Niewidomy dziennikarz – czy to w ogóle możliwe?

Od dziecka pasjonowałem się sportem, a w szczególności siatkówką. Uwielbiałem słuchać barwnych, radiowych komentarzy Tomasza Zimocha oraz telewizyjnych Zdzisława Ambroziaka. To one pobudzały moją wyobraźnię. Sprawiały, że sport przestawał być już tylko i wyłącznie sportem, a stawał się podszytym emocjami widowiskiem. Dla mnie jako osoby bardzo słabo widzącej istotne było to, żeby na złotej tacy mieć podane nie tylko suche fakty, ale też solidną garść emocji wzbogacającej cały sportowy spektakl.

Z czasem sport zaczął wciągać mnie coraz bardziej, działał na mnie jak coraz mocniejszy narkotyk. Nie wyobrażałem sobie igrzysk olimpijskich, Mistrzostw Świata czy Europy bez śledzenia poczynań biało-czerwonych. Interesowały mnie przeróżne dyscypliny – od skoków narciarskich przez lekkoatletykę, na piłce ręcznej kończąc. Jednak moim ulubionym sportem stała się siatkówka. Turnieje, wyniki, składy zespołów – wszystko to miałem w jednym palcu. Nie miałem też problemów z poprawną polszczyzną, więc pewnego dnia – mimo dużej wady wzroku – postanowiłem zrobić krok do przodu, podejmując wyzwanie sprawdzenia się jako dziennikarz sportowy.

Pewnie w XX wieku moje możliwości w tym zakresie byłyby bardzo ograniczone. Wszak głosu radiowego nie mam, w telewizji też raczej kariery bym nie zrobił, tym bardziej, że w tym medium rzadko spotyka się niepełnosprawnych dziennikarzy. Natomiast do gazet poświęconych tematyce sportowej trudno byłoby mi się przebić. Z pomocą przyszedł mi Internet, który na rynku medialnym odgrywa coraz większą rolę. To w nim od przełomu XX i XXI wieku jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać różne portale tematyczne, które stanowiły odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne, wypełniały różne nisze tematyczne. Wszak nie wszystkie informacje były przekazywane przez radio czy telewizję, a nie każdy chciał wydawać kilka lub kilkanaście złotych miesięcznie na kupowanie gazet lub czasopism. Ponadto w świecie dziennikarskim liczy się czas przekazu, a kto pierwszy, ten lepszy. Właśnie w tym aspekcie Internet zaczął mieć przewagę nad innymi mediami. Stał się również szansą na zaistnienie dla pasjonatów takich jak ja. Nie byłbym sobą, gdybym z tej szansy nie skorzystał. Postanowiłem więc zgłosić się do portalu internetowego siatka.org, do propozycji współpracy dołączając kilka wcześniej napisanych tekstów. Odzew ze strony redakcji był bardzo pozytywny i tak zaczęła się moja już prawie dziewięcioletnia przygoda ze Strefą Siatkówki, najpierw na stanowisku korespondenta, a następnie – redaktora. W międzyczasie pojawiły się jeszcze staże w innych portalach, a nawet w Gazecie Wyborczej, ale wierny pozostałem portalowi siatka.org, dla którego nadal piszę.

Początki wcale nie były łatwe, tym bardziej, że wszystko było dla mnie nowe, a dodatkową barierę stanowił problem ze wzrokiem. Na szczęście technologia tak poszła do przodu, że w obecnych czasach udźwiękowiony komputer, telefon czy prosty w obsłudze dyktafon nie powinny już nikogo dziwić. Są to sprzęty, które w znaczący sposób ułatwiły mi pracę i sprawiły, że do tej pory pisanie o siatkówce sprawia mi przyjemność. Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, aż sam się sobie nie mogę nadziwić, wspominając emocje, które towarzyszyły pierwszemu opublikowanemu tekstowi mojego autorstwa. Wówczas satysfakcja była ogromna, ale mieszała się również ze stresem. To był czynnik, z którym musiałem dość długo walczyć, szczególnie przy przeprowadzaniu wywiadów.

Oczywiście nie obyło się też bez wpadek. Wszak dziennikarz bez potknięcia to jak żołnierz bez karabinu. W trakcie przeprowadzania jednego z pierwszych wywiadów w dyktafonie wyczerpała mi się bateria, przez co w trakcie rozmowy musiałem ją wymieniać. Było to dość niezręczne, moje zakłopotanie wówczas było spore, ale po latach wspominam tamtą historię z uśmiechem na ustach.

Wiele osób dziwiło się, że jako osoba prawie niewidoma zajmuję się dziennikarstwem. Nie jest to łatwe, bo są sytuacje, w których muszę korzystać z pomocy innych ludzi, którymi zazwyczaj są członkowie rodziny lub znajomi. Dzieje się tak wtedy, kiedy dana osoba doprowadza mnie do konkretnego zawodnika, zawodniczki, trenera, czyli po prostu rozmówcy, z którym chcę przeprowadzić wywiad po meczu. Z reguły nikt nie robi problemów, żeby odpowiedzieć na kilka pytań. Na palcach jednej ręki mogę policzyć przypadki, w których ktoś nie chciał rozmawiać, ale było to spowodowane przede wszystkim emocjami po przegranym spotkaniu. Przeprowadzanie wywiadów zaczynałem od graczy II-ligowych, później była I liga, a następnie elita. I tak mam na koncie rozmowy z mistrzami Europy, świata, mistrzami olimpijskimi z 1974 roku, ze związkowymi działaczami, a także czołowymi trenerami w Polsce oraz szkoleniowcami młodzieżowych i seniorskich reprezentacji Polski. Zapewne siedząc w domu i spoglądając jedynie w ekran telewizora, nie miałbym możliwości poznania tych ludzi, zetknięcia się z nimi chociaż przez chwilę. A byli, są i mam nadzieję, że jeszcze długo będą to przeróżni ludzie. Niektórym wystarczy zadać pojedyncze pytanie, na które odpowiadają przez pięć minut, a innych trzeba wyciągać za uszy, żeby powiedzieli więcej niż zdanie, tak aby „wpleść” je później w tekst. Są i tacy mistrzowie, którzy nie do końca odpowiadają na pytania, albo mają gotowe formułki kilkuzdaniowe, które wygłaszają jakby byli na konferencjach prasowych, ale na wszystko trzeba być przygotowanym.

Innym problemem jest posiadanie asystenta, który pomaga mi dotrzeć do hal oraz przy poruszaniu się w nich. Wszak nie znam wszystkich tego typu obiektów w Polsce, a „mixed zony”, czyli strefy, w których przeprowadza się wywiady także są umiejscowione w różnych częściach hal. Na szczęście ani kluby, ani Polski Związek Piłki Siatkowej nie robiły mi nigdy problemów w związku z faktem, że potrzebna była dodatkowa akredytacja dla mojego opiekuna. Pisanie relacji przez osobę słabowidzącą też jest ciekawym zagadnieniem, bowiem trzeba korzystać z wielu bodźców, nad którymi osoba widząca pewnie wcale się nie zastanawia. Ważne są reakcje zawodników, zachowanie publiczności, komentarze spikera, choć oczywiście często zdarza się, że muszę podpytać kolegi lub koleżanki siedzących obok, kto akurat atakował, blokował czy zagrywał. Przecież sam nie jestem w stanie tego dostrzec. Są więc pewne ograniczenia, ale przy odrobinie kreatywności, pomocy ze strony innych ludzi i własnemu samozaparciu można je obejść. Wówczas ogromna jest satysfakcja z przełamywania pewnych barier, stereotypów oraz z udowadniania samemu sobie, że mimo niepełnosprawności można robić coś ciekawego w życiu, mając jednocześnie styczność ze sportowcami, którzy odnoszą sukcesy. Słowem, dziennikarstwo to zajęcie, dzięki któremu realizuję się, spełniam małe marzenia z dzieciństwa, czego również wam Drodzy Czytelnicy życzę!

Szachy w szkole

Szachy – „królowa gier”. Gra planszowa, prawdopodobnie wymyślona w Indiach, polegająca na rozgrywaniu strategicznych potyczek pomiędzy dwiema armiami. Oficjalnie uznana przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski dyscyplina sportu, w której odbywają się mistrzostwa na poziomie od lokalnych po rangi światowej. Podstawy gry są dosyć łatwe, natomiast osiągnięcie w niej poziomu mistrzowskiego wymaga ponadprzeciętnych zdolności popartych długimi treningami.

W czwartek 15 marca 2012 roku Parlament Europejski wydał oświadczenie „w sprawie wprowadzenia do systemów oświaty w Unii Europejskiej programu „Szachy w szkole”. Tym samym Komisja Europejska oraz państwa członkowskie zostały wezwane do wprowadzenia do systemów oświaty nauki gry w szachy. Jednocześnie oficjalnie, na poziomie władzy politycznej, stwierdzono, że ta popularna gra planszowa poprawia koncentrację, zwiększa cierpliwość i wytrwałość, rozwija zmysł twórczy, intuicję, pamięć oraz umiejętności analitycznego myślenia i podejmowania decyzji – bez względu na wiek dziecka. Wyrażono również przekonanie, że kształtowanie wymienionych cech i zdolności pozytywnie wpływa na integrację społeczną, zwalczanie dyskryminacji czy nawet zmniejszenie wskaźnika przestępczości. Wszystko to znajduje potwierdzenie w raportach z badań naukowych.

Między innymi w odpowiedzi na powyższe wezwanie Parlamentu Europejskiego, w polskim systemie oświaty od roku szkolnego 2017/18, w nowej podstawie programowej, szachy znalazły swoje miejsce. Uczniowie będą wzmacniać swoje umiejętności matematyczne między innymi poprzez poznawanie podstaw gry w szachy.

Osoby niewidome również grają, z reguły dzięki specjalnie dostosowanej planszy (wypukłe ciemne pola, otwory na piony) oraz lekko zmodyfikowanym pionom (ciemne oznaczone wypustkami, kołki we wszystkich, żeby się nie przewracały podczas ich dotykania). Dzięki temu niewidomy gracz bez problemu jest w stanie eksplorować planszę i szukać dla siebie najkorzystniejszego posunięcia. Co ciekawe, niewidomi mistrzowie nie potrzebują takiej planszy – potrafią grać w pamięci (podobnie gracz widzący grający z opaską na oczach „blindfolded chess”). Niemniej wymaga to ponadprzeciętnych zdolności. W Polsce działają liczne kluby szachowe oraz rozgrywane są specjalne ligi i mistrzostwa. Mistrzostwa Polski Niewidomych w szachach rozgrywane są od 1952 roku – turniej mężczyzn i od 1985 roku – turniej kobiet. Mamy wielu utalentowanych niewidomych szachistów, którzy wygrali m.in. Olimpiadę Szachową Niewidomych w 2000 roku czy Drużynowe Mistrzostwa Europy Niewidomych i Słabowidzących w Szachach w 2016 r.

Niewykluczone, że dzięki popularyzacji tej gry poprzez uwzględnienie jej w systemie edukacji, gra stanie się popularniejsza, bardziej przyjazna i dostępna i będziemy osiągali jeszcze więcej sukcesów.

Ciekawostka nr 1: w 1970 roku rozegrano pierwszą partię szachów pomiędzy Ziemią i kosmosem (załoga Sojuza 9). Zakończyła się remisem.

Ciekawostka nr 2: W 1960 roku w Budapeszcie, Janos Flesh grał z 52 przeciwnikami naraz, mając zasłonięte oczy. Wygrał „tylko” z 31…

STUDIO dostępne

No i wrzesień. Jedni do szkoły, a drudzy… do teatru. Wśród licznych scen rozpoczynających właśnie sezon teatralny 2017/2018 jest warszawska STUDIO teatrgaleria (pl. Defilad 1), której oferta dedykowana osobom z niepełnosprawnościami wzroku i słuchu jest wyjątkowo bogata.

Misją działu edukacji STUDIO, który reprezentują Magdalena Kamińska, Gabriela Stankiewicz i Paulina Andruczyk, jest pedagogika teatru. Pragniemy pokazywać widzom, że pojęcie teatru nie musi ograniczać się do oglądania spektakli, a narzędzia wykorzystywane przy powstawaniu przedstawień mogą okazać się niezwykle przydatne w codziennym życiu. Poprzez aktywne włączanie widzów w działania pedagogiczno-teatralne mamy nadzieję rozwijać ich wrażliwość estetyczną oraz wyposażać w nowe narzędzia odbioru dzieła teatralnego. Bardzo ważnym elementem naszej działalności jest udostępnianie oraz dostosowywanie naszych wydarzeń dla odbiorców, którzy zazwyczaj mają do niej utrudniony dostęp.

STUDIO teatrgaleria zauważa każdego widza i umożliwia odbiór spektakli także osobom z dysfunkcjami wzroku i słuchu. Osobom, które z uwagi na niepełnosprawność bywają marginalizowane jako potencjalni odbiorcy teatralni, STUDIO proponuje regularne spektakle z audiodeskrypcją i napisami. Po każdym pokazie odbywają się również warsztaty TEATRALNY RENTGEN, dedykowane osobom z niepełnosprawnością wzroku. Forma i przebieg są różne w zależności od spektaklu: czasem będą to typowe warsztaty sensoryczne, innym razem spotkanie z dramaturgiem, reżyserem, inspicjentem, producentem bądź aktorem danego przedstawienia. Ponadto teatr daje możliwość zamówienia asystenta osoby niepełnosprawnej.

Najbliższy spektakl z audiodeskrypcją i napisami w STUDIO teatrgalerii:

„Jaskinia” reż. Arek Tworus

13 września 2017 r. godz. 19:00

STUDIO jest również partnerem 3-letniego projektu Teatru 21 „2017.T21.2019”. W ramach współpracy zespół kierowany przez Justynę Sobczyk będzie regularnie prezentować swoje produkcje na scenie teatru. Teatr 21 zrodził się w 2005 r. z warsztatów w Zespole Społecznych Szkół Specjalnych „Dać Szansę” w Warszawie i tworzą go osoby z zespołem Downa i autyzmem.

Kolejną propozycją z obszaru dostępności jest projekt „Opera dla głuchych”, składający się na dwuletni cykl wydarzeń artystycznych, których głównym przedmiotem będzie historia oraz współczesna kultura społeczności osób głuchych.

Po więcej informacji oraz aktualną ofertę STUDIO teatrgalerii zapraszamy na www.teatrstudio.pl/edukacja.

W klimacie Gałczyńskiego

Kilka pierwszych miesięcy tego roku to dla mazowieckiego oddziału Fundacji Szansa dla Niewidomych czas zmian. Zmian tak dużych, jak duża jest obecna siedziba tyflopunktu przy ulicy Gałczyńskiego 7 w Warszawie. Na najbliższe kilka minut chcielibyśmy zaprosić do jej obejrzenia i poznania ludzi, którzy tworzą to miejsce.

Dokładnie 1 marca z małego pokoiku przy ulicy Konwiktorskiej 9 zniknęło ostatnie pudło z dobytkiem fundacji, która właśnie tam, w siedzibie Polskiego Związku Niewidomych prowadziła swoją dotychczasową działalność. Pudło, jak i cały zespół szczęśliwie wylądowali w ogromnym lokalu w centrum miasta. Tego samego dnia w obecności Zarządu, gości ze świata polityki i mediów odbyło się jego oficjalne otwarcie. Siedziba wymagająca wcześniej generalnego remontu, którego kosztów Fundacja nie pokryła z własnych środków, lecz skorzystała z pomocy generalnego sponsora – firmy Altix, tego dnia prezentowała się znakomicie. Migawki z uroczystości oraz wywiady z gośćmi i pracownikami pokazał jeden z kanałów informacyjnych telewizji. Oficjalnie byliśmy gotowi na start.

Gałczyńskiego 7 to niewielka uliczka w centrum Warszawy położona w kwadracie ulic Nowy Świat, Ordynacka i Foksal. Najłatwiej też trafić do Fundacji wchodząc w bramę od Nowego Światu 48. W niewielkim pomieszczeniu pełniącym rolę recepcji, a przez niektórych zwanym też werandą, od razu da się poczuć miłą atmosferę tego miejsca. Można napić się kawy, spróbować pysznych ciastek i przede wszystkim załatwić sprawę, z którą się przyszło. Można więc na werandzie wypełnić wniosek o dofinansowanie zakupu sprzętu, zapisać się na prowadzone przez fundację zajęcia językowe czy sportowe, uzyskać stosowną poradę czy wreszcie porozmawiać z panią Agnieszką o wszystkim. Należy tu dodać, że to właśnie Agnieszka Jalinnik potrafi załatwić wszystko, robiąc często kilka rzeczy jednocześnie.

Z recepcji przechodzimy do niewielkiego pomieszczenia pełniącego rolę miejsca spotkań z ważnymi gośćmi, a czasami będącego też salą dla uczestników kursów języka angielskiego. W niedużych grupach można tam także w ramach zajęć spróbować brytyjskiej herbaty, niekoniecznie o 17.

Gwoździem programu i punktem kulminacyjnym dzisiejszej wycieczki niech będzie największe, podzielone na 3 części pomieszczenie, gdzie kwitnie życie fundacji. Mamy tu przede wszystkim salę szkoleniową, część prezentacyjną z fantastycznie wyposażoną ekspozycją oraz jakże ważne miejsce w każdym domu… kuchnię. Szefem i duchowym przywódcą tego miejsca jest Dariusz Linde. Nieduży facet, który jednak jeśli trzeba, potrafi być jednocześnie we wszystkich salach, porozmawiać z każdym na różne tematy, przeprowadzić szybkie szkolenie każdemu według jego potrzeb, a w skrajnych przypadkach przygotować szybkie danie, gdyby ktoś akurat zgłodniał. W tym ostatnim wypadku najczęściej interweniuje Agnieszka.

Część prezentacyjna jest swego rodzaju wystawą, gdzie udostępniamy naszym gościom do obejrzenia i testów najwyższej klasy sprzęt ułatwiający funkcjonowanie osobom niewidomym i niedowidzącym. Są to przede wszystkim różnego typu powiększalniki, urządzenia odczytujące tekst drukowany, specjalistyczne dyktafony i odtwarzacze książek audio, monitory brajlowskie, oprogramowanie, na urządzeniach codziennego użytku kończąc. Można spokojnie usiąść i dobrać coś do swoich potrzeb.

W lokalu przy Gałczyńskiego odbyło się już wiele spotkań, a już planujemy kolejne. Odwiedziła nas między innymi grupa niewidomych uczestników międzynarodowego programu Erasmus, przedstawiciele urzędów i bibliotek, ludzie nauki i nauczyciele akademiccy. Swoje comiesięczne posiedzenie zorganizowała tu również Komisja Dialogu Społecznego do spraw Niepełnosprawności.

W ramach swoich działań Fundacja realizuje tu dwa duże projekty. „Aktywna Warszawa” – to działanie wspierające osoby niewidome i niedowidzące na rynku pracy. Uczestnicy mogą wziąć udział w indywidualnie dopasowanych szkoleniach ułatwiających zdobycie odpowiedniego zatrudnienia. Dla osób wyróżniających się oferowane są także płatne staże.

Program VIP System Plus prowadzony we współpracy z Polskim Związkiem Niewidomych oferuje natomiast cykl zajęć usprawniających, możliwość uzyskania porady psychologa czy prawnika, zajęcia z orientacji przestrzennej, naukę języka angielskiego na wszystkich poziomach czy zajęcia sportowo-rozrywkowe i spotkania towarzyskie. Nowa lokalizacja, a przede wszystkim duża przestrzeń, daje praktycznie nieograniczone możliwości do prowadzenia tego rodzaju działań i do planowania kolejnych w przyszłości.

W najbliższych tygodniach planujemy przeprowadzenie zajęć z nauki gotowania bez użycia wzroku. Wszystkie informacje na ten temat można uzyskać pod numerem telefonu 22 635 10 60.

Od 10 sierpnia jesteśmy także dostępni na Facebooku. Na bieżąco informujemy o naszych działaniach, planach, a w razie potrzeby odpowiadamy na pytania. Czasem organizujemy również konkursy z ciekawymi nagrodami. Zapraszamy do odwiedzenia i polubienia naszego profilu i do odwiedzania nas w tak zwanym realu. Mamy nadzieję, że będą chcieli Państwo do nas wracać.

W czterech zmysłach – Wioska ponadwymiarowa

Sam już nie wiem, czy wolę stać, czy siedzieć. Oczekiwanie na bagaż po jedenastogodzinnym locie zdaje się dłużyć jak ostatnia godzina pracy przed urlopem. Opieram się o barierkę pod jednym z wysokich wieżowców w wiosce modląc się, by jak najszybciej usłyszeć nadjeżdżający samochód, który przywiezie wytęsknione walizki. Aby ułatwić nam przejazd z lotniska i zakwaterowanie na miejscu. Organizator zajął się nimi zaraz po tym, jak wyszliśmy z portu lotniczego, ale dlaczego teraz każe czekać na nie tak długo? A może minęło zaledwie kilka minut, a zmęczenie po prostu robi swoje? Sam już nie wiem…

Nagle jest! Podjeżdża bus z otwieranymi drzwiami z tyłu. Kierowca pomaga wyjmować torby z paki i o zgrozo: mojej tam nie ma. Zrezygnowany siadam na schodach i w gronie innych „szczęśliwców” czekam na kolejny transport. Drugi i trzeci podobnie przywozi mi tylko następne rozczarowanie. Chowam twarz w dłoniach. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie znajdowałem się w tak wyjątkowym miejscu. Już podczas kontroli przy wejściu do wioski, bliźniaczej do tej, jaką przechodzi się na lotnisku, zrozumiałem, że opowieści o niej nie były ani trochę przesadzone.

Odwiedzałem przedtem najróżniejsze wioski na świecie, jak choćby polski Biskupin, w którym unosi się duch prastarej Rzeczypospolitej, portugalskie Obidos otoczone średniowiecznymi murami i niezliczonymi straganami wewnątrz, czy nawet Buffalo w pobliżu wodospadu Niagara, gdzie jadłem najprawdziwsze, amerykańskie skrzydełka z kurczaka, ale w takiej jak ta, nie byłem jeszcze nigdy. Mało tego, nie każdy ma szansę się w ogóle w niej znaleźć, dlatego mimo tego, że jestem obolały od niewyspania, a koszulka za pośrednictwem swojego zapachu domaga się natychmiastowej zmiany, czuję się wręcz odświętnie.

Orientuję się, że razem ze mną już tylko garstka osób okupuje schody przed budynkiem. Na myśl zaczynają przychodzić najczarniejsze scenariusze odnośnie zagubionego bagażu. Powoli pojawia się we mnie irytacja, bo brazylijskie słońce z minuty na minutę poczyna sobie coraz śmielej, jakby chciało powiedzieć mi – śmiejąc się prosto w twarz: poczuj przybyszu z Polski jak wygląda u nas koniec zimy koło dziewiątej rano. Wtem ponownie pojawia się nadzieja: podjeżdża kolejny busik. Ze środka dobiega latynoska muzyka przerwana nagle głosem radiowego speakera: Bom dia Rio de Janeiro.

Kierowca ponownie wyładowuje przywiezione walizki i tym razem znajduję się wśród nich moja. Uznaję go w tym momencie za swojego wybawcę, a ten zatrzaskując drzwi od samochodu mówi jeszcze: Welcome to Paralympics Village.

Od rehabilitacji do walki na śmierć i życie

XV Igrzyska Paraolimpijskie odbyły się w dniach 07-18.09.2016 r. Ich historia, w porównaniu do Igrzysk Olimpijskich, jest znacznie krótsza, gdyż zaczęła się dopiero po II wojnie światowej, kiedy to brytyjscy kombatanci postanowili stworzyć inicjatywę, która pomoże im oraz innym weteranom wojennym rehabilitować się poprzez aktywność fizyczną i rywalizację sportową. Z biegiem lat do przedsięwzięcia dołączały się cywilne osoby niepełnosprawne różnych narodowości i w ten sposób powstał sport paraolimpijski. Obecnie można śmiało stawiać go w jednym szeregu ze sportem olimpijskim, gdyż ubieganie się o jak najlepszy rezultat całkowicie przysłoniło kwestie zdrowotne. Mimo różnych ograniczeń fizycznych zawodników, rywalizacja przebiega na identycznych zasadach, a wysiłek wkładany w przygotowania oraz jednostki treningowe są bardzo zbliżone do obciążeń, jakim poddawani są sportowcy pełnosprawni. Każde lepsze miejsce może być tylko efektem walki „na śmierć i życie”, przy pełnym nadwyrężaniu możliwości swojego ciała. Najlepszy wyraz dają temu zresztą same Igrzyska Paraolimpijskie, które od 1988 r. organizowane są w tym samym miejscu co Igrzyska Olimpijskie. Zawodnicy niepełnosprawni, kilkanaście dni po zakończeniu zmagań swoich pełnosprawnych kolegów i koleżanek, rozpoczynają rywalizację na tych samych obiektach sportowych, rezydując w tej samej wiosce, której pełna nazwa brzmi nawet: Olimpic and Paralympic Village.

Zwykłe osiedle z niezwykłą przeszłością

Wioska została wybudowana w miejscowości Barra Da Tijuca, na rogatkach Rio de Janeiro. Na jej terenie powstało aż 31 osiemnastopiętrowych budynków mieszkalnych, które podczas Igrzysk Olimpijskich pomieściły prawie 18 tys. osób, z czego 11 tys. to sami zawodnicy. W trakcie naszych Igrzysk część budynków była już wyłączona z użytku, ponieważ 4328 uczestników, powiększone o całą kadrę pomocniczą i tak dawało mniejszą liczbę mieszkańców. Razem z reprezentacjami Węgier i Ukrainy zajmowaliśmy blok nr 21. Nie jestem nadmiernie przesądny, ale przysłowiowe „oczko” od razu wzbudziło we mnie pozytywne odczucia. Stan mieszkań natomiast nieco mnie zaskoczył z początku. Składały się one zwykle z dużego salonu, trzech dwuosobowych pokoi, trzech łazienek i kuchni. Były duże i przestronne, ale pierwsza myśl, jaka uderzyła mnie po przyjeździe, brzmiała: goło i surowo tutaj. Panele na podłodze oklejone były folią przezroczystą, aby zapobiedz ich zniszczeniu, białe ściany zdawały niecierpliwić się, kiedy ktoś w końcu ubierze je w farbę lub tapetę, a na umeblowanie pomieszczeń składały się łóżka, szafki nocne zamykane na klucz, aby nie doszło do kradzieży w wykonaniu służb sprzątających i szafy, które w praktyce były brezentową konstrukcją umocowaną na metalowych rurkach, zamykanych misternie na przylepce. Po chwilowym zaskoczeniu przyszło jednak pełne zrozumienie dla takich rozwiązań, bo przecież nie opłacałoby się nikomu umieszczać aż tylu osób w hotelach, a powstała przy okazji Igrzysk wioska może potem być przekształcona w w zwykłe osiedle mieszkalne z niezwykłą przeszłością, na którym zamieszkają w tym wypadku zwykli Brazylijczycy, a przecież nikt chyba nie chciałby, aby urządzono mu dom wbrew jego preferencjom. Warunki zatem były w zupełności dobre, a atmosferę Igrzysk tworzy nie burżujskie zakwaterowanie, a przede wszystkim niepowtarzalny klimat i sportowcy z całego globu.

Przez żołądek do serca

Strefa mieszkalna była największą, ale nie jedyną częścią całego organizmu. Żołądkiem, a moim zdaniem zarazem i sercem wioski była ogromna stołówka, w której konsumpcji mogło się oddawać kilka tysięcy osób jednocześnie. Otwarta 24/7, kusiła potrawami kuchni niemal całego świata w najróżniejszych wydaniach. To dzięki jej kunsztowi po raz pierwszy skosztowałem w życiu musaki, zajadałem się najsłodszym jak dotąd melonem, ale w największe osłupienie wprawiła mnie bezglutenowa pizza. Po spróbowaniu jej stwierdziłem, że o gustach się nie dyskutuje, ale wolę jednak tradycyjną. Co do płuc, trzymając się obranej nomenklatury, to uważałem za nie centrum rozrywki, gdzie zawodnicy mogli złapać trochę oddechu w wolnym czasie i porywalizować ze sobą wirtualnie dzięki różnym grom video. Mózg natomiast stanowiła strefa, do której, po uzyskaniu oczywiście odpowiedniej akredytacji, czyli po prostu przepustki, mogły wejść osoby z zewnątrz, np. dziennikarze. To tam odbywało się najwięcej spotkań na świeżym powietrzu, jak na swego rodzaju rynku. Mieścił się tam m.in.: sklep z pamiątkami, bank, poczta oraz zawsze oblegany i powodujący momentami gigantyczne kolejki McDonald’s. Tak, to nie żadna pomyłka. McDonald’s jest jednym ze sponsorów Igrzysk, a dodatkowym magnesem dla wszystkich było to, że można było się tam nacieszyć uwielbianym przez większość jedzeniem całkowicie za darmo.

Wioska posiadała także swój krwioobieg, a jakże! Aby oszczędzić zawodnikom zbyt długich spacerów, co bezpośrednio przed startem w zawodach jest raczej niewskazane, ale też dla zwykłej wygody, jeździły po niej autobusy, transportując chętnych do dowolnego zakątka organizmu. Pomyślano również o ok. 4 km ścieżek rowerowych czy kilku mostkach puszczonych nad płynącą rzeczką w obrębie wioski, rozszerzanych w połowie tak, aby mogły się na nich minąć dwie osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich. Wszystkie obiekty zresztą były przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych tak, aby każdy centymetr terenu był dla nich w pełni dostępny. W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że jeżeli komuś zaczynało brakować czystych ubrań, mógł je śmiało oddać do pralni. Wprawdzie decydując się na taki ruch, nie wyczułem zapachu proszku po odbiorze, ale ponoć wizualnie wszystko się zgadzało.

Olimpijski barter

Każda szanująca się wioska nie ma prawa istnieć bez punktu w jej obrębie lub okolicy, w którym mieszkańcy mogą pohandlować. Nie inaczej było i w tym przypadku. Dwa dni przed wylotem z Brazylii przechadzałem się ze znajomymi po uliczkach naszego olimpijskiego osiedla. Igrzyska dobiegały zdecydowanie ku końcowi, co ewidentnie dało się odczuć. Zawodnicy dużo bardziej zrelaksowani niż jeszcze kilkanaście dni temu skupiali się w wielonarodowościowych gromadach tocząc długie i wesołe rozmowy, a trenerzy zmęczeni chyba jeszcze bardziej od swoich podopiecznych odliczali już z niecierpliwością godziny pozostałe do powrotu do domu. Kiedy zbliżyliśmy się do wspomnianego przeze mnie wcześniej centrum rozrywki, dotarł do naszych uszu niebywały gwar. Niedaleko nas piętrzył się tłum reprezentantów najróżniejszych krajów chętnych do wymiany części swoich strojów reprezentacyjnych. Można było dostać tam wszystko: od koszulek, przez bluzy, po nawet czapki i okulary. Ludzie dawali i chcieli brać na pamiątkę, co tylko mogli, robiąc przy tym harmider jak na arabskim bazarze. Pomyślałem w duchu, że właśnie na tę chwilę czekałem. Nie byłem wprawdzie za dobrze przygotowany, ale jeden z brazylijskich wolontariuszy zgodził się wymienić swoją koszulkę za moją w biało-czerwonych barwach, którą miałem na sobie. Po chwili dodał jeszcze, że ma też spodenki w kolorach Canarinhos. Próżno było szukać w okolicy przymierzalni, dlatego zwyczajnie zdjąłem z siebie na środku placu własne z polską flagą i tak dobiliśmy targu. Pytałem, czy nie ma może jeszcze klapek przypadkiem, bo wtedy miałbym już cały strój, ale niestety zaprzeczył. W ten oto prosty sposób, w ciągu niemal minuty wskoczyłem w zupełnie inne ubrania i byłem tylko jednym z setek „barterowców”, postępujących dokładnie tak samo. Dotąd każdy zawodnik zobligowany był poruszać się po wiosce i obiektach sportowych tylko i wyłącznie w strojach narodowych, ale wtedy już mogłem pozwolić sobie na defilowanie wystrojony niczym brazylijski wolontariusz, których mnóstwo czuwało przez cały czas trwania Igrzysk nad nami. Mogliśmy zwracać się do nich z każdym problemem, a nierzadko zwyczajnie pogadać dla umilenia sobie czasu. A co do samego czasu właśnie, to większość z nas już marzy, żeby kolejna olimpiada, czyli czterolecie dzielące nas od XVI letnich Igrzysk Paraolimpijskich, upłynęło w taki sposób, aby jeszcze raz móc znaleźć się w tej ponadwymiarowej wiosce. Bo może w zupełnie innym miejscu i czasie, ale w niezmiennie magicznej i niespotykanej w żadnym innym zakątku świata atmosferze.

Tandemowa przygoda

Na co dzień jestem terapeutą w środowiskowym Domu Samopomocy, a po pracy trenuję strzelectwo pneumatyczne dla osób niewidomych. W tym roku udało mi się zdobyć brązowy medal na Mistrzostwach Polski w tej dyscyplinie. Takie chwile dają radość i są ogromną motywacją do dawania z siebie więcej.

Moją drugą największą pasją jest jazda na rowerze. Gdy zaczęłam tracić wzrok w wyniku choroby genetycznej, w momencie diagnozy najgorsza była świadomość, że nie będę mogła jeździć na rolkach, hulajnodze, a przede wszystkim na rowerze. Po pewnym czasie znalazło się rozwiązanie – przypadkowo. Moja koleżanka zapytała czy wiem co to tandem i od słowa do słowa, od rozmowy do sprawdzenia informacji w sieci rodzice kupili mi na 18 urodziny podwójny rower. Miał przerzutki jak każdy zwykły, pojedynczy góral. Oprócz tego dwie kierownice, dwa koła i dwa siodełka. Nie był to tandem składak, jaki każdy z nas kojarzy, być może pamięta z dzieciństwa. Rower ten służył mi parę lat, a potem stało się tak, że nie miałam z kim jeździć – mój dotychczasowy pilot tandemowy stracił chęci, a kolejnego nie było widać na horyzoncie. Wyjechałam na studia do innego miasta, gdzie nie miałam wystarczająco dużo znajomych.

Akcja tandem pod choinkę

Na swojej drodze spotkałam super grupę osób, w której znalazła się Karolina Włodarska – miłośniczka dwóch kółek i wycieczek rowerowych. W jednej chwili podjęłam decyzję i zapytałam: Karola chcesz być pilotem mojego tandemu? Karola się nie zdecydowała, ale jej partner, Łukasz, już tak!! Nadszedł czas na pierwszą jazdę próbną. Łukasz nie musiał wsiadać na rower żeby dostrzec, że rower jest dla niego za mały. Mimo to jego miłość do jazdy i uparty charakter doprowadziły do wyprawy. Pierwsza nasza wspólna rowerowa wycieczka była szaleństwem, ale nawet po czasie nie żałuję ani jednej minuty z tego wyjazdu. Oprócz Łukasza jeszcze Adam zdecydował się na pilotowanie mojego tandemu. Obydwaj panowie nigdy nie jeździli podwójną maszyną dwukołową, ale dali sobie radę bardzo dobrze.

26 listopada wybraliśmy się z Opola do Leśnego baru – około 160 kilometrów. Zima, mgła, która mi nie przeszkadzała, ale widzącym osobom już tak :D. Nie zniechęciła jednak naszej pozytywnie zakręconej ekipy. Przede wszystkim za mały rower na moich pilotów, których w końcu było dwóch, sprawił, że było ciężko, ale daliśmy radę i dojechaliśmy do celu. Nasza radość i moje szczęście były ogromne i nie da się tych uczuć i wdzięczności oddać słowami.

Akcja tandem pod choinkę zrodziła się w głowie Karoliny i Łukasza właśnie po tej wycieczce. Postanowili uzbierać środki na nowy, wypasiony, dopasowany do wzrostu rower dla mnie, na którym będę mogła zwiedzać świat. Po zorganizowaniu zbiórki na jednym z portali do tego przeznaczonych, udało się w 13 dni zgromadzić potrzebną kwotę i w opolskim serwisie rowerowym wspólnymi siłami przyjaciele złożyli mi cudowny, dopasowany rower. Akcja była nagłośniona w opolskich mediach oraz na facebooku. Aktualnie dzięki tym ludziom mogę być aktywna i spełniać swoje rowerowe marzenia. Zainteresowanie całą akcją przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Swój stary rower postanowiłam podać dalej i otrzymał go Mateusz – słabowidzący chłopak, którego poznałam w drodze na konferencję organizowaną co roku przez Fundację Szansa dla Niewidomych. Ponieważ tandem nie był pierwszej młodości, po konsultacji z Karoliną postanowiliśmy jeszcze dozbierać pieniądze na zregenerowanie go, tak, aby Mateusz mógł na nim od razu bezpiecznie się przemieszczać.

Rajd dookoła Opolszczyzny

W podziękowaniu za przekazane środki pieniężne znalazły się na tandemie naklejki z imionami, nazwiskami oraz nazwami firm. Ponad to w weekend majowy zorganizowaliśmy 10-osobowy rajd dookoła Opolszczyzny. Wycieczka trwała 4 dni, a pogoda nas nie rozpieszczała. Pierwszy dzień dał nam chyba najbardziej w kość. Deszcz, śnieg, mróz trochę pokrzyżowały nam plany i wszystko się przedłużyło. Do pierwszego noclegu dotarliśmy późnym wieczorem, ale czekała na nas pyszna, ciepła kolacja i najlepszy na świecie serwis w postaci pogotowia rowerowego RK, które towarzyszyło nam podczas całego rajdu w każdym miejscu i o każdej porze. Po pierwszej godzinie i padającym śniegu miałam ochotę wrócić do domu, ale z drugiej strony wiedziałam, ile ci wszyscy ludzie dla mnie zrobili i czułam, że muszę w jakiś chociaż najmniejszy sposób się im odwdzięczyć. Kolejne dwa dni na szczęście były tylko deszczowe, a ostatni słoneczny. W 4 dni przejechaliśmy 560 kilometrów z tak różną paletą towarzyszących nam emocji i wrażeń, że nie sposób tego opisać. Nie mogę powiedzieć, żebym się jakoś szczególnie przygotowywała do takiej ilości kilometrów. Po prostu poszłam na żywioł i liczyłam na wewnętrzną siłę, która mną kierowała. W czasie rajdu wspomagaliśmy się ogromną ilością słodyczy i witamin, a co najważniejsze każdy czerpał z każdego dużą dawkę pozytywnej energii. W rajdzie brał udział również nasz słabowidzący kolega, który jechał na zwykłym górskim rowerze oraz wspomniany już Mateusz z tatą. Na facebooku było również utworzone wydarzenie i kto chciał mógł się dołączyć w jakim chciał momencie i takie osoby się również znalazły, a kontakt pozostał do dzisiaj.

Po tej akcji zakończonej tak wielkim sukcesem dla grupy przyjaciół, Karolina z Łukaszem postanowili działać dalej i udało im się wygrać nagrodę pieniężną w konkursie prowadzonym przez Fundację Szansa dla Niewidomych „Jestem lepszy od…”. Otrzymane środki zostały przeznaczone na zakup ramy do kolejnego tandemu, który pozwoli niewidomym zwiedzać świat, być aktywnym oraz po prostu poczuć wiatr we włosach i niesamowitą magię, jaką daje jazda na dwóch kółkach. Jazda na rowerze to nie tylko forma spędzania wolnego czasu, ale także dobra rehabilitacja i integracja osób niewidomych ze społeczeństwem. Dla mnie to była nie tylko tandemowa przygoda pokazująca jak ważni są ludzie, którzy nas otaczają i jak wielki mają wpływ na spełnianie naszych marzeń, ale także dająca ogromną motywację do działania i pomagania innym.

Co słychać w Virtualnej Warszawie?

Virtualna Warszawa jest projektem, który został zapoczątkowany w 2014 r. Będzie to m.in. pierwsza na świecie mobilna nawigacja dla osób z dysfunkcją wzroku, która pomoże odnaleźć konkretne punkty w mieście, załatwić sprawy w urzędzie czy sprawdzić gdzie znajduje się oczekiwany autobus komunikacji miejskiej.

W roku 2016 powstała aplikacja testowa, którą można wypróbować na obszarze:

  • Parku Odkrywców przy Centrum Nauki Kopernik,
  • Multimedialnego Parku Fontann,
  • stacji Metra Centrum Nauki Kopernik,
  • Stołecznego Centrum Osób Niepełnosprawnych przy ul. Andersa 5.

Główne funkcje aplikacji to:

  • odnajdowanie miejsc w najbliższej przestrzeni,
  • gra w Parku Odkrywców przygotowana we współpracy z Centrum Nauki Kopernik,
  • gra w Multimedialnym Parku Fontann przygotowana we współpracy z CWR „Rodzinna Warszawa”,
  • poruszanie się po terenie stacji Metra Centrum Nauki Kopernik,
  • pobieranie numerków kolejkowych wewnątrz SCON,
  • odnajdywanie drogi do gabinetów i pokoi wewnątrz SCON,

Aplikacja współpracuje z systemami udźwiękawiającymi smartfony: Talk Back oraz VoiceOver.

W 2017 roku ogłoszono przetarg na przygotowanie drugiego, bardziej rozbudowanego pakietu. Aplikacja będzie działać na kilku liniach autobusowych, prowadzić użytkownika po centrum Warszawy oraz wewnątrz około 50 instytucji. Zostanie ona oddana do użytku pod koniec 2017 r.

Ale projekt Virtualna Warszawa to nie tylko aplikacja. W ramach projektu osoby niewidome i słabowidzące mogą ubiegać się o dofinansowanie do zakupu telefonu komórkowego! Miasto Stołeczne Warszawa przyznaje dotacje nawet do 90%. Więcej informacji w artykule: Halo Warszawo?! Odbierz Telefon! Miasto rozdaje telefony!

Your Way – brakujące ogniwo

Nawigacja na przęsłach przesiadkowych takich jak stacje PKP, stacje metra, przystanki tramwajowe lub nawigacja wewnątrz budynków, jak muzea, biblioteki czy biura nigdy nie była łatwa dla osób z dysfunkcją wzroku. Od kilku lat w Polsce, ale i na świecie, widać ogromne zmiany w tym zakresie. Zdano sobie sprawę, że dostępność architektoniczna komunikacji publicznej i instytucji nie może ograniczać się jedynie do ułatwień dla osób na wózkach.

Obserwujemy boom na rozwiązania takie jak: linie naprowadzające i oznaczenia ostrzegawcze, mapy tyflograficzne z kolorowym poddrukiem dla widzących czy napisy brajlowskie, np. na poręczach. Użyte wszystkie naraz rozwiązują większość problemów w poruszaniu się osób niewidomych w opisanych powyżej przestrzeniach. Jednak nadal można i trzeba zrobić więcej. W testach z ekspertami i osobami niewidomymi znaleźliśmy 2 główne problemy: niewidomi nie wiedzą, które miejsca są dostępne i gdzie będą mogli skorzystać z ww. pomocy, niewidomi nie znajdą map tyflograficznych lub opisów brajlowskich, jeżeli nie doprowadzają do nich linie naprowadzające – a przecież nie zawsze jest możliwość ich poprowadzenia.

Rozwiązaniem zarysowanych powyżej problemów jest bezpłatna aplikacja stworzona na smarfony YourWay. To po pierwsze baza danych, którą tak jak Wikipedię tworzą sami użytkownicy. Poprzez stronę internetową yourway.szansadlaniewidomych.org lub przez aplikację można dodawać miejsca, które są dostępne i opisać w jaki sposób zostało to wykonane. W tej chwili zostało dodanych kilkadziesiąt miejsc i mamy nadzieję, że w z biegiem czasu miejsc będzie przybywać. Moderacją zajmują się wolontariusze Fundacji, ale głównie liczymy na użytkowników, którzy samodzielnie będą wpisywać nowe miejsca. Dzięki temu, wybierając się np. do Warszawy, będziemy mogli sprawdzić, które muzea, kina, teatry, dworce czy przystanki są dostępne i na jakiego typu rozwiązania możemy tam liczyć. W ten sposób będziemy mogli zaplanować trasę.

YourWay to po drugie aplikacja, która dzięki komunikacji Bluetooth potrafi uruchomić mapy, bazy dźwiękowe i inne, które są z nią kompatybilne. Dzięki temu, jeżeli jesteśmy w pobliżu jakieś mapy, a nie wiemy gdzie ona jest, będziemy mogli ją odnaleźć dzięki aplikacji YourWay. Taka funkcjonalność jest zaimplementowana np. na stacji Młociny. Oprócz funkcji wywoływania Map, aplikacja potrafi odczytać informacje, które znajdują się w mapie, takie jak rozkład przystanków, układ najbliższych ulic czy historię danego miejsca. Funkcjonalności zostaną w przyszłości rozbudowane, aplikacja będzie mogła współpracować z beaconami, służyć jako prosta nawigacja wewnątrz budynków, a już niebawem będzie kompatybilna z systemem Virtualna Warszawa.

Fundacja Szansa dla Niewidomych ma jeszcze jeden ważny cel, dla którego powstała aplikacja. Wierzymy, że dzięki budowaniu bazy dostępnych miejsc, instytucje, które są niedostępne, nie będą miały wyboru i będą musiały pod naporem społecznym stać się otwarte dla wszystkich!

Pismo czy mowa? Interfejsy nowoczesnych urządzeń

Małymi krokami, ale nieustannie postępuje rozwój dostępności interfejsów nowoczesnych urządzeń. Napisałem „małymi krokami”, bo choć bywają kroki milowe, to nie zawsze są od razu tam, gdzie powinny. Czasami postęp jest wielki, lecz wykonanej pracy nie widać, bo to co najważniejsze zostało wykonane w kodzie programu lub systemu operacyjnego.

Najnowsze urządzenia wyposażone są w interfejsy dostępności, o których jeszcze 10 lat temu tylko rozmawialiśmy. Jako pierwsze powstały interfejsy mówione i brajlowskie. Obecnie mamy możliwość obsługi ekranów dotykowych za pomocą gestów, wpisywania treści za pomocą różnych klawiatur dotykowych – zwykłych i brajlowskich, a nawet dyktowania i używania poleceń głosowych, dostosowywania kolorów, kontrastów i wielkości czcionek itp. Trzeba przy tym jasno powiedzieć, że technologie te działają dobrze i są skutecznymi sposobami obsługi smartfonów, odtwarzaczy, tabletów i wielu innych urządzeń.

W niniejszym artykule chciałbym zająć się najstarszym sposobem komunikacji z urządzeniami. Chodzi mi oczywiście o komunikację za pomocą pisma, które dla użytkowników niewidomych realizowane jest z wykorzystaniem pisma Braille’a i monitorów brajlowskich.

Monitory brajlowskie są najczęściej oddzielnymi urządzeniami, wyspecjalizowanymi tylko do wyświetlania informacji tekstowych, choć jest kilka modeli, na których można wyświetlać także grafikę. Najnowsze modele wyposażone są w klawiatury brajlowskie, umożliwiające także wpisywanie tekstu i sterowanie urządzeniami za pomocą poleceń brajlowskich. Istnieje też grupa urządzeń, które mają wbudowane monitory brajlowskie na stałe. Są to notatniki brajlowskie, smartwatche i smartfony.

Monitory komunikują się z urządzeniami najczęściej za pomocą bezprzewodowego połączenia Bluetooth lub za pomocą połączenia przewodowego USB. Mają taką lub inną klawiaturę brajlowską, przyciski przywoływania kursora, przyciski sterujące, możliwość dostosowania sztywności punktów. Mogą pracować bez przerwy na akumulatorze ponad 20 godzin. Oczywiście są między poszczególnymi monitorami pewne różnice, które sprawiają, że użytkownicy wybierają te, a nie inne. Jednak monitor to tylko monitor. Cała wartość interfejsu opartego na piśmie zawarta jest w oprogramowaniu sterującym pracą monitora, no i „tu zaczynają się schody”. Producenci czytników ekranów, edytorów do składu i drukowania publikacji brajlowskich, producenci drukarek brajlowskich używają tzw. translatorów, czyli programów wyspecjalizowanych do zamiany tekstu na zapis brajlowski. Najbardziej znaną i powszechnie używaną biblioteką translującą teksty na brajla jest biblioteka „biblouis”, która jest aktualnie we wszystkich znanych mi czytnikach ekranów oraz brajlowskich edytorach tekstów. Jej zaletą jest fakt, że może tłumaczyć teksty na dowolny język według określonego zestawu znaków i reguł. Cóż z tego, jeśli jest to tylko teoria.

W Polsce od 2010 w programie JAWS, firma Altix zaimplementowała własne biblioteki, które umożliwiały translację na polski brajl literacki, polskie ortograficzne skróty brajlowskie pierwszego i drugiego stopnia. W pozostałych czytnikach jedynym możliwym trybem pracy z brajlem jest brajl komputerowy.

O co w tym chodzi? Na czym polega problem? Problem zaczyna się od samego brajla. Pismo punktowe zostało wymyślone jako zestaw znaków zbudowanych z sześciu punktów. Sześć punktów pozwala utworzyć zbiór 64 różnych znaków. Zatem nawet nie jest on równy liczbie liter polskiego alfabetu, który posiada 34 małe i 34 wielkie litery. Pismo Braille’a jest więc systemem, w którym odpowiednim znakom graficznym odpowiada jeden, dwa lub więcej znaków brajlowskich. Osoba niewidoma musi nauczyć się tych wszystkich znaków i zasad ich stosowania.

Problem nr 1. Utworzenie nowego zapisu zwanego brajlem komputerowym. W tym trybie nie ma translacji. Znak brajlowski rozbudowano o dwa dodatkowe punkty, rozszerzając zbiór wszystkich znaków do liczby 256, co pozwala uzyskać jednoznaczne odwzorowanie rozszerzonego zestawu kodów ASCII. Nie ma tu wieloznaków. Każda litera, niezależnie mała czy wielka, ma przypisany jeden znak, swój własny odpowiednik. Podobnie jest z cyframi, znakami interpunkcyjnymi, znakami matematycznymi i informatycznymi. Jest to bardzo proste przekształcenie znaków graficznych na znaki wypukłe. Jednak jest to inne pismo niż to, którego uczą się dzieci w szkołach, inne niż to używane w podręcznikach i książkach. W szkołach polskich i w oficjalnych publikacjach używamy brajla sześciopunktowego.

Problem nr 2. Błędy w trybach brajla sześciopunktowego. Brajla sześciopunktowego używamy do różnorodnych zapisów. Mamy zapis literacki (tzw. integrał), polskie ortograficzne skróty brajlowskie pierwszego i drugiego stopnia, notację matematyczną, notację fizyczną, chemiczną oraz notację muzyczną. Wszystkie notacje wykorzystują ten sam zestaw sześćdziesięciu czterech znaków brajlowskich. Znaki te w różnych kombinacjach mogą się powtarzać, ale zależnie od notacji mogą oznaczać różne treści. Człowiek znający te notacje świetnie sobie radzi z ich użyciem. Trudno je jednak zaimplementować do programów, w których treści graficzne nie są ściśle i jednoznacznie określone.

Problem nr 3. Słaba znajomość brajla komputerowego i brajla sześciopunktowego. Brak świadomości o istnieniu tych różnych trybów brajla, pomimo istnienia tego pierwszego od samego początku, a brajla komputerowego już prawie od pół wieku, wprowadza wiele zamieszania. Nawet nauczyciele brajla, którzy bardzo dobrze znają brajla sześciopunktowego, jeśli nie pracują na komputerach, nie mają praktycznej wiedzy o konfiguracji programów i co, gdzie i komu zaproponować.

Problem nr 4. Brak umiejętności tworzenia dostępnych dokumentów elektronicznych. Jedynie znikoma liczba użytkowników komputerów potrafi dobrze napisać dokument. Widzący użytkownicy bazują jedynie na formatowaniu wizualnym, zupełnie ignorując formatowanie logiczne. Brak świadomości i umiejętności na temat dostępności dokumentów jest powszechny. Wielu użytkowników używa bardzo zaawansowanych edytorów tekstowych, ale najczęściej używa go na poziomie mechanicznej maszyny do pisania. Użytkownicy ci nie tylko nie wykorzystują oznaczania treści znacznikami, które umożliwiają odpowiednie formatowanie, automatyczne tworzenie spisów treści, spisów obrazów, przypisów itp., ale potrafią nawet zepsuć zwykłe akapity, dzieląc pojedyncze zdanie na wiele linii i wiele akapitów. Nie mają przy tym świadomości, że formatowanie wizualne jest niejednoznaczne i że żaden program nie jest w stanie takiego tekstu odpowiednio przetworzyć. Nie potrafią go też przetworzyć poprawnie translatory brajla, a takie próby wprowadzają więcej niepewności niż pożytku. Bo niewidomy użytkownik nie mogąc odczytać wyniku translacji nie wie w czym tkwi błąd i zaczyna wątpić w swoje własne umiejętności.

Problem nr 5. Brak zainteresowania producentów czytników ekranów poprawną implementacją pisma brajla we własnych produktach. Najczęściej obsługa brajla jest funkcją dodatkową, która ma działać tak, by produkt nie odróżniał się od innych programów. Niewielkie liczebnie grupy użytkowników pisma brajla, rozdzielone na mniejsze grupy użytkowników poszczególnych programów stanowią zbyt słabą siłę nacisku, by uzyskać od producentów dobrze działającą funkcję. A producenci, którzy dbają o tę funkcjonalność, są najczęściej firmami komercyjnymi i ich produkty zwyczajnie trzeba kupić. Takim wyjątkiem wśród producentów jest firma Freedom Scientific, która wraz z lokalnymi dystrybutorami swojego flagowego czytnika ekranu JAWS, ciągle udoskonala obsługę brajla. Może jest to związane z tym, że jest jednocześnie producentem monitorów brajlowskich z serii Focus i jest żywo zainteresowana poprawną współpracą obu produktów?

Problem nr 6. Pisanie brajlem. Dzieci w szkołach uczą się pisać na mechanicznych maszynach brajlowskich, używając brajla sześciopunktowego. Przy takim pisaniu na papierze wytłoczone zostaną dokładnie takie znaki, jakie dziecko wpisze przy użyciu klawiatury brajlowskiej. W takim przypadku dziecko jest translatorem. Samo tworzy zapis i samo go odczytuje. Nikt obcy lub nic obcego nie interpretuje jego zapisu pomiędzy naciśnięciem klawiszy a uwypukleniem się punktów. W przypadku pisania na urządzeniach komputerowych wyposażonych w klawiaturę QWERTY, wpisywane są graficzne znaki tekstu. Gdy piszemy używając klawiatury brajlowskiej, wciskamy znak zbudowany z punktów brajlowskich, który musi być rozpatrywany wraz z sąsiednimi znakami i zgodnie z regułami przekształcony na znak tekstu. Jeśli program poprawnie tłumaczy wpisywane znaki, to na ekranie komputera wyświetlają się właściwe znaki. Jeśli jednak translator źle przekształca wpisywane znaki, to otrzymujemy zupełnie inne treści niż wpisujemy. Na przykład: by napisać liczbę 123, należy wpisać trzy cyfry „1”, „2” i „3”. Jeśli używamy klawiatury QWERTY nie ma problemu, wciskamy trzy kolejne klawisze z tymi cyframi. Na klawiaturze brajlowskiej musimy wpisać najpierw znak liczby, następnie odpowiednie znaki cyfr brajlowskich, które jak wiemy są takie same jak znaki liter. Jeśli więc translator źle tłumaczy wpisywany tekst, to na ekranie zamiast liczby 123 zostanie wyświetlony ciąg „#abc”. Obecnie jedynie program JAWS umożliwia pisanie przy pomocy klawiatury brajlowskiej.

Problem nr 7. Brak wiedzy wśród użytkowników, która umożliwia samodzielną ocenę poprawności działania translatora. Użytkownik posługujący się pismem brajla musi umieć samodzielnie ocenić, czy wpisał to, co zamierzał. Dopiero wtedy będzie w stanie używać tej techniki i wymagać od producenta lub dystrybutora poprawienia błędów.

Problem nr 8. Różnice pomiędzy pismem analogowym a pismem cyfrowym. Używając komputera, możemy używać dowolnych znaków, zarówno z alfabetu naszego podstawowego języka, jak i spoza niego oraz w zasadzie dowolnego znaku typograficznego. Natomiast manualne pismo brajlowskie ograniczało się do określonych zbiorów znaków. Jednak program tłumaczący może otrzymać dowolny tekst. Użytkownik może chcieć odczytać stronę internetową, książkę, a w nich mogą być dowolne znaki typograficzne. Zatem translator musi wiedzieć jak zinterpretować poszczególne znaki i je odpowiednio przetłumaczyć. Stąd też istnieje potrzeba rozszerzenia reguł notacji brajlowskich.

Problem nr 9. Nasze – niewidomych – zaniedbania. Nikt inny niż my sami możemy zaproponować i stworzyć reguły translacji. Nie trzeba przy tym wymyślać zupełnie nowych zasad. Należy jedynie zebrać obecnie używane, przejrzeć je i zastanowić się czy w erze tekstów komputerowych spełniają swoje zadania i albo je doprecyzować, albo odrzucić, a w końcu opracować kilka nowych, które uwzględnią nowe potrzeby. Nie jest to nic trudnego, nie wymaga napisania wniosków o dotacje, lecz spokojne prace związane z testowaniem wdrożonych rozwiązań.

Pora chyba na konkluzję. Pismo jest bardzo wygodnym i chyba koniecznym sposobem komunikacji pomiędzy ludźmi, także przy użyciu urządzeń elektronicznych. Pismem można posługiwać się w jego pełnym zakresie, pisząc i czytając lub wykorzystując nowoczesne urządzenia komputerowe tylko pośrednio odsłuchując wygenerowaną na podstawie tekstu mowę. W tym drugim przypadku rezygnujemy z wielu wartościowych cech pisma. Rezygnujemy z dokładności, dyskrecji, możliwości dostosowania tempa czytania do własnych potrzeb oraz wykluczamy się z grupy osób posługujących się pismem. Istnieje także różnica pomiędzy pisaniem na klawiaturze QWERTY a pisaniem na klawiaturze brajlowskiej. Klawiatura QWERTY nie daje możliwości kontroli wpisywanych znaków poza ich fonetycznym brzmieniem, a to, jak wiemy, bywa zawodne. Pisanie na klawiaturze brajlowskiej wymaga wpisywania konkretnych kształtów znaków, co jest bardzo zbliżone do tworzenia znaków graficznych przy pisaniu ręcznym. Pora więc na zastosowanie i używanie poprawnie działających funkcji brajlowskich zarówno do czytania, jak i pisania. Powinniśmy oczekiwać i wymagać dopracowania tych funkcji w naszych urządzeniach i programach. Skoro jest to możliwe i jest tylko kwestią wiedzy, świadomości, staranności z naszej strony oraz wysiłku programistów z drugiej strony, to możliwość używania pisma jest jak najbardziej pożądana.

Jeszcze jedna sprawa. W tytule tego artykułu zadałem pytanie: „Pismo czy mowa?”. Chciałbym, by Czytelnicy nie zastanawiali się, która z metod jest lepsza, lecz jak i co zrobić, by móc korzystać z nich obu. W taki sposób jak należy i w taki sposób jak nam wygodnie. Chodzi o to, by nie rezygnować z pisma tylko dlatego, że tak dużo zamieszania wokół pisma Braille’a zrobiono. Jestem pewien, że producenci urządzeń i oprogramowania bardzo chętnie zajmą się udoskonalaniem tej funkcjonalności, jeśli tylko zorientują się, że jest zainteresowanie tym tematem.

Jaws dla Windows, czyli program nie tylko dla profesjonalistów

Często spotykam się z opiniami, że zakup drogich płatnych czytników ekranu nie ma sensu w przypadku niezaawansowanych niewidomych użytkowników komputerów, a jedynie dla profesjonalistów, którzy zajmują się programowaniem lub inną profesjonalną pracą przy użyciu Windows i narzędzi stosowanych w firmach, jak np. system SAP. Czy jest tak rzeczywiście? Otóż… nie. Program Jaws, w porównaniu z konkurencją, tak płatną od firmy Dolphin, jak i darmową w postaci NVDA oferuje funkcje, które mogą przydać się właśnie użytkownikom niezaawansowanym. Opiszę tutaj działanie jednej z nich.

Możliwość korzystania ze skrótów dostępnych na stronie sieci Web to funkcja, którą znajdziecie tylko w programie Jaws, a jest ona dostępna od wersji 16.0 i późniejszych. Moim zdaniem nie jest ona kierowana szczególnie do użytkowników zaawansowanych, ale właśnie do początkujących i średniozaawansowanych, którym trudno jest zapamiętać dużą ilość skrótów do pracy ze złożonymi stronami. Przykładem takiej strony jest klasyczna witryna portalu społecznościowego Facebook.

Jeśli chcemy przeczytać jedynie aktualności, polubić je w czasie czytania lub udostępnić post, to warto skorzystać z funkcji pozwalającej na używanie skrótów klawiszowych dostępnych na stronach internetowych. W ten sposób konieczne będzie zapamiętanie tylko kilku skrótów służących do interakcji z postami na osi czasu i ich czytaniem. Nie będzie konieczne przemieszczanie się po nagłówkach, regionach aria, przyciskach z rozwijanymi menu, czyli po tym wszystkim, co użytkownikom mniej zaawansowanym może sprawiać problem.

Jak włączyć tę funkcję? Domyślnie jest ona włączona i niczego nie trzeba zmieniać. Jeśli z jakichś względów chcecie ją jednak wyłączyć, bo na przykład wolicie standardową interakcję przy użyciu klawiszy szybkiej nawigacji, które mogą być konfliktowe ze skrótami dostępnymi na stronie, to można to zrobić w centrum ustawień. Wciskamy klawisz Jaws+j, aby otworzyć okno Jaws lub menu kontekstowe Jaws z zasobnika systemowego. Jeśli otwarte jest okno Jaws, to należy wcisnąć Alt i następnie strzałkami w lewo lub prawo odnaleźć menu narzędzia i rozwinąć je strzałką w dół lub przyciskiem Enter. Gdy Jaws skonfigurowany jest na wyświetlanie w zasobniku systemowym, to po wciśnięciu klawisz Jaws+j należy poruszać się strzałkami w górę i w dół, a następnie wybrać i rozwinąć podmenu narzędzia. W menu narzędzia trzeba odnaleźć i uaktywnić polecenie „Centrum ustawień”. Po otwarciu domyślnych ustawień Jaws trzeba klawiszem Tab przejść na drzewo ustawień, odnaleźć grupę web/html/pdf, rozwinąć ją, odnaleźć podgrupę ustawień „Różne”, a następnie wcisnąć F6, aby przejść do panelu z dostępnymi opcjami w grupie „Różne”. Teraz wystarczy już tylko odnaleźć przy użyciu tab lub shift+tab i odznaczyć pole wyboru: “Pozwól aplikacji internetowej zachować skróty klawiszowe” i powrócić klawiszem F6 do drzewa opcji, przejść tabulatorem najpierw do przycisku „zastosuj” i wcisnąć go spacją w celu zapisania zmian, a następnie do przycisku „Ok” i wcisnąć go w celu zamknięcia centrum ustawień. Co ciekawe, przy takiej kombinacji nadal będzie można korzystać ze skrótów oferowanych na stronach, wystarczy tylko wyłączyć wirtualny kursor PC skrótem klawisz Jaws+z, a strony będą mogły być obsługiwane przy użyciu skrótów na nich dostępnych.

Ustawienie to nie jest dostępne tylko w konfiguracji domyślnej default.jcf, więc można włączyć je dla jednej przeglądarki internetowej, na przykład Firefox, a wyłączyć dla innej, na przykład Chrome od firmy Google. Jak widać możliwości jest wiele.

Podsumowanie

Zalety możliwości używania skrótów na stronach są dwie, ale bardzo znaczące. Pierwszą opisaną wyżej jest uproszczenie obsługi do funkcji, które użytkownika interesują, wystarczy zapamiętać kilka skrótów, żeby wykonać to, co się chce.

Druga zaleta ma charakter bardziej przyszłościowy i może przydać się do korzystania ze złożonych aplikacji takich jak webowe wersje Office, dokumenty Google itp. Jeżeli inne czytniki wprowadzą możliwość używania skrótów dostępnych na stronach i w aplikacjach webowych, to będzie można uczyć się wielu skrótów dostępnych na tych właśnie stronach i w aplikacjach internetowych, a potem używać ich niezależnie od czytnika ekranu, jaki będzie używany, tak jak dziś ma to miejsce w klasycznych aplikacjach użytkowych w systemie Windows posiadających swoje skróty.