Nie widzi, a jednak kieruje!

Wyjechaliśmy samochodem do pracy. Po drodze mieliśmy kupić kwiaty. Zatrzymaliśmy się pod kwiaciarnią – tuż obok – i chwilę zastanawialiśmy, czy żona idzie po nie sama, czy ze mną.

– Idź sama. Będzie szybciej, a ja i tak w niczym tu nie pomogę.

Poszła. Zostałem w aucie z synem. Rozmawialiśmy sobie miło. W pewnym momencie usłyszałem klakson, a chwilę później drugi. Syn powiedział:

– Tato, to chyba do nas.

– Jak to do nas? Stoimy na parkingu?

– Tak, na parkingu.

– To nie może być do nas.

Klakson znowu się powtórzył. Trochę się zaniepokoiłem. Faktycznie był bliski i głośny. Usłyszałem otwierane drzwi sąsiedniego samochodu, a następnie ich zamknięcie. Wtedy syn powiedział:

– Tato, jakiś gość idzie do nas.

Nie uwierzyłem, bo po co miałby do nas iść jakiś gość, gdy stoimy sobie grzecznie na parkingu. Minęła chwila i słyszę mocne, wręcz niegrzeczne pukanie do mojej szyby. Nie wiem, jak zareagować. Może to być jakiś chuligan, może też chodzić o coś zupełnie innego. Uchylam jednak drzwi i pytam:

– O co chodzi? – a gość odpowiada:

– Nie słyszy pan klaksonu? – powiedział raczej napastliwie.

– Słyszę, a co?

– Mógłby pan więc zareagować!

– Nie mógłbym, bo jestem niewidomy.

– Skąd miałbym to wiedzieć, gdy ma pan okulary na oczach – odrzekł zaskoczony.

– Nie ma sprawy, ale o co pan wnosi? – zapytałem, a on mimo, że już wie, iż nie widzę, mówi:

– Niech pan przestawi auto.

A ja na to:

– Nie mogę, bo nie umiem.

Na szczęście właśnie wtedy wróciła żona i zaczęła go przepraszać, bo jednak nie staliśmy na parkingu, lecz tuż obok i blokowaliśmy wjazd na jego posesję.

Dwadzieścia lat wcześniej zaparkowaliśmy na Marszałkowskiej, obok Rysiej. Poszliśmy załatwiać sprawy, a gdy wróciliśmy, mieliśmy zablokowane koła. Zadzwoniłem pod wskazany numer i powiedziałem:

– Mam zablokowane koła! Nie wiem dlaczego, bo stoję inwalidzkim samochodem na miejscu dla inwalidów.

– A jest tam za szybą specjalna karta?

– Jest! Jestem niewidomy i mam do tego prawo.

Gość odsuwa nieco słuchawkę i mówi do kolegi z pracy:

– Hej, dzwoni jakiś niewidomy kierowca, któremu zablokowaliśmy koła, a stoi na miejscu dla inwalidów!

Przyjechali po kwadransie, odblokowali koła i przepraszali. Wtedy jednak dowiedzieli się, że to nie ja jestem kierowcą.

Oto foto, a oto wystawa

Niebawem miną 23 lata od chwili, gdy zarzuciłem na ramię swój pierwszy aparat fotograficzny i poszedłem gdzieś, na tory. Tak sobie pstrykałem przez te lata w różnych miejscach Polski i nie tylko. Przeszedłem przez rozdział, gdy biała laska kłóciła się z aparatem fotograficznym. Wyciągając aparat chowałem laskę i odwrotnie. Było to niebezpieczne i chyba niepoważne. W tych wyprawach wiele osób mi towarzyszyło jako przewodnicy. Jednych przewodników kolej pociągała, innych nie. Wiele tras przebyłem sam.

Pod koniec 2016 roku zdarzyło się tak, że w moim aparacie padły bateryjki. Szukałem długo, gdzie by takie nabyć. Od zakupu akumulatorków do fotograficznej wystawy wydaje się daleka droga i nieprawdopodobna. Wydawać by się mogło, że to posty na blogu się pomyliły i gdy polecający mi bateryjki Zbyszek mówił coś o oglądaniu moich fotek, też mi się tak wydawało. Obejrzeliśmy fotki i Zbyszek orzekł: trzeba to pokazać.

Początkowo włożyłem to gdzieś między bajki, ale nie na długo. Z wielu setek zdjęć wybrano kilkadziesiąt takich, co to i kadr, i klimat jakiś jest zachowany. Wystawa będzie, a mam nadzieję, że moi przewodnicy się uśmiechną na wspomnienie przygód ze szlaku. Każde zdjęcie tej wystawy to jakaś przygoda, historia czy zabawne wydarzenie.

Do dnia 20 stycznia zostało niewiele czasu, a ja mam stracha. Czemu? Bo takie leczniczo-wzrokowe pstrykanie będzie oglądane i lekkiego stracha każdy chyba by miał. W czasie wystawy będą towarzyszyć nam dźwięki nagrywane metodą binauralną. Będziemy wewnątrz lokomotyw, dworców i wagonów. Tym dobrym aniołom, co jeździli ze mną w wiele tras, bardzo dziękuję. Oczywiście proszę o więcej i więcej. Oto foto, czyli po wystawie.

Gdy do wystawy było daleko, myślałem sobie, że pewnie kilka osób zechce przyjść i łaskawym okiem rzucić na fotki. Im bliżej wystawy, tym łapki drżały nieco. Moje dziewczyny popełniły bardzo dobre wypieki, wskoczyłem w koszulkę, wypiłem coś gorącego i w drogę. Fort 49 okazał się pięknie zaadaptowany. Galeria wystawowa oświetlona tak, by zdjęcia fajnie wyglądały. Prawie od progu usłyszałem, że gdy się widzi taką wystawę, to „chce się chcieć”. Te słowa powiedział Dyrektor Domu Kultury. Przecież miało to być tylko pstrykanie, ćwiczenie oka i nic wielkiego. Takich słów na otwarciu wystawy było wiele. W tle wystawy zabrzmiał gwizd parowozu i pojechał niejeden pociąg. Co jakiś czas brzmiały zapowiedzi z różnych dworców.

Wystawa ta była podziękowaniem dla tych, co towarzyszą mi podczas wielu wypraw. Układ zdjęć także był odpowiednio dobrany. Jest tam zdjęcie przedstawiające wielką grupę ludzi z wycelowanymi aparatami fotograficznymi. Pośrodku tej wielkiej grupy, wydający się być małym – parowóz. Jest również podobający się wielu osobom wagon do przewozu piwa. Uśmiech na twarzach powodowało zdjęcie, gdy parowóz wjeżdżał pod wiadukt i mocno przykopcił tym, co chcieli go fotografować z wiaduktu. Podobno nie wiedzieli czy się poświęcić, czy twardo fotografować.

Tytułowe zdjęcie to takie, przy którym nieźle wymarzliśmy. Fotka przedstawia mozolnie wspinający się pociąg w śniegu. Wynurza się czerwona jednostka. W dali – gdyby nie mgła, Tatry jak na dłoni. I tutaj zawsze już chyba będę miał wspomnienie wiatrowo-wiśniówkowe. Do zaopiekowania dostałem cenny podarunek – bilet kolejowy z 1921 roku na trasę z miejscowości Tarnopol do Czortkowa. Bilet kosztował 24 marki polskie.

Tą wystawą chciałem także złamać stereotyp. Czemu to niedowidzący człowiek nie może iść i fotografować, gdy go to kręci? Wiele razy podczas tych kilku godzin słyszałem słowo „wariat”. To jednak było takie jakieś dobre i budujące. Do takich dni wśród uśmiechu drugiego człowieka można wracać w chwilach zwątpienia. Zbyszek powiedział, że to wypali – i chyba wypaliło.

Dyscypliny sportu uprawiane przez niewidomych i słabowidzących

Blind football – gra zespołowa, w której drużyna składa się z pięciu osób. Wymyślono go w Brazylii w latach 60. XX wieku.

Blind Tennis – Japończyk Miyoshi Takei przystosował tenis do możliwości osób niewidomych. Pierwsze zawody o tytuł najlepszego niewidomego tenisisty odbyły się w roku 1990.

Jazda na tandemach – bardzo popularny sport o charakterze integracyjnym. Osoby niewidome jeżdżą w parze z widzącymi. Popularne są rajdy tandemowe.

Showdown – początki tego sportu to lata 60. XX wieku. Wymyślił go Joe Lewis – niewidomy Kanadyjczyk. Gra się przy użyciu tzw. wiosełek oraz udźwiękowionej piłeczki. Od roku 2016 w Rio de Janeiro showdown wszedł w skład dyscyplin paraolimpijskich.

Goalball – pierwsza gra drużynowa dla niewidomych i słabowidzących. Rozgrywki w tej dyscyplinie zaprezentowano na Igrzyskach Paraolimpijskich w Toronto w 1976 roku, a 4 lata później została na stałe włączona do programu Igrzysk.

Strzelectwo laserowe i pneumatyczne – uczy koncentracji i motoryki. Jest wspaniałą zabawą także dla osób widzących, które zasłaniają oczy i trafiają do tarczy „na słuch”.

Ping-pong – są różne wersje tej gry. Autorem pierwszej jest Marek Kalbarczyk, który zaprezentował ją kilka lat temu podczas konferencji REHA. Autorem innej jest Leszek Szmaj. Pierwsza akcentuje charakter integracyjny gry, a drugą cechuje bardziej rygorystyczny regulamin.

Wioślarstwo – sport dla wszystkich. Wyścigi odbywają się na dystansie 2000 m, tak samo jak w przypadku zawodników pełnosprawnych. Jest to sport zarówno indywidualny, jak i grupowy. Do kanonu Igrzysk Paraolimpijskich został wprowadzony dopiero w Pekinie.

Szachy – mimo różnych opinii, Międzynarodowy Komitet Olimpijski uznaje szachy za dyscyplinę sportu. Pierwszy klub niewidomych szachistów powstał w 1924 roku w Niemczech. Niewidomi grają na takich samych zasadach jak widzący. Wymagają jedynie zaadaptowanej szachownicy i figur. W środku pól wywierca się otworki, w które wsuwa się kołeczki wystające z podstawy figur. Figury czarne mają gwoździki wbite na ich szczycie.

Brydż – niewidomi i słabowidzący grali w brydża już w latach 70. i 80. XX wieku. Od roku 1998 są rozgrywane drużynowe Mistrzostwa Polski, a od 2002 roku indywidualne.

Bowling i kręgle klasyczne – obie dyscypliny są doskonałą formą rehabilitacji. To jeden z najpopularniejszych sportów naszego środowiska, ponieważ nie wymaga dostosowań.

Reversi i warcaby – jedne z ulubionych gier planszowych. Plansza i pionki są specjalnie oznakowane. Dzięki temu może w nie grać cała rodzina.

Golf – zainicjowano go w Stanach Zjednoczonych w 1925 roku. Zainteresował się nim Clint Russell. Został spopularyzowany pod koniec XX w. Wacław Laszkiewicz (zawodowy golfista) rozpoczął promocję tej dyscypliny w Polsce.

Nordic Walking – najczęściej organizuje się wycieczki dużymi grupami. Widząca i niewidoma osoba idą zawsze w parze – łączy je rozciągliwa linka o długości około 1,5 m.

Żeglarstwo – sport, który zrzesza osoby widzące i niewidome. Wszyscy wykonują rozmaite zadania związane z funkcjonowaniem żaglowca. W Polsce istnieje wiele organizacji, które zachęcają do wzięcia udziału w morskiej przygodzie.

Narciarstwo – coraz więcej niewidomych i słabowidzących zakłada narty, a nawet odważa się zjeżdżać na stokach.

Tandemy – pasja łącząca ludzi

„Rower ma duszę. Jeśli go pokochasz, da ci emocje, których nigdy nie zapomnisz” – te słowa, których autorem jest Mario Cipollini, wielokrotny zwycięzca etapów wyścigu Giro d’Italia, najdobitniej ukazują sens jazdy na rowerze, w tym także na tandemie. Dla osób niewidomych jest to raj dla zmysłów, bo siłą własnych mięśni wprowadzają go w ruch, a dzięki temu mogą się przemieszczać. Szum wiatru, ptaków śpiew, odgłosy otaczającej rzeczywistości oraz poczucie wolności i swobody – to wszystko sprawia, że jak ktoś już zaczął swoją przygodę z tandemami, to nie chce jej kończyć. Rowerowy bakcyl jest jak narkotyk, chce się po niego sięgać więcej i częściej.

O ile kilkadziesiąt lat temu niewidomi nie byli najaktywniejszymi osobami na świecie, o tyle ostatnio zaczęło się to zmieniać. Coraz częściej wychodzą z domów, chcą żyć aktywnie, korzystać z wszelkich dobrodziejstw obecnego świata, a także realizować się na studiach, w pracy czy w sporcie. W wielu dyscyplinach mogą startować samodzielnie, ale są i takie, które wymagają pomocy osoby pełnosprawnej. Jest ona potrzebna chociażby przy jeździe rowerem. Ten rodzaj aktywności stał się bardzo popularny w Polsce w ostatnich latach. Jak grzyby po deszczu wyrastają ścieżki rowerowe, a poszczególne miasta serwują swoim mieszkańcom rowerową alternatywę zamiast samochodu. Można rzec, że rodacy zakochali się w kolarstwie. Rekreacyjnie rowerem jeżdżą mali i duzi, pełno– i niepełnosprawni, bogaci i biedni. Słowem – rower jest dla każdego.

Ja swój pierwszy rower dostałem na komunię. Wówczas jeszcze widziałem na tyle dobrze, że mogłem jeździć samodzielnie, ale stosunkowo szybko mój wzrok się pogorszył, przez co ten rodzaj aktywności poszedł w odstawkę na długie, długie lata. Pewnie byłoby tak nadal, gdyby znajomy nie namówił mnie do wzięcia udziału w corocznym święcie cyklicznym w Szczecinie, ale tym razem na tandemach. Wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z tego typu rowerami.

Mimo, że pogoda nas nie rozpieszczała, bo pokonywaliśmy piękne uliczki zachodniopomorskiej stolicy w strugach ulewnego deszczu, jednak nie zniechęciło mnie to do tandemów. Wówczas poczułem, że mogą one stanowić dodatkowy bodziec do podjęcia aktywności sportowej. Dlatego w kolejnych tygodniach były następne wyjazdy z różnymi pilotami. Pokonywane trasy były dłuższe i krótsze, ale dzięki temu miałem możliwość spędzenia czasu na świeżym powietrzu, poznania nowych ludzi, a także odwiedzania ciekawych miejsc.

Jednak przełom w mojej rowerowej przygodzie nastąpił we wrześniu 2017 roku, kiedy to praktycznie bez żadnego przygotowania pojechałem na kilkudniowy rajd organizowany przez fundację Niewidomi na Tandemach. Obaw było sporo. Przede wszystkim te kondycyjne. Nigdy wcześniej przez kilka dni z rzędu nie pokonywałem odcinków o długości 60-75 km, więc było to dla mnie spore wyzwanie. Ale okazało się, że nie taki wysiłek straszny jak go malują. Mimo, że w trakcie rajdu dały o sobie znać pewne części ciała, to jednak ten dyskomfort był niczym w porównaniu do wielu pięknych chwil, które zapadną mi w pamięci, tym bardziej, że przecież ból jest tymczasowy, a skutki rezygnacji z jazdy na rowerze są wieczne – jak mawiał klasyk, czyli Lance Armstrong.

W minionym roku fundacja zorganizowała trzy rajdy w województwach: wielkopolskim, warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim. W każdym z nich brało udział około 15 tandemów, którymi przemieszczali się ludzie będący w różnym wieku i pochodzący z różnych zakątków Polski. Często pilot i osoba niewidoma kompletnie się wcześniej nie znali, a musieli sobie zaufać i stworzyć zgrany duet w trakcie jazdy.

– Jeśli ktoś w ogóle podejmuje się jazdy tandemem, to według mnie jest to osoba, która wie z czym to się je. Bardziej bałam się o siebie, ponieważ jazda przez cztery dni po 70 km była dla mnie czymś nowym. Nie wiedziałam czy dam radę przejechać tak duży dystans, ale na szczęście dałam radę. Przeżyłam przygodę życia. Sprawdziłam się, poznałam fajnych ludzi, z którymi kontakt mam do tej pory – nie ukrywa satysfakcji Patrycja Klakla, niewidoma uczestniczka rajdu zachodniopomorskiego.

W podobnym tonie wypowiada się inny z niewidomych uczestników. – Jazda na tandemie ma dla mnie kilka aspektów – ruchowy i sportowy, bo nie pobiegam za piłką, a tandem daje możliwość aktywnego spędzania czasu. Towarzyski, bo na różnych wypadach można poznać dużo fajnych osób. I poznawczy, bo można poznać ciekawe miejsca – tłumaczy Mateusz Przybysławski.

Jeden z uczonych mawiał, że życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę, musisz poruszać się naprzód. Trudno odmówić trafności temu stwierdzeniu, ale w jeździe na tandemie nie chodzi tylko o samą aktywność fizyczną, ale przede wszystkim o przełamywanie własnych barier i słabości, o walkę z przeciwnościami losu i wychodzenie z domu, a nie zamykanie się w czterech ścianach. Wreszcie, o poznawanie nowych ludzi, a także o uświadamianie pełnosprawnych o potrzebach osób niewidomych.

– Wcześniej widziałam, więc wiem jak wyglądają drzewa, zwierzęta i inne rzeczy. Lubię wiedzieć, co się wokół mnie dzieje. Nie widzę, ale za to mam wyostrzone inne zmysły. Otaczającą rzeczywistość odbieram słuchem i zapachem. Podczas jazdy tandemem dużą rolę odgrywa pilot, który opisuje teren, a wtedy mogę sobie go wyobrazić. Wówczas jazda nabiera większych emocji. Nie chodzi tylko o pedałowanie, ale też o podziwianie tego, co jest wokół nas – podkreśla Patrycja.

Coraz częściej na rajdy jako piloci zgłaszają się osoby, które nigdy wcześniej nie jeździły na tandemach z osobami niewidomymi. Chcą spróbować swoich sił w jeździe rowerem w duecie. Stanowi ona dla nich pewnego rodzaju zagadkę, wyzwanie, z którym zazwyczaj bardzo dobrze sobie radzą, choć nie ukrywają, że na początku swojej przygody z jazdą na tandemach mają pewne obawy.

– Obawiałam się, czy w ogóle odnajdę się w rajdzie z osobami niewidomymi. Bałam się, że nie sprostam wyzwaniu, a ktoś przeze mnie będzie miał nieudany wyjazd. Nie wiedziałam też czy dam radę jechać na tandemie, ale jakoś poszło, a moje obawy się nie sprawdziły. Wrażenia mam bardzo pozytywne, miło wspominam wyjazd i absolutnie nie żałuję, że zdecydowałam się wziąć w nim udział. Jeśli jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, to chętnie ponownie wezmę udział w takim rajdzie – twierdzi Joanna Polak, jedna z pilotek rajdu zachodniopomorskiego.

Nie każdy lubi wysiłek fizyczny, ale zachęcam do spróbowania swoich sił w jeździe na tandemie. Nie jest to wielka filozofia, a frajda może być ogromna. Osoby niewidome coraz częściej mają własne tandemy, ale istnieje niedobór pilotów. Do tanga, a właściwie do tandemu trzeba dwojga, a często brakuje osób widzących, które chciałyby zrobić coś pro publico bono i dać porwać się przyjemności związanej z jazdą rowerem w duecie z osobą niewidomą. Oby tandemów na ulicach polskich miast było jak najwięcej. Oby niewidomi jak najczęściej korzystali z możliwości aktywnego spędzania czasu i zwiedzania ciekawych miejsc. Oby pojawiali się nowi piloci, bo bez nich nawet największy, niewidomy fan kolarstwa daleko nie zajedzie. Tandemy łączą, a przynajmniej powinny łączyć ludzi. Dlatego szanowny Czytelniku wsiadaj na rower, niczego nie żałuj, przez życie pedałuj!

DNA Sportu

Do mety zostało jeszcze 50 metrów, czyli dokładnie połowa dystansu. Po nawrocie, który zazwyczaj jest dla mnie najbardziej newralgicznym momentem, odbijam się nogami od ściany z ulgą stwierdzając, że i tym razem udało się trafić w nią idealnie. Parę kopnięć pod wodą i wracam na powierzchnię. Delikatnie schodzę do prawej strony toru, żeby odnaleźć linę i nie uderzyć w nią ręką lub barkiem, bo to skutkowałoby zgubieniem rytmu i nieznośną stratą cennego czasu. Jest! Odzyskuję pełną orientację w basenie i staram się przyspieszyć. Przede mną ostatnia prosta. To teraz trzeba wydobyć z siebie wszelkie rezerwy, jakie są zmagazynowane w mięśniach. Skupiam się na zachowaniu prostej linii i mocnych pociągnięciach ramion. Dzięki temu odwracam uwagę od narastającego zmęczenia. Zostało 20, może 15 metrów do końca. Częstotliwość pracy rąk mimowolnie spada. Coraz ciężej mi przerzucać je dynamicznie nad wodą.

W tym momencie staram się położyć nacisk na nogi, żeby utrzymać odpowiednie ułożenie ciała. Czując, że to już ostatnie metry i za kilka sekund będzie po wszystkim, z jeszcze większą łapczywością zagarniam wodę, jakbym przedzierał się przez gęstwinę. Czuję puknięcie pałką, którą taper, czyli najczęściej trener, oznajmia mi, że zbliżam się do nawrotu lub zakończenia. Uderzam ręką w tablicę, zatrzymując biegnący beztrosko czas i koniec…

Wyszło czy nie wyszło?

Nic więcej zrobić ani poprawić już nie można. Jestem na mecie. Wszystkie emocje i odczucia ulatniają się niczym rozpuszczone przez chlor i pozostawiają mnie w stanie, który roboczo nazwałem „szokiem postartowym”. Po wielu miesiącach przygotowań do tego jednego, najważniejszego startu w roku, poświęceniu się pracy i wreszcie osiągnięciu głębokiej koncentracji, bliskiej transowi przed wyścigiem, zrobiłem co tylko mogłem, ale już po wszystkim. Zrzucenie z siebie takiego ładunku emocjonalnego wprawia mnie w stan odrętwienia, dezorientacji, a wręcz obojętności. Stoję na podnóżku w wodzie po szyję, ledwo trzymając się krawędzi ściany. Serce wali jakby chciało się przebić przez żebra na zewnątrz i zaczerpnąć jeszcze więcej powietrza. Nawet nie próbuję uspokajać oddechu i pozwalam organizmowi dotleniać się do syta. Słyszę, że na torze obok ktoś jeszcze dopływa. Nie jest źle, bo to oznacza, że przynajmniej nie jestem ostatni. Nadal nie znam rozstrzygnięcia tego wszystkiego. Nie widzę przecież tablicy z wynikami, bo jakbym mógł ją widzieć, skoro jestem niewidomy. Po chwili, która zdaje się ciągnąć bez pardonu, dociera do mnie głos trenera:

– Jesteś drugi, masz medal…

– Co? – wyduszam z siebie, jakby te słowa padły w jakimś obcym języku i były dla mnie niezrozumiałe.

– Jesteś drugi – powtarza cicho, żeby nie zwrócić na siebie uwagi sędziów.

To zdanie dociera do mnie bardzo powoli, jakby uszy nie radziły sobie z przekazaniem go do mózgu, a ten nie wiedział, co ma z tą informacją zrobić. Z niedowierzaniem opuszczam głowę i wypuszczam powietrze z płuc. Nie okazuję żadnej radości. Powoli przepływam pod linami przez sąsiednie tory, aby dostać się do drabinki.

Według przepisów niewidomy zawodnik nie może porozumiewać się ze swoim trenerem, dopóki nie wyjdzie z wody, więc teoretycznie dobre kilkadziesiąt sekund po dopłynięciu do mety nie powinien znać ani swojego czasu, ani miejsca, które właśnie zajął. Sam nie wiem, co jest bardziej męczące, sam start, czy ta barbarzyńska nieświadomość po nim. Dopiero po kontroli sędziowskiej czepka i okularków, trener już oficjalnie potwierdza:

– Gratuluję, jesteś drugi!

Wtedy już wyrzucam ręce do góry w geście powodzenia i zdobywam się na ochrypły, bliżej nieokreślony okrzyk, który jest mieszaniną radości i ulgi. Cała uporczywa praca, trudy i niepokoje, zostają w jednej chwili anulowane i odchodzą w niepamięć. Nigdy nie czuję tak dosadnie i szczerze, że po prostu kocham żyć i nigdy nie czuję się tak spełniony, jak wtedy.

Bo wiem, po co

Atmosfera i echa zawodów milkną jednak bardzo szybko. Jedno powodzenie nie pociąga za sobą kolejnego automatycznie, a wręcz przeciwnie. Rozsmakowywując się zbyt długo w słodkim smaku osiągnięcia, łatwo można przegapić moment, w którym należy wrócić do ostrej pracy, życząc sobie następnych.

Zatem już parę tygodni później, dokładnie o 05:20, wyrywa mnie ze snu stonowana melodia. To mój budzik, który zresztą zmieniam co jakiś czas, kiedy poprzedni staje się dla mnie już irytujący i oznajmia, że najwyższa pora wstawać. Wyłączam go jak najszybciej, żeby nie obudził mojej dziewczyny i leżę jeszcze kilkadziesiąt sekund, żeby uszły ze mnie resztki snu. Nigdy nie ustawiam dodatkowych drzemek. Wstaję bez wahania, bo wiem, po co wstaję. Czterdzieści minut później wskakuję już do basenu. Nigdy nie myślę o tym, co się zaraz stanie, przygotowując się do tego stojąc na brzegu. Wskakuję do wody, bo wiem dlaczego trzeba to zrobić. Ona przez pierwsze kilka minut treningu próbuje ochłodzić mój zapał, bo wydaje się zwyczajnie zimna w porównaniu do przyjemnego ciepła pościeli, ale po kilkuset metrach rozgrzewki jest dużo lepiej. Rozruszawszy się zapominam, że jeszcze godzinę temu spałem sobie w najlepsze i skupiam się na tym, co mam przepłynąć.

Trening męczy czasem mniej, a czasem bardziej. Jest to dosyć specyficzny rodzaj zmęczenia, ponieważ są pewne sposoby, żeby nad nim nieco zapanować. Przede wszystkim jeżeli wiem, po co się męczę, to przestaję się tego obawiać i dzięki temu stać mnie na więcej. W dodatku, jeśli czuję satysfakcję z treningu, wyrabiam się w limitach czasowych i jestem w stanie utrzymać tempo, to działa jak potężny zastrzyk kofeiny dla organizmu. Najciężej natomiast jest wtedy, gdy pojawia się ból z powodu tak zwanych zakwasów, a zdarza się to wcale nie rzadko. Potrzebuję wtedy znacznie więcej czasu, żeby rozruszać mięśnie i pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia, jakby pomiędzy ich włókna dostały się ziarenka piasku i tarły o nie uporczywie. Zmęczony mięsień nie jest tak wydajny, jak wypoczęty, co przekłada się na możliwości w trakcie treningu. Głowa prze na przód i chciałaby pociągnąć za sobą ręce i nogi, ale te nie są w stanie jej posłuchać i najlepiej zrobić po prostu tyle, na ile jest się w stanie, a potem zadbać o regenerację.

Dzień jak co dzień

Regeneracja jest właściwie tak samo ważna jak trening. Ciało jest dla mnie narzędziem pracy, o które mam obowiązek dbać. Pierwsze, o czym myślę po treningu, jest ponad wszystko jedzenie. Głód bywa tak napastliwy, że dopóki porządnie się nie najem, nie odbieram nawet telefonu, bo nie mam na to najmniejszej ochoty. Staram się wczuwać w to, co organizm mi podpowiada i rozumieć kiedy potrzebuję zjeść coś zdrowego, bogatego w różne składniki odżywcze, a kiedy bez zastanowienia pochłonąć bardzo wysokokaloryczny posiłek. Pływak potrzebuje i jednego, i drugiego, trzeba tylko nauczyć się wsłuchiwać w siebie.

Następnym krokiem jest bezdyskusyjnie sen, któremu nawet nie próbuję się opierać. Jeżeli nie poddam się mu z własnej woli na około dwie godziny po porannym treningu, to on prędzej czy później pokona mnie sam w ciągu dnia, odbierając świadomość gdzieś w komunikacji miejskiej lub w jakichkolwiek innych okolicznościach. O tym, jak niedobór snu jest fatalnym stanem świadczy to, że będąc niewyspanym miewam nawet kłopoty z płynnym poruszaniem się z białą laską. Kompletnie nie mogę się wtedy skupić, mam problemy z zachowaniem prostej linii, a moje reakcje są spowolnione, co jest dla mnie wręcz niebezpieczne. Z tego powodu nigdy nie żałuję czasu na spanie i zawsze planowanie dnia po porannym treningu zaczynam właśnie od tego.

Celowo podkreślam słowa: „poranny trening”, ponieważ na jednym w ciągu dnia kończyć się nie może w przypadku uprawiania sportu wyczynowo. Zwykle jest jeszcze drugi po południu lub wieczorem w wodzie, a każdy z nich trwa mniej więcej dwie godziny. Nie można przy tym zapomnieć o czymś, co pływacy jako istoty prawie wodne nazywają „lądem”. Chodzi zwyczajnie o odpowiednie ćwiczenia na siłowni, dopasowane do konkretnego zawodnika. Każdy z nas ma w końcu jakieś braki, a pływanie ich nie wybacza. Trzeba je nadrabiać poświęcając na to uczciwą ilość czasu, bo bez tego przygotowanie fizyczne może okazać się niewystarczające.

– A co z czasem dla siebie? – mógłby ktoś zapytać. Otóż on jest gdzieś w ciągu dnia, o ile mądrze sobie go ułożymy. Sportowiec, poza paroma tygodniami wakacji i świąt, cały rok żyje według dokładnie skrojonego schematu doby pod kątem pór treningowych i nie wolno pozwolić sobie na zignorowanie czegokolwiek, bo jedno spóźnienie pociągnie za sobą drugie i cały grafik się rozsypie, tak samo jak w kolejce do lekarza.

– A co w takim razie z pracą? – może zapytać ktoś inny. Pracą dla sportowca wyczynowego jest sport i łączenie go z inną pracą na pełen etat jest niemożliwe.

Samemu donikąd

Wracając po tym wszystkim wieczorem do domu, nie ma nic bardziej napawającego otuchą niż to, że ktoś tam jest i czeka na twój powrót. To nieocenione, że ten ktoś rozumie przy tym, dlaczego nie chce ci się gadać, zanim się porządnie nie najesz, że znów nie zdążycie obejrzeć razem filmu, bo niedługo musisz położyć się spać i czemu po raz kolejny musicie odłożyć na inny dzień wyjście do znajomych czy na zakupy. Moja kobieta to wszystko rozumie i bez jej wsparcia, zrozumienia, a czasem nawet samej obecności, nie dałbym rady okiełznać tej układanki.

Będąc szczerym, nie ma mowy o żadnym powodzeniu bez innych osób obok. Samodzielnie sportowiec ma nikłe szanse, aby dojść do czegokolwiek, bo począwszy od odpowiedniego trenera, przez innych zawodników, z którymi trenuje, aż po fizjoterapeutę, trenera od przygotowania motorycznego, czy nawet lekarza, każdy ma swoją, nieodzowną rolę. Wyniki jednego zawodnika są sumą wkładu i doświadczenia kilkunastu osób, a włączając w to bliskich i przyjaciół, ta grupa robi się naprawdę liczna. W dzisiejszych czasach, kiedy rezultaty są coraz bardziej wyśrubowane, a sport, również ten paraolimpijski, wymaga coraz bardziej zaawansowanego podejścia, a co za tym idzie też i nakładów, w otoczeniu zawodnika nie powinno zabraknąć żadnej z tych osób.

Zakładając, że uda się to wszystko zebrać w całość i zorganizować życie tak, aby móc bez reszty poświęcić się dla sportu, nadal nie ma gwarancji na ostateczny sukces. Sport nie działa bowiem jak zwykła matematyka, gdzie dwa plus dwa zawsze wyniesie cztery, ale jest bardziej jak rachunek prawdopodobieństwa. Każdy zawodnik ryzykuje, rzucając w ofierze lata regularnego wysiłku, rozłąki z bliskimi i czas na wszystko inne, dla marzeń, które mogą się spełnić, albo i nie.

Można by więc na koniec zapytać, po jakie licho w takim razie to wszystko? Odpowiedź jest prosta: życie z wielkimi celami ma wielki sens, a próba osiągnięcia tych celów już sama w sobie jest sukcesem. A jeżeli drogi Czytelniku dla Ciebie to jeszcze za mało, cofnij się proszę do ostatniego zdania drugiej części tego tekstu, a z pewnością do reszty mnie zrozumiesz.

Aktywność osób niepełnosprawnych

Jak się zmotywować?

Istnieje wiele dziedzin sportu, w których główną rolę odgrywają osoby niepełnosprawne. Są to np. goalball, kręgle, pływanie, biegi, taniec i wiele, wiele innych. Osoby z niepełnosprawnością niejednokrotnie udowodniły, że potrafią dorównywać, a nawet pokonywać w sporcie swoich w pełni sprawnych kolegów. Dzięki ciężkiej pracy i wysiłkowi zdobywają dobre wyniki i osiągają sukcesy. Sport to przede wszystkim pasja i ciągły rozwój. W artykule postanowiłam skupić się na motywacyjnych aspektach sportu osób niepełnosprawnych, bazując również na własnych doświadczeniach w różnych dziedzinach życia.

Co może ułatwić dążenie do postawionych przez siebie celów? Z pewnością wytrwałość w działaniu i odporność na porażki. Tylko osoba, która nic nie robi nie myli się i nie doświadcza niepowodzeń. Sukcesem wielkim jest, gdy potrafimy swoją porażkę traktować jako nowe wyzwanie i jest informacją, co źle zrobiliśmy i co należy zmienić, a nie ostateczny koniec i klęska. Z każdego doświadczenia można wyciągnąć jakieś pozytywne wnioski i nauczyć się czegoś nowego. Przecież tak naprawdę to właśnie nasze małe niepowodzenia kształtują nasze myślenie. Kierują je na inny tor poszukując nowych rozwiązań w danej sytuacji. Nie można osiągnąć prawdziwego sukcesu bez doświadczenia choćby jednej porażki. Sama również jestem osobą z niepełnosprawnością i wielokrotnie spotykałam się z różnymi stresującymi sytuacjami. Zmuszały mnie one do myślenia: co zrobić by osiągnąć to, do czego dążę w tej chwili? Co mogę w sobie zmienić, aby znaleźć się na kolejnym szczeblu rozwoju?

Rozwój to tak naprawdę małe kroczki do przodu. Dopiero po ich pokonaniu, oglądając się w tył, widzimy ile już przeszliśmy. Zatrzymaj się na chwilę Czytelniku i przypomnij sobie siebie sprzed roku, trzech, pięciu lat. Widzisz te różnice? To właśnie Twój rozwój. Kiedy spojrzysz na dzisiejszego siebie, za jakiś czas znów zobaczysz różnice i właśnie o to w tym chodzi. Na każdym etapie mamy do pokonania pewne zadania, które pokonujemy małymi krokami.

Motywację rozumie się jako ilość poświęconej energii na określone zadanie. To, ile tej energii poświęcisz na dany cel, zależy tylko od Ciebie. Myślisz sobie: Jak to ode mnie? Przecież staram się, a znów mi nie wyszło… Już nie mam siły i ochoty na kolejne ćwiczenia i zadania – czy to oznacza, że braknie mi motywacji? Usiądź i zastanów się, ile energii potrzebujesz na określone zadanie, zrób listę najbliższych zadań do wykonania i potem postaw obok nich cyferkę, która Twoim zdaniem będzie odzwierciedlała ile tej energii poświęcisz na każde z nich. Energią trzeba oszczędnie i rozsądnie zarządzać. Nie na każde zadanie potrzebujesz 100% energii. Oszczędzaj ją i gromadź – to Ty zdecydujesz, kiedy wykorzystasz jej najwięcej. Pozwól sobie czasem na odpoczynek i regenerację sił. To jest bardzo ważne. Nie obwiniaj się za chwile słabości, bo one są naturalne. Organizm wysyła nam informacje, że potrzebuje odpocząć.

Aby realizować własne cele i dążyć do nich trzeba wiedzieć przede wszystkim do czego dążę, jak chcę to wykonać i jakich oczekuję rezultatów. W tym przypadku przyda się krótka metoda stawiania celów, w której rozpiszesz sobie, jakie to konkretne cele chcesz osiągnąć, w jaki sposób chcesz je uzyskać, czyli co musisz dokładnie zrobić i w jakim dokładnie czasie. Na koniec zastanów się, czy to, co przed chwilą ustaliłeś jest realne do wykonania i czy jesteś w stanie sprostać tym zadaniom w ustalonym przez ciebie czasie. Jeśli nie, to zmień to, co Twoim zdaniem nie jest realne. Jeśli już lista celów i działań jest gotowa – przystąp do działania zgodnie z tym, co zostało zaplanowane. Doceniaj swój wysiłek włożony w każde zadanie i dostrzegaj nawet najmniejsze sukcesy oraz nagradzaj się za nie. Metodę tą można wykorzystywać nie tylko w sporcie, ale również w każdym aspekcie życia, np. studia, praca zawodowa czy nauka nowych umiejętności.

Mam nadzieję, że udało mi się choć na chwilę skoncentrować Twoją uwagę na Twoich mocnych stronach i możliwościach. Pamiętaj, że nie ma prawdziwego sukcesu bez porażek, a w sytuacjach trudnych i beznadziejnych myśl o tym co możesz, a nie czego nie możesz. Stawiaj przed sobą nowe cele i doświadczaj, sprawdzaj siebie. Osiągnięte cele wzmocnią Twoje poczucie własnej wartości i pewność siebie, a niepowodzenia podpowiedzą co jeszcze w sobie możesz zmienić.

Informacja od autorki:

Pochodzę z Bydgoszczy i jestem absolwentką psychologii. Postanowiłam, dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniami, pisać artykuły do czasopisma. Jestem osobą niewidomą. Mimo wielu przeciwności losu, które spotykałam, spotykam i pewnie jeszcze nie raz spotkam, jestem osobą bardzo optymistycznie nastawioną do rzeczywistości i otwartą. Cenię sobie możliwość rozwoju i uwielbiam poznawać nowych ludzi. Interesuję się psychologią, zwłaszcza psychologią rehabilitacji i psychologią pozytywną. Interesują mnie także różnice kulturowe ludzi w różnych zakątkach świata, a poza tym uroda i zdrowie. Nie jestem może przykładem wybitnie zdrowego stylu życia, jednak zwracam na nie uwagę i staram się o nie dbać jak najlepiej. Jestem osobą sumienną, pracowitą i upartą, jednocześnie wrażliwą. Zawsze dążę do swoich celów i nigdy się nie poddaję. Staram się z doświadczonych niepowodzeń wyciągnąć zawsze coś dla siebie i pozytywnie to wykorzystać.

Goalball – sport dla twardzieli

Goalball powstał z myślą o rehabilitacji weteranów wojennych, a dziś grają w niego osoby, którym wojsko nie było po drodze z powodu wady wzroku. Goalballowa armia liczy ponad 100 krajów, które uprawiają ten paraolimpijski sport.

Wyobraź sobie boisko do siatkówki. Dodaj do tego piłkę, która wielkością przypomina tę do koszykówki, a bramki na boisku są szersze niż te, do których strzela Robert Lewandowski. Naprzeciw siebie staje po 3 prawdziwych twardzieli z każdej drużyny. Ty jesteś jednym z nich. Zakładasz specjalistyczne gogle, dzięki którym, tak samo jak pozostali gracze, masz wyłączony wzrok. Jedyne, co widzisz, to mapa boiska, którą masz rozrysowaną w swojej wyobraźni. Słyszysz piłkę dzięki wbudowanym dzwoneczkom, ale czasem masz z tym spory problem, ponieważ prędkość rzutu przeciwnika wynosi ponad 80 km/h. Gracz atakującej drużyny ma za zadanie rzucić piłką w taki sposób, aby wpadła do bramki przeciwnika. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ drużyna rywali broni bramki swoim ciałem w pozycji leżącej, nie pozwalając się przedostać piłce za linię bramkową. Piłka do goalballa waży 1,25 kg, gdy do tego dodamy jej prędkość, to nie powinny nas dziwić sytuacje, w których zawodnicy po niefortunnej obronie doznawali kontuzji bądź tracili przytomność. Tak, jest to sport wyłącznie dla twardzieli. Czy jesteś jednym z nich?

Marcin Lubczyk, absolwent ośrodka dla niewidomych we Wrocławiu, zaczął przygodę od podpatrywania poczynań taty w drużynie Bierutowa. Z czasem narodził się pomysł, aby goalball zawitał również do wrocławskiego ośrodka. Udało się i tak rok 2010 okazał się przełomową linią startu. W 2013 przyszły pierwsze sukcesy, wśród nich Mistrzostwa Polski juniorów. Od tamtego czasu wrocławscy juniorzy co roku zdobywają ten tytuł. Wtedy też dowodzenie nad zespołem przejął Wacław Falkowski. Z kilku trenujących osób nagle zrobiło się ponad 20 graczy. Powstała kolejna wrocławska drużyna prowadzona przez tego samego trenera. Co ciekawe, przed każdym meczem wszystkie drużyny mają swój okrzyk, aby pokazać swoją wyższość nad zespołem rywala. A co, jeśli na turnieju staną przeciwko sobie obie drużyny z tego samego miasta? Kibice są wtedy zachwyceni, ponieważ trener zbiera obie drużyny do wspólnego kręgu, aby wszystkie gardła mogły wykrzyczeć: „KTO WYGRA MECZ? WROCŁAW!”.

Zdeterminowany, godny zaufania, szanowany, poświęcający swój własny czas, Sir Alex Ferguson goalballa – tymi słowami zawodnicy określają swojego trenera Wacława Falkowskiego. W 2016 roku wrocławska drużyna zdobyła w kraju wszystkie możliwe tytuły: Mistrzostwa Polski juniorów i seniorów, Puchar Polski, Silesia Cup oraz wygrała Międzynarodowy Turniej Goalballa. Podczas jednego z finałów drużyna z Wrocławia mierzyła się ze swoim największym rywalem – drużyną z Katowic. Sytuacja wydawała się beznadziejna, przegrywali 5 bramkami. Wtedy trener z wrocławskiej drużyny poprosił o czas. Nie wiadomo co powiedział swoim zawodnikom, ale dziś wiemy, że zadziałało i Wrocław zdobył Puchar Polski!

„Przychodzi w życiu człowieka czas, kiedy dźwiga krzyż nasiąknięty bólem, cierpieniem, niespełnionymi marzeniami, brakiem radosnych perspektyw. Często ten krzyż go przygniata, ciężko jest wtedy wstać i znaleźć sens dalszej egzystencji. Ale ja Ci mówię: wstań i walcz! To Twoje życie, Twój największy skarb” Marek Piotrowski (the Punisher)

Sukcesy przyczyniły się do większego zainteresowania goalballem na dolnym śląsku. Treningi odbywały się pięć razy w tygodniu, a największą popularnością cieszyły się treningi o 6:00 rano, na które uczęszczali uczniowie przed lekcjami. Intensywność przygotowań przyczyniła się do kolejnych osiągnięć i zaskakujących rezultatów. Na odprawie przed meczem z Katowicami trener wrocławskiej drużyny pokazał swoim zawodnikom rysunek, który specjalnie dla nich przygotowały jego córki. Narysowały ich, zawodników, którzy wygrywają mecz przed czasem, zdobywając o 10 bramek więcej od przeciwnika. Jaki to przyniosło skutek? Pierwszy raz w historii drużyna z Wrocławia ograła Katowice różnicą 10 bramek (13:3). Niesamowita historia. Historia, która trwa nadal.

Tak, jest to sport wyłącznie dla twardzieli. Bądź jednym z nich.

Speedcubing dostępny dla wszystkich

Kostka Rubika powstała ponad 40 lat temu. W tym czasie stała się najpopularniejszą zabawką na świecie, symbolem czegoś, co jest prawie niemożliwe do rozwiązania.

Ale czy naprawdę można ją nazwać „zabawką”? Czy rzeczywiście zdolna do jej ułożenia jest tylko niewielka, utalentowana część społeczeństwa?

Układanie kostki

Zacznę od udzielenia odpowiedzi na drugie pytanie. Myślę, że każdy może ułożyć kostkę Rubika. Jedyny problem w nauce stanowi brak cierpliwości – niektórzy muszą spędzić dużo czasu, zanim zapamiętają algorytmy, kolejność etapów. Tacy ludzie często przestają układać kostkę, ponieważ myślą, że nigdy jej nie ułożą. Co by się stało, gdyby poświęcili układance więcej czasu? Po prostu ułożyliby ją.

Bardzo dobrym przykładem człowieka, który nie poddał się i udało mu się ułożyć kostkę, jest twórca 3x3x3 – Erno Rubik, któremu pierwsze ułożenie (i stworzenie swojej własnej metody) zajęło miesiąc.

Dzisiaj, kiedy mamy powszechny dostęp do Internetu, możemy znaleźć w nim wiele tutoriali, których autorzy szczegółowo opisują ruchy i algorytmy łatwe do zapamiętania, a jednocześnie pozwalają uzyskać czasy poniżej 30 sekund.

Najpopularniejszą metodą podstawową dla kostki 3x3x3 jest LBL – Layer By Layer (w tłumaczeniu „warstwa po warstwie”). Istnieje wiele jej wariacji, ale wszystkie mają wspólne elementy – na początku należy ułożyć pierwszą warstwę (w 2 lub 3 etapach), później środkową, używając trzech lub czterech sekwencji ruchów, a na końcu ostatnią warstwę, która wymaga nauki największej liczby algorytmów.

Inną popularną metodą dla początkujących jest sexy method, która pozwala na ułożenie kostki wykorzystując jeden czteroruchowy algorytm. Dla niektórych jest ona łatwiejsza od LBL-a.

Wiele razy użyłem słowa „algorytm”. Jest to sekwencja ruchów, która pozwala na uzyskanie danej sytuacji na kostce. Układanki układa się przede wszystkim algorytmami, które należy zapamiętać.

Różne kostki

Istnieje wiele różnych kostek – mają różne kształty, osi obrotu, liczbę elementów. Niektóre są zmiennokształtne, inne potrafią wyglądać na całkowicie pomieszane po wykonaniu jednego ruchu.

Najpopularniejsze są sześcienne kostki – np. 3x3x3, czyli klasyczna kostka skonstruowana przez Rubika. Najmniejsza układanka to 2x2x2, a największa, którą kiedykolwiek utworzono, to 33x33x33.

Niewiele osób o tym wie, ale 3x3x3 nie była pierwszą układanką – kilka lat wcześniej Uwe Meffert stworzył kostkę pyraminx – czworościenną układankę, która ma 3 warstwy z każdej strony. Istnieją też jej większe wersje, np. master pyraminx, czyli wersja z czterema warstwami.

Bardziej skomplikowane od sześcianów i czworościanów są dwunastościany, których nazwy są zakończone przyrostkiem -minx. Podstawowa wersja to megaminx – wersja 3x3x3. Najmniejszy jest kilominx, a największy to prawdopodobnie yottaminx – wersja 15×15.

Warto wspomnieć o sześciennych układankach, które poruszają się inaczej niż standardowe kostki. Np. warstwy skewba, który ma 8 narożników i 6 centrów (nie posiada krawędzi), czyli elementów znajdujących się na środku każdej ze ścian, obracają się wokół narożników. Przykładem kostki, która zmienia kształt, jest square-1. Wielu ruchów nie można wykonać, ponieważ nie pozwala na to budowa układanki. Z tego powodu bardzo trudno jest ją pomieszać.

Prawdopodobnie grupą kostek, które wyglądają najciekawiej, są modyfikacje, które układa się tak samo (albo prawie tak samo) jak układanki, z których zostały stworzone. Do najpopularniejszych modyfikacji należą m.in.:

fisher cube, która powstała przez wycięcie z 3x3x3 części rogów oraz kilku krawędzi i przyłączenie ich do pozostałych krawędzi oraz niektórych centrów;

mirror blocks, czyli zwykła 3x3x3 lub inna kostka, w której elementy można odróżnić przez ich kształty (np. prostokąty różnej wielkości), a nie przez kolory naklejek;

tetraminx – pyraminx pozbawiony tipów, czyli narożników, które w standardowej wersji układa się niezależnie od pozostałych elementów.

Nietypową grupą kostek są kuboidy, które mają kształt prostopadłościanu. Niektóre mają zablokowane niektóre ruchy (np. 2x2x3, 3x3x4), inne są zmiennokształtne (2x3x4, 3x3x5).

Speedcubing – hobby czy sport?

Dla coraz większej grupy ludzi kostki stają się ich zainteresowaniem. Większość z tych osób zaczyna mierzyć czasy, w jakich układają różne układanki, kupuje nowe, lepsze ich modele (takie, które są szybsze, nie zacinają się, nie rozpadają się, mają śruby regulacyjne, magnesy, lepiej widoczne kolory naklejek itd.). Niektórzy z nich kolekcjonują różne typy kostek.

Już w 2003 roku speedcuberzy, czyli ludzie, którzy układają kostki na czas, zorganizowali drugie mistrzostwa świata w speedcubingu i utworzyli WCA (World Cube Association – Światowa Organizacja Speedcubingu).

Pierwsze MŚ odbyły się w 1982 roku, ale miały one jednorazowy charakter. Od kiedy powstało WCA, zawody odbywają się regularnie w różnych krajach. Od tego czasu w oficjalnych zawodach – czyli takich, które są nadzorowane przez delegata światowej organizacji – uczestniczyło ponad 90 tysięcy zawodników.

Głównym zadaniem organizacji jest wprowadzenie regulacji dotyczących organizowania zawodów. W Regulaminie WCA można znaleźć zapisy dotyczące m.in.: funkcji sędziów, mieszaczy i innych osób pomagających w organizacji, oficjalnych konkurencji i ich formatów, rund, limitów czasowych, mieszania kostek itd.

Kilka ważnych informacji dotyczących zawodów:

  • każdy zawodnik w danej grupie układa kostkę wymieszaną w ten sam sposób;
  • oficjalne konkurencje to: kostki 2x2x2-7x7x7, megaminx, pyraminx, skewb, square-1, clock (układanka, w której trzeba obrócić wskazówki zegarów tak, żeby wszystkie wskazywały godzinę 12), 3x3x3 jedną ręką, 3x3x3 stopami, 3x3x3 – układanie na najmniejszą liczbę ruchów, 3x3x3-5x5x5 bez patrzenia i 3x3x3 – wiele kostek bez patrzenia.
  • większość konkurencji układa się według formatu Ao5 – kostkę układa się 5 razy, a ostateczny wynik jest średnią arytmetyczną z trzech ułożeń – bez najgorszego i najlepszego;
  • przed każdym ułożeniem zawodnik ma 15 sekund, które powinien wykorzystać na oglądanie kostki i planowanie pierwszych ruchów.

WCA ma w swoich bazach danych wszystkie wyniki zawodników, ogłasza też wszystkie rekordy świata. Np. najszybsze ułożenie 2x2x2 to 0,49 s, a średnia to 1,35 s. Oba rekordy należą do Macieja Czapiewskiego. W kostce 3x3x3 najlepszy czas wynosi 4,59 s, a należy on do dwóch zawodników – SeungBeoma Cho i Feliksa Zemdegsa, który jako jedyny uzyskał czas poniżej 6 sekund w średniej, a jego najlepszy wynik to 5,80 s.

Prawie taki sam rekord w średniej – 2,03 s i 2,02 s – mają konkurencje skewb i pyraminx. W pierwszej z nich rekordzistą jest Łukasz Burliga, a w drugiej – Tymon Kolasiński.

W układaniu standardowej kostki jedną ręką rekord w singlu, czyli w pojedynczym ułożeniu, w 2015 roku wykręcił Feliks Zemdegs (6,88 s), a w średniej dopiero niedawno udało się zejść poniżej 10 sekund – Max Park uzyskał wynik 9,99 s.

Ciekawą konkurencją jest układanie bez patrzenia. Ułożenie podzielone jest na dwie części. Na początku zawodnik zapamiętuje układ elementów, a później układa kostkę z zasłoniętymi oczami. Obecny rekord w singlu 3x3x3 to niecałe 18 sekund (dokonał tego Max Hilliard), w 4x4x4 – niecałe 1:35 min, w 5x5x5 – ok. 3:45 min (oba rekordy należą do Kaljuna Lina).

Prawdopodobnie najtrudniejszą konkurencją jest układanie wielu kostek 3x3x3 bez patrzenia. Polega ona na zapamiętaniu wszystkich zadeklarowanych kostek, a później ułożeniu ich z zasłoniętymi oczami. Próba nie może przekroczyć godziny. Zawodnicy deklarują, ile ułożą kostek. Wynik jest różnicą kostek ułożonych i nieułożonych. Rekord ustanowił Mark Boyanowski z 42 punktami (43/44 kostki).

Kostka Rubika dla niewidomych

Na początku artykułu napisałem, że kostkę może ułożyć każdy. Stwierdzenie to sprawdza się także w odniesieniu do niewidomych, którzy nie rozpoznają kolorów naklejek, ale mogą kupić lub stworzyć układanki ze specjalnymi oznaczeniami, które można wyczuć palcami.

Kostkę 3x3x3 z wypukłymi elementami można kupić w polskich sklepach. W wersji, którą układałem, wszystkie oznaczenia były symetryczne (kwadrat, koło, okręg, X, 9 kropek), co pomagało w szybkim rozpoznawaniu elementów.

Taką kostkę można wykonać także samodzielnie – należy do zwykłych naklejek (lub płytek) dokleić naklejki np. z literami z alfabetu Braille’a.

Ułożenie nie różni się niczym od standardowej wersji. Jedyny problem stanowi trudność w rozpoznawaniu sytuacji i brak możliwości patrzenia na wiele naklejek jednocześnie. Ale te czynniki przeszkadzają tylko w układaniu na czas.

Jeśli jesteś niewidomy, kup lub stwórz kostkę idealną dla siebie. Udowodnij, że brak wzroku nie przeszkadza w układaniu kostki Rubika.

Układanie kostki polecam każdemu – kształtuje to umiejętność logicznego myślenia, wyobraźnię przestrzenną i pamięć. Nie jest to trudne, a dla własnej satysfakcji i podziwu innych osób warto się tego nauczyć.

Niewidomi spełniają marzenia na motocyklach

Wydawać by się mogło, że niewidomi i motocykliści to dwie na tyle różne grupy, że nie można ich złożyć w jedną całość. Temu twierdzeniu zadało kłam stowarzyszenie Motocykliści dla Dzieci, które postanowiło otworzyć się na środowisko osób niewidomych i słabowidzących. Ideą stowarzyszenia jest pomaganie dzieciom, dla których los nie był łaskawy, czyli znajdującym się w szpitalach, domach dziecka czy świetlicach środowiskowych. Jest ono znane z takich akcji jak Moto Mikołaje czy Moto Zające, ale z inicjatywy Marka Gawłowskiego zaczęło współpracę z osobami niewidomymi. – Jesteśmy już dość dużym stowarzyszeniem, mającym spore możliwości organizacyjne. Chcieliśmy swój potencjał wykorzystać, żeby pokazać wam jakąś inną perspektywę życia. Wszystko zaczęło się powoli kręcić. Na razie była tylko jedna akcja, ale na pewno nie damy wam o sobie zapomnieć – skomentował wiceprezes stowarzyszenia, Marcin Pawełko.

Pierwsza wspólna wyprawa motocyklistów z niewidomymi odbyła się ze Szczecina do Nowego Warpna w październiku 2017 roku. Wzięło w niej udział kilkanaście niewidomych i słabowidzących osób, które stały się pasażerami motocyklistów, pokonując trasę w asyście kilkudziesięciu innych pasjonatów dwóch kółek. Osoby niewidome miały możliwość zetknięcia się z różnymi rodzajami motocykli – od tych szybkich, opływowych, sportowych, aż po takie, które nadają się do jazdy po różnym terenie i są przeznaczone na dłuższe trasy. Niewidomi zazwyczaj korzystali z tych drugich, na których jazda była dla nich bardziej komfortowa. – Były obawy głównie ze względu na bezpieczeństwo. Motocykl jest bardzo otwartą maszyną, więc musieliśmy uważać, żeby nikogo nie zgubić po drodze. Dlatego na początku wybieraliśmy motocykle, które były bardziej bezpieczne do jazdy, czyli miały kufer z tyłu i wygodne siedzenie. Ale uczestnicy próbowali jazdy także na motocyklach sportowych, na których pozycja jest bardziej skulona – zaznaczył Dariusz Rudkiewicz, członek stowarzyszenia Motocykliści dla Dzieci.

Większość motocyklistów nigdy wcześniej nie miała do czynienia z osobami niewidomymi, więc dla nich wspólna wyprawa była ciekawym przeżyciem, z którego wynieśli wiele cennych wskazówek. – Było to dla mnie nowe doświadczenie. Dużo się od was nauczyłem. Na początku byliśmy wobec was zbyt opiekuńczy. Próbowaliśmy wszystko za was robić, a zaobserwowaliśmy, że chcecie być jak najbardziej samodzielni. Byłem pod dużym wrażeniem tego, jak dobrze radzicie sobie w sytuacjach, które dla nas wydają się barierami nie do pokonania – ocenił Rudkiewicz.

Cała akcja miała na celu nie tylko zwrócenie uwagi na istnienie w społeczeństwie osób z dysfunkcją wzroku, ale także na wyciągnięcie ich z domów i dostarczenie im wrażeń, których nie mogą poczuć na co dzień, tym bardziej, że nie wszyscy są na tyle odważni, żeby samodzielnie przełamywać bariery i radzić sobie z trudami codzienności. – Albo moje środowisko jest na tyle hermetyczne, albo osób niewidomych po prostu nie widać. Nie wiem czy to wynika z faktu, że siedzą w domach i są ograniczone barierami związanymi z poruszaniem się, czy moje życie jest na tyle poukładane, że się nie spotykamy. Dlatego we wspólnej jeździe motocyklem podobało mi się to, że pokazaliśmy ludziom, że jesteście, że istniejecie, że można was zauważyć, że można z wami zrobić coś pożytecznego. Mam z tego powodu dużą satysfakcję – nie ukrywa Pawełko.

Osoby z dysfunkcją wzroku starają się być coraz aktywniejsze zawodowo i społecznie. Przełamują własne słabości i przekraczają bariery, które jeszcze kilkanaście lat temu zdawały się być nie do przeskoczenia. Udowadniają sobie, ale też wszystkim wokół, że mogą normalnie funkcjonować w społeczeństwie, a przy pomocy innych ludzi robić to, czego samodzielnie nie mogliby wykonać bez wzroku. Jazda motocyklem jest tego idealnym przykładem, bowiem oddziaływuje bardzo mocno na zmysły. Niewidomi słyszą ryk silnika, czują prędkość i swobodę związaną z przemieszczaniem się po drodze, a jednocześnie mogą naładować się pozytywną energią. – Od zawsze fascynowały mnie te pojazdy. Spotykając je na ulicy, przeraża mnie towarzyszący im hałas, który jest dla mnie bardzo dezorientujący. Kiedy jechałam motocyklem, było zupełnie inaczej. Ryk silnika, zapach spalin i skóry, pęd powietrza, adrenalina, szum wiatru pod kaskiem – to wszystko było niepowtarzalnym przeżyciem, którego sama sobie nie mogłabym dostarczyć – wspomina jedna z niewidomych uczestniczek wyprawy, Monika Czerczak.

Już w grudniu niewidomi mieli po raz drugi wyruszyć w trasę z motocyklistami. Tym razem mieli wziąć udział w akcji Moto Mikołaje, ale na przeszkodzie stanęła nieodpowiednia pogoda, dlatego ze względów bezpieczeństwa w ostatniej chwili wspólna wyprawa została odwołana. Było ślisko, więc mogły przytrafić się jakieś wywrotki, a wówczas zamiast radości ze wspólnej jazdy mogłyby pojawić się negatywne odczucia. – Stwierdziliśmy, że nie ma co się spieszyć, bo będą jeszcze okazje do kolejnych wspólnych wypraw. Mnie marzy się, żeby zabrać was nad morze, żeby była to już dłuższa, całodniowa wycieczka – snuje plany Rudkiewicz. Zanosi się więc na to, że współpraca stowarzyszenia Motocykliści dla Dzieci ze środowiskiem osób niewidomych będzie nadal się rozwijała. Obie strony mogą czerpać z niej dużo korzyści i satysfakcji. Być może dzięki kolejnej akcji jeszcze więcej osób z dysfunkcją wzroku odważy się zasiąść na motocyklu, a ludzie pełnosprawni dostrzegą, że my – niewidomi i słabowidzący – żyjemy wokół nich.

Głośna piłka i cisi kibice

Zbliżamy się do najważniejszego święta dla fanów footballu. W czerwcu rozpoczną się mistrzostwa świata w piłce nożnej. W Rosji zmierzą się 32 drużyny, w tym Polska. Mimo, że piłka nożna to bodaj najpopularniejszy sport na świecie, wzbudzający najwięcej emocji i przyciągający na stadiony i przed telewizory największą ilość kibiców, mało słyszy się o jej wersji dla niewidomych. Mimo, iż Polska posiada drużynę narodową, zrzeszoną pod logiem Blind Football Poland, media i społeczeństwo przyglądają się tego typu aktywności z dużą dozą niepewności i zdziwienia. O ile stosunkowo łatwo wyobrazić sobie jak osoba niewidoma pływa, ćwiczy na siłowni, jazda na tandemie też nie wzbudza szczególnego zdumienia, to bieganie w 10 osób po boisku za piłką, której nie widać, a jedynie słychać, w poszukiwaniu bramki, jest już dużym wyzwaniem dla percepcji przeciętnego Kowalskiego. Jak tu się nie zderzać? Jak rozpoznać czy przy piłce jest przeciwnik czy kolega z drużyny? Gdy ogląda się mecz tego typu, rozgrywany np. na mistrzostwach świata, te problemy wydają się nie istnieć. Gra przebiega płynnie. Wpływać może na to kilka elementów: dobrze zrehabilitowani zawodnicy, z ogromnym poczuciem przestrzeni i jasne, klarowne zasady gry.

Co do zasad, dla mniej wtajemniczonych przytaczam najważniejsze z nich. Na boisku znajduje się 10 zawodników. 8 niewidomych – z dodatkowo zawiązanymi oczami, tak aby zniwelować różnice wynikające z charakterystyki danej wady (np. wrażliwość na bodźce świetlne lub kształty) oraz 2 widzących bramkarzy. Bramkarze to także nawigatorzy zawodników linii obrony. W środkowej strefie boiska nawigatorem jest trener. W strefie ataku podpowiada także trzeci nawigator, z tą różnicą, że dwóch pozostałych podpowiadaczy pozostaje poza obszarem boiska. W piłce jest umieszczony dzwoneczek, który pozwala na lokalizację jej w przestrzeni. Mecz składa się, jak w przypadku standardowej piłki nożnej, z dwóch połów, z tym, że każda trwa 25 minut.

Porównanie standardowej piłki footballowej i dźwiękowej wygląda następująco:

Zwykły football:

Waga: 396–453g

Obwód: 68-70 cm

Ciśnienie: 0,6 do 1,1 atm.

Blind Football:

Waga: 510-540 g

Obwód: 60-62 cm

Ciśnienie: 0,4-0,6 atm.

W blind footballu najważniejszą rolę odgrywa słuch. Cytując trenera polskiej reprezentacji: „Sygnał dźwiękowy i rysowanie boiska w głowie – to najważniejsze rzeczy dla piłkarza”. Uczestnicy gry muszą uważnie nasłuchiwać uwag nawigatorów, wysłuchiwać dźwięków piłki oraz pozostałych graczy, którzy zbliżając się do piłki krzyczą z hiszpańskiego „voy”, czyli „idę”. Stąd głęboka cisza panująca podczas meczu ze strony kibiców, która odróżnia mecze piłki nożnej dla niewidomych od zwykłej. Pomimo emocji nie mniejszych niż przy spotkaniu Ligi Mistrzów, wsparcie kibiców rozumiane jest inaczej. Zwykle kibice dopingują głośnymi krzykami, piosenkami i trąbkami. Tutaj taki krzyk tylko by przeszkodził. Jeżeli chcemy pomóc, musimy zachować ciszę. Brawa są jednak dopuszczane, ale tylko w niektórych przypadkach: w momencie zdobycia bramki lub przeprowadzenia innej ładnej akcji na boisku.

Kiedy mamy już opanowane zasady, czas wejść na boisko. O praktyce opowie nam Łukasz Byczkowski – członek reprezentacji Polski w blind footballu.

M.S. Blind football to jeden z najpopularniejszych sportów drużynowych dla niewidomych. Skąd zamiłowanie do tej dyscypliny?

Ł.B. Od dziecka uwielbiałem grać w piłkę nożną i w sumie dalej w nią lubię grać. Choć już nie tak często jak kiedyś. Chodziłem do szkoły dla niewidomych i słabowidzących we Wrocławiu. W 2011 roku odezwała się do nas UEFA z zapytaniem czy nie rozegralibyśmy meczu pokazowego w blind footballu przed jednym z meczów na EURO 2012, które było rozgrywane w naszym kraju. Nasz trener podjął się tego zadania. Na początku do treningów używaliśmy zwykłych piłek owiniętych w różne folie czy worki, żeby było je słychać. Potrzebnych było dużo wolontariuszy, którzy dbali o nasze bezpieczeństwo, żebyśmy nie wpadli na słupki i nie zrobili sobie krzywdy. Niedługo później dostaliśmy specjalne bandy przeznaczone do tej dyscypliny, które są ustawione wzdłuż linii bocznej boiska. Oprócz tego dostaliśmy również resztę sprzętu, czyli piłki, gogle, ochraniacze. Ja nie gram w blind football od samego początku. W internacie mieszkałem z kolegą, który trenował tę dyscyplinę i zaproponował mi, żebym kiedyś spróbował. Na początku nie byłem przekonany, ale po jakimś czasie postanowiłem zmierzyć się z tą dyscypliną. Na początku trenowałem dosyć krótko, ponieważ na jednym z treningów, które mieliśmy na Sali, biegłem zbyt szybko i miałem bliskie spotkanie ze ścianą!!! Po tym zderzeniu miałem trochę lęków i zrezygnowałem. Po jakimś czasie postanowiłem spróbować jeszcze raz i tak gram do tej pory.

M.S. Kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda z tym sportem? Ile lat temu to było?

Ł.B. Pierwszy raz styczność z tą dyscypliną miałem pod koniec 2011, albo na początku 2012, ale w międzyczasie było kilka przerw. Dokładnie nie pamiętam, ale już bez żadnych przerw gram chyba od 2013 roku.

M.S. Przyjęłam takie założenie, że zamiłowanie do sportu i kondycja fizyczna to nie wszystko, żeby osiągnąć sukces w tym sporcie. Przy oglądaniu Waszych potyczek na boisku najbardziej rzuca się ogromna orientacja w przestrzeni. Mimo ciągłego dryblingu wiecie, gdzie dalej biec i gdzie kierować się na bramkę. Czy zgodzisz się ze mną, że orientacja to podstawa w tym sporcie? A może z praktyki powiesz, że inne umiejętności są najważniejsze?

Ł.B. Zgadam się w zupełności. Na początku zdecydowanie orientacja jest najważniejsza, aby wiedzieć gdzie się jest na boisku, albo w którą stronę trzeba biec. Oczywiście poza orientacją jest też ważne wyszkolenie techniczne, prowadzenie piłki, udane podanie czy strzał na bramkę, ale także utrzymanie równowagi, no i przede wszystkim dobry słuch. Na początku trener mówił nam, że wszystko musimy sobie narysować w głowie. Wyobrazić sobie mniej więcej boisko i jak się po nim poruszać. Dopiero jak mieliśmy w miarę opanowaną orientację, zaczęliśmy pracę z piłkami. Podczas meczu boisko jest podzielone na 3 strefy. Za każdą odpowiada ktoś inny. Jest trzech przewodników: pierwszym jest nasz bramkarz, który steruje strefą obronną. Drugim jest trener. Znajduje się on w połowie boiska za bandą, steruje i podpowiada zawodnikom znajdującym się w tej strefie. Trzecim jest nasz przewodnik, który znajduje się za bramką przeciwnika. Jego rolą jest nakierowanie zawodnika na bramkę.

M.S. Patrząc z boku blind football wydaje się trudną dyscypliną. Doradziłbyś go osobom niewidomym i słabowidzącym, które dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę ze sportem?

Ł.B. Wydaje mi się, że osobom, które nie uprawiają tej dyscypliny może się wydawać to bardzo trudne. Trzeba mieć dość dobrą orientację, żeby się odnaleźć na boisku.

A co do drugiej części pytania, na pewno bym doradził osobom, które interesują się piłką nożną, aby same spróbowały swoich sił. Może akurat by im się spodobało.

M.S. Czy blind football jest sportem kontuzyjnym?

Ł.B. Zdecydowanie tak. Na meczach często zdarzają się kontuzje. Ja sam już nie raz i nie dwa zderzyłem się z przeciwnikiem głowami. Raz miałem poważniejszy uraz, gdy rozpędzony przeciwnik wpadł we mnie i zderzyliśmy się głowami, a upadając na plecy uderzyłem jeszcze głową o murawę i na krótką chwilę straciłem przytomność. Co prawda w tym meczu nie byłem już w stanie wyjść na boisko, ale na następny mecz byłem gotowy. W tej dyscyplinie nie brakuje również siniaków na nogach. Często się zdarza, że zawodnicy kopią się po nogach, ale jest to gra dla naprawdę twardych osób, które się tego nie boją. Czasami bywa tak, że zawodnicy z własnej drużyny niechcący wpadną na siebie i coś mogą sobie zrobić.

M.S. Czy to prawda, że Robert Lewandowski zainteresował się Waszą grą?

Ł.B. W 2015 roku okazało się, że jedna z drużyn nie weźmie udziału w Mistrzostwach Europy które odbywały się w Anglii, a nasza reprezentacja była pierwsza w kolejce, więc zaczęliśmy przygotowania do mistrzostw. Brakowało nam pieniędzy na stroje, sprzęt, zgrupowania, no i na „wpisowe” na turniej. Odbyło się kilka koncertów charytatywnych. Na kilku treningach była u nas telewizja. Agent lub inna osoba, która była z Robertem Lewandowskim w dobrych kontaktach, powiedziała mu o tej akcji i po niedługim czasie odezwał się do nas Robert Lewandowski. Powiedział, że nam pomoże.

M.S. Który z rozegranych dotąd meczów był najbardziej emocjonujący i najlepiej go wspominasz?

Ł.B. Hmm… to też jest trudne pytanie. Dla mnie każdy mecz i każdy turniej jest ważny, więc ciężko mi wybrać.

M.S. Masz jakąś drużynę, z którą najbardziej chciałbyś się zmierzyć?

Ł.B. Przyznam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Teraz, w maju, w Krakowie, odbędzie się turniej dla państw takich jak my (czyli grających dopiero od kilku lat) i jestem szczęśliwy, że będę mógł zagrać w tym turnieju z orzełkiem na piersi. Jest to dla mnie wyróżnienie i cieszę się, że będę mógł zagrać z reprezentacjami innych krajów.

M.S. Wiem, że blind football to nie jedyny sport, który trenujesz. Opowiesz o pozostałych dyscyplinach i swoich sukcesach?

Ł.B. Oprócz blind footballu trenuję również goalball i showdown. Blind football, jak i goalball są to dyscypliny paraolimpijskie.

Goalball jest to gra drużynowa. Boisko ma wymiary takie jak boisko do siatkówki, czyli 18 metrów długości i 9 szerokości. Bramka zajmuje całą szerokość boiska, a wysokość bramki to 1.3 metra. Drużyna składa się z 3 zawodników, którzy mają zasłonięte oczy opatrunkami okulistycznymi i specjalnymi goglami dla wyrównania szans. Boisko jest podzielone na 3 6-metrowe strefy.

Piłka musi być toczona po parkiecie, ale są także rzuty nazywane skoczkami (piłka się nie toczy, ale odbija). Piłka musi mieć kontakt z podłożem przed 6 metrem i przed 12 (czyli 6 od strony przeciwnika). Za różne przewinienia drużyna może dostać karnego i wtedy jeden zawodnik broni całej bramki. Po pierwszym kontakcie piłki z zawodnikiem drużyna broniąca ma 10 sekund na odrzucenie piłki. Mecz trwa 2 razy po 12 minut lub gdy różnica bramek wyniesie 10 (np. 12-2), to wtedy mecz kończy się przed czasem. Jak w każdym sporcie dla niewidomych, piłka posiada dzwoneczki, aby można było ją zlokalizować. Piłka do goalballa waży 1.25 kg. Gram w tę dyscyplinę od 4 lub 5 lat i jestem zawodnikiem drużyny z Wrocławia, której zawodnicy są uczniami lub absolwentami szkoły dla niewidomych i słabowidzących we Wrocławiu. Razem z kolegami zdobyliśmy 3 razy z rzędu Mistrzostwo Polski juniorów oraz Mistrzostwo i Wicemistrzostwo Polski w seniorskich rozgrywkach.

Showdown jest to również gra dla niewidomych i słabowidzących. Showdown (niekiedy błędnie nazywany tenisem stołowym dla niewidomych) jest przeznaczony dla dwóch zawodników. Gra toczy się na prostokątnym stole o długości 4 metrów, stół otoczony jest bandą. Na każdym rogu bandy są zaokrąglone. Na środku stołu jest zamontowana plastikowa tablica. Znajduje się kilkanaście cm nad stołem, tak aby piłka mogła się pod nią zmieścić. Bramki znajdują się na dwóch końcach stołu (podobnie jak w cymbergaju). W showdown gra się przy użyciu drewnianych rakietek i dźwiękowej piłeczki (o wielkości zbliżonej do piłki tenisowej, ale z innego tworzywa) oraz rękawicy ochronnej np. do hokeja. Celem gry jest odbicie piłeczki tak, aby przeszła pod ekranem i wpadła do bramki przeciwnika. Showdown jest grą indywidualną, ale również drużynową. W grze indywidualnej gra się do dwóch lub trzech wygranych setów (zależy od rozgrywki), każdy set do 11 punktów i muszą być 2 punkty przewagi. W grze drużynowej gra się do 31 punktów, po 16 punkcie jest zmiana stron. Drużyna składa się z trzech osób, w tym musi być jedna dziewczyna.

Showdown w Polsce pojawił się w 2010 roku. Z roku na rok przybywa zawodników i zawodniczek. Teraz jest ich około 100. Moje osiągnięcia w tej dyscyplinie to zdobycie Mistrzostwa Polski, dwa razy wicemistrzostwa i – jeśli dobrze pamiętam – 4 razy zająłem 3 miejsce, brałem udział 2 razy w mistrzostwach świata i raz w mistrzostwach Europy. W ubiegłym roku zdobyliśmy drużynowe mistrzostwo świata i oprócz tego indywidualnie dwa brązowe krążki na Mistrzostwach Świata, a w roku 2016 po raz pierwszy nasza reprezentacja zdobyła drużynowe mistrzostwo Europy (na tych mistrzostwach mnie nie było). Na arenie międzynarodowej oprócz medalu w drużynie z ubiegłego roku tylko raz udało mi się stanąć na trzecim stopniu podium w Holandii.

M.S. Zawsze chciałeś być sportowcem?

Ł.B. W dzieciństwie uwielbiałem grać w piłkę nożną i jak każdy dzieciak, który lubi piłkę nożną i ogląda mecze piłkarskie, zawsze marzyłem, żeby być piłkarzem i móc grać na takich dużych stadionach. Ale niestety, jak wzrok mi się pogorszył, marzenia legły w gruzach. Dlatego cieszę się, że istnieje taka dyscyplina jak blind football i mogę w nią grać.

M.S. Który ze znanych sportowców jest dla Ciebie wzorem?

Ł.B. Jak byłem mały, moją ulubioną drużyną była FC Barcelona. Było w niej wielu znakomitych piłkarzy. Dalej im kibicuję, ale myślę, że najlepszym piłkarzem jest Lionel Messi. Kiedy byłem dzieckiem, oprócz Messiego lubiłem jeszcze grającego wtedy w Barcelonie Ronaldinho. Mam kilku piłkarzy, których lubię i podziwiam za ich grę, ale zdecydowanie najlepszy dla mnie jest Messi, a z Polski Robert Lewandowski, Kamil Grosicki i Jakub Błaszczykowski.