powierzchnie nie są równe. Gdy ziemniak jest nieregularny – trudno. Nic się nie stanie. W przypadku tych drugich warzyw można się zagapić i tak ściąć skórkę, że prawie nic z warzyw nie zostanie. Bierzemy nożyk w jedną rękę, a marchew czy pietruszkę w drugą. Tniemy równolegle do ich osi, znowu blisko ich powierzchni – na milimetr głębokości. Przesuwamy ostrze pasek po pasku. Te paski nie układają się teraz na podobieństwo równoleżników, jak w przypadku jabłek, lecz południków – są podłużne od jednego końca warzywa do drugiego. Obracamy marchewkę o stosowną ilość stopni i tniemy znowu. Robimy to, aż pokonamy 360-stopniowy obrót.

A co zrobić z główką czosnku? Jest otoczona łuską, którą należy zdjąć. Czasem schodzi sama – wystarczy potrzeć palcami, a już się odkleja. Kiedy indziej trzeba zahaczyć nożykiem i pościągać ostrzem. Uwidaczniają się wtedy cząsteczki czosnku. Rozdzielamy je palcami i bierzemy tyle, ile nakazuje wybrany przepis. Każda cząstka jest w kolejnej osłonce. Ta nie schodzi już tak łatwo. Pomagamy sobie nożykiem, który poprzez skrobanie nadaje się lepiej do tej funkcji.

Jak przygotować jajka i to osobno białka i żółtka? Wygodnie jest użyć trzech kubków – dwa dla białka, a jeden dla żółtka. Pierwszy, do którego będziemy wlewać białko po białku, drugi do przelewania białek z pierwszego, gdy będzie pewność, że kolejne jajko jest w porządku. Trzeci kubek będzie przeznaczony na żółtka. Dokładnie myjemy jajka. Podkładamy je pod kran i myjemy mydłem. Należy je wysuszyć i najlepiej odłożyć do jakiegoś talerzyka. Wtedy nigdzie się nie przeturlają i nie spadną.

Bierzemy pierwsze jajko do jednej ręki, a nóż do drugiej. Jego ostrzem stukamy w skorupkę prostopadle do osi jajka, by nie przełamać go całkowicie, lecz tak, by zrobić dosyć niewielką szparę w górnej części. Teraz należy ująć jajko dwiema rękami, by rozchylić połówki skorupki. Trzymamy jajko nad pierwszym kubkiem, bo już wylewa się z niego białko. Ono może wydostać się z pękniętej skorupki, bo jest wystarczająco płynne. Żółtko jest natomiast zamknięte w osłonce i zostaje na miejscu. Gdy chcemy oddzielić białko od żółtka, nie mogą się wymieszać w jednym kubku. Gdy cała operacja nam się uda, białko będzie w pierwszym kubku, a żółtko wrzucimy do trzeciego. Sprawdzimy nosem, czy jajko jest w porządku i gdy tak będzie, przelejemy białko do drugiego kubka, do którego będziemy wlewali kolejne białka. Teraz możemy ubić pianę lub zrobić wiele rozmaitych czynności, zgodnie z przepisem, którym się kierujemy. Gdy chcemy użyć jajka w całości, nie oddzielamy białka, ale również sprawdzamy jego jakość. Za każdym razem przydaje się kubek zabezpieczający. Wlewamy do niego zawartość pojedynczego jajka, sprawdzamy i dopiero wtedy przelewamy docelowo. W innym przypadku wyrzucamy do odpadów.

Mamy już ziemniaki i inne warzywa, a także jajka. Czas na mięso. Powinno być wstępnie umyte – nie lubię pracować z nieumytymi produktami spożywczymi. Kupujemy schab z kością, chociaż łatwiej jest z mięsem bez kości. Skoro jednak mamy się uczyć, musimy założyć, że kości są. Należy je wytrybować. Kładziemy mięso na desce, wzdłuż – od lewej do prawej strony (schab jest bowiem podłużny). Nożem odkrawamy mięso od kości. Mięso jest jakby w objęciach żeberek i kręgów. Ustawiamy ostrze noża tak, by stopniowo odcinać mięso tuż przy kościach. Ostrze pracuje wzdłuż osi kręgosłupa, prostopadle do żeberek. Dochodzimy do miejsca, gdzie ostrze zatrzymuje się na kościach leżących na desce. Teraz obracamy schab o 90 stopni, by leżał na desce tymi kościami, które sterczą do góry i są już oddzielone, i wykonujemy to samo cięcie co wcześniej. Odcinamy to, co jeszcze wiąże mięso z kośćmi i mamy schab bez nich, jakbyśmy właśnie taki kupili w sklepie.

Teraz wytniemy kotlety. Ustawiamy nóż poziomo, ostrzem w płaszczyźnie prostopadłej do deski i osi schabu. Kierujemy ostrze w dół przy prawym końcu schabu. Odkrawamy kolejne, centymetrowe kotlety. Nóż należy trzymać w jednej dłoni, a palcami drugiej dłoni sprawdzamy, czy dobrze odmierzamy grubość krojonego mięsa i czy poprawnie ustawiamy kąt natarcia ostrza. Nie wystarczy dbać o samą grubość plastra od góry. Trzeba pilnować, by w trakcie cięcia w dół, ostrze poruszało się dokładnie pionowo. Gdy zboczy, kotlet będzie nierówny.

Teraz możemy usmażyć kotlety schabowe. Ukrojone kawałki mięsa kładziemy na desce. Trzeba je rozbić. Bierzemy kotlet po kotlecie, kładziemy na deskę i uderzamy stroną tłuczka z kolcami. Włókna mięsa muszą być rozbite i zmiękczone. Przygotowane plastry należy obtoczyć w mące, następnie w rozbitym jajku, a na koniec w tartej bułce. Wreszcie można przyprawiać gotowe kotlety, m.in. posolić i popieprzyć do smaku.

Czas na smażenie. Bierzemy butelkę z olejem i wlewamy go trochę na patelnię. W trakcie smażenia trzeba kontrolować ilość oleju. Za mało oleju to przypalone mięso. Kotlety smaży się po kilka naraz – tyle, ile się zmieści na patelni jeden obok drugiego. Wkładamy je na rozgrzany olej i smażymy mięso, każdą stronę po kilka minut. Są gorące i trudno się je dotyka, choć jest to możliwe. Bierzemy specjalną łopatkę, podkładamy pod kotlety i obracamy. Można dotknąć palcem wolnej ręki mięso od góry, najlepiej na jego środku, bo tam właściwie nie grozi nam oparzenie. Przewracamy mięso, znowu czekamy kilka minut i sprawdzamy, czy kotlety są już dobre. Jak to robimy? Dotykamy je ponownie z góry i oceniamy, na ile są usmażone. Decydujemy o tym zgodnie ze swoimi upodobaniami. Niektórzy wolą kotlety bardziej wysmażone, inni mniej. Możemy ich nie dotykać, gdy potrafimy rozpoznać ich stan po zapachu. Wtedy wąchamy, aż wyczujemy, że mamy już zapach, który kojarzymy z lubianym przez nas stanem mięsa.

Nie pozostaje nic innego, jak pójść do sklepu, zrobić zakupy, a następnie wejść do kuchni i coś ugotować. Wreszcie, gdy poczujemy się zmęczeni i głodni, możemy zaprosić bliskich do swojego stołu i powiedzieć: „Dzisiaj jemy to, co my ugotowaliśmy, a nie wy! Smacznego”.

Ślepa kuchnia, czyli sałatka polska

Czy ktoś kiedyś widział takie miejsce? A może ma je u siebie w domu? Tak, to pewien rodzaj budownictwa zainspirował nas, by tak nazwać jedno z wydarzeń, które od czasu do czasu odbywa się w lokalu Fundacji Szansa dla Niewidomych przy Gałczyńskiego. Kuchnia bez okna, najczęściej nieduża, gdzie wszystko jest pod ręką. Miło, szybko, wygodnie. Wiemy, że nazwa nikogo nie obraża, przeciwnie – wywołuje uśmiech głównie wśród naszych niewidomych znajomych.

Kilka tygodni temu minął rok od chwili kiedy Fundacja zagościła w budynku przy Gałczyńskiego 7. Otrzymaliśmy do dyspozycji dużą przestrzeń, którą staramy się wykorzystać na różne sposoby. Jednym z nich są niezobowiązujące spotkania z ludźmi, uczestnikami projektów, zainteresowanymi naszą działalnością, wolontariuszami czy studentami. Działamy praktycznie cały dzień i stąd chyba narodził się pomysł proponowania naszym gościom nie tylko tradycyjnej kawy i herbaty, ale także drobnych posiłków. Kuchnia nabrała rozpędu, kiedy w zespole fundacji pojawiła się Kasia Sałacińska, przez znajomych nazywana Sałatą. Kasia jest absolwentką Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, instruktorem orientacji przestrzennej oraz tak zwanego doskonalenia umiejętności i czynności życia codziennego. Na co dzień pracuje z osobami niewidomymi. Jej pasja i zaangażowanie sprawia, że jest bardzo lubiana przez swoich podopiecznych. Szczególną sympatią darzą ją osoby starsze. Prywatnie jest żoną i matką pięcioletniej córeczki.

– Kiedyś wpadłam na pomysł, by wykorzystać możliwości, jakie mamy w pracy. Jest tu coś w rodzaju aneksu kuchennego, gdzie można przygotować herbatę, albo odgrzać coś w kuchence mikrofalowej. Często spędzamy tu całe dnie i takie miejsce bardzo ułatwia nam życie. Kiedyś w luźnej rozmowie udało mi się namówić kierownictwo na dokupienie paru prostych sprzętów przydatnych w kuchni. Słyszałam już wcześniej o zajęciach realizowanych przez inne organizacje, w trakcie których beneficjenci uczyli się przygotowania prostych dań. Chciałam sprawdzić, czy da się do takiej aktywności zachęcić osoby niewidome. Zdawałam sobie sprawę, że to może być trudne zadanie, ale mój pomysł spotkał się z życzliwym przyjęciem szefostwa i znajomych z pracy.

– Jak to się stało, że wpadłaś akurat na taki pomysł?

– To się wiązało z kierunkiem moich studiów. Pomyślałam, że skoro osoba niewidoma jest w stanie nauczyć się samodzielnego poruszania się w dużym mieście, radzenia sobie z różnymi sytuacjami na ulicy, to dlaczego nie mogłaby przygotować normalnego obiadu? To żadna sztuka odgrzać coś gotowego, kupionego w sklepie ze słoika albo z torebki.

– Pamiętasz swoje pierwsze zajęcia?

– Pamiętam, że bałam się przede wszystkim tego, że nikt nie będzie chciał brać w nich udziału. Potem, jak ludzie zaczęli się zgłaszać, pomyślałam, że będą chcieli przyjść „na gotowe” i potraktują nas jak stołówkę albo bar. To było jakoś we wrześniu ubiegłego roku. Postanowiłam, że na dobry początek nauczymy się robić naleśniki. Niektórzy rzeczywiście się bali, ale byli i tacy, którzy chcieli sami coś zrobić, mieli dużo pytań. Wyszło fajnie, zaczęłam planować co można zrobić dalej. Wymyśliliśmy gofry i placki z jabłkami, ludzie sami zaczęli podsuwać swoje pomysły. Fajnie jest wiedzieć, że to, co się robi, kręci też innych. To sprawia, że mi też się bardziej chce.

– Jak docierasz do ludzi, którzy się w to „bawią”?

– Różnie. Dzwonimy do znajomych, oni podają informacje dalej. Ludzie, którzy biorą udział w projektach fundacji, już o tym wiedzą. Kilka miesięcy temu uruchomiliśmy na Facebooku profil Gałczyńskiego 7. Warto polubić stronę i wtedy informacje ma się na bieżąco. Nie chodzi tylko o to, czym ja się zajmuję. Na profilu pokazujemy wszystko, co się u nas dzieje i czym chcielibyśmy zainteresować ludzi.

– A czym nas zaskoczysz na najbliższym spotkaniu?

– W tej chwili kończymy realizację dużego projektu szkoleniowego, w który też mocno się zaangażowałam. Nie ma chwilowo czasu, żeby zajrzeć do gara, ale przed nami sezon grillowy. Mamy elektrycznego grilla, który fajnie się sprawdza. Może właśnie coś w tym klimacie? Chciałabym móc kiedyś zaprosić ludzi na coś takiego. Da się u nas posiedzieć na dworze. Jeszcze nie wiem, ale będzie fajnie, jeśli się uda.

– Zdradzisz nam przepis na coś łatwego?

– Bardzo często korzystam z wydanej przez Fundację książki „Smak na koniuszkach palców”. Można tam znaleźć dużo fajnych pomysłów na potrawy, które osoby niewidome są w stanie przygotować samodzielnie. Duży wybór daje też Internet. Każdy może wtedy ocenić, czy sam jest sobie w stanie poradzić z tym, co tam znajdzie. Mogę jednak wybrać coś sprawdzonego, coś, co będzie umiał zrobić każdy.

Naleśniki na bogato

Ciasto naleśnikowe:

– 2 szklani mąki, 2 jajka, 2 szklanki mleka, szczypta soli, łyżka oliwy lub oleju

Farsz:

– 50 dag mięsa mielonego z indyka lub wieprzowego, 50 dag pieczarek, 2 szklanki startego na jarzynowej tarce żółtego sera, 2 cebule, sól, pieprz, ewentualnie przyprawa do mięsa mielonego, 3 łyżki posiekanej zielonej pietruszki, pół szklanki oleju

Wykonanie:

Z podanych składników przygotować ciasto miksując je w dużym naczyniu. Smażyć cienkie naleśniki na patelni teflonowej, od czasu do czasu smarując patelnię olejem.

Naleśniki ułożyć na dużym talerzu i odłożyć w ciepłe miejsce lub przykryć drugim talerzem.

Przygotować głębszą patelnię lub rondel. Podsmażyć na 3 łyżkach oleju posiekaną drobno cebulę. Dodać po chwili mięso i doprawić przyprawą lub solą i pieprzem. Smażyć chwilę.

Pieczarki posiekać lub zetrzeć na grubych oczkach i podsmażyć na oleju lub maśle, dodać sól.

Mięso i pieczarki wymieszać w dużym naczyniu. Ewentualnie doprawić.

Na naleśnikach układać farsz i posypać żółtym serem. Zwinąć w trójkąt lub w kopertę. Wstawić na chwilę do piekarnika, opiekacza lub grilla elektrycznego, ewentualnie do mikrofali, aż ser się roztopi.

Smacznego!

WSZYSTKO, CO POTRZEBNE W KUCHNI

Płynomierz – czujnik poziomu cieczy. Płynomierz zawieszony na brzegu szklanki zapiszczy, gdy ciecz osiągnie odpowiedni poziom. Jest niezbędny w każdej kuchni.

Penfriend 2. Z tym „przyjacielem” nie pomylą Państwo puszek w spiżarni z lekami w apteczce.

Wagi kuchenne Heidi i Vivienne. Każdemu amatorowi gotowania polecamy wysokiej jakości udźwiękowione wagi kuchenne. Są niezwykle dokładne, a wynik pomiaru jest wyświetlany na ekranie LCD oraz odczytywany głosem.

www.altix.pl

Dostępna kuchnia. Gotowanie za pomocą wielofunkcyjnego, programowalnego szybkowaru Instant Pot Smart Bluetooth

(Tłumaczył Zbigniew Lewicki)

Jeśli tylko wypowiem w twojej obecności słowo „szybkowar”, to najprawdopodobniej natychmiast odpowiesz całkiem słusznie: „Dziękuję! Nie ma mowy, nie chcę tykającej bomby w mojej kuchni”. Odpowiesz zapewne tak dlatego, że kiedy dorastałeś słyszałeś opowieści, jak to szybkowary potrafiły wybuchać, strzelać pokrywami jak korkami od szampana i rozpryskiwać gorące jedzenie po suficie w kuchni. Ten scenariusz był szczególnie powszechny w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kiedy uszczelki szybkowarów zawodziły przy zbyt podwyższonym ciśnieniu. Również zdarzało się, że kawałki jedzenia potrafiły zatkać zawór bezpieczeństwa, co znacznie zwiększało prawdopodobieństwo niekontrolowanego wzrostu ciśnienia.

Dzisiejsze szybkowary wykorzystują mocniejsze materiały i często zawierają wbudowane dodatkowe awaryjne zawory kontroli ciśnienia, dzięki czemu są znacznie bezpieczniejsze niż ich starsze modele. Mimo wszystko nie oczekuj, że jako niewidomy kucharz dam się namówić na użycie tych nowych urządzeń i pozwolę się zabić przez szybkowar stojący na płycie kuchennej. Nawet najnowsze elektryczne szybkowary posiadają panele sterujące tak trudno dostępne. Niedawno jednak natknąłem się na wielofunkcyjny programowalny szybkowar Instant Pot Smart Bluetooth.

Widok ogólny panelu sterowania Instant Pot

To kuchenny robot łączący funkcje szybkowaru, wolnowaru, urządzenia do gotowania ryżu, przygotowywania owsianki, patelni do smażenia lub podsmażania, urządzenia do gotowania na parze, do przygotowywania jogurtów i podgrzewacza do utrzymywania ciepłych potraw przez długi czas. To zaawansowane technologicznie urządzenie z blatem grzewczym zawiera pełny zestaw elementów sterujących na panelu dotykowym. Oferuje również dostęp poprzez Bluetooth oraz aplikację Smart Cooker, działającą w systemach iOS lub Android na telefonach komórkowych lub tabletach.

Od kilku miesięcy używam programowalnego szybkowaru ze spektakularnym sukcesem. Do programowania i kontroli szybkowaru korzystałem głównie z aplikacji na iOS zainstalowanej na moim iPhonie. Aplikacja jest w pełni dostępna dla VoiceOver. Spędziłem też trochę czasu testując aplikacje na systemie Android z TalkBack. W tej wersji znalazłem kilka niezaetykietowanych przycisków, ale wydaje się, że aplikacja jest dostępna także dla TalkBack.

Co w komplecie

Opakowanie zawiera garnek ze stali nierdzewnej o pojemności około pięć i pół litra, metalową kratkę osłonową do potraw i mięs, mieszadło do ryżu, łyżkę do zupy, miarkę pojemności, silikonowy parowar do warzyw i dwa silikonowe ochronne uchwyty na palce, pozwalające na wyciąganie kratek z garnka. Zauważyłem, że kratka na warzywa jest trochę nieporęczna, ponieważ nie ma bocznych osłon, więc wyciąganie gotowanych warzyw z garnka może być nieco utrudnione. Dlatego zamieniłem kratkę na silikonowy parowar z bocznymi osłonami. Stwierdziłem też, że ochraniacze na dłonie nie nadają się do pracy dla osób z wadami wzroku. Zbyt łatwo można dotknąć gorących części garnka. Polecam parę żaroodpornych silikonowych rękawic sięgających do nadgarstków. Specyfikacje techniczne, instrukcje obsługi, przepisy kulinarne i wykresy czasu gotowania można znaleźć na stronie internetowej firmy Instant Pot, w dostępnych plikach PDF.

Opis urządzenia

Prawidłowe mocowanie i zwalnianie pokrywy wymaga pewnej wprawy. Kiedy szybkowar jest włączony, odpowiednie dźwięki poinformują, czy prawidłowo wykonałeś te czynności. Solidny uchwyt pokrywy ma dość wysoki łuk, toteż garnek można łatwo otworzyć nie ryzykując poparzenia rąk. Ponieważ zawór ciśnieniowy znajduje się po lewej stronie uchwytu pokrywy, powinieneś używać prawej ręki do otwierania szybkowaru. Niektóre przepisy kulinarne zalecają, aby szybkowar sam naturalnie się schłodził, aby ciśnienie wewnętrzne stopniowo się zmniejszało. Z kolei inne przepisy zalecają szybkie wypuszczenie pary i gwałtowne zmniejszenie ciśnienia. Zawór do szybkiego wypuszczania pary znajduje się tuż za lewą krawędzią uchwytu pokrywy.

Przesuwamy zawór od siebie, aby ustawić w pozycji zamknięty.

Przesuwamy zawór do siebie, aby ustawić w pozycji otwarty.

Zawór daje się łatwo zlokalizować i przesuwać samym palcem. Ostrożniejsi użytkownicy mogą używać szczypiec lub innego narzędzia.

Obsługa urządzenia

Panel sterowania składa się z cyfrowego dotykowego wyświetlacza o wymiarach około sześć na cztery cale, z wieloma przyciskami, które można oznaczyć wypukłymi kropkami, albo brajlowskimi nakładkami. Po co jednak zawracać sobie tym głowę, skoro mamy w pełni dostępną aplikację? Potrzebowałem pomocy osoby widzącej, aby za pierwszym razem sparować Instant Pot z moim iPhone, ale wystarczyło to zrobić tylko raz.

Przycisk parowania znajduje się w prawym dolnym rogu panelu dotykowego.

Na samym dole po prawej stronie znajduje się przycisk „Keep Warm/Cancel”, a tuż nad nim przycisk parowania Bluetooth, na którego powierzchni wyczuwalne są wyraźne wgłębienia.

Naciśnij i przytrzymaj przycisk parowania przez kilka sekund, tak aby Instant Pot pojawił się na liście dostępnych urządzeń dla mobilnego systemu iOS.

W otwartym oknie mobilnej aplikacji iOS mamy informacje o aktualnym stanie połączenia z Instant Pot. Jeśli jest podłączony, to mamy podany tryb pracy, w tym wartość ciśnienia, temperaturę, pozostały czas i pobieraną moc jako procent całkowitej mocy szybkowaru.

Na przykład Instant Pot może pobierać maksymalną moc wymaganą do pracy przy temperaturze 200 stopni, ale poszczególne elementy obecnie pobierają tylko 65% mocy całkowitej. W otwartej aplikacji znajdziesz wiele innych gotowych ustawień, które możesz używać i modyfikować. Na przykład opcja „drób”, ustawia szybkowar na pracę pod wysokim ciśnieniem przez 15 minut. Możesz zmienić dowolną z opcji lub zaakceptować ustawienia domyślne i nacisnąć „Start” lub wybrać „Opóźnij start”. Nie zalecam dla drobiu opcji „Opóźnij start” z oczywistych względów bezpieczeństwa.

Na początek postanowiłem zmienić ustawienia programu do przygotowania dania z peklowanej wołowiny. Wybrałem program „Mięso/Gulasz”. Domyślnie ustawiony czas gotowania to 35 minut, a w przepisie jest 45 minut dla peklowanej wołowiny. Dlatego dwukrotnie nacisnąłem przycisk „Więcej”, aby zwiększyć czas o 10 minut. Można również dwukrotnie stuknąć w kontrolkę 35 minut i użyć elementów selektora, aby ustawić czas co do minuty. Następnie włożyłem peklowaną wołowinę do wewnętrznego pojemnika, dodałem kilka szklanek wody i zamknąłem pokrywę, upewniając się, że usłyszałem dźwięki kontrolne, a zawór ciśnieniowy przesunąłem do pozycji zamknięty. Gdybym przeoczył ten ostatni krok, to szybkowar zacząłby wydawać dobrze słyszalny syk, gdy tylko para zaczęłaby się z niego wydobywać. Następnie nacisnąłem przycisk „Start”, a po 45 minutach pozwoliłem, aby ciśnienie opadło wskutek samoistnego schłodzenia, ponieważ nagłe zmniejszenie ciśnienia może spowodować stwardnienie mięsa. Gdy aplikacja na iPhonie pokazała bezpieczne ciśnienie, wyciągnąłem peklowaną wołowinę i zastąpiłem ją kapustą, którą ugotowałem na parze, wybierając przycisk Steam.

Mogę się pochwalić, że danie z wołowiny miało taki smak, że palce lizać. Przygotowałem to danie ponownie na Dzień Świętego Patryka.

Zapisywanie przepisów jako skrypty w aplikacji

Aplikacja Smart Cooker zawiera kilka przepisów. Niektóre z nich składają się z wielu kroków. Na przykład rybę w potrawie z orzechów kokosowych szybkowar najpierw smaży, a następnie gotuje pod ciśnieniem. Możesz tworzyć własne, wielostopniowe przepisy, korzystając ze skryptów aplikacji. Stworzyłem prosty przepis na żeberka z trzema składnikami:

pół kilo żeberek

jedna puszka Coca-Coli

szczypta ostrej przyprawy kajeńskiej.

Mogę również stworzyć listę zakupów składników, wraz z opisem całej receptury, listą metod gotowania, czasów przygotowywania i dodatkowych wskazówek.

W kolejnym kroku napisałem skrypt dla receptury zawierającej polecenia, każde opisane w aplikacji poprzez odpowiednie przyciski pomocy:

ciśnienie gotowania – wysokie

utrzymuj wysokie ciśnienie przez 5 minut

wstrzymaj powiadomienie dźwiękiem, aż temperatura osiągnie 66 stopni Celsjusza (podczas tego kroku otworzyłem zawór ciśnienia)

utrzymuj temperaturę 70 stopni Celsjusza przez 2 godziny.

Powyższy przepis mogę zapisać w aplikacji i w każdej chwili uruchomić, gdy następnym razem będę chciał przygotować żeberka. Mogę również w dostępnych krokach zmienić recepturę, dodając, bądź usuwając składniki i zmieniając kolejność etapów gotowania.

Końcowe uwagi

Podobnie jak większość czytelników jestem podbudowany rosnącą dostępnością sterowanych przez mobilne aplikacje urządzeń gospodarstwa domowego i urządzeń kuchennych. To prawda, że nie wyobrażam sobie lodówki, która automatycznie wykryje, że zaraz zabraknie mi mleka, ale nie mogę się doczekać, aby w przyszłości móc w pełni kontrolować piekarnik, kuchenkę mikrofalową, zmywarkę oraz pralkę i suszarkę za pomocą aplikacji mobilnej.

Dotykowe panele sterujące są wciąż wszechobecne. Aktualnie nie mogę używać żadnego z trzech spośród czterech wolnowarów mojej żony, ani jej kuchenki do ryżu lub rożna. Co prawda szybkowar nie potrafi zastąpić rożna, ale dzięki niemu mogę teraz korzystać z wszystkich innych metod gotowania. Jest szybki, energooszczędny, a ponieważ samo gotowanie zużywa dużo mniejszej ilości wody niż gotowanie na płycie kuchennej, to o wiele mniej składników odżywczych zostanie utraconych. Jeśli nadal wciąż obawiasz się możliwego wybuchu szybkowaru, możesz kontrolować proces gotowania w Instant Pot od początku do końca z takiej odległości, na jaką pozwala zasięg sygnału Bluetooth. A jeśli ktoś słyszał o rożnie sterowanym za pomocą aplikacji na iPhonie, to proszę, aby dał mi znać.

Przepraszam, czy można? Cztery łapy w restauracji

Coraz cieplejsze wieczory i piękna pogoda sprawiają, że ciężko usiedzieć w domu. Miejskie deptaki są pełne stęsknionych słońca i odpoczynku spacerowiczów. Na każdym rogu zachęcają do wizyty przeróżne restauracje i ogródki gastronomiczne. Już chciałoby się usiąść i zamówić orzeźwiającą lemoniadę, gdy przychodzi moment refleksji. Przecież do restauracji nie można wchodzić z psem! W takiej sytuacji z pewnością znalazła się większość niewidomych właścicieli psów przewodników.

Czy rzeczywiście obawy te są słuszne? Czy zakaz wprowadzania psów dotyczy również psów przewodników? Odpowiedź jest z pozoru prosta, jednak oprócz praw warto znać obowiązki, aby nie narazić się na nieprzyjemności.

Nie każdy pies, który towarzyszy osobie niewidomej czy niedowidzącej to pies przewodnik. Mówiąc wprost, nie można wejść do restauracji z jamnikiem cioci, oznajmiając, że to pies przewodnik. Jamnik cioci, chociażby był najmądrzejszy na świecie, musi posiadać tak zwany status psa asystującego.

Przepisy jasno określają, że pies asystujący to odpowiednio wyszkolony i specjalnie oznaczony pies, w szczególności pies przewodnik osoby niewidomej lub niedowidzącej oraz pies asystent osoby niepełnosprawnej ruchowo, który ułatwia osobie niepełnosprawnej aktywne uczestnictwo w życiu społecznym.

Status psa przewodnika potwierdza określony dokument. Jest to certyfikat psa przewodnika, wydawany przez upoważnioną do tego organizację, która psa wyszkoliła. W certyfikacie znajdują się ważne dane. Są to: miejsce i data wydania certyfikatu, numer i data wpisu do rejestru podmiotów uprawnionych do wydawania certyfikatów (prowadzonego przez Pełnomocnika Rządu do Spraw Osób Niepełnosprawnych), rasa, imię oraz data urodzenia psa, imię i nazwisko osoby niepełnosprawnej, której pies asystujący służy, podstawa prawna wydania certyfikatu oraz pieczęć i podpis podmiotu wydającego certyfikat.

Pies musi być również specjalnie oznaczony. Zwyczajowo przyjęto, że psy przewodniki noszą szorki z napisem sugerującym otoczeniu, że pies pracuje. Do tego dochodzi specjalna uprząż umożliwiająca podążanie za psem. Psu przewodnikowi podczas pracy nie trzeba zakładać kagańca, ani prowadzić go na smyczy.

Czy to wszystko? Jeszcze nie. Jeszcze szczepienie. W Polsce przepisy nakazują obowiązkowe coroczne szczepienie psów przeciwko wściekliźnie. Każdy odpowiedzialny właściciel wie, jak ważne jest to dla zdrowia pupila, a także dla całego otoczenia. Wraz ze szczepieniem psa lekarz weterynarii wydaje zaświadczenie potwierdzające jego wykonanie. Dokonywany jest też odpowiedni wpis w książeczce zdrowia zwierzaka. Warto tego dopilnować przy okazji rutynowej wizyty w lecznicy.

Jeżeli spełnione są dwa warunki: pies ma status psa przewodnika i posiada ważne szczepienie, to wtedy zgodnie z art. 20a ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej osoba niepełnosprawna wraz z psem asystującym ma prawo wstępu do obiektów użyteczności publicznej. Prawo wstępu dotyczy w szczególności: budynków i ich otoczenia przeznaczonych na potrzeby administracji publicznej, wymiaru sprawiedliwości, kultury, oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki, opieki zdrowotnej, opieki społecznej i socjalnej, obsługi bankowej, handlu, gastronomii, usług, turystyki, sportu, obsługi pasażerów w transporcie kolejowym, drogowym, lotniczym, morskim lub wodnym śródlądowym, świadczenia usług pocztowych lub telekomunikacyjnych oraz innych ogólnodostępnych budynków przeznaczonych do wykonywania podobnych funkcji, w tym także budynków biurowych i socjalnych. Pies asystujący może również wejść wraz z osobą niepełnosprawną do parków narodowych i rezerwatów przyrody, a także na plaże i kąpieliska. Z psem przewodnikiem można również podróżować komunikacją publiczną.

Spełnienie wyżej wymienionych warunków sprawia, że można wejść z psem do restauracji i przebywać w części przeznaczonej dla klientów.

Ale uwaga, uprawnienie nie zwalnia osoby niepełnosprawnej z odpowiedzialności za szkody wyrządzone przez psa asystującego. Jeśli pies coś zbroi, odpowiada za to jego właściciel.

W świecie audiobooków

Zawsze uwielbiałam książki. Były i nadal są moją wielką pasją, ale od paru lat głównie słucham audiobooków, wszystkiego, co jest ciekawe i wywołuje dreszcze emocji. Niektóre książki są dobre, ale można również trafić na naprawdę wyjątkowe pozycje. Może na początek coś z nowości. „Noc” jest to czwarta książka Bernarda Miniera, francuskiego autora kryminałów z komendantem Martinem Serwazem jako głównym bohaterem. W tym cyklu ukazały się również: „Bielszy odcień śmierci”, „Krąg”, „Nie gaś światła” oraz ta najnowsza powieść pt. „Noc”. To fascynujące starcie głównego bohatera ze Szwajcarem Julianem Hirtmannem, genialnym mordercą, który uciekł z pilnie strzeżonego zakładu psychiatrycznego dla przestępców. Komendant Serwaz wraz z norweską policjantką ruszają nikłym tropem Hirtmana. „Noc”– to wciągająca i trzymająca w napięciu powieść, którą polecam.

Wybierzmy się na północną drogę. Jakiś czas temu odkryłam twórczość Elżbiety Cherezińskiej. Jest to autorka świetnych powieści historycznych. Nie będę opisywała wszystkich, bo najbardziej zachwycił mnie cykl „Północna droga” – o wikingach, którego akcja dzieje się w X wieku w Norwegii i składa się z czterech powieści. Pierwszą z nich jest „Saga Sigrun”, której główną bohaterką jest Sigrun – córka jarla Apalwarda, która wychodzi za mąż za jarla Regina z Namsen. Książka przedstawia jej życie. Druga „Ja jestem Halderd” to opowieść o kobiecie, żonie i matce, która jest dumną i silną osobą. Następna książka nosi tytuł „Pasja według Einara” i opowiada o synu kapłana Odyna, który po śmierci ojca wyjeżdża do Anglii, gdzie przyjmuje chrzest, później wraca do Norwegii i usiłuje zaszczepić wiarę chrześcijańską w mieszkańcach Trondelagu. Cykl zamyka książka „Trzy młode pieśni”. Przedstawia ona troje głównych bohaterów Bjorna i Gudrun – dzieci Sigrun z pierwszej części oraz Ragnara – najmłodszego syna Halderd. Wydarzenia ze wszystkich części łączą się ze sobą, a poszczególni bohaterowie skrywają niejedną tajemnicę. Jaką? Nie zdradzę, ale polecam, bo mnie wciągnęło i nie mogłam się oderwać.

Niedawno wróciłam po raz drugi do prawniczego cyklu Remigiusza Mroza z Joanną Chyłką i Kordianem Oryńskim. Oczywiście ten autor ma wiele innych powieści na swoim koncie, ale ja najbardziej lubię ten cykl. Składa się on z sześciu książek: „Kasacja”, „Zaginięcie”, „Rewizja”, „Immunitet”, „Inwigilacja” i „Oskarżenie”. Joanna Chyłką i Zordon to dwójka prawników z kancelarii „Żelazny and Magwey”, która ma siedzibę w Warszawie w Złotych Tarasach. Każda książka jest o innej sprawie, chociaż we wszystkich występują ci sami główni bohaterowie. Cykl jest wciągający, można dowiedzieć się sporo w dziedzinie prawa karnego i tego, jak wyglądają rozprawy sądowe. Nie można się nudzić. Na pewno nie przy tekstach Chyłki, bo są naprawdę „zabójcze”.

„Dotyk zła” to doskonały, mroczny i przerażający kryminał autorstwa Alex Kavy. Jest to pierwsza książka z cyklu, z agentką specjalną FBI – Magie O’Del i na razie jedyna książka tej autorki, która ukazała się w audio. Mam nadzieję, że będzie ich więcej.

Przedstawione przeze mnie audiobooki mają jeszcze jeden walor, bowiem czytane są przez znakomitych lektorów:

„Noc” czyta Piotr Grabowski – książkę można kupić w każdej księgarni.

Cały cykl z Chyłką i Zordonem czyta Krzysztof Gosztyła – pierwsze cztery części można kupić w księgarniach, natomiast piątą i szóstą najprędzej znajdziemy w sieci.

„Dotyk zła” czyta Leszek Teleszyński – książka jest dostępna w serwisie wypożyczeń online Głównej Biblioteki w Warszawie (książkę można pobrać przez Internet).

Cykl „Północna droga”: „Sagę Sigrun” czyta Anna Kert; „Ja jestem Halderd” czyta Ewa Abart; „Pasję według Einara” czyta Filip Kosior; a „Trzy młode pieśni” czytają Ewa Abart, Filip Kosior i Piotr Makowski. Audiobooki dostępne są w księgarniach.

Polecam wszystkie wyżej opisane książki, bo naprawdę warto je poznać.

W dobie cyfryzacji i komputeryzacji audiobooki stają się coraz bardziej popularne. Wiodące w dziedzinie rozpowszechniania audiobooków są:

  • DZdN Głównej Biblioteki w Warszawie,
  • Fundacja „Klucz”,
  • Audioteka,
  • Storytell.

Moim zdaniem audiobooki są coraz bardziej powszechne. Jednak jest jeszcze wiele do zrobienia w kwesti ich popularności i dostępności. Wiele tytułów nie ukazuje się jako audiobooki. Uważam, że powinno się to zmienić.

Nie ma też jednolitości – nie istnieje jedno miejsce, gdzie można by znaleźć wszystkie audiobooki. Nie wiadomo gdzie należy szukać konkretnego tytułu, co jest moim zdaniem dla osób z dysfunkcją wzroku sporym utrudnieniem. Każdą książkę można kupić w księgarni – tak powinno być również z audiobookami.

Marta

Pierwszy dzień wiosny zawsze będzie mi się kojarzyć ze Światowym Dniem Osób z Zespołem Downa. To święto ustanowione w 2005 roku z inicjatywy Europejskiego Stowarzyszenia Zespołu Downa. Od 2012 roku patronat nad obchodami sprawuje Organizacja Narodów Zjednoczonych.

Co roku 21 marca zachęcani jesteśmy przez media oraz portale społecznościowe do zakładania dwóch, a nawet trzech (bo przecież w zespole Downa są 3 chromosomy w 21 parze) różnokolorowych skarpetek na znak solidarności z Nimi. Skarpetki mogą być w paski, w kropki, za kolano lub tuż przy kostce, mogą być z różnych, niepasujących do siebie par. Ten gest skłania nas do refleksji nad innością jednostki ludzkiej w społeczeństwie.

Kiedy w rodzinie pojawia się osoba dotknięta niepełnosprawnością, nagle świat staje do góry nogami. Całe dotychczasowe poukładane życie zostaje w mig rozsypane. Oczywiście z biegiem lat wszystko wraca do normy, jednak nic nie jest już jak przedtem, a rodzina zostaje wystawiona na wielką próbę. Często pisze się o rodzicach dzieci z Zespołem Downa, o ich traumie, o ich morderczej walce o lepsze jutro, o zmaganiach z codziennością. Rzadko natomiast przytacza się sytuację rodzeństwa stającego w obliczu zupełnie nowej sytuacji, bezradnego, nie umiejącego się odnaleźć w roli starszej siostry lub młodszego brata. Cała dotychczasowa uwaga w mgnieniu oka skupia się tylko na tej jednej osobie. Wiele tematów, które kiedyś były tak ważne, schodzi na drugi plan. Trzeba nauczyć się na nowo żyć.

Tak właśnie było w moim przypadku. Kiedy miałam 11 lat urodziła się Marta, dziś już 27 letnia absolwentka Ośrodka im. L. Braille’a w Bydgoszczy. Obecnie uczestniczka WTZ „Biały Domek” w Bydgoszczy. Wspaniała dziewczyna.

Wiadomość o tym, że nie będzie nigdy w pełni sprawna spadła na mnie jak grom z nieba. Bardzo długo nie mogłam pogodzić się z nowo zaistniałą sytuacją. Pamiętam trudne chwile w szkole, kiedy rówieśnicy wytykali mnie palcami, śmiejąc się i wyzywając od „Dałnów”. Wtedy przeszłam bardzo szybki kurs dojrzewania i stałam się nad wyraz poważna, tracąc przy tym kontakt z kolegami i koleżankami z klasy.

Miałam także okres buntu, w którym to każdego krzywo spoglądającego na moją siostrę gotowa byłam obrzucić wyzwiskami.

Czas galopował nieubłaganie, a ja złagodniałam… Pomału wgłębiałam się w to środowisko dochodząc do wniosku, że chyba nie jest aż tak źle, bo przecież inni mają znacznie gorzej.

Marta wzrastała w bardzo sprzyjających warunkach. Praktycznie wszyscy domownicy byli zaangażowani w jej rehabilitację. Dziś z perspektywy czasu wiem, że to bardzo scaliło całą naszą rodzinę. Dało mi mocne podstawy do działania, uwrażliwiło na potrzeby innych, a przede wszystkim miało zdecydowany wpływ na dokonywanie takich, a nie innych wyborów życiowych. Kierunek studiów, stażu, działalności wolontariackiej, a później już kariery zawodowej nie był zupełnie przypadkowy.

Funkcjonowanie z kolei mojej rodziny, wychowanie córek opiera na się na relacji niepełnosprawny – pełnosprawny i odbywa się to w sposób naturalny poprzez bycie ze sobą – spędzania wspólnie wolnego czasu czy uczestniczenie w rodzinnych spotkaniach. Dzięki temu nastawienie do ludzi chorych i słabszych jest przenoszone na grunt szkoły i podwórka. Jest to bardzo pozytywny aspekt, gdyż tak naprawdę to właśnie w dzieciach najprościej uruchomić empatię. Można by rzec, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Cieszę się, że z biegiem lat społeczeństwo choć trochę otworzyło się na inność, organizując imprezy masowe, wychodząc do ludzi poprzez różne formy działania czy organizacje pozarządowe. Kiedyś jazda autobusem z Martą byłą nie lada wyczynem, pamiętam ciekawskie spojrzenia w kierunku siedzącej tuż obok mnie siostry. Dziś już raczej nikogo nie dziwi fakt, że z powodzeniem tańczy hip-hop czy tango w Zespole „Amadeo” – jeździ na wycieczki i turnusy rehabilitacyjne. Zetknęłam się jednak jeszcze z przedziwną reakcją ludzi w masowych dyskotekach. Wśród tańczących osoba z Zespołem Downa czy niewidoma wzbudza nadal sensację (nie raz doświadczyłyśmy pustego parkietu wokół nas), próbując tak jak inni po prostu dać ponieść się rytmom muzyki i świetnie się przy tym bawić.

Tego typu zachowania jeszcze bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu jak wielka jest przepaść pomiędzy jednymi a drugimi. Wszystko bierze się z niewiedzy, a jej konsekwencją jest zwyczajny lęk i uprzedzenie.

Martwi mnie też brak chęci czy obawa pracodawców przed tworzeniem miejsc pracy dla ludzi dysfunkcyjnych na otwartym rynku. Jeśli już się je tworzy, to sztucznie i bez przemyślenia. Często jedyną alternatywą są Warsztaty Terapii czy Zakłady Aktywizacji Zawodowej – bardzo zamknięte twory, w których skupiają się tylko niepełnosprawni. Przez to te dwa światy – ludzi zdrowych i chorych nie mieszają się, a powinny. Zbyt mało jeszcze podejmuje się działań w kierunku szeroko pojętej integracji. Jeżeli już coś się dzieje, to w mniejszych, hermetycznych grupach.

Jest postęp, lecz jeszcze przed nami wiele do zrobienia. Dlatego też naszym zadaniem jest otwarcie i głośne o tym mówienie, łamiąc stereotypy i edukując przy tym społeczeństwo.

Z takim nastawieniem i zapałem do pracy rozpoczęłam swoją przygodę w lutym br. w bydgoskim oddziale Fundacji Szansa dla Niewidomych.