Kredyt nie tylko w banku

Drodzy czytelnicy, opowiem historię, która przydarzyła mi się całkiem niedawno – przy okazji podpisywania kredytu w banku. Aby ułatwić sobie życie, przy wyborze banku skorzystałam z usług doradcy kredytowego. Pani Małgosia to przesympatyczna kobieta, która zajęła się moimi sprawami kredytowymi w sposób kompleksowy. Finalizując wszelkie formalności, musiałam udać się do banku w celu podpisania umowy. Wcześniej zostałam skrupulatnie poinformowana, w którym miejscu znajduje się ów bank. Pani Małgosia wytłumaczyła mi to bardzo szczegółowo, gdyż wiedziała, że słabo widzę i że dotarcie na miejsce może stanowić dla mnie pewną trudność. Podążając na podpisanie umowy, weszłam do banku (przynajmniej tak mi się wydawało), mając z tyłu głowy wskazówki przez nią przekazane. Wszystko się zgadzało. Był więc szklany budynek, weszłam na pierwsze piętro, ale jakoś nigdzie nie mogłam znaleźć loga tego banku. Pomyślałam sobie, że jak się słabo widzi, to czasem tak bywa, że znaków graficznych się nie zauważa. Weszłam do pomieszczenia i troszkę się zdziwiłam, że na środku stoi lada, a w rogu znajdują się kanapy. Pomyślałam, że to taki nowoczesny wystrój. No cóż, banki wychodzą klientom naprzeciw. Podeszłam niepewnie do lady. Uprzejmie poinformowałam Panią, że byłam umówiona na godz. 11:00. Pani zapytała o nazwisko. Następnie zadała mi drugie, dość dziwne pytanie: czy umawiałam się telefonicznie czy osobiście. Już miałam na końcu języka, że przez doradcę kredytowego, ale intuicja podpowiadała mi, że coś tu jest nie tak. Rozejrzałam się jeszcze raz dyskretnie po pomieszczeniu i odpowiedziałam Pani, że w zasadzie telefonicznie. Po czym Pani sprawdzając coś w komputerze poinformowała mnie, że nie jestem zapisana na dziś. Dodała kolejne zdanie, które rozwiało moje wątpliwości co do miejsca, w którym się znalazłam, a mianowicie: „A może była Pani umówiona do innego fryzjera?”. Wówczas zamarłam, zrobiłam najgłupszą minę na świecie i z udawanym roztargnieniem stwierdziłam, że pewnie właśnie tak się stało. Co się okazało? Zamiast do banku, dotarłam do salonu fryzjerskiego, który znajdował się na tej samej ulicy co bank. Z dotarciem do „prawdziwego” banku później nie miałam już problemu, gdyż skorzystałam z dobrodziejstw nowoczesnej technologii, która mnie tam skutecznie poprowadziła. Udźwiękowiona nawigacja to jest to!

Jestem fotografem. Co ma masaż do kolei?

To trochę dziwne: mieć przy sobie aparat fotograficzny i białą laskę. Jasne, bo jak to może być? Te urządzenia nie współgrają ze sobą i może nawet rażą, gdy są wspólnie.

Będąc człowiekiem z dużą wadą wzroku, jestem zakręconym maniakiem kolei i dużo łażę z aparatem fotograficznym po różnych torach. Lubię szczególnie te nieprzejezdne, zapomniane. Nie gardzę też klimatycznymi stacyjkami i dworcami jeszcze przed remontem.

Fotografowanie zaczęło się od mojej Pani Doktor, zresztą okulistki. Posiadam w swoim arsenale również coś, co się zwie oczopląs – znaczy to, że kobiecie nie spojrzę prosto w oczy. Aby to trochę pohamować, zaproponowała mi Pani Doktor bym zakupił aparat fotograficzny z wizjerem. Wizjer ma dać dużo światła. Mam wpatrzyć się w niego, wyczuć odpowiedni moment zrobienia zdjęcia i pstryknąć. Pozwoli to choć na chwilę zatrzymać drganie oka. Zaproponowała mi Pani Doktor, bym znalazł sobie jakiś temat fotografowania, który by mnie cieszył. Temat przyszedł automatycznie: kolej była duża, wyraźna i interesująca. Od 1993 roku zrobiłem wiele zdjęć – dobrze, że mamy teraz technikę cyfrową. Nie mieściłbym się w szafie. Aparatów też przefotografowałem wiele. Zacząłem od małpiatkowatego Canona, następnie był lustrzany Olympus, Zenit 122 i teraz Canon EOS 350. Z fotografowaniem dzisiaj nie ma problemu, przy każdym telefonie jest aparat. U mnie jednak w fotografowaniu idzie o wizjer i celowanie, czyli ćwiczenie oka.

Na początku było mi trochę ciężko, bo jak to wygląda? Biała laska daje bezpieczeństwo na drodze i torach. Co ludzie powiedzą? To jednak dziwne. Składałem laskę, wyciągałem z plecaka aparat i łaziłem torem, peronem czy gdzieś tam po niezbyt przyjaznym dla niewidomego podłożu. Po kilku wykolejeniach fotografa doszedłem do wniosku, że trzeba się przełamać. Pierwsze „focenie” z laską było zza krzaka, nie widziałem, że ktoś mnie i owszem widział. Podchodzili ludzie i reagowali różnie. Do dziś różnie reagują. Od bardzo nieprzychylnych reakcji, po wręcz podziw, że jednak można. Pracując kiedyś w szpitalu udało mi się pomóc pewnemu fajnemu kolejarzowi. Postanowił się za pomoc odwdzięczyć. Dostałem zezwolenie na przebywanie na terenie kolei całej Polski i w kabinach lokomotyw wszelkich trakcji. Oto jak masaż połączył się z koleją.

Z aparatem Zenit 122 miałem fajną przygodę. W tym aparacie wszelkie sterowanie odbywa się za pomocą pokręcania pierścieniem dalmierza oraz pierścieniem przesłony. Bym w wizjerze widział zapalające się światełka czerwone i zielone od przesłony, wzmocniono je usuwając jakby kalkę z żaróweczek. Pierścienie na obiektywie pozaznaczano mi klejem typu „kropelka”. Nauczyłem się, co jakie oznaczenie znaczy i Zenit się dobrze sprawował. Jednak były lepsze aparaty, które mniej męczyły oko. Oko ma ćwiczyć, ale się nie zamęczać.

Wpatrywanie się w światełka było jednak ponad siły. Zenit jednak pozostawił wiele fajnych zdjęć, bo go zrozumiałem. Koledzy fotografowie nauczyli mnie pewnych zasad fotografii, takich, które mi się przydadzą. Opanowałem głębię ostrości – oczywiście w moim wydaniu. Teraz są aparaty pomagające i wiele wybaczające.

Kolejnym połączeniem masażu tym razem z fotografią jest obecnie posiadany Canon EOS 350. Znowu kolegę fajnie postawiłem na nogi przez manewry jego powięzią. On wymanewrował mi fajny aparat. Ten przywędrował do mnie z Ameryki i choć nie jest najnowszą maszynką, Paweł pomógł mi go odpowiednio dla mnie ponastawiać i zrozumieć. Musiałem swoje oko nauczyć „prostości” zdjęć. Ciężkie to było. Kupiłem więc urządzenie zwane Monopodem. Jest to laska stawiana na ziemi jak statyw, tylko na jednej nodze. Przykręcona do aparatu i wisząca pod nim znakomicie pionizuje, działa jak murarski pion. Nauczono mnie też wybrać sobie coś pionowego bądź poziomego, np. słup, poziomy tor, ustawić równolegle do krawędzi wizjera, lekko odsunąć i już.

Takie sobie triki, które dla widzącego fotografa są niepotrzebne. Nieraz moi znajomi ze mnie się śmieją mówiąc, że zostanie mi odebrana inwalidzka grupa, ale póki co nie boję się. Nowatorska forma okulistycznych ćwiczeń przeszła w pasję, a to jednak ma więcej plusów.

Kiedyś miałem nawet problem z zakupem aparatu. Poszedłem z kolegą by coś wybrać i zakupić. Gdy już wybrałem Olympusa, chciałem go ratalnie kupić. Zażądano dowodu i książeczki wojskowej lub innego dokumentu tożsamości. Książeczki nie miałem, dałem więc legitymację inwalidzką w pełni ważną i uwiarygadniającą, z dowodem. Pan odrzekł, że na taki dokument aparatu mi nie sprzeda. Było śmiesznie nawet, gdyż już byłem na takim etapie, że nie przejmowałem się takimi przeciwnościami. Musiał zainterweniować kierownik sklepu i wszystko stało się możliwe.

Bardzo lubię stację Kraków Płaszów. Pomaszerowałem sobie kiedyś ku głowicy stacyjnej ścieżeczką i z laseczką. Na ramieniu aparat i w oddali dźwięk niemodernizowanej SM42. Kolejarze wiedzą jak urokliwie to mruczy i zwane jest wibratorem. Słyszę za sobą biegnącego człowieka. Okazał się nim przejęty strażnik. Spytał, czy wiem, gdzie jestem. Odpowiedziałem, że idę sfotografować „esemkę na żeberku”. Zdziwił się: że jak to fotografować? Zaproponował pomoc. Bardzo chętnie ją przyjąłem, bo z ludem kolejarskim pogadać można i jest przyjazny. Nagrałem i fotografowałem do woli. Teraz na Płaszowie i na kilku stacjach nikt się nie dziwi takiemu wariatowi. Nie bardzo się już przejmuję będąc z laską i aparatem. Laska posłużyć może czasem jako statyw, by nie było drgań przy fotografowaniu. Jeżeli ktoś się temu dziwi, to opowiem historię o nowatorskiej metodzie leczenia oczopląsu.

Aby było bezpieczniej, trzy razy posłucham wchodząc na tor, nim przez niego przejdę. To forma jakby szacunku i pokory dla kolei. Może ona być niebezpieczna. Gdy idę na jakąś lokomotywownię, wiem jak można się poruszać w takim miejscu nie przeszkadzając innym w pracy. Ze strony kolejarzy nigdy nie spotkałem się z nieżyczliwością, a w wielu miejscach byłem. Ostatnimi czasy również nagrywam kolejową muzykę szyn. Do nagrań nie trzeba włazić na tory. Mikrofony wyłapią dźwięki i tak. I tak to masaż i kolej przeplatają się. I cieszę się z tego.

Seria: Paragrafy w pigułce. Jak otrzymać fakturę za usługi telekomunikacyjne w brajlu?

Zgodnie z obowiązującymi zapisami Prawa telekomunikacyjnego , zawartymi w art. 79c ust. 3, wszyscy dostawcy dostępnych usług telefonicznych mają obowiązek świadczenia udogodnień dla osób niepełnosprawnych na zasadzie równoważnego dostępu.

Szczegóły tej dostępności określono w rozporządzeniu Ministra Cyfryzacji z dnia 26 marca 2014 r. w sprawie szczegółowych wymagań dotyczących świadczenia udogodnień dla osób niepełnosprawnych przez dostawców publicznie dostępnych usług telefonicznych .

To, co nas najbardziej interesuje, to możliwość otrzymywania faktur lub wykazów usług za telefon w wersji dostosowanej do potrzeb użytkownika niewidomego lub słabowidzącego. Wspomniane wcześniej rozporządzenie określa warunki jakie trzeba spełnić, aby taką informację w brajlu otrzymać. Niezbędny jest:

  • wniosek, złożony pisemnie lub elektronicznie na właściwy adres operatora.
  • status osoby niepełnosprawnej z tytułu narządu wzroku – trzeba posiadać aktualne orzeczenie. Osoba reprezentująca dostawcę usługi ma prawo poprosić o okazanie dokumentu do wglądu.
  • status abonenta, czyli należy mieć podpisaną umowę z konkretnym dostawcą usługi.

Wniosek jest ważny, bo tylko wtedy dostawca usług udostępnia informacje o danych zawartych na fakturze wraz z podstawowym wykazem wykonanych usług telekomunikacyjnych. Informacje te można otrzymać w dwóch wersjach: w alfabecie Braille’a lub przy użyciu dużej czcionki, a w przypadku wysyłania pocztą elektroniczną – w formacie tekstowym.

Jeżeli chcemy otrzymać wykaz szczegółowy, niestety nie otrzymamy go w wersji brajlowskiej. Na papierze sporządza się go jedynie przy użyciu dużej czcionki. Osoby niewidome otrzymają szczegółowy billing jedynie na skrzynkę email, w formacie tekstowym. Takie ograniczenie wydaje się uzasadnione zapewne z uwagi na objętość. Paczka ze szczegółowym wyciągiem rozmów w brajlu ważyłaby kilka kilogramów.

Ile musimy czekać na naszą fakturę w brajlu? Jeżeli zgłosimy takie żądanie przed rozpoczęciem lub w trakcie okresu rozliczeniowego, operator ma obowiązek zrealizować żądanie niezwłocznie po wystawieniu faktury. Na wykazy i faktury za okres rozliczeniowy, który się już zakończył, przyjdzie poczekać nam do 30 dni od momentu zgłoszenia żądania.

Warto również wiedzieć, że zgodnie z przepisami wspomnianej ustawy i rozporządzenia, operator powinien na każde żądanie abonenta będącego osobą niepełnosprawną, w terminie 30 dni od dnia złożenia żądania, przekazać informacje o oferowanych przez niego wszystkich udogodnieniach dla osób niepełnosprawnych. Informacje przekazywane są w postaci papierowej lub w postaci elektronicznej na udostępniony w tym celu przez abonenta adres poczty elektronicznej. W przypadku osoby niewidomej lub słabowidzącej informacje powinny być sporządzane na papierze w alfabecie Braille’a lub przy użyciu dużej czcionki, a w przypadku wysyłania ich pocztą elektroniczną – w formacie tekstowym. Jeżeli szczególnie zależy nam na otrzymaniu informacji w konkretnej formie, warto zaznaczyć w zgłoszeniu swoje preferencje.

Oczko się odlepiło!

Komu? Wiadomo – temu misiu ! No więc właśnie, czy aby tak do końca wiadomo? Kto widział, ten wie, kto zna, ten zrozumie. Kultowa polska komedia Stanisława Barei pt. „Miś” wzbogaciła język polski i polską kulturę o mnóstwo niezastąpionych dotąd cytatów, które na stałe weszły do języka potocznego i z powodzeniem radzą sobie w nim również dzisiaj. Prawie codziennie któryś z osławionych już cytatów przychodzi mi do głowy niemalże automatycznie jako komentarz do codziennej, prozaicznej czynności czy sytuacji, której jestem świadkiem. A rzecz dzisiaj o cytatach właśnie. Tych wielkich i tych małych. Tych bardzo poważnych, górnolotnych i tych… z przymrużeniem oka, jak nasze tytułowe oczko, a raczej miś – jakże prześmiewczo i uroczo odmieniony. Zastanawiam się czasem, czy cytaty, których użycie było albo jest w pełni zrozumiałe dla mnie, dla ludzi w moim wieku i ode mnie starszych, są również zrozumiałe dla współczesnej młodzieży.

Niech nikogo nie rozochoci pozornie tylko żartobliwy charakter niniejszego artykułu, zmierzam w nim bowiem do dosyć ponurego wywodu.

Nie jestem jeszcze bardzo wiekową istotą, chociaż – jak niedawno mi uświadomiono – należę już do tajemniczego jak dotąd dla mnie pokolenia „X”, wg niektórych zwanego też pokoleniem PRL. Zważywszy, że obecnie kwiat polskiej młodzieży stanowi już pokolenie „Z”, uznaję, że z moim PESEL-em nie jest już tak kolorowo. Wszak gdzieś pomiędzy „X”-ami i „Z”-ami musiało przemknąć jeszcze całe pokolenie „Y”. A jak śpiewa i trąbi zespół Kombi, „każde pokolenie ma własny czas” . No cóż, tym sposobem moje pokolenie przeminęło – w znaczeniu zdezaktualizowało się – niejako w mgnieniu oka. A być może to tylko jakże prawdziwy, lecz smutny wywód egzystencjalny. Skądinąd to ciekawe, że współczesność przyniosła nam nie tylko gonitwę za własnym ogonem, ale również „skrócenie” doby, dekady, wieku itd. Wydaje mi się bowiem, że kiedyś mianem „pokolenie” określano przedział o większej rozpiętości czasowej, aniżeli jakaś tam nieco ponad dekada.

Kiedy chodziłam do szkoły średniej, wkuwanie na pamięć cytatów z tej czy owej lektury było na porządku dziennym. Jako uczniowie marudziliśmy przy tym trochę, ale z perspektywy czasu chyba wszystkim wyszło to na dobre, a już na pewno nie zaszkodziło to nikomu. Cóż możemy powiedzieć dzisiaj? Z czego możemy niejako rozliczyć dzisiejszych 20-latków? Z perspektywy niedoszłego wprawdzie nauczyciela języka polskiego, ale jednak osoby zaznajomionej z programami nauczania, podręcznikami i wymogami w zakresie nauczania przedmiotu język polski, ze smutkiem stwierdzam, że obecnie możemy zapomnieć o czasach, gdy wnikliwa analiza obowiązującej lektury miała prowadzić m.in. do zapamiętania kluczowych dla niej cytatów, fragmentów, chociażby w celu kontekstowego ujmowania rzeczywistości w okresie późniejszym. Owszem, kładzie się dzisiaj nacisk na konteksty kulturowe, chodzi jednak bardziej o konteksty odnajdywane w innych dziedzinach sztuki itp.

Co innego jednak rozważania metodyczne, programy nauczania itd., co innego codzienne życie i doświadczenia w rozmowach z otoczeniem. Otóż moje obawy wzbudza totalne zdziwienie młodszego ode mnie rozmówcy bądź rozmówczyni, niejednokrotnie napotkane w sytuacji użycia przeze mnie – jak powszechnie wydawać by się mogło – znanego cytatu z literatury, kinematografii itp. Owo zdziwienie na twarzy młodszych kolegów i koleżanek jest jak mniemam wyrazem ich zupełnego niezrozumienia sensu mojej wypowiedzi. Są to dla nich słowa, które równie dobrze wybrzmieć by mogły w niezrozumiałym dotąd dla nich języku. Pytanie, na ile taką reakcję wytłumaczyć można różnicą pokoleń, zmianą programu nauczania w szkole, a na ile totalną ignorancją. Nadal ufam, że przyczyna tkwi raczej w którymś z tych dwóch pierwszych powodów.

Przykład z życia wzięty. Poranek, przekraczam próg biura, żartobliwie witam się z kolegą z pracy, który właśnie czyta gazetę: „Cóż tam, panie, w polityce?”. Z drugiej strony pada natychmiastowa odpowiedź z delikatnym uśmiechem: „Chińcyki trzymają się mocno”. Nic w tym dziwnego, kolega należy do „mojego pokolenia” i wie, że właśnie z humorem, literacko rozpoczęliśmy dzień z Weselem Wyspiańskiego. Tymczasem w rogu pokoju pokolenie „Y” stroi miny, które wyrażają zupełne niezrozumienie naszego „bełkotu”. W ich myślach wyczytuję krótki komentarz sytuacji, wypisany również na ich twarzy – wyście chyba ludzie powariowali!

Czy możemy dzisiaj niejako rozliczyć dwudziestolatków ze znajomości cytatów z literatury pięknej, powszechnej? Mam nadzieję – nie graniczącą jednak z pewnością – że nadal jest to możliwe. Że polski system edukacji w zakresie nauczania języka polskiego nadal umożliwia albo wskazuje wnikliwemu, pilnemu uczniowi cytaty godne zapamiętania. Zaznaczam, że nie chcę przy tym generalizować, ale mimo wszystko ze smutkiem stwierdzam, że w kontekście cytatów, nazwijmy je znaczących, lwiej części współczesnej młodzieży bliżej do „górnolotnych” haseł promowanych przez polskie reklamy typu „Brawo JA!”, nie mówiąc już o kultowych – choć w innym niż moim rozumieniu – cytatów brylujących na ściankach celebrytów rodem z programów typu reality show. Zachwyt społeczeństwa, a więc nie tylko nastolatków budzi tu m.in. przekręcanie polskich wyrazów, nadawanie im obcych końcówek, czy obcego nacechowania. Przytoczyć wystarczy tylko sławetne już Me is Victoria Beckham, które, o zgrozo, zasili wkrótce szlachetną jak dla mnie dotąd grupę „skrzydlatych słów” . Nawiasem mówiąc, przytoczone wyrażenie określiłabym obrazowo mianem – ucz się angielskiego z perfekcyjną panią domu, a daleko zajdziesz. Skądinąd, Pani ta świetnie sobie radzi w świetle reflektorów. Jej kolejne błyskotliwe hasełka typu „nie zrobię czelendżu…, w d…pie mam czelendżu…” znalazły się właśnie w grupie najczęściej powtarzanych i przetwarzanych w Internecie, a co za tym idzie znalazły się również na koszulkach i innych gadżetach do jej nowego programu. Autorka kasuje znaczące sumy za promowanie tejże „nowomowy”, a właściwie – należałoby powiedzieć – językowego chłamu. Jakkolwiek nie mam nic przeciwko osobie, to jednak całość wypada przy tym dość ponuro.

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że wulgarne, nie mające nic wspólnego z kulturą języka hasła nabierają wiatru w żagle i żyją swoim życiem, nierzadko znajdując swoich fanów wśród dzisiejszych nastolatków i nie tylko. Panuje swego rodzaju moda na lotne frazesy z ironicznym, a raczej lekceważącym podejściem do polszczyzny. Zgłaszam również zdecydowany sprzeciw wobec faktu, iż każdy nieprzychylny komentarz pod adresem propagujących tego typu „nowomowę” spotyka się z zarzutami typu braku dystansu czy śmiertelnej powagi itp. Często mówi się – „młodzież nie czyta”, albo usłyszeć można – „niech uczniowie czytają byle co, byleby tylko czytali”. Nie ma mojej zgody na takie podejście do nauczania. Już dziś widzę bowiem jego skutki i osobiście czuję się nimi dotknięta.

Moi drodzy, starajmy się, aby nasza polszczyzna była staranna, zaś gwarę młodzieżową i celebrycką pozostawmy jej samej, nie przenośmy jej jednak do języka ogólnego. To, co językowo żartobliwe, wesołe, ale nie mające nic wspólnego z poprawnością i językową ogładą użyjmy dla śmiechu raz czy dwa, ale nie włączajmy w nasz codzienny język, czyniąc z niego tym samym śmietnik dla byle jakich językowych dziwolągów. Wybaczcie przy tym drodzy Czytelnicy odrobinę ironii, szczyptę sarkazmu przelanego w potoku powyżej użytych słów. Wyjaśniam też od razu, że nie mam nic przeciwko sloganom reklamowym czy promowaniu się celebrytów w telewizjach śniadaniowych (prostuję, być może przy celebrytach drobny sprzeciw bym podniosła) – niechaj jednak będą to hasła i cytaty, których przekaz nie godzi w poszanowanie polskiego języka, kulturę językową, wreszcie niechaj będzie to przekaz uwzględniający pedagogiczny wymiar całego „przedsięwzięcia językowego”!

• Na zakończenie kilka myśli, które lotem błyskawicy wdarły się właśnie do głowy:

Po pierwsze – jakie pokolenie zastąpi pokolenie „Z”? Czy są już teorie na ten temat? Myślę, że historia zatoczy małe koło i w nazewnictwie pokoleń przejdziemy na „dwuznaki”, np. pokolenie „AA”, jakkolwiek ten skrót będzie rozumiany, czy też dorozumiany. Niczym w puchnących o nowe artykuły i paragrafy polskich ustawach, które – jak wiadomo – dostosować trzeba do puchnącego unijnego ustawodawstwa. A więc , skoro był już art. 15z, zrobimy teraz 15aa, 15ab itd.

Po drugie – wciąż wierzę w to, że daleko nam jeszcze do poważnych programów muzycznych, w których prowadzący będzie zadawał pytania rodem z disco polo, np. rozpoznaj piosenkę po zagadce – Gdzie ona jest i co robi?

Po trzecie – mój ulubiony cytat z Misia to „Słuszną linię ma nasza władza”. Dla przypomnienia – tymi słowami lekarz pediatra skwitował informację uzyskaną na lotnisku od obywatela Ryszarda Ochódzkiego, iż jego nowonarodzone dziecko ważyć miało – wedle jego oświadczenia – 12 kilogramów.

A Wy, drodzy czytelnicy, który cytat z „Misia” uważacie za ponadczasowy?

Teatr nie tylko do oglądania

Centrum Kultury Zamek w Poznaniu stworzyło cykl „Teatr Powszechny“. Polega on na prezentacjach spektakli, w większości premier, które zaangażowały artystów pracujących w sposób terapeutyczny za pomocą teatru.

Spektakl „Spójrz na mnie” Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach w reżyserii Adama Ziajskiego miał swoją poznańską premierę 9 marca 2018 w ramach Teatru Powszechnego. Jako osoba zainteresowana światem niewidomych i niedowidzących byłam bardzo ciekawa tej prezentacji. Zresztą nie tylko ja – na widowni zasiadły osoby z dysfunkcjami wzroku, które wydawały się podobnie zaintrygowane spektaklem. Nowym doświadczeniem była dla mnie obserwacja, jak odebrały one to, co działo się na scenie – był to przecież spektakl bezpośrednio ich dotyczący.

Wchodząc na widownię widz otrzymał słuchawki i instrukcję ich używania oraz wiedział, że w spektaklu zagrają osoby niewidome. Czego ów widz mógł się spodziewać? Pewnie tego, że będzie miał możliwość odebrania sytuacji poprzez skoncentrowanie się na jednym zmyśle, jakim jest słuch. Czy rzeczywiście było to możliwe?

Stałam się widzem nie w momencie zajęcia swojego miejsca, a wtedy, gdy usłyszałam dźwięk na jednym z trzech kanałów. Każdy widz miał do wyboru trzy kanały: realny dźwięk dochodzący ze sceny, audiodeskrypcję i… ciszę. Zatem aktorzy Ziajskiego nie mieli żadnego wpływu na to, kiedy będą słyszani i czy w ogóle. Jednocześnie, gdy pierwszy z nich, oświetlony silnym światłem, wstał z krzesła na widowni, jego głos stał się dla mnie bardzo silnym bodźcem. Widz miał możliwość przeżycia tego spotkania z osobami niewidzącymi w bardzo intymny sposób – głos napływał wprost do jego uszu i mogło się wydawać, że tylko do jego, jednak nie powstała interakcja – a wręcz wyobcowanie. W pewnym momencie zamknęłam oczy i poczułam, jak bardzo poddajemy się przebodźcowaniu w naszym codziennym życiu. Może dzięki audiodeskrypcji jeszcze trudniej byłoby się skupić osobie widzącej? Może zawężenie kanałów odbioru rzeczywistości to swego rodzaju eksperyment – zarówno dla widzących, jak i niewidomych?

Pierwsze wypowiedzi wprowadziły widza w realne problemy czy bariery, jakie napotykają osoby niewidome. Zatem aktorzy stali się ekspertami w tej dziedzinie – to oni ze swojej perspektywy potrafili wyłonić elementy świata, które są naprawdę problematyczne, czy wręcz nieakceptowalne. Jednym z nich była skala oszustw przy zatrudnianiu osób niewidomych, która zdaje się być absurdalna. Jednak odczułam to nie tylko jako żerowanie na niepełnosprawności jako interesie, ale także jako krytykę pewnego systemu, który na to zezwala, albo go nie wychwytuje. Drugą ważną kwestią stały się dotacje, sprzęt i oprogramowanie dla osób niewidomych i słabowidzących. Wśród widowni przemykał szmer, czasem dyskretny śmiech. Jednak nie ten element spektaklu został przez Ziajskiego poprowadzony dalej.

W kolejnej odsłonie widz mógł zobaczyć postaci w uniformach, które poruszały się na zbudowanej projekcjami multimedialnymi scenie. Uniformy skojarzyły mi się z rolą eksperta, o której wspomniałam wcześniej i która zaistniała w spektaklach teatru Rimini Protokoll (aktorzy – amatorzy byli specjalistami w swoich dziedzinach i to stawało się ich rolą). Co do scenografii – była ona konsekwentna. Projekcje operowały tylko dwoma kolorami – czernią i bielą. Ich kontrast i drobny, poruszający się wzór sprawiał, że trudno było utrzymać swój wzrok na jednej postaci czy elemencie. Wydaje mi się, że Ziajski chciał stworzyć wrażenie zmęczenia czy przesycenia naszego wzroku. Powstające kropki kojarzyły się oczywiście z alfabetem Braille’a. Proste, aczkolwiek bardzo sugestywne.

Narracja spektaklu była prowadzona chronologicznie – postaci opowiadały o swoich doświadczeniach – utracie wzroku, pierwszych samodzielnych podróżach, psie przewodniku. Były to historie osobiste, czasem wzruszające, czasem widzowi udzielał się smutek czy raczej wrażenie jeszcze większego wyobcowania niż na początku spektaklu. W bardzo przemyślany sposób pojawiły się cytaty z Biblii, czytane głosem syntezatora mowy – Ewy. Imię oczywiście nieprzypadkowe. Te fragmenty odegrały bardzo ważną rolę w budowaniu świata przedstawionego. Czasem zdania zlewały się, głos nie oddawał żadnych emocji. I tu znów skojarzenie – jeden z najważniejszych tekstów ludzkości jako coś przetworzonego, zautomatyzowanego. I istotne odwrócenie – teksty opowiadały o stworzeniu świata, natomiast opowieści postaci o tego świata utracie. A z drugiej strony wspomniane biblijne oddzielenie światła od ciemności jako moment przełomowy.

Czy zatem można przyporządkować spektakl „Spójrz na mnie” do kategorii teatru dokumentalnego? Byłabym ostrożna. Nie wiem, na ile Ziajski i jego aktorzy przepracowali historie, na kanwie których powstał spektakl. Każdy z aktorów miał swój czas na ich opowiedzenie, a widz na wyłuskanie z nich spojrzenia na utratę czy brak wzroku. A właściwie konsekwencji tej sytuacji. Konsekwencji, które ponosi nie tylko osoba tracąca wzrok, ale też osoby wokół, dla których staje się niewidoczna. Od razu nasuwa się pytanie: czy to, że ktoś przestaje widzieć, czyni go niewidzialnym? Czy czapki – niewidki na twarzach aktorów to znak właśnie tej sytuacji?

Zastanawiający jest finał spektaklu – dłonie aktorów, które poszukują kształtu, może obecności, po drugiej stronie białej materii zawieszonej na scenie. Dotyk, który jest zmysłem, ale także bliskością, czułością. No i dźwięk urządzeń powtarzających „Spójrz na mnie”.

Historie Polski i Polaków w brajlowskich nowościach wydawniczych

W poprzednim, 27 numerze HELPa czytelnicy poznali Piotra Witta – autora książki „Przedpiekle sławy”, który odkrył i opisał nieznane fakty z życia Fryderyka Chopina i jego trudne początki kariery po przybyciu do Paryża. Piotr Witt wygłosił prelekcję podczas XV edycji Konferencji REHA w październiku 2017 r., która była okazją do zaprezentowania brajlowskiego wydania jego książki. Fundacja Szansa dla Niewidomych miała w tym swój ogromny udział. Wspólnie z wydawcą brajlowskiej wersji – firmą Altix, podjęła się przygotowania i wypromowania tego wspaniałego dzieła, a także czterech innych brajlowskich nowości wydawniczych.

Nie byłoby to jednak możliwe bez dofinansowania otrzymanego ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które pozwoliło na pokrycie 80% kosztów wydania. Pozostałe 20% pokryli wydawcy – Fundacja Szansa dla Niewidomych i firma Altix. Celem projektów było podnoszenie poziomu świadomości literackiej i zwiększanie dostępu do polskiej literatury o tematyce historycznej wśród osób z niepełnosprawnością wzroku. Dzięki tym przedsięwzięciom wydawniczym, niewidomi czytelnicy będą mogli zdobyć wiedzę na temat opisywanych wydarzeń, a dzięki temu wzbudzić ciekawość do dalszego studiowania historii Polski i wybitnych Polaków z różnych okresów dziejowych.

Brajlowskie wydanie „Przedpiekla sławy” obejmuje 7 tomów i 20 egzemplarzy. Zdaniem autora los Fryderyka Chopina przed okresem triumfu zasługuje na lepsze poznanie. W ciągu pierwszych miesięcy życia we francuskiej stolicy Chopin stał się najdroższym nauczycielem fortepianu, kompozytorem utworów przeznaczonych do wykonywania w wielkich salach, autorem genialnych etiud, preludiów, nokturnów, granych przed elitarną publicznością w czołowych salonach Paryża. Jednak zanim osiągnął sukces, przeszedł trudną lekcję życia.

Drugą pozycją książkową wydaną przez Altix przy wsparciu Fundacji w formie brajlowskiej adaptacji jest „Słowiański rodowód” autorstwa Pawła Jasienicy. Ten znany polski eseista stworzył cykl reportaży, w których porusza wątki stanowisk archeologicznych w Biskupinie, Gieczy, Wiślicy, Igołomi i Wolinie oraz badań nad nimi. Autor opisuje i interpretuje odkrycia polskich archeologów, nawiązując do początków państwowości polskiej, a także innych narodów wywodzących się od Słowian. Brajlowskie wydanie książki zmieściło się w 8 tomach i powstaje w 24 egzemplarzach.

Wydawcą trzech kolejnych brajlowskich nowości jest Fundacja Szansa dla Niewidomych. Pierwszą z nich jest książka Normana Davisa „Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920”, poświęcona wojnie, która zmieniła bieg dwudziestowiecznych dziejów. Autor przedstawia wojnę polsko-bolszewicką historycznie wierną, a jednocześnie w sposób bardzo przystępny w odbiorze, nieczęsty dla publikacji o tematyce historycznej. Jej brajlowskie wydanie obejmuje 7 tomów i 23 egzemplarze.

Kolejną wydaną przez Fundację pozycją jest książka „Dotyk Solidarności” autorstwa Marka Kalbarczyka. Książka ma charakter historyczny i zawiera omówienie najważniejszych wydarzeń związanych z Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”, znaczenia solidarnościowej i pokojowej przemiany dla wszystkich obywateli, a szczególnie dla osób niewidomych. Solidarność to nie tylko patriotyczny związek zawodowy, ruch obywatelski i wielka historia walki o niepodległość i sprawiedliwość społeczną. To także zwykła codzienna pomoc i zrozumienie, o których nie mówi się w oficjalnych relacjach. Właśnie to stało się decydującym aspektem książki, w której autor przypomniał historię „Solidarności” i wskazał, jakie miała znaczenie dla zwykłych ludzi. Książka ta została wydana zarówno w wersji brajlowskiej, jak i czarnodrukowej, dzięki czemu jest dostępna dla wszystkich – niewidomych i widzących.

Ostatnią pozycją, o której należy wspomnieć, jest premierowa książka Marka Kalbarczyka pt. „Epilogi przywracające nadzieję”. Książka opowiada o życiu niewidomego matematyko- fizyka profesora Witolda Kondrackiego oraz o polskich przemianach, w których osobiście uczestniczył. W opracowaniu tekstu miała swój udział żona profesora – Irena, jego córki Małgorzata i Joanna oraz przyjaciele i współpracownicy tego naukowca.

Dzięki wydaniu biografii Witolda Kondrackiego w brajlu, niewidomi będą mieli okazję poznać historię wybitnego profesora, który mimo swej niepełnosprawności osiągnął w życiu tak wiele. Jego historia pokaże społeczeństwu, że niepełnosprawność nie dyskwalifikuje z realizacji planów czy marzeń. Książka zachęci osoby niepełnosprawne wzrokowo do aktywności życiowej i społecznej. Będzie dobrą motywacją i wsparciem dla osób wycofanych, bez wiary we własne możliwości, a także dla młodych czytelników, których będzie inspirować do podejmowania wyzwań i właściwych życiowych decyzji. Publikacja jest na razie przewidziana tylko w wersji brajlowskiej, w bardzo małym nakładzie (3 egzemplarzy). Mamy jednak nadzieję, że dzięki kolejnemu wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego uda się ją wydać w większej liczbie egzemplarzy i w formach dostępnych dla wszystkich – niewidomych i widzących.

Audioświat Pałacu w Szreniawie

Autorka artykułu pracuje w Muzeum Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie (województwo wielkopolskie).

Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu RolnoSpożywczego w Szreniawie to miejsce, gdzie można podziwiać zabytki techniki rolniczej służące do uprawy ziemi oraz przetwórstwa rolno-spożywczego, jak też eksponaty związane z rzemiosłem, transportem wiejskim, rękodziełem i sztuką ludową. Maszyny i urządzenia rolnicze oraz inne stare przedmioty znajdują się na terenie dziewiętnastowiecznego kompleksu rezydencjalno-folwarcznego. Dlatego też oprócz folwarku i ekspozycji związanych ściśle z rolnictwem, jedną z atrakcji muzealnych jest dwór ziemiański.

Do zwiedzania jego wnętrz z okresu międzywojennego zapraszamy wszystkie osoby niewidome i niedowidzące. Dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego powstała specjalna ścieżka dźwiękowa z audiodeskrypcją oraz inne udogodnienia, dzięki którym można słuchowo i dotykowo zwiedzać pałacową ekspozycję.

Krótka historia Pałacu

Historia powstania szreniawskiego Pałacu sięga lat 1852-1853, kiedy to właścicielem tego terenu był Niemiec Herrmann Bierbaum. Wtedy to na skraju kompleksu leśnego wybudowano okazałą willę, zwaną dziś Pałacem, następnie budynek rządcy i zabudowania folwarczne dzisiejszej Szreniawy. Pałac z trzech stron otoczony był niewielkim parkiem, a folwark usytuowany został w bezpośrednim sąsiedztwie zespołu pałacowo-parkowego, od strony południowo-zachodniej. Przez pierwsze lata nowa osada nie miała odrębnej nazwy. Od roku 1864 zaczęła być używana nazwa Marienberg, wymyślona zapewne przez właściciela tych dóbr na cześć jego żony Marii.

Na początku 1920 roku majątek Marienberg z rąk niemieckich wykupił Polak, dr nauk przyrodniczych Józef Glabisz. Przyjechał z Sarbinowa w powiecie żnińskim, aby osiedlić się na tutejszej ziemi wraz z żoną Katarzyną oraz czworgiem dzieci: Marią, Władysławem, Anną i Katarzyną. Najmłodsza córka Państwa Glabiszów Barbara urodziła się w Szreniawie w 1921 roku. Wraz z rodziną w Pałacu zamieszkał też wuj Pani Katarzyny – Nikodem Dokowicz. Nowy właściciel zmienił nazwę miejscowości na Marzenin, ale wkrótce została nadana urzędowa nazwa Szreniawa. Pan Glabisz był świetnym gospodarzem i doprowadził do rozkwitu majątku. W okresie międzywojennym dobra w Szreniawie liczyły 1 077,81 hektarów, w tym 805,87 hektarów gruntów ornych. Uprawiano tu przede wszystkim żyto i ziemniaki, a także jęczmień, owies, pszenicę i buraki cukrowe. Hodowano konie, bydło oraz trzodę chlewną.

W 1935 roku, po śmierci Józefa Glabisza, majątek odziedziczył jego syn Władysław. Zarządzał on Szreniawą do września 1939 roku. Po zajęciu Wielkopolski przez Niemców rodzina Glabiszów została wysiedlona ze Szreniawy i nigdy już tutaj nie powróciła. Po II wojnie światowej majątek, tak jak wiele innych, został upaństwowiony.

Audiowycieczka

Wszystkich zwiedzających, a szczególnie tych z niepełnosprawnością wzroku zapewniamy, że możliwy jest powrót do czasów świetności szreniawskiego majątku, w lata 1920-1939, za sprawą fabularyzowanej audiowycieczki z audiodeskrypcją. Wystarczy założyć słuchawki i audioprzewodnik oprowadzi każdego gościa po pałacowych wnętrzach. Podczas audiowycieczki, przygotowanej specjalnie z myślą o osobach z dysfunkcją wzroku, można spotkać się przy stole w jadalni z gospodarzami domu, poznać wujka Dokowicza i sekretarkę pana domu. Można poznać Pałac zarówno w jego części reprezentacyjnej, jak i od kuchni. Po drodze na zwiedzających czekają dźwiękowe i muzyczne niespodzianki uruchamiające wyobraźnię. Można posłuchać między innymi audycji ze starego odbiornika radiowego, dźwięków starej płyty z gramofonu czy innych odgłosów życia w Pałacu.

Po wejściu do Pałacu zwiedzający otrzymuje audioprzewodnik oraz słuchawkę nauszną pojedynczą lub słuchawki podwójne do wyboru. Instrukcja użytkowania urządzenia do odsłuchu audiowycieczki nagrana jest na początku przed rozpoczęciem zwiedzania. Po Pałacu oprowadza zwiedzającego narrator przewodnik, który pokazuje mu wszystkie pomieszczenia i opowiada o ich mieszkańcach. Zwiedzanie odbywa się przez wsłuchiwanie się w nagranie odtwarzane przez audioprzewodnik i poruszanie się zgodnie ze wskazówkami lektora, który informuje o konieczności udania się w określonym kierunku. Nagranie uruchamia się podczas poruszania się po ekspozycji, dzięki zdalnej transmisji bezprzewodowej z nadajników radiowych umieszczonych w każdym pomieszczeniu. Dzięki temu zwiedzający nie musi wykonywać żadnych dodatkowych czynności ze swoim audioprzewodnikiem od momentu uruchomienia audiowycieczki do jej zakończenia. W razie konieczności może nagranie zatrzymać lub odtworzyć je jeszcze raz. Opisem audiodeskrypcyjnym objęta została cała przestrzeń Pałacu, dzięki czemu zwiedzający może poruszać się po nim samodzielnie. Istnieje także możliwość zwiedzania z opiekunem, ponieważ każde urządzenie ma dwa wejścia do podłączenia słuchawek, tak aby dwie osoby równocześnie mogły słuchać tych samych treści audiowycieczki. Dzięki dokładnej audiodeskrypcji ekspozycji zwiedzający poznaje poszczególne eksponaty, w tym 18 z nich bardzo szczegółowo. Opisy nawiązują do historii Pałacu i jego mieszkańców. Opowieść przewodnika jest wielowątkowa, podczas jej trwania pojawiają się inne postacie. Wszystkie komunikaty audiodeskrypcyjne doskonale ze sobą współgrają, dzięki czemu powstała spójna ścieżka zwiedzania.

Punkty dotykowe

Z audioprzewodnikiem skorelowane są punkty dotykowe na ekspozycji oraz plany tyflograficzne na każdej kondygnacji pałacu. Na klatce schodowej, przed wejściem na ekspozycję, znajdują się wypukłe mapy przestrzeni z opisem w druku wypukłym Braille’a przygotowujące osobę niewidomą do swobodnego poruszania się po Pałacu. Dzięki nim można dokładnie poznać zwiedzaną przestrzeń. W wybranych pomieszczeniach przygotowane zostały eksponaty lub inne fragmenty ekspozycji, które można dotykać. Audioprzewodnik nakierowuje zwiedzającego poprzez komunikat nawigacyjny na miejsce, w którym znajduje się eksponat lub plan tyflograficzny i pomaga w jego odnalezieniu dzięki połączeniu z nadajnikiem dźwiękowym zlokalizowanym przy szukanym punkcie.

Oznaczenia przestrzeni

Pałacowa wystawa rozlokowana jest na trzech poziomach: w przyziemiu, na parterze i pierwszym piętrze. Aby ułatwić osobom z dysfunkcjami wzroku poruszanie się po Pałacu, na każdym piętrze na drzwiach wejściowych na ekspozycję zostały zamontowane tabliczki informacyjne z opisami pomieszczeń w alfabecie Braille’a oraz w czarnodruku. Oprócz tego na poręczach schodów znajdują się nakładki z grawerowaną informacją o wysokości, na jakiej znajduje się zwiedzający. Audiowycieczka zaczyna się od zwiedzania parteru. Znajdują się tu najbardziej reprezentacyjne pomieszczenia, w szczególności Jadalnia, która od północy łączy się z ogrodem zimowym wychodzącym na park. Wokół Jadalni znajdują się: Pokój Dziadka, Salon, Biblioteka oraz Pokój Pana i Kancelaria. Okna dwóch ostatnich pomieszczeń, wykorzystywanych głównie do pracy, wychodzą na folwark. Na pierwszym piętrze Pałacu znajduje się w części centralnej sala wystawowo-konferencyjna. Od strony zachodniej przylegają do niej pomieszczenia z ekspozycją obrazującą życie prywatne mieszkańców: od północy kolejno Sypialnia, Pokój Dzieci oraz Pokój Pani. Ostatnim etapem zwiedzania Pałacu są pomieszczenia gospodarcze w przyziemiu. Od strony zachodniej znajduje się Kuchnia, od północnej Spiżarnia, a od południowej Pralnia i Magiel. W przyziemiu zlokalizowana jest też salka edukacyjna, wykorzystywana do prowadzenia lekcji muzealnych.

Wszystkich zainteresowanych wycieczką do czasów świetności szreniawskiego Pałacu serdecznie zapraszamy. Każdy, kto zechce zostać pałacowym gościem, otrzyma folder informacyjny na temat zwiedzanego obiektu przygotowany w czarnodruku i druku wypukłym Braille’a przez współorganizatora projektu Fundację Szansa dla Niewidomych.

Audiodeskrypcję eksponatów z Pałacu można wysłuchać na portalu czytanieobrazow.pl

Czy nowoociemniali mają najtrudniej?

Trudno powiedzieć. Zdania są podzielone. Mało tego – wielu z nas nie ma w tej sprawie ustabilizowanej opinii. Ja właśnie do nich należę. Czasem wydaje mi się, że gdy ktoś nie widzi od urodzenia, jest w najgorszej sytuacji. Zauważyłem jednak, że po pewnym czasie, kiedy myślę tak przez dłuższy czas, zmieniam opinię. W jakimś momencie nabieram przekonania, że sytuacja nowoociemniałych jest jednak gorsza. Kiedyś widzieli i nauczyli się radzić sobie z wykorzystaniem zmysłu wzroku, a tu nagły „klops”. Kiedy zmieniam zdanie? Zauważyłem, że następuje to po spotkaniach z przedstawicielami tych dwóch grup. Wcześniej sądziłem, że zmiana opinii wynika z moich własnych przemyśleń. Jednak nie. Opinię zmieniam, gdy spotkam kolejnego niewidomego i dowiem się o jego doświadczeniu. Niewidomi od urodzenia nie mają pojęcia o naturze światła i o obrazach, które są dostępne dla ludzi widzących tak bardzo i łatwo, jak własne dłonie, stopy, usta itd. Obrazy w życiu osób pełnosprawnych wrastają w ich „ja”. Tymczasem niewidomi od urodzenia z konieczności żyją i działają na zupełnie innej zasadzie. Ich wyobrażenie o otoczeniu zaskakuje. Ma naturę „dotykową” i „dźwiękową”. To jest tak odmienne od doświadczeń innych ludzi, że warto o tym się dowiedzieć. Warto posłuchać relacji niewidomych, którzy nigdy nie widzieli. Zapewniam, że będzie to dla Państwa szokujące.

Nowoociemniali nic nie widzą, ale mogą działać na innej zasadzie niż niewidomi od urodzenia. Wykorzystują swoją wyobraźnię i nadal żyją obrazami. Nie widzą tego, co aktualnie ich otacza, ale rozumieją naturę światła i przekładają na obrazy wszystkie bodźce, które do nich docierają. Mogą one nieco odbiegać od prawdy, ale zazwyczaj są wystarczająco zgodne z rzeczywistością, by były pomocne. I tak wyobrażenia obu tych grup, jak wygląda na przykład telewizor, są zupełnie inne. Niewidomy od urodzenia może go kojarzyć z odczuciami związanymi z tym, w jaki sposób go ogląda. Podchodzi do niego, wyciąga ręce i obejmuje. Ramiona otaczają telewizor, a dłonie dotykają jego tył. Ekran w takim geście traci znaczenie. Jest wtulony w piersi i nie może być zauważony. Dopiero drugie podejście daje szerszy ogląd. Dłonie przesuwają się w stronę ekranu, wreszcie docierają do niego i wzbogacają wcześniejsze wyobrażenie. Wszystko, co zdarzyło się w trakcie tego oglądania, jest zapisywane w pamięci niewidomego od urodzenia i powoduje, że telewizor jest czymś innym niż dla widzących osób. Niewidomi nowoociemniali mają wyobrażenia realne. W wyobraźni „widzą” tak samo, jak osoby widzące. I komu jest trudniej? Kto ma większe powody do depresji? Prawda, że niełatwo zdecydować? Jedni żałują, że nigdy nie widzieli i nie mogą wiedzieć co to są kolory, kształty, światło i cienie. Drudzy, że widzieli wszystko, przyzwyczaili się do tego, zauroczyli obrazami, ale już to stracili. I co jest bardziej dokuczliwe – nie mieć czegoś nigdy, czy wiedzieć, co się bezpowrotnie straciło?

„Tak”

(Tłumaczyła Milena Rot)

Odkąd pamiętam, zawsze bałam się mówić „tak”. Oznaczało to bowiem dla mnie opuszczanie strefy komfortu, okazanie swojej bezbronności i zaufanie komuś. Wszystko to może przerażać każdego. Jeśli jednak jest się niewidomym, nabiera to zupełnie nowego znaczenia. Ponieważ zawsze bałam się tego, co nieznane, przyzwyczaiłam się do mówienia „nie”. To działo się niemal odruchowo: „Nie, nie pójdę z Tobą na kawę, bo będę musiała do kawiarni pojechać autobusem – mogę się zgubić”. „Nie, nie będę niczego jeść, bo mogę porozrzucać jedzenie i się ośmieszyć”. „Nie, nie będę próbować nowych rzeczy, bo mogę się zranić albo zgubić, albo zostanę wyśmiana”.

Mówienie „nie” jest zwykle najłatwiejszą i najbezpieczniejszą opcją, kiedy jest się niewidomym. Zwłaszcza, że rzeczywistość jest taka, że widzący często nie rozumieją, czym tak naprawdę jest brak wzroku, więc nikomu nie będzie przeszkadzać, jeśli niewidomy wybierze tę „łatwiejszą opcję”. Ja jednak chciałabym opowiedzieć co odkryłam, kiedy świadomie zaczęłam mówić „tak” zamiast „nie”. Pierwszą ważną rzeczą, której powiedziałam „tak” była moja biała laska. Kiedy rozpoczęłam studia na uniwersytecie, nagle zdałam sobie sprawę, że coś, co zawsze odrzucałam będąc w szkole, jest mi niezbędne w miejscu zupełnie mi obcym. Bez rodziny i przyjaciół, na których mogłam liczyć, musiałam nagle radzić sobie sama. To właśnie biała laska pomogła mi wtedy najbardziej. Mimo że później zamieniłam ją na psa przewodnika, nadal dogadujemy się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej i nie wyobrażam sobie życia bez niej. To ona dała mi wolność i niezależność, którą tak bardzo cenię.

Kolejną istotną kwestią, w której nauczyłam się mówić „tak”, jest przyjmowanie pomocy od innych. Znalezienie równowagi między niezależnością a byciem zależnym od kogoś było dla mnie trudne. Słowo to jest tak często używane w kontekście niepełnosprawności, że uważam, iż łatwo zapomnieć jak istotnym jest fakt, żeby wiedzieć także o tym, kiedy należy przyjąć oferowaną pomoc. Proszenie i otrzymywanie pomocy wcale nie czyni mnie mniej niezależną, bo każdy czasem jej potrzebuje. Warto pamiętać, że ja też mogę zaoferować pomoc. Przyjmowanie pomocy nie tylko ułatwia mi życie, ale także pomaga w rozwijaniu cennych dla mnie relacji.

Najtrudniejszą dla mnie sprawą, w której powiedziałam „tak” w ostatnim czasie, jest życie i praca za granicą. Jestem obecnie na 9-miesięcznym wolontariacie europejskim w Belgii, co oznacza, że pracuję dla jednej z tamtejszych organizacji do czerwca 2018 roku. Jest to jedna z najstraszniejszych, ale także najbardziej ekscytujących rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiłam. Jestem tam tylko dlatego, że miałam odwagę, żeby powiedzieć „tak”. Bardzo się cieszę, że mówienie „tak” ćwiczyłam już wcześniej, zanim zaczęłam swoją przygodę z Belgią, bo jest to przydatna umiejętność, kiedy przez jakiś czas przebywa się za granicą. Dzięki niej zawierasz nowe przyjaźnie, masz fantastyczne doświadczenia i maksymalnie wykorzystujesz szansę, którą masz. Zawsze staram się pamiętać, że poprzez mówienie „tak” pokazuję przynajmniej, że próbuję. A próbowanie nie zawsze przecież oznacza sukces, bo zwykle najwięcej uczymy się na błędach: błędach, których nie popełnialibyśmy, nie próbując. Na przykład nigdy nie dowiedziałabym się, że uwielbiam jeździć na nartach, gdybym na początku nie spróbowała.

Rozumiem, że mówienie „nie” bywa bezpieczniejsze i łatwiejsze, spróbujcie jednak czasem powiedzieć „tak”. Nigdy bowiem nie wiadomo, jakie przygody czekają na nas w przyszłości…

Po co komu ten brajl?

Pytanie postawione w tytule tego artykułu może wydać się co najmniej naiwne, zwłaszcza, że autor jest od urodzenia osobą całkowicie niewidomą. Ponadto jest absolwentem Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Niewidomych w Laskach. Niestety, nie jest ono bezpodstawne wobec przetaczających się dyskusji na forach internetowych naszego środowiska. Poza tym wielu rozmaitych dyskutantów twierdzi, że bez brajla można dawać sobie radę w pracy zawodowej nawet na otwartym rynku pracy. Z takimi stwierdzeniami nie można się godzić. Forują one zgodę na wtórny analfabetyzm i dowodzą skrajnej ignorancji podstawowej wiedzy na temat rehabilitacji osób niewidomych. Znane są także przykłady stwierdzeń, że pismo brajlowskie w dobie komputeryzacji niemal całego naszego życia codziennego traci na popularności.

Przeanalizujmy kontakty z brajlem na różnych poziomach życia osób niewidomych.

Dzieciństwo: Od 7 roku życia wobec każdego dziecka istnieje obowiązek edukacji podstawowej i średniej. Czy w przypadku dzieci widzących mamy do czynienia z odstępstwem od nauki pisma ręcznego? Czy dzieci widzące nie uczą się samodzielnego czytania na podręcznikach drukowanych na papierze? Czy ortografii można nauczyć się ze słuchu? Odpowiedzi na te pytania są tak naiwnie proste, że nie warto ich tu zamieszczać. W przypadku dzieci niewidomych trzeba zwrócić uwagę także na to, że pismo brajla doskonale rozwija jeden z podstawowych dla tej dysfunkcji organizmu zmysłów, jakim jest dotyk. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na fakt, że w każdym przypadku nauka brajla rozwija sprawność manualną ucznia.

Wiek młodzieńczy: Uczniowie poznają dzięki brajlowi notację matematyczną, muzyczną i mogą uczyć się skrótów brajlowskich. Mogą też samodzielnie wykonywać wypukłe rysunki figur geometrycznych. Ponadto do zapisu brajlowskiego może być używana maszyna brajlowska, która pozwala na łatwe śledzenie bieżącego zapisu, gdyż znaki brajlowskie powstają na górnej powierzchni kartki papieru, a nie tak, jak ma to miejsce przy posługiwaniu się tabliczką brajlowską i dłutkiem.

Niestety, posługiwanie się maszyną brajlowską łączy się z pewną niedogodnością, ponieważ tego rodzaju zapis powoduje dość duży hałas, co może przeszkadzać np. pozostałym uczniom. Dobrym rozwiązaniem tego problemu może być stosowanie elektronicznych notatników brajlowskich wyposażonych w linijkę brajlowską i opcjonalnie w mowę syntetyczną, z której można korzystać przy pomocy słuchawek lub z głośnika urządzenia. Elektroniczne notatniki mogą także pełnić rolę przystawki do komputera i w ten sposób udostępniona zostaje osobie niewidomej możliwość korzystania z niemal wszystkich dobrodziejstw tego (w dzisiejszej dobie) urządzenia codziennego użytku. Brajlowskie notatniki elektroniczne mogą być wyposażone w klawiaturę brajlowską lub w standardową klawiaturę qwerty. W przypadku brajla elektronicznego mamy do czynienia z brajlem 8-punktowym, po to, by łatwiej można było transponować brajlowskie oznaczenia dwuznakowe na oznaczenia jednoznakowe. Chodzi o to, że w przypadku potrzeby napisania dużej litery w brajlu tradycyjnym potrzebujemy 2 znaków, natomiast w brajlu elektronicznym można to zrobić przy pomocy jednego znaku poprzez dodanie punktu 7 do znaku w brajlu tradycyjnym. Podobnie jest przy zapisie cyfr, do czego wykorzystujemy dodatkowy punkt 8.

Zdaniem autora brajl ośmiopunktowy wygodniejszy jest przy wprowadzaniu poszczególnych znaków. Natomiast przy odczycie wygodniej jest korzystać z brajla 6-punktowego. Tłumaczyć to można tym, że geniusz Ludwika Braille’a obronił się i górą jest znak 6-punktowy nad ośmiopunktem.

Wiek dojrzały i dalej: Dotarliśmy do takiego momentu, że mamy do czynienia z dużą różnorodnością osób niewidomych, których wytyczona kategoria wiekowa dotyczy. Potrzeby też są bardzo różne, zależy to głównie od tego, w jakim momencie życia utrata wzroku nastąpiła. Czy była to tylko utrata wzroku, czy też u osoby niewidomej występują dodatkowe dysfunkcje, np. słuchu, ruchu lub inne. Na pewno u osób dorosłych występuje inna motywacja do nauki brajla niż u dzieci czy młodzieży. Tutaj już mniej chodzi o motyw edukacyjny. Naukę pisma punktowego należy traktować jako jeden ze sposobów na funkcjonowanie w nowej sytuacji życiowej. W takim przypadku pismo punktowe pomocne będzie do oznaczania różnych przedmiotów, takich jak płyty, produkty żywnościowe, sporządzenie zapisków adresowych. Bardzo ważną sprawą jest też możliwość samodzielnego odczytania brajlowskich napisów na lekach, czy krótkich informacji na drzwiach, poręczach schodów albo odczytanie napisów na przyciskach wind w miejscach publicznych. Raczej nie należy liczyć, że nowo ociemniali po nauczeniu się brajla będą pochłaniali wielotomowe książki czy będą masowo zapoznawać się z treścią brajlowskich czasopism. Przy poznawaniu literatury pięknej i treści czasopism nie tylko środowiskowych, pomocne będą przede wszystkim alternatywne do pisma punktowego sposoby docierania do słowa pisanego. Mogą to być komputery odpowiednio oprzyrządowane i oprogramowane, które dzięki mowie syntetycznej lub monitorowi brajlowskiemu pozwolą niewidomym dobrze radzić sobie z dostępem do potrzebnych informacji.

Umiejętność brajla także może pomóc osobom niewidomym w korzystaniu ze standardowych smartphonów, takich jak np. iPhone, które posiadają softwarową możliwość emulowania klawiatury brajlowskiej maszyny do pisania. To kapitalnie ułatwia pisanie na ekranie dotykowym telefonu. Oczywiście smartphony można również łączyć z notatnikami i linijkami brajlowskimi.

Dostępne na rynku są małe notatniki brajlowskie o liczbie 14 lub mniej znaków w linijce. Te małe notatniki wyposażone są w 8-punktową klawiaturę brajlowską, przywoływacze kursora do poszczególnych znaków na linijce oraz dodatkowe klawisze funkcyjne. Ponadto warto wspomnieć i o tym, że tego typu notatniki wyposażone są w zestaw komend pozwalających na sterowanie urządzeniem mobilnym. Dzięki temu osoba niewidoma posiadająca taki zestaw sprzętowy może pisać i odczytywać smsy, obsługiwać pocztę elektroniczną, skutecznie surfować po Internecie i korzystać z różnego rodzaju aplikacji, takich jak: nawigacja GPS, rozkłady jazdy, przeglądać prasę i korzystać z radia oraz telewizji.

Podsumowanie

W niniejszym artykule starano się wykazać jednoznacznie stale rosnącą atrakcyjność pisma brajlowskiego. Chodzi więc o to, aby ciągle dbać o właściwy poziom rehabilitacji osób z niepełnosprawnością wzrokową. Niniejszy artykuł napisany został przy użyciu standardowego laptopa wspomaganego mową syntetyczną i linijką brajlowską. Czytelnicy mogą być przekonani o tym, że przedstawione informacje i tezy dalekie są od teoretyzowania, lecz wynikają z codziennej praktyki autora.

O autorze:

Sylwester Peryt jest absolwentem wydziału filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim.

Jego blisko 45-letnia działalność zawodowa i społeczna zawsze była związana ze środowiskiem ludzi niewidomych i osób niepełnosprawnych. Autor był Prezydentem Krajowej Rady Osób Niepełnosprawnych, Przewodniczącym Zarządu Głównego PZN, Prezesem Zarządu Okręgu Mazowieckiego tego Związku.

Zawodowo pracował na stanowiskach: dyrektora Biblioteki Centralnej PZN, był Prezesem i dyrektorem spółki Zakład Nagrań i Wydawnictw PZN. Pełnił również rolę redaktora naczelnego środowiskowych czasopism: „Nasz Świat”, „Niewidomy Spółdzielca”, „Życiu naprzeciw”.

Autor pracował również w Radzie Nadzorczej PFRON i był członkiem Krajowej Rady Konsultacyjnej przy Pełnomocniku Rządu d.s. Osób Niepełnosprawnych.