Ze smartfonem na kolanach

Nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać, iż rozwój techniki wywiera zbawienny wpływ na jakość życia osób z dysfunkcją wzroku. Mówiące wagi, programy udźwiękawiające komputery, urządzenia do nawigacji GPS czy dostosowane do naszych potrzeb bankomaty – to zaledwie kilka przykładów zastosowania nowoczesnych rozwiązań. Niewidomi korzystają z nich na co dzień i choć dla reszty społeczeństwa wciąż są to tylko gadżety, stały się obecnie częścią krajobrazu. Postronnemu obserwatorowi jest obojętne, czy niewidomy przy poruszaniu się po ulicach korzysta z pomocy psa przewodnika, czy nowoczesnego sprzętu do nawigacji GPS. Oba te rozwiązania wydają się widzącym co najwyżej intrygujące, lecz z pewnością nie kontrowersyjne. Zdarzają się i tacy, którym w tramwaju przeszkadza zapowiadanie przystanków, ale na szczęście stanowią oni zdecydowaną mniejszość. Granice tolerancji w przypadku nowinek, które ułatwiają życie konkretnej grupie ludzi, wydają się obecnie szersze niż jeszcze kilkanaście lat temu.

Mówienie o zbawiennym wpływie nowoczesnych technologii na życie osób z dysfunkcją wzroku zaczyna nabierać ostatnio także dosłownego znaczenia. Mam tu na myśli rozwiązania, które wkraczają w duchową sferę egzystencji. Do niedawna dostęp do publikacji religijnych, tekstów Pisma Świętego czy modlitewnych formuł był dość ograniczony. Opasłe tomiska ksiąg biblijnych drukowane pismem wypukłym pozwalały na lekturę raczej wyłącznie w zaciszu domowym, gdyż ich gabaryty wykluczały możliwość zabrania ze sobą w podróż lub na medytację do kościoła. Pewnym rozwiązaniem są wersje audio. Te co prawda można śmiało zmieścić w odtwarzaczu niewielkich rozmiarów, ale za to nawigacja po tekście i wyszukiwanie konkretnych fragmentów mogą nastręczać problemy. Te ostatnie zostały rozwiązane w elektronicznych wariantach Biblii dostępnych na komputerach stacjonarnych. Trudno jednak nazwać je urządzeniami mobilnymi. Idealnym rozwiązaniem byłoby połączenie niewielkich gabarytów sprzętu z wygodną nawigacją po tekście. Opcja taka zadowoliłaby tych, którzy lubią mieć pod ręką Biblię do czytania, np. w autobusie, pociągu czy tramwaju.

Krokiem naprzód z pewnością było pojawienie się laptopów czy notebooków, ale prawdziwą rewolucją okazały się smartfony. Aplikacje na nie zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Kwestią czasu było udostępnienie na smartfony kompatybilnej wersji Pisma Świętego. Wkrótce okazało się, iż programiści poszli o krok dalej i poszerzyli ofertę produktów z dziedziny życia duchowego. Powstały aplikacje zawierające nie tylko tekst Biblii – i to w różnych przekładach, ale także formuły modlitw, rozważania różańcowe czy wielkopostne, jak również gotowe rachunki sumienia, a nawet liturgię godzin, czyli brewiarz.

Osoby niewidome mogą z nich korzystać dzięki screen readerom, które obecnie są częścią systemów operacyjnych stosowanych przez producentów smartfonów. Używam kilku takich aplikacji i właśnie korzystanie z nich skłoniło mnie do refleksji. Oto bowiem smartfon pod pewnym względem może stanowić substytut książeczki do nabożeństwa. Tę jednak wykorzystuje się nie tylko w domu podczas osobistej modlitwy, ale również zabiera do kościoła. Umożliwia ona niezwłoczne odprawienie pokuty po spowiedzi, gdy penitent nie zna na pamięć zadanej modlitwy lub pomaga aktywnie uczestniczyć w śpiewie litanii na nabożeństwach majowych i czerwcowych. Widok pochylonej nad książeczką do nabożeństwa postaci w kościelnej ławce nie wzbudza niczyjego zainteresowania ani kontrowersji.

Czy jednak reakcja byłaby taka sama, gdyby w ręce modlącego się tkwił nowoczesny smartfon? Oczywiście nie sądzę, aby w najbliższym czasie książeczki do nabożeństwa zostały wyparte przez smartfony czy tablety. W tym przypadku postęp, o ile w ogóle nastąpi, będzie raczej powolny. Sprawa jednak przedstawia się zgoła inaczej, gdy chodzi o osoby niewidome. W ich przypadku smartfon nie jest fanaberią, lecz funkcjonalnym urządzeniem, dzięki któremu mogą rozwijać swe duchowe życie i pełniej uczestniczyć w nabożeństwach.

Z teologicznego punktu widzenia nie ma różnicy między książeczką do nabożeństwa a elektronicznym urządzeniem. Problem tkwi jedynie w tym, że pierwsza jest od wieków kojarzona z liturgią i świątynią, zaś smartfon zdaje się nijak do tych rzeczywistości nie przystawać. Być może na taki stan rzeczy ma wpływ utarte kojarzenie kościoła ze wszystkim co konserwatywne? Wszelkie nowości napotykają tu na swoisty opór, co nie znaczy, iż całkowicie odmawia się im wstępu w mury świątyń. I nie mam tu na myśli wyłącznie oporu ze strony hierarchów. Myślę o odbiorze przez rzesze wiernych, którzy codziennie nawiedzają kościoły. Jak zareagowaliby na widok kogoś, kto zamiast książeczki do nabożeństwa dzierży w dłoni smartfon połączony ze słuchawką bluetooth? Biała laska stojąca obok byłaby z pewnością pewną podpowiedzią dla obserwatora, czy jednak wpłynęłaby znacząco na ocenę?

Konkluzja moich przemyśleń nie była zbyt optymistyczna. Po pierwsze doszedłem do wniosku, iż kontrowersji nie wzbudziłby niewidomy korzystający w świątyni z tekstów drukowanych pismem wypukłym. Alfabet Braille«a to coś, co nieodłącznie kojarzy się z nami. Sądzę, iż całkiem spora część społeczeństwa nie ma pojęcia, że potrafimy korzystać z komputerów. Różnica między niewidomym przesuwającym opuszkami palców po tekście zapisanym alfabetem Braille«a a muskającym dotykowy ekran, wymuszając reakcję syntezatora mowy, jest przecież wyłącznie techniczna. Widzący niejako skazują nas na pismo wypukłe i żadna alternatywa nie mieści się im w głowie. I to właśnie jest mało optymistyczne. Walka ze stereotypami okazuje się trudniejsza niż można byłoby przypuszczać.

Drugi wniosek również nie napawa zbytnim optymizmem. Niewidomy ze smartfonem w kościele byłby niezauważony, gdyby książeczki do nabożeństwa zostały powszechnie zastąpione tabletami lub innymi elektronicznymi gadżetami. Oznaczałoby to jednak, iż granice norm ustalane są przez widzących, zaś niewidomi mogą się do nich wyłącznie przystosować.

W kontekście norm obyczajowych społeczeństwu trudno jest kierować się rozumieniem czyichś potrzeb. Wykładnikiem staje się raczej powszechność występowania jakiegoś zjawiska. Częste i jednakowe zachowania dużej grupy ludzi szybciej spotykają się z aprobatą niż te, choćby i najbardziej racjonalne, lecz wyglądające na pierwszy rzut oka zaskakująco i nieszablonowo. Czy jednak fakt ów ma hamować wszelkie próby zmian? Myślę, że nie i choć nie jestem zwolennikiem spektakularnych działań ani krucjat, to uważam, że powinniśmy podejmować próby przekonania społeczeństwa do własnych racji. Innymi słowy niezabieranie smartfona do kościoła tylko dlatego, że może to zostać źle odebrane, wydaje mi się zwyczajnym, acz niepotrzebnym uleganiem presji. Ktoś musi przecież być pierwszy, a obawa, że zostanie wyśmiany lub oskarżony o nonkonformizm nie powinna wpływać na postępowanie. Tym bardziej, że wykorzystywanie smartfona podczas liturgii przez osobę niewidomą podyktowane jest potrzebą, a nie kaprysem. Można zapytać, czy to właściwy czas na takie eksperymenty? Sądzę, że na wszystko, co może ułatwić nam życie, a co nie stoi w rażącej sprzeczności z dobrem innych, właściwy czas jest zawsze. Rozumiem jednak dylematy tych, którzy mają na ten temat inne zdanie. Żyjemy bowiem w konkretnych warunkach i konkretnym społeczeństwie, więc pytania o zasadność takich czy innych zachowań będą się pojawiać.

Dylematy dylematami, a życie życiem.

Kto wie, co przeżywał ociemniały fotograf James Biggs, pomysłodawca białej laski, gdy pierwszy raz wychodził z nią na ulicę? Być może, gdyby nie zdecydował się na wówczas dosyć odważny krok, to do dziś chodzilibyśmy wyłącznie w towarzystwie widzących przewodników?

Nie każdy oczywiście musi podzielać moje poglądy. Można przecież obejść się bez smartfona w kościele. W końcu tyle lat nikt z nich nie korzystał. To samo jednak można powiedzieć o udźwiękowionych bankomatach lub urządzeniach do nawigacji GPS. Myślę, że każdy sam powinien zdecydować, czy smartfon jest mu potrzebny podczas liturgii, czy nie. Wykładnię niech stanowi jednak nie obawa o naruszenie norm czy obyczajów, lecz czysto pragmatyczne podejście do tematu. Nie ma co zastanawiać się, ilu niewidomych zabiera smartfon na nabożeństwo. Jeśli ma on uczynić je bardziej zrozumiałym lub głębiej przeżywanym, to na pewno warto. Nowoczesność wkroczyła już w bardzo wiele dziedzin naszego życia, więc dlaczego płaszczyzna duchowa ma pozostać pod tym względem wyjątkowa?

Rozrywka na telefonach od Apple

Rozrywka i zabawa towarzyszyła ludzkości od zawsze. Były to np. starożytne igrzyska, czy współczesny mundial. Dla każdego człowieka rozrywką jest co innego. Dla jednego będzie to spotkanie z przyjaciółmi, a dla innego na przykład bieganie, czy jazda rowerem. Myślę, że można powiedzieć, że rozrywka to po prostu przyjemne spędzanie wolnego czasu.

W czasach nam współczesnych coraz popularniejsze stają się smartfony. To kieszonkowe urządzenie, które łączy funkcje telefonu i komputera. Urządzenie, o którym mowa, daje dostęp do Internetu poprzez sieć komórkową i coraz częściej Wi-Fi.

Duży udział w rynku smartfonów ma firma Apple ze swoimi iPhonami. Zaletą tych urządzeń dla osób z dysfunkcją wzroku jest to, że mają one wbudowane już funkcje wspomagające te osoby. Ostatnio obserwuje się, że tym samym tropem poszedł system Android, ale – z tego co wiem – nie jest jeszcze tak dopracowany jak IOS. Nie wypowiadam się jednak na ten temat, bo nie miałem przyjemności potestować dłużej Androida.

Ekran dotykowy to nic strasznego. Sam zastanawiałem się i bałem się przejść na ekran dotykowy. Ale lubię nowe technologie, zażartowałem, że klawiaturę trzeba odłożyć do lamusa, bo takie dotykowe urządzenie nie ma klawiatury, więc mu się ona nie zakurzy i zaopatrzyłem się w iPhona. Początki nie były trudne. Pomagał mi kolega, ale po kilku dniach doszedłem do wniosku, że ekran dotykowy nie jest wcale straszny i może dać dużo więcej rozrywki i zabawy niż tradycyjne telefony klawiaturowe, oparte na np. Symbianie.

Rozrywka na telefonie dotykowym – to już możliwe. Telefon od Apple czyta z reguły to, co mamy pod palcem. W związku z tym może on być doskonałym źródłem rozrywki w następujących kategoriach: gry, radio, telewizja oraz wszelkiego rodzaju pliki multimedialne. Nie wspominam tu o przeglądaniu Internetu, czy poczty elektronicznej, bo to rzecz oczywista. Telefon taki może nam z powodzeniem służyć do nauki, czytania sprawozdań, czy nawet do pracy zawodowej – wszystko zależy od zainteresowań użytkownika.

Można wymienić następujące funkcje gier:

Edukacyjna. Dobre gry mogą uczyć nowych rzeczy użytkownika. Mogą to być np. pożądane zachowania, czy różne umiejętności, które zazwyczaj zdobywa się w szkole. Trzeba jednak zauważyć, że występują zarówno gry dobre, propagujące pozytywne wartości, jak i złe, propagujące np. przemoc. To od użytkownika zależy, czy podda się grze, czy będzie żył wartościami, które były dla niego ważne przed rozpoczęciem gry. Myślę, że umiar jeszcze nikomu nie zaszkodził, a problem zaczyna się wtedy, gdy przez grę zaczynamy zaniedbywać nasze obowiązki. Wówczas trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: co jest dla nas ważniejsze, gra, czy świat realny? I szybko wyciągnąć odpowiednie wnioski.

Funkcja psychologiczna. To bardzo kontrowersyjna i nie zbadana jeszcze funkcja, która mówi, że gra oddziałuje na psychikę i zachowanie człowieka.

Funkcja kulturowa mówi, że gry czerpią z różnych wzorców, książek i przekazują je grającemu użytkownikowi. W ten sposób gracz poznaje historię i kulturę innych ludzi.

Funkcja sportowa. Wyróżniamy tu tak zwany sport elektroniczny, czyli współzawodnictwo za pośrednictwem tej samej elektronicznej gry, najczęściej przy pomocy Internetu, albo gry też mogą uczyć zręczności, logicznego myślenia itd.

Funkcja integracyjna. Funkcja ta dotyczy głównie gier online, czyli gdy nawiązujemy kontakt z drugim użytkownikiem za pośrednictwem Internetu. Jest to bardzo ciekawa funkcja, gdyż niektóre gry, oprócz interakcji z drugim użytkownikiem, pozwalają na prywatny kontakt z graczem. Najczęściej odbywa się to za pośrednictwem wiadomości tekstowych. Wiadomości te można kierować na forum, gdzie czyta je szersza grupa użytkowników, albo bezpośrednio do interesującej nas osoby. W tym drugim przypadku nic nie stoi na przeszkodzie, żeby z daną osobą nawiązać realny kontakt, a nie tylko internetowy.

W gry, które mam zamiar opisać, mogą grać zarówno osoby niewidome, jak i widzące. Dzięki takiemu rozwiązaniu może następować swobodna integracja zarówno w świecie wirtualnym, jak i realnym. Dzięki możliwościom, jakie daje iPhone, osoby niewidome nie są skazane już tylko na tyflogry, ale mogą z powodzeniem sięgać po gry, w jakie grają ich widzący rówieśnicy i rozmawiać, wymieniać się spostrzeżeniami, a także rywalizować i licytować się np. kto zrobił lepszy wynik.

W niniejszym cyklu artykułów postaram się przedstawić aplikacje, które mogą dać trochę zabawy użytkownikowi zarówno widzącemu, jak i mającemu różnego rodzaju problemy wzrokowe. Niestety, często wadą tych aplikacji jest to, że są w języku angielskim. Postaram się jednak tak przedstawić sprawę, żeby każdy wiedział o co chodzi i mógł skorzystać z danej aplikacji. Nie będą to jednak pełne i wyczerpujące przewodniki po grze. Zadaniem tych artykułów jest zainteresowanie czytelników grami i przełamanie lęku przed ekranem dotykowym.

Artykuł opisuje gry na system IOS, ale myślę, że posiadacze np. Androida również mogą pokusić się o poszukanie tych gier na swój telefon. Spróbowanie nic nie kosztuje, a może będą działające odpowiedniki na inne telefony niż tylko iPhony?

Chcąc pobrać grę, bądź jakąś dodatkową aplikację na swoje urządzenie firmy Apple, musimy mieć dostęp do Internetu. Aby zainstalować aplikację wchodzimy w App Store, tam przechodzimy na zakładkę Search, następnie uaktywniamy pole wyszukiwania, wpisujemy co nas interesuje i wciskamy przycisk szukaj. Kolejny krok to wybranie z listy aplikacji nas interesującej. Jeżeli „klikniemy” w nazwę aplikacji, to możemy zapoznać się z jej szczegółami. Jeśli jesteśmy pewni, to możemy od razu wybrać przycisk free lub przycisk z ceną w euro. Przycisk z ceną pojawi się tylko wtedy, gdy dana aplikacja jest płatna. Jeżeli wybierzemy przycisk free, to następnym krokiem jest przycisk instal, w zależności od modelu urządzenia możemy być poproszeni o kod zabezpieczający lub odcisk palca. Jeżeli zdecydujemy się na przycisk z ceną, to następnym krokiem jest przycisk buy, czyli kup i tak samo kod zabezpieczający, bądź odcisk palca. Po tych operacjach rozpoczyna się pobieranie i po chwili możemy cieszyć się zainstalowaną nową aplikacją. Jeśli chodzi o przycisk z ceną i kupowanie płatnych aplikacji to przed dokonaniem tej czynności musimy w App Store podać dane naszej karty płatniczej, bądź kredytowej.

„Audio archery”, to gra polegająca na strzelaniu z łuku do celu. Aby przejść kolejny poziom, trzeba zdobyć określoną ilość punktów. O zdobytych punktach i o tym, ile na danym poziomie musimy ich uzbierać, jesteśmy informowani komunikatami z gry, tak więc w grze Voice Over nie jest nam potrzebny. Mało tego, po wejściu w grę, żeby móc grać, trzeba wyłączyć Voice Over, czyli nasz program odczytu ekranu, gdyż gesty Voice Over i gesty gry się wykluczają i z uruchomionym programem odczytu ekranu nie pogramy sobie. Aby wyłączyć lub włączyć Voice Over, jeśli mamy odpowiednio skonfigurowany telefon, wystarczy wcisnąć szybko trzy razy przycisk home, czyli początek.

Gra jest prosta. Polega na słuchaniu dźwięku w słuchawkach, które trzeba podłączyć do naszego telefonu. Dźwięk ten przesuwa się z jednej strony na drugą i gdy jest najbardziej pośrodku, wówczas wypuszczamy strzałę. Cięciwę naciągamy przesuwając palec w dół, w kierunku przycisku początek. Trzymamy palec na ekranie i gdy uznamy, że nadszedł dogodny moment, wówczas wypuszczamy strzałę, czyli odrywamy palec od ekranu. I praktycznie do gry używamy tylko tych dwóch gestów. Na końcu rozgrywki mamy podawaną ilość punktów, zatem zapraszam do gry, najlepiej w kilka osób i sprawdzeniu kto najwięcej punktów zdobędzie.

Kolejną grą, którą pokrótce omówię, jest „Serce Zimy”. Nie jest to taka typowa gra. Jest to interaktywny audiobook, który opowiada o dziejach z roku 1812. Podczas jego słuchania możemy kierować losami bohatera. Jeśli źle zagramy, to bohater umiera, a my musimy zacząć od nowa.

Po włączeniu gry musimy również pamiętać, żeby wyłączyć Voice Over, gdyż aplikacja ma swoje gesty, które kłócą się z gestami programu odczytu ekranu. Nie musimy się bać wyłączać Voice Over, gdyż gra jest po polsku, ma polską instrukcję, a także samouczek. Najprościej mówiąc, gdy pojawi się menu wyboru po opcjach, poruszamy się muskając ekran palcem w górę i w dół, a wybór zatwierdzamy dotykając ekran w środkowej części i odrywając palec. Jeśli ktoś ma ochotę użyć wyobraźni i przenieść się w tamte czasy, to zapraszam do pobierania i zabawy.

Ostatnią grą, którą zamierzam omówić jest „Antek”. Słowo gra to za dużo powiedziane, bo w sumie jest to audiobook, po którego wysłuchaniu mamy pytania do lektury. Jeżeli prawidłowo odpowiemy na pytania, wówczas autor gry umożliwia zmianę niektórych scen (na przykład możemy uratować Rozalkę od spalenia w piecu chlebowym) i w ten sposób pobawić się losami bohaterów noweli Bolesława Prusa, jaką w tym wypadku jest „Antek”. W tym interaktywnym audiobooku w zasadzie poruszamy się tak samo jak w grze Serce Zimy. Zdaję sobie sprawę, że „Antek” to nie taka prawdziwa gra, jak by wszyscy oczekiwali, ale po przeczytaniu lektury pojawiają się tam interaktywne elementy i dlatego ją umieściłem w tym artykule. Myślę też, że odświeżenie książki dla co niektórych także może być doskonałą rozrywką i w końcu taki audiobook to doskonała forma pomocy dla dzieci w czytaniu lektury, więc myślę, że niektórym się przyda.

I na koniec miła niespodzianka, wszystkie omówione gry w niniejszym artykule są aplikacjami bezpłatnymi. Obydwie powyższe gry to produkcje polskie. Szkoda tylko, że projekt nie jest już rozwijany i że nie są tworzone nowe aplikacje tego typu. Obawiam się, że przedsięwzięcie może upaść, a szkoda, bo są to dwie naprawdę fajne i – co ważne – polskie aplikacje.

We wszystkich trzech opisanych aplikacjach praktycznie nie ma grafiki, a gra opiera się na słyszanym dźwięku. Obiecuję, że w kolejnym artykule przedstawię gry z grafiką i postaram się przekonać, że również z takich gier można czerpać przyjemność używając ekranu dotykowego.

Zdaję sobie sprawię, że wprowadzenie do artykułu jest nieco długie, w kolejnych cyklach skupię się już na samych grach. Chciałem tylko, żeby początkującemu użytkownikowi było łatwiej przejść przez instalację i oswojenie się z ekranem dotykowym.

Gdyby jednak mimo to pojawiły się jakieś pytania, czy niejasności to proszę pisać na maila: matip82@wp.pl

25 lat na miarę tysiącleci

Flirt niewidomych z komputerami w Polsce rozpoczął się przed ćwierćwieczem. Następnie przekształcił się w podziw, uznanie i chyba miłość. Rzecz jasna, są to jednostronne uczucia, lecz jakże ważne. Musiała upłynąć cała starożytność, całe średniowiecze i kawał historii nowożytnej, żeby niewidomi otrzymali pismo, które nadawało się do przelewania myśli na papier oraz do korzystania z dorobku intelektualnego ludzkości utrwalonego na papierze. Wcześniej od biedy niewidomy mógł coś napisać, na przykład przy pomocy tabliczki Kwintyliana, ale nie mógł tego odczytać. Było i odwrotnie – z trudem mógł odczytać wypukłe litery łacińskie tłoczone na mocnym papierze, ale nie mógł pisać takim pismem. Możliwe to było wyłącznie w specjalnej drukarni przy pomocy ciężkiej prasy.

Dopiero wynalazek szesnastoletniego Ludwika Braille’a umożliwił niewidomym pisanie i czytanie. Są to jednak sprawy znane, dlatego tylko wspominam je przed wyrażeniem zachwytu nad możliwościami, jakie stworzyła niewidomym technika, elektronika i informatyka. Możliwości te są również znane. Wyrażam więc swój wielki zachwyt, wielkie zadowolenie z posiadania tak wspaniałego narzędzia, wielką radość ze znacznej samodzielności w korzystaniu ze słowa pisanego i swobodnego przelewania myśli na papier, a częściej na nośnik elektroniczny.

W ten sposób złożyłem hołd elektronikom i informatykom. Mogę więc przystąpić do zaprezentowania spostrzeżeń, uwag i wniosków na tle postępu, jaki dokonał się w drugiej połowie mojego życia, za sprawą komputera, mowy syntetycznej i Internetu.

Miałem ponad 50 lat, kiedy zacząłem posługiwać się komputerem. Niektórzy uważali, że jest to rodzaj fanaberii, gonitwy za nowinkami, ulegania modzie. Oczywiście, były i osoby starsze ode mnie, które wzięły się za bary z nowoczesnością i bardzo dobrze na tym wyszły. Niestety, część starszych niewidomych z obrzydzeniem odrzuciła możliwość szerokiego otwarcia okna na świat. Osoby te twierdziły, a i teraz niektóre twierdzą, że nie ma to jak brajl, że nic pisma tego zastąpić nie może. Osoby te wynalazek Ludwika Braille’a obdarzają czcią, nabożnym szacunkiem i traktują jak przedmiot kultu. Niestety, negatywny stosunek do komputerów zawęził im świat, zubożył kontakty z ludźmi, sprawił, że bogate źródła informacji są dla nich niedostępne i ograniczył możliwości przekazywania swoich myśli.

W tym miejscu należy z całą mocą zaznaczyć, że pismo punktowe jest w dalszym ciągu potrzebne, że chyba nie da się rozwiązywać równań z wieloma niewiadomymi przy pomocy komputera. Tak samo opanowanie wzorów fizycznych i chemicznych oraz posługiwanie się nimi wymaga wzięcia ich pod palce, czyli wymaga pisma punktowego. To samo dotyczy ortografii i interpunkcji. Umiejętności te można posiąść tylko przez czytanie oczami lub palcami, ale nie uchem.

Z drugiej strony praca z brajlowskim tekstem (poprawki stylistyczne, uzupełnienia, eliminacja literówek itp.) jest bardzo utrudniona. Czasami dopisanie jednego przecinka wymaga przepisania całej strony, jeżeli nie chcemy, żeby bezpośrednio po nim znalazła się litera zamiast spacji. W przypadku konieczności dopisania kilku słów może okazać się, że i nawet kilka brajlowskich stron trzeba przepisywać. Kiedy się pisze z zastosowaniem komputera, nie występują takie trudności.

Szczególnie duże możliwości stwarza połączenie brajla z komputerem – można robić to, co wykonanie przy pomocy samego komputera jest niezmiernie trudne. Piszę tu o adiustacji tekstu. Oczywiście można ustawić tak parametry edytora tekstu, że będzie czytał wszystkie znaki, ale jakże będzie to uciążliwe. Zastosowanie monitora brajlowskiego i komputera to dopiero jest coś. Korekta staje się łatwa.

Niewyobrażalnie trudna byłaby praca tłumacza bez posługiwania się brajlem i komputerem łącznie. Przecież w każdym języku jedna litera może zmieniać znaczenie słowa, a nawet przecinek może zmieniać sens zdania.

Niektórzy poloniści dają przykład, jak przecinek zmienia sens wypowiedzi.

Lekarz mówi do pacjenta: „Operować nie wolno, czekać”. I to samo zdanie, ale przecinek w innym miejscu: „Operować, nie wolno czekać”.

Brajl nie jest przedmiotem kultu. Nie jest nim też komputer. Jedno i drugie jest narzędziem, które nam służy lepiej lub gorzej. Mimo, że brajl jest ciągle potrzebny, komputer jest bardziej uniwersalnym, lepszym narzędziem. Dlatego brajl traci na znaczeniu, a komputer zyskuje.

Komputera nie można również przeceniać. Jest to doskonałe narzędzie, ale przecież tylko narzędzie. Niektórzy umiejętność posługiwania się komputerem chcą traktować jak kwalifikacje zawodowe. Otóż umiejętność ta jest niezbędna przy wykonywaniu wielu prac, ale nie zastąpi kwalifikacji zawodowych. Jest chyba niewiele prac, które wymagają wyłącznie umiejętności posługiwania się komputerem.

Tłumaczowi komputer poważnie ułatwi pracę, nauczycielowi ułatwi przygotowywanie lekcji, dziennikarzowi wyszukiwanie informacji, literatowi – pisanie książek. Ktoś będzie obsługiwał bazę danych, ktoś inny posługiwał się Excelem itp., itd. Każda z tych prac jednak wymaga wiedzy i umiejętności, których komputery, jak na razie, nie zapewniają. Nauka posługiwania się techniką komputerową – chociaż zajmuje ważne miejsce w rehabilitacji zawodowej – nie zastąpi przygotowania zawodowego, wiedzy ogólnej i specjalistycznej. Nie może więc być traktowana jako panaceum na bezrobocie osób niewidomych.

Na koniec zastanówmy się nad nadmierną wiarą w sprawność, jaką niewidomi uzyskują przy pomocy techniki komputerowej. Znam niewidomych, którzy twierdzą, że potrafią czytać brajlem tak samo szybko, jak ludzie widzący wzrokiem, chociaż oczywiste jest, że nie jest to możliwe. Jeszcze od biedy przy głośnym czytaniu może osiągnęliby zbliżoną szybkość, ale przy cichym… Są ludzie widzący, którzy jednym spojrzeniem obejmują całe akapity, co w żaden sposób nie jest możliwe przy użyciu palców.

Podobnie zdarzają się osoby, które twierdzą, że przy pomocy komputera wykonują różne czynności równie szybko jak ludzie widzący.

W Portalu Obywatelskim Osób Niewidomych nr 21, w artykule „Problemy niewidomego i słabowidzącego z rehabilitacją” czytamy:

„Szczególnie wiele możliwości stworzyło osobom z dysfunkcją wzroku zastosowanie mowy syntetycznej w posługiwaniu się komputerem. To swoiste okno na świat. Pomaga w dostępie do źródeł informacji, do prasy, do literatury pięknej i naukowej oraz do nieprzebranych zasobów Internetu. Kiedyś uważałam, że osoba niewidoma nie może konkurować z widzącymi, ale jak zobaczyłam, w jaki sposób pracują, zmieniłam zdanie. „Gadacze” mieli poustawiane tak szybko, że nie byłam w stanie zrozumieć ani słowa”.

Otóż prawdą jest to wszystko, oprócz możliwości pełnego konkurowania z osobami widzącymi. Niewidomi posiadają duże możliwości i bardzo dużo potrafią, ale przecież nie wszystko. Uważam, że podstawą rehabilitacji jest realizm, a nie mity, nawet najpiękniejsze, ale nieprawdziwe. Inteligentny, sprawny niewidomy może dorównywać osobom widzącym, ale tylko w niektórych pracach, przy wykonywaniu niektórych czynności, a tak ogólnie, we wszystkim – nie.

Jak poradzi sobie z grafiką niewidomy konkurujący z widzącymi? Jak przepisze kod z obrazka, kiedy jest to niezbędne?

Jak wykona nawet drobną, ale niezbędną czynność, w przypadku kiedy nie włączy się program odczytu ekranu?

Pytania te wskazują na czynności niewykonalne dla osoby niewidomej, ale i z tymi wykonalnymi nie jest tak różowo, jakby wynikało z wyżej przytoczonego cytatu.

Osoba widząca otwiera internetową stronę i jednym rzutem oka odnajduje to, co jest jej potrzebne. Następnie myszką naprowadzi kursor bardzo szybko w każde miejsce. Może przesuwać się wzdłuż, w poprzek i na ukos. Niewidomy natomiast musi czytać poszczególne wiersze. Nie zawsze poradzi też sobie z tabelami, a jeżeli nawet, to z trudem, zaś wykresy i ilustracje są dla niego niedostępne. Zwykła ocena tekstu – rozmieszczenie na stronie, krój czcionki, odstępy między wierszami i między akapitami, wielkość wcięć akapitów – dla osób widzących wszystko to dostępne jest w ciągu jednego rzutu okiem. Dostępne są też kolory, wygrubienia i estetyka tekstu. A niewidomy? A niewidomy też sporo z tego może rozpoznać i ocenić, ale musi przy tym wykonywać specjalne czynności, wydawać komputerowi odpowiednie komendy, pamiętać, że trzeba wyszukiwać różne fragmenty tekstu oraz jego cechy i sprawdzać.

Komputer jest wspaniałym narzędziem, ale nie może być mowy o pełnej konkurencyjności, chyba że bardzo sprawny niewidomy będzie konkurował z osobą widzącą o niższych kwalifikacjach, niż on posiada. Nie twórzmy więc legend i mitów dla poprawy samopoczucia. To do niczego nie prowadzi i nie rozwiązuje żadnych problemów. Realizm, realizm i jeszcze raz realizm! Niewidomi mogą dużo, mogą bardzo dużo, ale przecież nie wszystko. Gdyby mogli wszystko i tak łatwo, jak przychodzi to ludziom widzącym, przestaliby być osobami niepełnosprawnymi.

W wąskiej dziedzinie, zwłaszcza przy wykonywaniu powtarzalnych czynności zawodowych, osoba niewidoma może dorównać osobom bez niepełnosprawności, ale nie we wszystkich. Przykładem może być ręczny naciąg szczotek czy masaż leczniczy. Niektóre prace przy pomocy komputera może również wykonywać bardzo sprawnie. Prace te jednak nie są tak powtarzalne, tak jednorodne, jak naciąganie szczotek. Tam, gdzie występuje duża zmienność, różnorodność, gdzie wymagana jest szybka orientacja w masie szczegółów, niewidomi nie mogą skutecznie konkurować z osobami widzącymi. Raz jeszcze podkreślam, że niewidomi naprawdę wiele potrafią. Mnóstwo zawodów jest dla nich dostępnych i wiele doskonale się sprawdziło – poczynając od pracy naukowej, przez muzykę, literaturę, politykę, zawody wymagające wiedzy z różnych dziedzin, np. ekonomicznej, prawniczej, psychologicznej, filologicznej oraz zawody, które wymagają sprawności rąk i umiejętności – obsługa różnych obrabiarek, masaż leczniczy, szczotkarstwo. Nie ma potrzeby twierdzić, że wszystko mogą i w pracy z zastosowaniem komputera mogą konkurować z osobami widzącymi.

Zatrzymałem się nad tym zagadnieniem, gdyż uważam, że nie należy w niczym przesadzać, nie należy tworzyć ułudy, miraży, mitów, złudnej nadziei, bo to do niczego dobrego nie prowadzi. Niestety, mamy tendencję do tworzenia życzeniowych wizji, które dalekie są od rzeczywistości, a to musi obracać się przeciwko niewidomym. Życie zawsze zweryfikuje ich możliwości, a wnioski tej weryfikacji nie muszą być dla nich pozytywne.

Niezależnie od tego, że komputer nie zrobi z niewidomego osoby widzącej, jest to cudowne narzędzie, które daje niewidomym możliwości, o których Ludwik Braille nawet nie mógł marzyć, a niewidomi, również ci obdarzeni bujną fantazją, nawet o tym nie śnili. Korzystajmy więc z tego narzędzia, bo jest bardzo przydatne i nic lepszego, jak na razie, nie ma. Nie przeceniajmy go jednak, bo myśleć to my musimy. My też musimy posiadać wiedzę i różne umiejętności. Jeżeli je posiądziemy w wysokim stopniu, komputer ułatwi ich wykonywanie. Można powiedzieć, że nie tylko ułatwi, ale i umożliwi. Są takie czynności, których bez komputera niewidomy samodzielnie wykonywać zupełnie nie może, np. pobieranie cytatów i przenoszenie ich do własnego tekstu. Ale ta czynność wymaga wiedzy, umiejętności pisania, umiejętności przelewania myśli na „papier” i rozeznania w problematyce, o której się pisze. Bez tego nie da się wynajdywać odpowiednich cytatów i właściwie ich wykorzystywać.

Na zakończenie należy powiedzieć, że udźwiękowiony komputer, inne rodzaje sprzętu rehabilitacyjnego i różne udogodnienia są bardzo ważne, ale najważniejszy jest człowiek. Niewidomy inteligentny, dobrze zrehabilitowany, ambitny i wytrwały może sporo osiągnąć w każdych warunkach, również bez wspaniałego sprzętu. Będzie miał więcej trudności, więcej ograniczeń, ale może mieć osiągnięcia zawodowe, nawet bardzo poważne. Udowodnili to niewidomi przed erą komputerów. Osoba inteligentna, ale leniwa, bez ambicji, roszczeniowa nic nie osiągnie, nawet przy pomocy najlepszego sprzętu rehabilitacyjnego.

Polskie rozwiązania 25-lecia. Część 1

Na liście produktów, które miały w ciągu tego ćwierćwiecza i nadal mają największe znaczenie dla rozwoju tyfloinformatyki i wdrożenia nowoczesnej rehabilitacji inwalidów wzroku, która do nauki orientacji przestrzennej i wykonywania podstawowych czynności życia codziennego dodaje umiejętność pozyskiwania informacji, należą rozwiązania mówiące, brajlowskie i powiększające obraz, a one wszystkie ułatwiają dostęp do informacji, bez którego w społeczeństwach informacyjnych nie da się osiągnąć w zasadzie nic. Decyduje o wykształceniu i znalezieniu pracy. Minęły czasy, kiedy wydawało się, iż da się niewidomych wtłoczyć w system pracy fizycznej, skomasowanej w specjalnych zakładach, gdzie brak wzroku miały zrekompensować rozwiązania ułatwiające wykonywanie czynności ręcznych bez pomocy wzroku. Gdy rozwój techniczny stał się tak ważny jak teraz, pracują za ludzi urządzenia oraz zautomatyzowane taśmy produkcyjne. Czy w takich warunkach bezwzrokowe prace ręczne miały szansę przetrwania? Nie! Wraz z przemianami politycznymi i gospodarczymi przyszedł do Polski kapitał, który spowodował zwiększenie efektywności pracy. Ludzie przegrywają z automatami, gdy chodzi o wytwarzanie dóbr. Niewidomi musieli więc stracić swoje spółdzielnie, a przecież pracowały ich tam tysiące. Przyszedł czas na inny model sprawnego człowieka. Już nie spryt w kombinowaniu, radzenie sobie w specyficznych dla socjalizmu kastach, lecz wykształcenie i autentyczna przedsiębiorczość decydują o pozycji człowieka.

Teraz dobrze przygotowany do życia niewidomy musi samodzielnie poruszać się po tzw. mieście, radzić sobie w domu i w pracy oraz umieć wykorzystywać technologię informatyczną (IT), a więc komputery, urządzenia peryferyjne, Internet i media społecznościowe otwarte dla wszystkich.

IT wystartowała w naszym kraju mniej więcej 25 lat temu i jak widać zbiega się z momentem polskiej transformacji, w wyniku której zmienił się ustrój polityczny i gospodarczy, a co za tym idzie zbiór intratnych zawodów, dziedziny, w których można lepiej lub gorzej zarobić, ścieżki postępowania we wszelkich sprawach. Do zmian z początku okresu transformacji doszły regulacje związane ze wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. W wyniku tych przemian żyjemy w zupełnie innym kraju niż kiedyś. Na Zachodzie IT ruszyła wcześniej. W latach 80. słyszeliśmy o niebywałych wynalazkach, na które z niecierpliwością czekaliśmy. Najpierw dotarły do nas stamtąd małe i dziwaczne komputery służące przede wszystkim do gier. W tym samym czasie tam powstawały urządzenia, które udostępniały niewidomym komputery, a więc syntezatory mowy i brajlowskie monitory. Były tak drogie, że praktycznie nie mogły być u nas dostępne. Nie były też spolszczone, czyli nie mówiły w naszym języku oraz nie pokazywały polskiego tekstu brajlowskiego. Tam produkowano już poważniejsze komputery personalne (PC), tzw. pecety i rozpoczęła się komputeryzacja biur, szkół, uczelni itd. Tym bardziej specjalistyczne rozwiązania dla inwalidów wzroku były niezbędne. U nas urządzeń przeznaczonych dla niewidomych brakowało nawet wtedy, gdy PC już tutaj dotarły. Nie można było wykorzystać w praktyce rozwiązań zachodnich, gdy nie komunikowały się z użytkownikami w naszym języku oraz były tak drogie. Wtedy 100 dolarów stanowiło 5 moich pensji, a Tyle kosztował najprostszy syntezator mowy. Brajlowskie urządzenia kosztowały tysiące dolarów, czyli równowartość kilkuset pensji. Niewidomi nie mogli więc uczestniczyć w unowocześnianiu kraju. Traciliśmy stopniowo miejsca pracy w zawodach fizycznych, a zawody intelektualne były niedostępne. To właśnie stało się decydującym bodźcem do poszukiwań naszych własnych rozwiązań i osób, które mogłyby je stworzyć.

1. Działalność komórki niewidomych programistów w instytucie IPI PAN

Komórka ta powstała jeszcze w latach 70. Jej pracownikami byli niewidomi i niedowidzący informatycy, pośród których bodaj najważniejszą rolę odegrał dr Stanisław Jakubowski – jakiś czas później otrzymał od środowiska nieoficjalny tytuł ojca polskiej tyfloinformatyki. Kierownikiem grupy był dr Wojciech Zawistowski. Najbardziej znanym rozwiązaniem stworzonym przez nich, była prosta brajlowska drukarka komputerowa. Działalność zespołu była oceniana bardzo pozytywnie przede wszystkim dlatego, że była pierwszą próbą poszukiwania możliwości zaangażowania niewidomych w zawodach technologicznych w komputeryzującym się świecie. W latach 70. nie było jeszcze rozwiązań personalnych, a nieliczne komputery były ogromnymi maszynami, do których dostęp mieli nieliczni. Tym bardziej prace tej grupy należy uznać za istotne. Nie zmienia to faktu, iż ich rozwiązania nie przydały się w praktyce. Na tamtym etapie musiano poprzestać na stworzeniu modelu pokazowego, za czym nie poszło wdrożenie do produkcji.

Jeszcze studiowałem, gdy działała ta komórka. Miałem do niej blisko, gdyż mój wydział Matematyki, Informatyki i Mechaniki mieścił się wtedy na kilku piętrach Pałacu Kultury i Nauki, tak samo jak IPI PAN.

2. Prace instytutu IBIB PAN

Już w latach 80. zainicjowano tam prace nad stworzeniem polskiego syntezatora mowy. Kiedy przystąpiono do wdrażania komputeryzacji brajlowskiej drukarni Polskiego Związku Niewidomych, pojawiła się ogromna presja, by prace te zostały doprowadzone do sukcesu jak najszybciej. Ja rozpocząłem pracę na stanowisku informatyka w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej w roku 1986 i czekałem na ten syntezator jak na zbawienie. Spotykałem się z informatykami w PZN by dowiedzieć się, czy mamy już polski syntezator mowy. Niestety, w latach 80. nie doczekaliśmy się tego. Jednak prace postępowały. Prototyp syntezatora był prezentowany w szkole dla niewidomych w Laskach. Pod wpływem nauczycieli i uczniów wykonywano kolejne ulepszenia. Syntezator ten powstał, ale to już inna historia. Opisuję ją w jednym z następnych punktów.

3. Pracownia informatyczna pracująca nad komputeryzacją drukarni brajlowskiej PZN

Działała w drugiej połowie lat 80. Kierownikiem tego wdrożenia został wspomniany już dr Stanisław Jakubowski, a głównym informatykiem, wykonawcą oprogramowania był Igor Busłowicz. Wcześniej drukarnia pracowała na maszynach konwencjonalnych. Dzisiaj określiłoby się je analogowymi. Drukarze wpisywali tekst na specjalnych maszynach, które z grubsza można porównać do zwykłych brajlowskich maszyn do pisania. Maszyny te były wyposażone w specjalne głowice, które dziurkowały blachy brajlowskimi punktami. Były one zapisane przepisywanym tekstem, tzn. jego brajlowską wersją. Następnie blachy były kopiowane przez prasy na papier. Komputeryzacja polegała na uruchomieniu komputerowego procesu druku, który polega na wpisaniu tekstu do cyfrowej pamięci. Pisze się na zwykłej komputerowej klawiaturze. Mogą to robić zarówno widzący, jak niewidomi drukarze. Tekst jest wpisywany w zwykłym edytorze tekstu, np. Wordzie. Musi być przeformatowany na system brajlowski, choćby z tego powodu, że linijka w czarnym druku może liczyć np. 80 znaków, a w brajlu np. 29. Tak krótkie linijki wymuszają stworzenie solidnego formatera, który potrafi dzielić słowa na sylaby. Musi generować automatycznie spisy treści, bibliografie, dawać sobie radę z tabelkami, tekstem obcojęzycznym lub informatycznym itd. Prawidłowo sformatowany tekst jest przenoszony na stanowisko drukujące. Są dwa warianty: można wydrukować tekst na blachach, ale na komputerowych prasach, a nie konwencjonalnych, albo od razu na papierze. Oprogramowanie autorskie stworzyli: dr Jakubowski jako projektant, a mgr Busłowicz jako programista.

4. Pierwszy obecny na rynku syntezator polskiej mowy Readboard – późniejszy Speak

Jestem jego autorem, wobec czego w jakichś elementach mogę nie być obiektywny. Postaram się jednak złożyć stosowną relację. Już wspomniałem, że szukaliśmy rozwiązań udostępniający niewidomym komputery. W moim instytucie nie było na to szans i musiałem radzić sobie sam. Korzystałem wtedy z genialnego urządzenia Optacon, który zamieniał graficzny oraz na obraz wibrujący i wypukły. Nie pokazywał liter w systemie Braille’a, lecz uwypuklał to, co widziała jego kamera. W ten sposób można było czytać to, co było napisane na papierze albo wyświetlone na ekranie monitora. Jednak w praktyce nie był dobrym narzędziem. Zostawmy jego minusy na inną opowieść. W ten sposób zmuszony byłem chodzić do biura PZN, do komórki niewidomych informatyków komputeryzujących drukarnię i pytać, czy obiecywany przez IBIB PAN syntezator już jest. Nie było. Zrozumiałem, że jedyną metodą na podtrzymanie pracy jest znalezienie przeze mnie specjalisty, który zdoła opracować syntezę mowy. I tak zrobiłem.

Spotkałem Jana Grębeckiego, który był serwisantem elektronicznych instrumentów muzycznych. Reperował je dla najwybitniejszych polskich twórców. Gdy zaczął bawić się komputerami, wpadł na pomysł nagrywania dźwięku na cyfrowe nośniki. Gdy zapytałem, czy nie mógłby nagrać dla mnie fonemów polskiej mowy, zgodził się i niedługo potem mi je przekazał. Najpierw udźwiękowił klawiaturę komputera. Wciskaliśmy klawisze, a komputer mówił ich nazwę. Nie dołączaliśmy żadnych głośników, bo Jan jako pierwszy wykorzystał wewnętrzny głośnik do celu odtwarzania dźwięku. Była to bardzo prosta i prymitywna metoda, ale mogliśmy zrozumieć słowa. Potem Jan skonstruował specjalną wtyczkę, którą podłączało się do portu drukarkowego w komputerze. Wysyłał na ten port rozmaite bajty, wtyczka zamieniała je na sygnały analogowe i mogliśmy słuchać nagrania w głośniku podłączonym do tej wtyczki. Udźwiękowiona klawiatura ucieszyła nasze gronko, wobec czego Jan nagrał zaproponowane przeze mnie dźwięki fonemów. Podyktowałem słowa, które ma nagrać oraz ich części, które ma z nich wykroić. Stworzyłem tzw. algorytm mowy i intonacji – i już mieliśmy syntezator mowy. Wszystkie słowa były nagrane jednakowo, wobec czego wycięte dźwięki były wypowiedziane tym samym tonem krtaniowym. Algorytm intonacji regulował, na jakiej wysokości mają być wypowiedziane poszczególne sylaby.

Mieliśmy syntezator, czyli narzędzie, które mogło mówić to, co sobie zażyczyliśmy. To jednak nie wystarczy niewidomym. Chodziło o to, by można było wiedzieć co jest napisane na ekranie, potrzebny jest zatem program screen access, inaczej screen reader, czyli czytnik ekranu. O ile syntezator był prezentowany już w roku 1988, program taki napisałem w roku 1989. Był prosty i nazywał się Reader. Już dzięki temu systemowi mogłem korzystać z komputera. Udostępniłem go moim przyjaciołom, którzy odwzajemnili się pomocą w odnajdywaniu błędów i proponowaniu jak najlepszych procedur, które rozwijały mój program.

Potem powstał już profesjonalny program screen reader Readboard, który w opinii wielu użytkowników był najlepszy z dostępnych na rynku. Oczywiście miał też przeciwników. Jakie wady miał mój system? Otóż, jak już wspomniałem, syntetyczny głos był słyszany w głośniku podłączonym do wyjścia drukarkowego komputera. Nasza synteza mowy od samego początku była programistyczna. Dzisiaj wszystkie syntezatory są tego rodzaju. Wtedy było to tak samo genialne, jak i krytykowane. Zawsze programy angażują układy elektroniczne. Programy to zbiory rozkazów, które muszą czymś zawiadywać, by mogły coś realnie zrobić. Mogą uruchamiać urządzenia mechaniczne albo układy elektroniczne. Nasz system angażował głównie procesor, który w tym czasie przerywał wykonywanie innych operacji, np. czuwanie nad czasem. Generowanie dźwięku hamowało pracę komputera i zamiast godziny 21.15 mieliśmy 20.57. Podobno złościło to niektórych ludzi, chociaż inni nawet tego nie zauważali. Kolejną wadą naszej syntezy mowy było to, że była rzeczywiście prosta, wręcz prymitywna i brzmiała sztucznie. Fakt, nigdy nie uważaliśmy inaczej. Stworzyliśmy najprostszy syntezator na globie, ale nigdy nie mieliśmy innych ambicji. Chodziło nam o udźwiękowienie komputera, by niewidomi mogli się uczyć i pracować intelektualnie. Ten cel osiągnęliśmy.

Po latach nasz program syntezy mowy został przepisany na system Windows i zmienił nazwę na Speak. Jest on sprzedawany do dzisiaj, co potwierdza, że miał niebywałą moc. Produkt kupowany na rynku przez 25 lat – to dopiero sukces! Wielu niewidomych lubi jego prostotę, tempo działania, wyrazistość, która wiąże się z sztucznością, ale jak widać wielu ludzi tak woli. Stworzyłem dodatkowe narzędzia, jak zegar, datownik, terminarz, notatnik, bazę danych, udźwiękowiłem gry edukacyjne np. szachy i brydż. Wzbogaciłem system o algorytm odczytywania liczb, w tym rzymskich, poprawne czytanie wyjątków i skrótów, bazę słów umykających regułom, czyli słów wyjątkowych, algorytm intonacji, który wie, że „fizyka” nie ma akcentu na przedostatnią sylabę itd.

Cdn.

Wyjątkowe miss

O tym, że niepełnosprawność nie musi oznaczać izolacji od społeczeństwa i otoczenia świadczy fakt realizowania w Polsce dwóch… konkursów piękności dla niepełnosprawnych. Zaskoczeni? Na pewno, ale mam nadzieję, że pozytywnie. A zatem do rzeczy.

Pierwszym konkursem, o którym mowa i najstarszym w Polsce jest Miss Niesłyszących. Środowisko niesłyszących swoje miss wybierało już w latach 80. XX wieku. Ale prawdziwa bomba wybuchła w 2002 roku. Wtedy to bowiem wybrano nie tylko Miss Niesłyszących, ale stała się ona jednocześnie reprezentantką Polski na międzynarodowe konkursy dla niesłyszących. Są to Miss Deaf World (Miss Świata Niesłyszących) oraz Miss Deaf International (Międzynarodowa Miss Niesłyszących). Poza tym w minionych latach wybierano również Mistera Niesłyszących. Środowisko głuchych ma co roku organizowane wspólne spotkania, podczas których właśnie dokonywano przed 2011 rokiem wyboru miss i mistera. Spotkania i konkursy organizowane były corocznie, rotacyjnie, w największych miastach Polski. Jednak od 2011 roku konkurs Miss ewoluował i stał się pełnowymiarową imprezą, której finały odbywają się co dwa lata.

Jury składa się z osób wyjątkowych dla środowiska głuchych, ale w 2013 roku pierwszym w historii jurorem konkursu głuchych był słyszący mister kraju, czyli Michał Danilewicz Manhunt Poland 2012. Ten fakt sprawił, że po rozmowach Jarosława Załęgowskiego, który szefuje wyborom Manhunt Poland z organizatorami Miss Deaf Poland 2013, m.in. Anną Sacha postanowiono zrealizować projekt, o którym wiele osób w środowisku głuchych marzyło. Oto bowiem wystąpili: Iwona Cichosz – Miss Niesłyszących 2008 wraz z Łukaszem Nowickim – aktorem, Kamilem Zatorskim – Manhunt Poland 2014, Marcinem Cejrowskim – dziennikarzem, Andrzejem Piaskiem Piasecznym – piosenkarzem, Michałem Danilewiczem – Manhunt Poland 2012 oraz modelami: Konradem Pondo i Mateuszem Petromichelisem. Przygotowywana kampania będzie promowała język migowy i namawiała do kontaktów między osobami głuchymi i słyszącymi. Premiera kampanii ma się odbyć w ostatnim kwartale 2014 roku.

Warto podkreślić, że gale finałowe Miss Deaf Poland niewiele różnią się od tak prestiżowych konkursów jak np. Miss Polonia. Jedyna w nim różnica jest taka, że kandydatki podczas indywidualnych prezentacji oraz prowadzący galę posługują się językiem migowym. Są pokazy przy muzyce w strojach od projektantów mody z Polski. Występy artystyczne. I… pełna widownia. Zaś laureatki otrzymują nagrody i dekoracje typowe dla krajowych najpiękniejszych Polek. Gala jest wzbogacona materiałami filmowymi dotyczącymi konkursu. Wybrane najpiękniejsze jadą potem w świat reprezentować Polskę na międzynarodowych konkursach. Oczywiście nie są to jedyne inicjatywy promocyjne. Środowisko głuchych jest bardzo aktywne. Z roku na rok pomysły są coraz odważniejsze. Ale nie zawsze osoby słyszące mają możliwość zauważyć tę aktywność, gdyż nie znają języka migowego.

Drugim konkursem, który może czytelnika miło zaskoczyć, jest powstały z inicjatywy Fundacji „Jedyna Taka” z Bydgoszczy konkurs Miss Polski na wózku. Pomysł narodził się w 2013 roku. I choć podchodzono do tematu dość ostrożnie, udało się pokonać wiele przeszkód organizacyjnych. Bowiem już w tym pierwszym roku istnienia konkursu postanowiono przygotować galę finałową dużego formatu. Odbyła się ona w Muszli Koncertowej w Ciechocinku. Zaproszono gości ze świata biznesu i polityki. Galę finałową przygotowano także na wzór największych polskich konkursów piękności. Odbyły się prezentacje w garderobach przygotowanych przez projektantów mody, także w bikini. Można było też poznać bliżej finalistki dzięki osobistym prezentacjom na scenie. Dziewczyny prezentowały się bez kompleksów. Koronacji Miss Polski na wózku 2013 dokonała Katarzyna Krzeszowska – Miss Polski 2012.

Pomysł aktywizacji Polek na wózkach poprzez konkurs miss okazał się sukcesem. Obecnie przygotowywana jest kolejna edycja. Zaś uczestniczki pierwszego konkursu są oficjalnymi modelkami fundacji, w której pomysł się narodził.

Finalistki obu konkursów mają profesjonalne zgrupowania przedfinałowe. Uczą się na nich dbać o urodę, styl ubierania, wypowiadania się. Realizuje się z ich udziałem sesje zdjęciowe, gdzie pozują jak profesjonalne modelki. Zrealizowane materiały filmowe oraz zdjęciowe wykorzystuje się do promocji nie tylko obu konkursów – są one motywatorem dla osób niepełnosprawnych, że warto uwierzyć w siebie i bez kompleksów rywalizować również w takich dziedzinach. Wspomniana wcześniej Iwona Cichosz – Miss Niesłyszących 2008, była uczestniczką polskiego programu Mam talent. Obecnie występuje w teatrze pantomimy podróżując z nim po całym świecie. Olga Fijałkowska zaś, czyli Miss Polski na Wózku 2013, pracuje zawodowo w szkole. Poza tym jest modelką oraz aktywnie promuje w mediach środowisko osób na wózkach.

Helpowe refleksje

Czekaliśmy na wakacje, a one tak szybko minęły. Za każdym razem chyba dłużej się na nie czeka, niż trwają. Od dawna zastanawiam się, czy w ogóle warto mieć wakacje. Czy Wy tak nie macie? Czeka się niecierpliwie, a gdy do nich dochodzi, zaczyna się gehenna. Trzeba najpierw pozałatwiać wszystkie sprawy, by nic nie zostawić w rozgardiaszu. Potem ma się odpoczywać poza domem, a gdy minie czas wyjazdu – wrócić do „normalnego” życia. I co się okazuje? Podczas wyjazdu nie potrafiliśmy się oderwać od spraw, które ciągle nas zajmują. Czy to problemy domowe, czy zawodowe, jak nic – są tak do nas przyklejone, że nie da się odróżnić czasu pracy od czasu wolnego. To, co nurtuje nas na co dzień, mamy na głowie również na urlopie. Sprawę pogarsza najlepszy nasz przyjaciel – komórka. Tyle nam daje radości i pożytku, że musimy ją mieć przy sobie, ale jest też bardzo złośliwa. Idziemy sobie milutko na plażę, znajdujemy jakieś miejsce, a wcale nie jest o to łatwo, już szykujemy się mentalnie do wejścia do wody, a tu ona – dzwoni! Odbieramy telefon i mamy nadzieję, że to tylko króciutka sprawa. O nie, nie ma krótkich spraw. Nawet najprostsze przedłużają się na wakacjach niebotycznie. Od pierwszej chwili jesteśmy negatywnie nastawieni i pewnie dlatego nasz rozmówca nie wie kiedy skończyć rozmowę. W jednej ręce trzymamy jeszcze kocyk, dziecko pyta, czy będziemy wreszcie szli do wody, żona układa ubrania, a mąż załatwia sprawę! Na wakacjach może na taką komórkę zadzwonić każdy: administracja budynku nie wie, czy już zapłaciliśmy czynsz, korepetytorka synka może pytać, czy ma przyjść w sobotę, bo zapomniała o naszym wyjeździe, agent firmy ubezpieczeniowej ostrzega, ze kończy się nam ubezpieczenie auta, współpracownik wie o naszych wakacjach, ale nie wie, na jakim papierze drukować Help, albo czy w końcu ma dawać artykuł pana X, czy nie. Skończymy rozmawiać i ułożymy wszystkie plażowe sprawy, morze pulsuje milutko i wzywa do zabawy, już się szykujemy do wody, a tu kolejny telefon. Tym razem ktoś po prostu źle wykręcił numer i przypomniał o tym, że gdzieś tam nadal istnieje cały świat. Jesteśmy jego nieodzownym elementem niezależnie od tego, czy chcemy nim być.

Tak więc podczas atrakcyjnego wyjazdu spędziliśmy kilkanaście godzin rozważań o życiu i o pracy, odebraliśmy kilkadziesiąt telefonów, kilka razy zastanawialiśmy się, czy możemy na coś sobie pozwolić, wkurzaliśmy się na brudną podłogę w pokoju, nie wiedzieliśmy czy dostaniemy bilet powrotny, bo jest mało miejsc, zepsuło się nam radyjko, kilka razy spóźniliśmy się na zbyt wczesną kolację, z powodu łakomstwa zjedlilśmy dwa obiady w ciągu jednego dnia, bo jeden wczasowy, a drugi niezbędny, bo to pyszna smażona rybka w smażalni i tak dalej!!! Uwaga, to tylko hipotetyczne sytuacje wzięte z życia różnych rodzin. Wreszcie wracamy do domu i pracy – i się zaczyna. W domu dużo zajęć, bo pranie, porządkowanie, zmiana czasu, adaptacja do zmienionych warunków. W pracy tragedia – wiele zaległych spraw, napięte terminy, bo dwa tygodnie uciekły, a one się nie zmieniły. I co, czy wyjazd na wakacje dał nam wypocząć?

Nie opisałem naszych wakacji, lecz wakacje typowej polskiej rodziny, w której są dzieci, a małżonkowie pracują. Na szczęście moja rodzina ma nieco inaczej, ale w tej naszej inności mamy i plusy, i minusy. Ja odbieram jeszcze więcej telefonów, bo to praca zawodowa, albo fundacja, wielu współpracowników. Nie odpoczywamy za dużo, gdyż ciągle chcemy coś poznawać i gdzieś jeździmy, by zwiedzać i zwiedzać. Wreszcie nie jesteśmy rodziną pełnosprawną, gdy ja jestem niewidomy, a nasz synek niedowidzący. Tak więc jest nam nieco trudniej. Na szczęście mamy też i dodatkowe ułatwienia. Jeździmy samochodem, a nie zatłoczonym pociągiem, który ciągnie się przez kraj dłużej, niż byśmy jechali bryczką. Mamy zniżki w hotelach, dzięki czemu stać nas na lepsze warunki. Możemy jechać na wakacje w terminach wybranych suwerennie przez nas, gdyż uprawiamy zawody z czasem pracy nienormowanym.

Minęły więc wakacje i czas wrócić do pracy. Co musimy zrobić we wrześniu? Wydać kolejny numer Helpa! Ten numer poświęcamy przede wszystkim 25-leciu polskich przemian. Oczywiście mamy tutaj wiele innych artykułów, które warto przeczytać. Tematem przewodnim jest jednak minione ćwierćwiecze. W kolejnym swoim artykule przypominam historię rozwoju nowoczesnej rehabilitacji w naszym kraju. Tym razem opowiadam o niektórych rozwiązaniach i produktach, które powstały w Polsce, a które pomagały naszemu środowisku. Jak się okazuje, dużo się u nas dzieje. Mamy jako Polacy czym się pochwalić. Szkoda, że inni nie lubią nas docenić. Zarówno przedstawiciele Zachodu, którzy są wpatrzeni głównie w siebie, jak i Wschodu, gdzie nic nie jest warte ich uwagi, wolą nie pamiętać, że między nimi jest Polska. Mam nadzieję, że nasza wspólna praca przyniesie kiedyś rezultaty. Poczekamy – zobaczymy.