Ach, te smażone rybki…

Było to dawno temu. Zanim opowiem coś wesołego z ostatnich lat, muszę spisać relacje z wydarzeń, które są powoli zacierane przez czas. Było to na tzw. obozie sportowo-rehabilitacyjnym, który co roku organizował kiedyś Polski Związek Niewidomych. Lubiliśmy jeździć na te obozy. Zbierało się tam około stu osób. Najpierw lubiliśmy tam być, bo byliśmy młodzi, chodziliśmy do liceów, a razem z nami byli starsi od nas studenci. Dla chłopaków szesnasto- czy siedemnastoletnich możliwość spędzania czasu ze studentami, podpatrywanie ich zachowań, przysłuchiwanie się rozmowom było interesujące. Potem dobrze się bawiliśmy jako studenci, bo podobało się nam z kolei to, że jeżdżą z nami młodsi, dla których byliśmy idolami. Tak czy inaczej wiele pokoleń niewidomych i niedowidzących przeszło dobrą szkołę życia na tych obozach.

Co my tam robiliśmy? Wszystko! Były zajęcia rehabilitacyjne, sportowe, rozmaite zabawy i grandy. Tak samo dobrze bawiliśmy się podczas gry w tzw. piłkę dźwiękową, jak podczas ognisk z kiełbaskami i kartofelkami. Najfajniej jednak było podczas tzw. dnia obozowicza, kiedy to my rządziliśmy, a kadra się ukrywała, byśmy jej nie dopadli i nie kazali myć talerzy, albo sprzątać pokojów. Na takich obozach były też organizowane wycieczki. Kiedyś pojechaliśmy do Trójmiasta. Zwiedzaliśmy różne zabytki i atrakcje, ale mieliśmy też trochę wolnego czasu. I gdzie poszliśmy wtedy w Gdyni? Oczywiście na smażone rybki. W tamtych czasach Polacy nie należeli do specjalnie dobrze najedzonych, toteż marzyło się o smacznej świeżej rybce jak nie wiem co.

Siedliśmy przy stoliku (znaczy ja z moim przyjacielem Andrzejem) i poczekaliśmy na dziewczynę, która przyjmowała zamówienia. Podeszła, zamówiliśmy po kargulence i butelce coli oczywiście, bo ona wiodła w tamtych czasach prym. Była nadal nowością i szlagierem, gdy przed jej epoką mogliśmy zadowalać się jedynie jakąś nieokreśloną oranżadką. Czasem ten polski napój był naprawdę smaczny, a czasem pożal się Boże.

Po jakimś czasie dziewczyna przyniosła nam rybki i zabraliśmy się do jedzenia. Obok naszego stolika były inne, wszystkie zajęte, a najbliżej siedział jakiś facet z towarzyszką. Słyszeliśmy, że rozmawiają, ale nie wiedzieliśmy o czym. Nie słuchaliśmy, bo sami byliśmy nad wyraz gadatliwi. Niedużo czasu zajęło nam zjedzenie naszych porcji i czekaliśmy na rachunek. Co jakiś czas pojawiały się mocne powiewy wiatru. Morze nie było daleko, więc zapewne była to bryza. W Gdyni często wieje wiatr niedaleko brzegu, a właśnie tam byliśmy. Nie znaczy to jednak, jakoby można było zgadnąć, czy przewidzieć, co się mogło stać. Pojawił się więc jakiś mocniejszy powiew, coś przed moim nosem szurnęło i zaraz się uciszyło. Niczego podejrzanego nie zauważyłem. Pomyślałem, że co najwyżej przesunął się lekko mój talerzyk z resztkami ryby. Siedzę sobie spokojnie, minę mam roześmianą, bo ten Andrzej nieustannie gaworzył. Miał taki talent do bajdurzenia, że trzeba było trzymać się za brzuch raczej ze śmiechu, niż głodu lub przejedzenia. Jakoś zrobiło się cicho i po pewnym czasie facet siedzący najbliżej nas odezwał się dziwnym głosem: „Czy może pan to zabrać?” Skąd miałem wiedzieć do kogo to mówi oraz z jakiego powodu ktoś miał coś zabierać? Mój przyjaciel już zaczął pękać ze śmiechu, ale się powstrzymywał. A ja nic! Mam myśli zupełnie gdzie indziej, czemu pewnie towarzyszyła idiotycznie spokojna i głupkowata mina.

Facet obok powtórzył swoje żądanie, ale teraz nie było to grzeczne – raczej zaczepne. Wtedy zaczęło do mnie docierać, że jest obrócony w moją stronę, co być może oznacza, że mówi do mnie. Mój przyjaciel zaniemówił i chyba chciał się śmiać, ale tego nie robił. Za to towarzyszka faceta szemrała coś po cichu, a ten coraz bardziej się wkurzał. Coś tam psioczył, a ja nadal nic.

Jakież było moje zdziwienie, gdy Andrzej powiedział mi, gdy oni już wstali i się oddalili, że mocno narozrabiałem. Wiatr, który przemknął mi przed nosem, zgarnął ze stolika mój tekturowy talerzyk z resztkami rybki: ogonek, skórka, małe płetwy, może był tam też łepek, uniósł to do góry i przeniósł w stronę tegoż faceta. Tam lot tego „samolociku” się zakończył na jego piersiach. Trudno się dziwić, że się wściekał, ale potem, gdy obaj z Andrzejem wyobrażaliśmy sobie tę scenę: faceta z talerzykiem przyklejonym do koszulki jak medal z wychylającymi się w dół resztkami mojej rybki, jego towarzyszkę szepczącą mu do ucha zapewne o tym, że nie ma co się awanturować, bo ja jestem niewidomy, Andrzeja, który ledwo powstrzymywał się od parsknięcia śmiechem i wreszcie mnie z idiotyczną miną wyglądającą prowokacyjnie, nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Och, jak dobrze, że ten gość nie był przy stoliku sam, bo bez tej towarzyszki dałby mi zapewne w twarz, a dopiero potem dowiedziałby się, że nie mogłem mieć innej miny, gdy nie wiedziałem, co wylądowało na jego koszulce. Niech mi ten gość choć teraz wybaczy.

Jestem rodzicem… Wspomaganie dziecka z niepełnosprawnością wzroku na różnych etapach jego życia

Narodziny dziecka z niepełnosprawnością wzroku to z pewnością bardzo trudne, często wręcz traumatyczne doświadczenie dla całej rodziny. Nikt przecież nie spodziewa się, że jego maleństwo już od pierwszych momentów swojego życia będzie borykać się z tak potężną dysfunkcją. W większości przypadków nie jesteśmy do tego przygotowani. Pojawienie się nowego członka rodziny przynosi ze sobą ogromne zmiany. Często nasze dotychczasowe życie trzeba przemeblować, poukładać na nowo. Co w sytuacji, kiedy okazuje się, że nasz noworodek nie widzi lub widzi bardzo słabo?

Medycyna idzie do przodu, czemu by nie podjąć walki? Początkowo rozpoczynamy szereg badań, mających na celu identyfikację wady lub schorzenia naszego dziecka. Musimy jak najwięcej wiedzieć co mu dolega, by podjąć odpowiednie kroki. Rozpoczyna się diagnozowanie i wizyty u specjalistów najwybitniejszych w dziedzinie okulistyki. Często okazuje się, że nasze dziecko ma szczęście – jego wadę można skorygować operacyjnie oraz za pomocą ćwiczeń usprawniania widzenia. Niestety, nie wszystkie schorzenia na to pozwalają i z ust lekarzy pada sformułowanie: „państwa dziecko nie będzie już nigdy widziało, no, chyba że za kilkanaście lat medycyna zrobi takie postępy…”.

I co teraz? Wydaje nam się, że zostaliśmy sami z naszą tragedią. Nie wiemy w jaki sposób pomóc naszemu dziecku, co robić, by mogło odpowiednio rosnąć, rozwijać się, by pomimo braku wzroku nie odbiegało od swoich rówieśników?

Podejmujemy kolejną walkę, tym razem informacyjną. Szukamy wsparcia na różne sposoby. Niestety, szpitale i ośrodki medyczne nie mają wiedzy na temat wczesnego wspomagania dzieci niewidomych i słabowidzących. Okazuje się, że w Polsce nie istnieje żaden program profesjonalnej rehabilitacji niewidomych dzieci. Musimy zatem sami podejmować działania w tym zakresie. Warto znaleźć jakąś organizację pozarządową, która zatrudnia specjalistów tyflorehabilitacji. Działa kilka takich instytucji, nie wszystkie potrafią jednak wskazać najnowocześniejsze metody wsparcia.

Warto zwrócić się do naszej Fundacji Szansa dla Niewidomych, która pomaga już od ponad 22 lat. Fundacja działa w 16 miastach wojewódzkich na terenie całego kraju. W biurach Fundacji pracują po dwie osoby, niewidoma lub słabowidząca, która w związku ze swoją niepełnosprawnością posiada doświadczenie w tej dziedzinie i osoba widząca, podobnie wykwalifikowana w tym zakresie, choć nie doświadczona własną chorobą.

Poniżej przedstawiam zarys najważniejszych zagadnień z zakresu wczesnej interwencji i edukacji dzieci niewidomych i słabowidzących. Szersze ujęcie tych zagadnień znajdą Państwo w kolejnych numerach kwartalnika HELP.

Okres 0-6 rok życia – wczesna interwencja

Podejmowanie pierwszych kroków w każdej tematyce nie jest proste, w szczególności kiedy dotyczy rehabilitacji naszego dziecka. Początkowo pracę powinniśmy rozpocząć z nami samymi. By efektywnie, z determinacją zmagać się z niepełnosprawnością dziecka, rodzice muszą najpierw zaakceptować tę sytuację. Bez tego kroku nie będziemy gotowi na rozpoczęcie walki z trudnym wyzwaniem. Oczywiście ciężko jest mówić o całkowitym pogodzeniu się z sytuacją, to jest raczej niemożliwe. Powinniśmy jednak zaakceptować fakt posiadania niewidomego bądź słabowidzącego dziecka, by łatwiej zmagać się ze wszelkimi trudnościami.

W przypadku niewidzenia małych dzieci, potrzeby dotyczą zapewnienia im jak najwcześniejszego wspomagania rozwoju, współdziałania wielu specjalistów, np. tyflopedagogów, instruktorów wspomagania rozwoju, instruktorów wspomagania widzenia, psychologa, logopedy oraz zapewnienia odpowiednich zabawek stymulujących. Gdzie taką pomoc uzyskać? Według polskich przepisów, wczesne wspomaganie rozwoju dzieci i młodzieży może być organizowane w przedszkolach i szkołach podstawowych, w tym specjalnych, w ośrodkach oraz publicznych i niepublicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych, w tym poradniach specjalistycznych. Brakuje jednak ogólnodostępnej i łatwej do odszukania bazy placówek, jak również informacji, w których z tych placówek dzieci o określonej niepełnosprawności mogą uzyskać specjalistyczne, kompleksowe i zindywidualizowane wsparcie. Wielu rodziców nie wie gdzie w obrębie miejsca zamieszkania mogą znaleźć specjalistyczne wsparcie. Najlepiej udać się do najbliższej poradni psychologiczno-pedagogicznej, gdzie powinniśmy uzyskać taką informację. Dobrze jest znaleźć odpowiednie przedszkole, czy jakiś mniejszy punkt opieki i posłać tam nasze dziecko. Nie musimy od razu wysyłać je na cały dzień, wystarczą początkowo 2-3 godziny. Myślę, że wszyscy zgodzą się, byśmy w początkowym etapie mogli towarzyszyć naszemu smykowi. Okres przedszkolny to doskonały czas na dokonywanie wielu prób, a także socjalizację naszego dziecka z resztą widzących rówieśników. Takie próby, obserwacje pozwolą nam na sprawdzenie w jaki sposób rozwija się nasze pociecha w porównaniu z widzącymi dziećmi.

Okres 6-18 lat – edukacja w szkołach

Z pewnością okres przedszkolny pomoże nam podjąć decyzję o dalszej edukacji naszego dziecka. To wybór niełatwy, a trafność naszej decyzji zaprocentuje w dalszych kolejach jego życia. W zasadzie wybierać możemy pomiędzy trzema modelami kształcenia. Pierwszy z nich, tzw. specjalny, polega na posłaniu przyszłego ucznia do Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego. Wiąże się to zazwyczaj z rozstaniem się dziecka z domem rodzinnym. Jest kilkanaście takich Ośrodków na terenie całego kraju, m.in. w Laskach pod Warszawą, Bydgoszczy, Krakowie, Owińskach koło Poznania, Wrocławiu, Łodzi, Warszawie i Dąbrowie Górniczej. W części z nich jest prowadzone nauczanie wyłącznie dla uczniów niewidomych lub słabowidzących, inne przyjmują także dzieci z tzw. niepełnosprawnościami sprzężonymi. Bardziej szczegółowo omówię Specjalne Ośrodki Szkolno-Wychowawcze w kolejnych artykułach.

System kształcenia integracyjnego pojawił się w Polsce na początku lat 90. Stał się alternatywą dla rodzin, które nie chciały posyłać swoich dzieci do Ośrodków Specjalnych. Jego głównym założeniem jest tworzenie oddziałów integracyjnych w szkołach, które podejmą tę formę kształcenia. Według modelu integracyjnego tworzy się klasy o mniejszej liczebności, z kilkoma osobami z niepełnosprawnością.

Najnowszą formą nauczania dzieci i młodzieży jest tzw. model włączający. Jego głównym założeniem jest stworzenie warunków do nauczania dziecka w jego najbliższym sąsiedztwie, w miejscu zamieszkania. Elementem odróżniającym go od modelu integracyjnego jest to, że w klasie, wśród zdrowych uczniów, ma znajdować się tylko jeden uczeń z niepełnosprawnością. Taka sytuacja ma zapowiedź segregacji zdrowych uczniów od niepełnosprawnych.

Zdecydowanie się na to, w jaki sposób uczyć się ma nasze dziecko, nie jest łatwe. Nikt nie da nam gwarancji, który z modeli lepiej sprawdzi się w przypadku naszej rodziny. Warto jest tę decyzję podejmować w odniesieniu do nas samych, na miarę własnych i dziecka możliwości. Powinniśmy bardzo dokładnie dokonać przeanalizowania wszystkich za i przeciw, które charakteryzują poszczególny model nauczania. Szerzej omówię występujące formy kształcenia w kolejnych artykułach.

Rozważania

Pytają mnie przyjaciele, znajomi, a nader często pacjenci w moim gabinecie, co jest łatwiejsze do zniesienia: nie widzieć od urodzenia, czy zaniewidzieć później, kiedy ma się już utrwalony wizualny obraz świata. Niewidomy od urodzenia nie posiada żadnego doświadczenia wzrokowego. Ten, który utracił wzrok później (ociemniały), ma pewien zasób informacji na temat wyglądu świata, jego barw, cieni i innych mniej lub bardziej istotnych szczegółów. Ta pamięć staje się bardzo ważna w sytuacji utraty wzroku, kiedy widząca żona osoby ociemniałej informuje go: „Jestem ubrana w czerwoną krótką sukienkę i czarne rajstopy, a na nogach mam czarne buty na wysokim obcasie.” Nasz bohater widzi to dokładnie, pamiętając z przeszłości różne wzrokowe doznania, przy pomocy wyostrzonej wyobraźni. Daleki jestem od stwierdzenia, że niewidomi od urodzenia nie używają wyobraźni, ale raczej trudno byłoby mnie przekonać, że ktoś, kto nigdy nie widział, trafnie pojmuje co to barwa, linia horyzontu, czy słoneczny refleks w toni jeziora.

Wyobraźnia to jedno. Drugą stroną medalu jest problem straty. Dla niewidomego nie miał nigdy innych warunków. Od kiedy pamięta, zawsze nie widział. Ociemniały pamięta wszystko, co zdołał zarejestrować w ciągu pięciu, dziesięciu, czy więcej lat. Można w tym miejscu zaryzykować hipotetyczne rozważanie. Niewidomy mógłby powiedzieć: nigdy nic nie widziałem, ale niczego konkretnego nie straciłem. Ociemniały odpowiedziałby: straciłem wiele, ale przynajmniej wiem, jak wygląda świat. Przebywając w towarzystwie niewidomych i słabowidzących wielokrotnie byłem świadkiem podobnych dyskusji i wiem, że rzadko kończą się konstruktywnie. Najczęściej każdy uważa, że najlepsze jest położenie, w którym on się znajduje, chociaż nie jest z tego zadowolony. Coś musi w tym być, bo jako kilkuletni chłopiec trochę widziałem, teraz nie mam poczucia światła. Trudno. Jednak najistotniejsza dla mnie jest możliwość wyczarowania wierszy naszpikowanych kolorami. Zresztą skąd mógłbym wiedzieć, czy ktoś, kto urodził się niewidomy, nie ma innych lepszych kontrargumentów?

Wspomnienia z Wietnamu

Dominika jest młodą dziewczyną. Studiuje na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Chce zajmować się grafiką komputerową i może uda się jej kiedyś stworzyć grafikę do jakiejś fajnej gry. Na razie okazało się, że jest związana z naszym środowiskiem. Jej babcia jest niewidoma. Właśnie to było powodem zabrania się do stworzenia specjalnej gry dla niewidomych. Widzieliśmy już ją. Każdy z dwóch graczy dostaje kwadratową planszę i dosyć liczny zbiór dwuwymiarowych figur geometrycznych: kwadraty i kwadraciki, prostokąty i prostokąciki, kółka, trójkąty itd. Należy je tak poukładać na planszy, by zapełniły ją całą. Wygrywa ten, któremu uda się to jako pierwszemu.

To prosta gra, ale bardzo fajna dla niewidomych dzieci. Także dla innych. Zapewne bawiła się w nią jej babcia, a teraz będziemy bawili się i my. Zaprosiliśmy Dominikę na konferencję REHA, gdzie będzie miała swoje stoisko. Już teraz zapraszamy do zabawy w jej grę.

Dominka ma jeszcze jedną specyficzną cechę – jej ojciec jest Wietnamczykiem. Ona sama nie mówi w jego języku. Mówi świetnie po polsku, jednak wygląd ma słowiańsko-azjatycki. Skoro odwiedziła swoją rodzinę w Wietnamie, poprosiliśmy, by choć troszkę o tym opowiedziała.

Okropne gorąco buchnęło mi w twarz, kiedy wysiadłam na zewnątrz. Po wyjściu z klimatyzowanego samolotu na ponad czterdziestostopniowy upał moje ciało przeszył dreszcz, ale cieszyłam się, że wreszcie podróż się skończyła. Rażące słońce nie pozwalało skupić wzroku, więc prawie na oślep podążyłam za tatą i resztą pasażerów. Na dole czekał na nas podstawiony autobus, który oczywiście był za mały, żeby spokojnie pomieścić wszystkie osoby z samolotu. No cóż, pojechaliśmy w końcu po kosztach w samolocie, który zmieściłby tira, ale dziś po raz pierwszy miałam zobaczyć swoją wietnamską rodzinę.

Najstarszy z wujków (a mam ich aż 8) podjechał po nas wynajętym samochodem wraz z kilkorgiem osób z rodziny, żeby mogli nas przywitać w odpowiednio dużym gronie. Przywitałam się grzecznie, chociaż zupełnie nie rozumiałam ich języka, po czym wsiadłam do samochodu. Lotnisko znajdowało się w stolicy – Hanoi, przez które tylko przejeżdżaliśmy. Głęboko żałuję, że nie zostaliśmy tam dłużej – przecież serce Wietnamu skrywa tak wiele cudów! Pamiętam jedynie, że przypominało mi bardzo Tokio, które znałam ze zdjęć. Uderzyła mnie kakofonia dźwięków i wszechobecne światła, docierające z mnóstwa kolorowych bilboardów i neonowych napisów. W tej części Hanoi nie zauważyłam żadnego starego budynku. Wszystko błyszczało nowością, a szklane wieżowce unosiły się prawie do nieba. Jest to miasto, które ma reprezentować Wietnam jako kraj niezacofany. Wciąż nie mogę się nadziwić jak szybko opuściliśmy jego granicę i nagle otworzyły się przed nami rozległe połacie pól uprawnych. Słońce zachodziło, a ziemia pod wpływem jego promieni przybierała szkarłatny odcień. To był pierwszy i nie ostatni widok, który na trwałe zapadł mi w pamięć. Patrzyłam z zachwytem na to przedstawienie, lecz w pewnym momencie coś innego przyciągnęło moją uwagę – niecodzienne wzniesienie na środku pola. Kiedy minęłam kilka takich, okazało się, że są to mogiły zmarłych, które w Wietnamie niekoniecznie muszą znajdować się na cmentarzu. Także tradycje pogrzebowe są bardziej skomplikowane i czasochłonne. Kiedy ktoś umiera, skrzykiwana jest cała rodzina i znajomi, a uroczystości pogrzebowe trwają trzy dni przy dźwiękach małej orkiestry i przeciągłego śpiewu. Ostatecznie zmarłego odsyła się na tamten świat wraz z osobistymi rzeczami oraz częściami garderoby. Między zęby wkłada się monetę lub kawałek złota, aby umożliwić mowę w niebie, a zdjęcie zmarłego ustawione jest na honorowym miejscu domowego ołtarzyka.

Jechaliśmy ponad godzinę, a podróż upłynęła miło i spokojnie. Za oknem ukazywały się małe miasteczka i wioski. Większość domów wybudowano tuż przy ulicy i ciężko było się dopatrzeć jakiegokolwiek chodnika, jedynie w większych miastach pojawiał się jakiś przed kilkupiętrowymi budowlami. Domy te prezentowały się skromnie, lecz od czasu do czasu moim oczom ukazywały się niezwykle kunsztowne i wspaniałe architektonicznie budowle.

Mimo, że wciąż słyszę opowieści o chaosie na wietnamskich dwupasmówkach, osobiście nie miałam powodów do narzekań. Moją podróż przebyłam z przyjemnością, a na drodze było niewiele pojazdów.

Z wygładzonego asfaltu wjechaliśmy w małą, spękaną uliczkę obrośniętą trawą, a po jej obu stronach rozciągały się niewielkie, betonowe domki. Wśród nich, tuż przy drodze, wznosił się imponujący dom najmłodszego z braci ojca. Zajmował całą udostępnioną powierzchnię. Zostawiono jedynie mały pasek zieleni na tyłach domu, na którym mogły się zmieścić co najwyżej dwa ogrodowe krzesełka. Przed domem, na miejscu gdzie powinien być podjazd, postawiono dziwną metalową konstrukcję zbudowaną z blach. Miała jakieś trzy metry wysokości i z dziesięć szerokości. Weszliśmy do środka, gdzie podłogę obsiewały drewniane stoliki, a przy nich stały białe, plastikowe krzesełka już trochę obdrapane od użytkowania. Cała przestrzeń przed domem została przekształcona w restaurację, zostawiono tylko skrawek ziemi na spokojne przejście do domu. Okazało się, że takie przydomowe jadłodajnie są bardzo popularne w Wietnamie. Tworzy się je głównie z myślą o turystach.

Powierzchnia kraju rozciągnięta jest wzdłuż granicy półwyspu, dzięki czemu można łatwo przemierzyć go na dwóch czy czterech kołach. Wielu turystów wybiera motorynkę (można taką łatwo wypożyczyć), żeby w ślimaczym tempie zgłębić wszystkie jego zakamarki. Czasem taka restauracja okazuje się zbawienna dla zagubionych zagranicznych podróżnych, którzy mogą zapłacić więcej, niż przeciętny obywatel. Dlatego praktycznie każda rodzina wietnamska, która może sobie na to pozwolić, prowadzi taką restaurację. To miejsce jest także bardzo odpowiednie do rodzinnych spotkań, krewni mogą tutaj przychodzić i rozmawiać ze sobą godzinami. Przechodząc za restaurację stanęłam naprzeciw domostwa wuja i zobaczyłam zupełnie oderwany od dotychczasowo znanej mi rzeczywistości budynek. Niezwykle wyskoki, z dwuspadowym dachem, ozdobionym na szczycie. Trzypiętrowy, przy czym każde z pięter było w zupełnie innym stylu architektonicznym. Mijaliśmy już po drodze okazałe i udziwnione budowle, ale ta okazała się wręcz kosmiczna! Nie tylko przystrojona w przeróżne wymyślne płaskorzeźby, ale także każde piętro było w zupełnie innym, intensywnym odcieniu. Pierwsze pomarańczowe, drugie jasno-niebieskie, może lekko wpadające w turkus, a trzecie żółtawe.

Sam dom był skromnie urządzony. Po wejściu zobaczyłam zwykły salon, bardzo podobny do naszego europejskiego, lecz nieco oszczędniejszy w umeblowaniu. Przy ścianie stał duży czarny telewizor i obowiązkowo pod nim zestaw karaoke (Wietnamczycy są ogromnymi fanami wieczorków karaoke). Na następnym piętrze przygotowano dla nas pokój. Latem panował ponad czterdziestostopniowy upał, więc na łóżkach nie było nawet materaców, tylko maty bambusowe i małe płaskie poduszeczki. Była tutaj także łazienka z prysznicem. Cała wyłożona kafelkami, a przy prysznicu nie było kabiny, tylko krzesełko, więc można było chlapać wodą gdzie popadnie (w wieku 12 lat bardzo mnie to ucieszyło).

Pierwszej nocy ciężko było zmrużyć oko. Upał był nieznośny, a dodatkowo doskwierała mi zmiana czasu.

Ostatnie piętro było moim bezapelacyjnym faworytem. Jego połowę zajmowało ogromne pomieszczenie przeznaczone na ołtarzyk dla przodków, czyli zdobioną komodę, na której ustawione były wizerunki zmarłych (w Wietnamie bardzo dużą wagę przywiązuje się do religii i tradycji). Zapalone kadziła przy fotografiach roznosiły po pokoju obezwładniający zapach, a przy nich postawiono różnorakie alkohole, w niektórych z nich znajdowały się zakonserwowane węże lub jaszczurki. Promienie słoneczne z ogromnego okna naprzeciw odbijały się od wypolerowanych butelek i wypełniały pokój błogim ciepłem, a wyglądając przez nie było się świadkiem pięknych widoków flory i fauny.

Dni mijały na wizytach u rodziny dalszej i bliższej. Obowiązkowo z całą rodziną spożywaliśmy obiadokolację. Wszyscy jedliśmy na ziemi, rozsiadając się wokół bawełnianego obrusa na małych, płaskich poduszeczkach. Na obrusie rozłożonych było mnóstwo dań, głównie mięsnych wariacji oraz trawy o nazwie, którą wciąż zapominam, a jest ona częstym gościem na wietnamskich ucztach. Każdy mógł nakładać sobie jedzenie według upodobań. Cały posiłek upływał na rozmowie. Najczęściej jedliśmy na podwórzu cioci, która mieszkała niedaleko wujka, żeby moja liczna rodzina mogła się spokojnie zmieścić. Był to jeden z mniejszych domków rozsianych na niewielkiej powierzchni. Domy były proste i niepomalowane, wyglądały jak małe, szarobure klocuszki poustawiane obok siebie i obrośnięte wokół dziką roślinnością. Niektóre miały jeszcze dobudowane piętro. W pomieszczeniach panowała skromność i prostota, największą ozdobą były piękne, zdobione drewniane meble. Rzadko pojawiały się tutaj materiałowe kanapy, dużo częściej ławy z ciemnego drewna, ustawione przy równie zdobionym stole. Religia zajmowała dużą część wietnamskiego życia, więc ołtarzyki ustawione były w centralnej części salonu na stylowych komodach tak, aby każdy odwiedzający mógł dokładnie im się przyjrzeć.

Pod koniec pobytu pojechaliśmy nad zatokę Ha Long, bez wątpienia najbardziej rozpoznawalnego miejsca w Wietnamie, z istnie bajkowym krajobrazem. Scenerię tworzą tutaj prawie dwa tysiące skalnych (wapiennych i łupkowych) wysp i wysepek o charakterystycznym kształcie, a w niektórych znajdują się spektakularne jaskinie, które można zwiedzić. Znajdziemy tu też lasy mangrowcowe oraz rafę koralową. Takie bogactwo przyrody sprawia, że co roku odwiedzają ją tysiące turystów. O zatoce tej krąży także wiele legend, a najpopularniejsza z nich traktuje o jej powstaniu:

„Dawno, dawno temu, gdy Wietnamczycy utworzyli swój kraj, musieli walczyć z wrogiem. Bogowie, chcąc pomóc Wietnamczykom, przysłali im smoki. Te wielkie stworzenia wypluwały ze swoich ust niezliczone ilości pereł, które zamieniały się w skały, blokując drogę przeciwnikom. Pędzące zbyt szybko statki roztrzaskiwały się na drobne kawałki. Po wygranej walce smoki postanowiły pozostać na miejscu bitwy. Podobno po dziś dzień zamieszkują Ha Long. Miejsce, w którym wylądowała matka-smoczyca, to właśnie dzisiejsza zatoka lądującego smoka.”

Podróżując statkiem można upoić się orzeźwiającym morskim powietrzem, chociaż zdarza się, że ciszę zastępuje gwar ludzkich głosów dobywających się z osad, ponieważ między skałami wciąż mieszkają ludzie w swoich pływających domach. Zajmują się rybołówstwem i czerpią profity z turystyki, oprócz tego uprawiają także morską florę i faunę. Gdy dobiliśmy brzegu, przyszła pora na trochę zabawy i mogłam skorzystać z uroków morza. Muszelki w przeróżnych kształtach i kolorach pokrywały całą plażę, więc wyzbierałam ich, ile tylko mogłam. Następnie poszłam się kąpać z moim kuzynami i kuzynkami. Zanurzyłam się w ciepłej, przejrzystej wodzie i zrelaksowałam. Dzień na Ha Long nie mógł skończyć się bez zakupu pamiątek, wybrałam tylko jedną rzecz: mini zestaw do parzenia herbaty. Zachwyciły mnie te filigranowe filiżaneczki i malutki czajniczek. Oczywiście, pomimo tyciuteńkich rozmiarów, zestaw mógł doskonale pełnić swoją funkcję.

Spędziłam tutaj wspaniałe chwile i któregoś dnia znów wrócę do Wietnamu, żeby poznać resztę jego tajemnic .Ten miesiąc zapewnił mi egzotyczne wrażenia, których nigdzie indziej nie doznam. Harmider na bazarach, specyficzny smak potraw, słońce, na początku nieznośne, później przyjemnie ciepłe. Wspaniali ludzie, którzy zawsze służyli pomocą, zaciekawieni i przyjaźnie nastawieni do każdego obcego.

Wstań i walcz!

Aneta Hojnowska – uczestniczka projektu „Nowocześnie Zrehabilitowani Niewidomi”

Mam trzydziestkę na karku i bagaż życiowych doświadczeń. Moje podejście do niepełnosprawności może wydać się bardzo egoistyczne, jednak nie potrafię inaczej przekazać swoich myśli. Dla mnie już na zawsze pozostaną podziały na zdrowych i niepełnosprawnych. Jednak w tej grupie niepełnosprawnych istnieje jeszcze podział na tych, którzy się poddali rutynie, zamknęli w czterech ścianach swojego domu i na tych, których mobilizuje najmniejszy promyk słońca. Natomiast jak stanie na ich przeszkodzie śnieżyca – walczą i nie poddają się. Takie sytuacje dają mi natchnienie, aby samej walczyć. Staram się nie rozczulać nad sobą. Jak każdy miewam trudne dni, jednak po pewnym czasie wracam na właściwy tor życia. Tylko od nas samych zależy jacy jesteśmy. Po każdej burzy wychodzi słońce. To są tylko moje spostrzeżenia, nie zamierzam nikomu dawać żadnych rad. Nie potrafię zrozumieć tych osób, które się poddały. Zapewne pewna grupa czytelników pomyśli sobie, że jestem egoistką. W minionym roku spotykałam właśnie takich ludzi. Nie widzących nic poza swoimi czterema ścianami. Jeżeli nawet proponowałam jakieś alternatywne wyjścia, to słyszałam przeważnie ,,to nie dla mnie”.

Sama po sobie wiem, że życie jest ciężkie, jednak ja do swojego wpuszczam promyk słońca. To moje choroby i spotkania z innymi dały mi natchnienie do tego, aby napisać do Państwa te parę słów. Z własnego punktu widzenia patrząc w przeszłość powiedziałabym, że takie życie to nie jest życie. Zawsze widziałam takie osoby zamknięte w czterech ścianach własnego domu, albo w kolejce do lekarza. W miarę upływu czasu niestety sama siebie zaczęłam tak widzieć. Można by powiedzieć, że szukałam światełka w tunelu.

Po pięciu latach udało się! Poznałam ludzi, którzy tak jak ja postanowili zrobić coś ze swoim życiem. Nie było łatwo, jeżeli nawet z zewnątrz wyglądało wszystko OK, to w środku trwała walka o każdy dzień. Moi nowi przyjaciele pokazali mi jak ,,inaczej” może być.

Życzę Wam abyście się nie poddali, bo Ci, którzy wyszli z cienia i nauczyli się żyć z chorobami, dają mi nadzieję na lepsze jutro. To dzięki tym osobom nauczyłam się żyć z własnym bólem. Bardzo ważne w moim życiu były dla mnie słowa kick-boksera Marka Piotrowskiego, które odmieniły moje życie o 180 stopni.

Przytoczę Państwu ich treść:

„Przychodzi w życiu człowieka czas, kiedy dźwiga krzyż nasiąknięty bólem, cierpieniem utraconymi marzeniami, często ten krzyż przygniata. Ciężko jest wtedy wstać i znaleźć sens dalszej egzystencji, ale ja Ci mówię wstań i walcz, to Twoje życie – Twój największy skarb”.

Ja osobiście dziękuję tym, którzy pomogli mi w trudnych chwilach.

Światełko w ciemności

Michał Tobolski – uczestnik projektu „Nowocześnie Zrehabilitowani Niewidomi”

Chciałbym opowiedzieć moją historię: zwyczajną – niezwyczajną, ocenicie sami. Do roku 2003 widziałem w stu procentach, niestety z upływem czasu stan moich oczu pogarszał się z dnia na dzień. Nagle mój świat zaczął pogrążać się w ciemności. Na wizycie kontrolnej u lekarza okulisty musiałem pogodzić się z informacją, że czeka mnie operacja. To było jak grom z jasnego nieba. Zostałem poddany kilku operacjom na oczy i niestety nie poszło tak dobrze, jak tego oczekiwano, zostałem skierowany do innego miasta, gdzie nieco poprawili oraz uratowali mi resztki wzroku.

Po czasie buntu, wściekłości, rozpaczy i rozgoryczenia szukałem dróg rozwoju dla siebie w tej nowej sytuacji. Dowiedziałem się między innymi, że jako osoba z dysfunkcją wzroku mógłbym zapisać się do Polskiego Związku Niewidomych. Tam powiedziano mi, że jako osoba słabowidząca bez większego problemu mogę kontynuować naukę, ponieważ istnieją szkoły przystosowane dla osób słabowidzących i niewidomych, o czym wcześniej nic nie słyszałem.

W siedzibie PZN odbyłem kurs rehabilitacji podstawowej, gdzie każdy, kto nagle utracił wzrok lub w znacznej części mu się pogorszył, może odbyć takie szkolenie. Trwało ono dwa tygodnie. Można było nauczyć się posługiwania białą laską, która w dużej mierze pozwala się usamodzielnić i ominąć wiele przeszkód drogowych, jak dziura czy krawężnik. Osoby biorące udział w tym szkoleniu mogły nauczyć się pisma punktowego, czyli alfabetu Braille’a. Dzięki niemu można czytać bez używania i posiadania wzroku – poprzez dotyk. Jak dla mnie jest to dość trudne. Nie każdy jest w stanie się tego nauczyć, chociaż wiadomo, że dla chcącego nic trudnego.

Nauczyłem się posługiwania białą laską, która dała mi poczucie większego bezpieczeństwa i samodzielności. Biała laska jest znakiem dla osób widzących, że mamy problem ze wzrokiem. Kierowcy widząc nas, jadą ostrożniej. Zachęcam do wyjścia na ulicę z białą laską – nie ma się czego wstydzić i krępować, choć wiem, że niejedna osoba może mieć opory zanim się na to zdecyduje. Jednak naprawdę warto.

W ośrodku im. Braille’a w Bydgoszczy poznałem sporo osób z dysfunkcją wzroku, w tym osoby niewidome, które – jak się okazało – świetnie radzą sobie z orientacją przestrzenną oraz nauką dzięki specjalistycznemu oprogramowaniu dla osób z problemami ze wzrokiem. Trzeba pamiętać, że osoby z dysfunkcją wzroku mogą korzystać z programów dofinansowań, takich jak Aktywny Samorząd, które pomagają zakupić sprzęt, który jest niezbędny do dalszej rehabilitacji.

Osoby niewidome mogą korzystać również z Biblioteki (kiedyś Polskiego Związku Niewidomych), która znajduje się w Warszawie, mogą wypożyczyć książki w formie wydruku brajlowskiego, czy w formie pliku DAISY. Fundacja Szansa dla Niewidomych również przychodzi nam z pomocą! W bydgoskim Tyflopunkcie możemy wypożyczyć publikacje w druku powiększonym i w brajlu.

Osoby z problemami wzroku mogą również pobrać aplikację ułatwiającą poruszanie się po popularnym dzisiaj Facebooku, czy umilić korzystanie z komunikatora GG przy pomocy Mirandy. Z pewnością poruszanie się po wyżej wymienionych elementach stanie się jeszcze prostsze.

Dzięki technologii, która stale idzie naprzód, my – osoby niepełnosprawne – możemy żyć ze świadomością, że jutro może być lepiej i pojawi się więcej nowych możliwości, które popchną nas ku większej samodzielności i dodadzą nam pewności siebie, a także ułatwią życie codzienne. To wszystko sprawia, że pojawia się dla nas światełko w ciemności…

Udział w projektach Fundacji Szansa dla Niewidomych jest również dla mnie doświadczeniem szczególnym. Dzięki działaniom fundacji widzę, że można. Można się wspinać, można grać w kręgle, można znaleźć pracę, można uzyskać bezinteresowną pomoc. Bydgoski Tyflopunkt Fundacji Szansa dla Niewidomych daje nadzieje i niewątpliwie jeszcze bardziej rozświetla moje prywatne ,,światełko w ciemności”. To, co nas spotyka, niewątpliwie ma wpływ na nasze życie. Lecz tylko od nas zależy jaką postawę przyjmiemy i jak będziemy radzić sobie w otaczającym nas świecie.

Toruń bez barier

Czy miasto Toruń w roku 2014 jest miejscem przyjaznym osobom niepełnosprawnym? Co się zmieniło przez mijające lata pod tym względem? To pytania, na które postaram się udzielić subiektywnej odpowiedzi.

Jedną z podstawowych kwestii i najbardziej widoczną w tym temacie jest typ komunikacji miejskiej. Do końca lat 90. miasto Toruń dysponowało autobusami typu Jelcz PR. Cóż to oznaczało? Otóż, aby zostać jego pasażerem, należało pokonać dwa stopnie schodów. I to nie wszystkich wejść do pojazdu. Bowiem dla wózków dziecięcych i inwalidzkich dostępne były wyłącznie schody środkowe pojazdu, prowadzące do niezabudowanego siedzeniami miejsca dla pasażerów. Tył i przód pojazdów był dla tzw. „wózkersów” niedostępny. Z kolei osoby niewidome musiały być pod opieką przewodnika, bowiem brakowało dźwiękowych informacji dla podróżnych.

Toruń w 2014 roku jest już skomunikowany niemal w połowie taborem autobusowym niskopodłogowym (z roku na rok ten procent się powiększa wraz z odnawianiem taboru), dzięki czemu zarówno rodzice z wózkami dla dzieci, jak i osoby niepełnosprawne na wózkach bez problemu mogą podróżować komunikacją miejską. Wszystkie pojazdy komunikacji miejskiej posiadają już system informacyjny dla podróżnych wyświetlany tekstowo na tablicach w pojazdach oraz podawany w formie dźwiękowej. Do roku 2014 piętą achillesową zaś pozostaje sieć tramwajowa miasta Torunia. Torowiska są co pewien czas zamykane ze względu na remonty fragmentów tras, zaś pojazdy pochodzą jeszcze z zasobów zakupionych w latach 80. XX wieku. Oznacza to wysokie podłogi i konieczność wsiadania do pojazdów wysokimi stopniami schodów oraz wąskimi drzwiami. Ale i w tym zakresie pojawia się światełko w tunelu. Wraz z realizacją projektu BiT City (integracja komunikacyjna miast Bydgoszczy i Torunia) dokonano zakupu 12 jednostek tramwajowych, krótkich i długich, spełniających wszelkie wymogi dostępności dla osób niepełnosprawnych. Po zakończeniu prac torowych planowanych do końca roku 2014, nowoczesne pojazdy zakupione w firmie PESA w Bydgoszczy będą sukcesywnie zastępowały dotychczasowe, pamiętające jeszcze czasy PRLu.

Przemieszczanie się obejmuje także ulice i skrzyżowania. W tym zakresie zmiany nie mogą następować szybko. Obecnie, przy okazji remontów ulic i chodników, a także budowy nowych, stosuje się pochylnie umożliwiające płynne zjechanie z chodnika na ulicę. Niestety bywają sytuacje, że z jednej strony pochylnia się znajduje, a na kolejnym fragmencie chodnika już nie. Brak konsekwencji w poprawianiu tych niedogodności. Skoro omawiamy bariery uliczne, należy wspomnieć także o ulicznych sygnalizacjach świetlnych. Sygnalizatory znajdujące się w centrum Torunia i na najbardziej skomplikowanych skrzyżowaniach dróg miejskich posiadają także opcję sygnalizowania dźwiękowego. Na mniejszych skrzyżowaniach i w dzielnicach ościennych już nie zawsze takiego wsparcia osobom niewidomym udzielają. Nie da się uniknąć rozwoju urbanistycznego Torunia, ale faktem jest, że skrzyżowania stają się coraz bardziej skomplikowane i rozbudowane. Układ komunikacyjny miasta ulega sukcesywnej zmianie, więc osoba niewidoma niemal co roku musiałaby uczyć się od nowa samodzielnego poruszania się po całym mieście. Może to powodować lęk przed poruszaniem się po mieście, co zresztą jest widoczne. Spotkanie osoby samodzielnie poruszającej się na wózku, bądź niewidomej samodzielnie wędrującej po mieście jest raczej rzadkością. Tak więc, choć tak wiele się czyni, by ułatwić codzienne życie osobom niepełnosprawnym, wciąż w tych osobach tkwi lęk przed natrafieniem na barierę trudną do samodzielnego pokonania. Nie jest tajemnicą, że największym kompleksem osób niepełnosprawnych jest konieczność zdawania się na pomoc innych osób.

Gdy niepełnosprawny przekroczy drzwi własnego mieszkania, by zrobić zakupy, udaje się do sklepu. O ile zadbano w dużych marketach o pochylnie ułatwiające wjazd wózkiem do budynku sklepu, to po wjechaniu trafia się na barierę w postaci kołowrotków lub szlabanów dla klientów wchodzących. Zaś stanowiska kasowe są tak blisko siebie ustawione, że wjechanie między nie wózkiem jest niemożliwe. Wówczas osoba niepełnosprawna musi szukać innej możliwości dokonania zapłaty. Tym samym znów staje się osobą zależną od innych i wzrasta poczucie alienacji i odrzucenia. W przypadku sklepików lub punktów usługowych znajdujących się w małych pawilonikach jest pod tym względem jeszcze gorzej, bowiem często wejścia są wąskie i zmuszają do pokonania przynajmniej jednego stopnia schodów. Tak więc tutaj „wózkersi” są skazani na zależność od osób pełnosprawnych. I raczej małe są szanse na zmianę w tym zakresie.

Czy w Toruniu działają stowarzyszenia lub kluby zrzeszające osoby niepełnosprawne i ich rodziny? Oczywiście tak. Bardzo aktywnie działa Stowarzyszenie „Jestem”, które organizuje warsztaty integracyjno-rozwojowe. Oto jak opisują siebie: „Nasze Stowarzyszenie powstało 01.04.2004 r. z inicjatywy terapeutów, rodziców dzieci niepełnosprawnych, osób uzależnionych oraz grupy ludzi dobrej woli, którym nieobojętny jest los najsłabszych. Jesteśmy Stowarzyszeniem niosącym pomoc dzieciom, młodzieży i dorosłym osobom niepełnosprawnym, zagrożonym wykluczeniem społecznym oraz potrzebujących wsparcia. Pomocą obejmujemy również osoby uzależnione.” Redagowana jest własna gazetka pt. „Jestem”.

W Toruniu działa także Polski Związek Niewidomych. „Pomagamy niewidomym i słabowidzącym oraz ich bliskim w adaptacji do nowych warunków życia na terenie całego kraju. Udzielamy porad i informacji. Zapewniamy odnalezienie sensu życia poprzez wsparcie psychologiczne w procesie rehabilitacji i integracji. Realizujemy indywidualne i grupowe szkolenia.”

Czy Toruń jest miastem przyjaznym osobom niepełnosprawnym? Jak widać robi się wiele, by niepełnosprawność nie oznaczała wykluczenia z samodzielnego radzenia sobie w codziennym życiu. Oczywiście nigdy nie będzie na tyle dobrze, by nie mogło być lepiej. Jednak największą barierę zawsze będzie stanowiło podejście obcych danej osobie mieszkańców i władz miasta do problemów osoby niepełnosprawnej. Bowiem jeśli się czegoś nie rozumie, to większość stara się odrzucać bliskość niepełnosprawnego. A działania często są pozorne. Wówczas może warto po prostu powiedzieć „Usiądź na wózku (lub zamknij oczy, tak by nie widzieć nic dookoła) i spróbuj tak jak ja pojechać na drugi koniec miasta i np. zrób zakupy lub załatw coś w urzędzie”. Może wtedy otoczenie zrozumie, na czym naprawdę polega problem osób niepełnosprawnych i będziemy wspólnie pokonywać trudy codzienności nie unikając siebie.

Lata wykorzystanych szans

Z Magdaleną Chmielewską, dyrektor Fundacji Szansa dla Niewidomych, spotykam się w biegu. Praca w organizacji pozarządowej to ręce pełne roboty, zawsze jest jakiś projekt do napisania, zajęcia do przeprowadzenia, telefon do odebrania. W centrali Fundacji wrze jak w ulu. Na szczęście jednak udaje nam się chwilę porozmawiać.

Elena Świątkowska: Fundacja Szansa dla Niewidomych istnieje już od ponad 20 lat. Czym jest ta szansa, którą dajecie podopiecznym?

Magdalena Chmielewska: Dajemy szansę na życie takie, jakie każdy człowiek sobie wymarzy. Niewidomy – bez sprawnych oczu – również ma wiele marzeń, chce żyć bez ograniczeń. Mówimy tu o ograniczeniach w poruszaniu się, w dostępie do książek, które chciałby przeczytać, miejsc, w których chciałby się znaleźć, w kontakcie z innymi ludźmi. Niewidząca młodzież chce używać Facebooka, pisać na komputerze jak miliony jej pełnosprawnych rówieśników. A Fundacja Szansa dla Niewidomych pokazuje, że jest to możliwe. Pewnie dlatego, że została założona w 1992 roku przez niewidomego informatyka i ludzi, którzy uważali, że każdy, bez względu na ograniczenia wynikające z niepełnosprawności, ma prawo do rozwoju. Należy tylko znaleźć narzędzia, które pomogą osiągnąć cel. Z takiego przekonania powstało wiele urządzeń, które niewidomym ułatwiają życie, a o których istnieniu często dowiadują się dopiero od nas – tyflospecjalistów. To my mówimy niewidomym i ich rodzinom, że istnieje oprogramowanie udźwiękawiające komputer, czytniki książek czy powiększalniki obrazu dla słabowidzących. Dodatkowo, każdy z naszych beneficjentów może liczyć na wsparcie w zakresie obsługi takiego sprzętu. Przeprowadzamy szkolenia z użycia nowoczesnych tyflotechnologii na terenie całej Polski – w 16 punktach konsultacyjnych Fundacji w każdym mieście wojewódzkim. Sieć Tyflopunktów Fundacji budowaliśmy stopniowo, począwszy od 6 biur regionalnych w roku 2009, na 16 placówkach w roku 2012 skończywszy. Dzięki projektowi realizowanemu przy pomocy Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych w 2014 kontynuujemy nasze wsparcie dla niewidomych i słabowidzących na terenie całej Polski. Pełna lista Tyflopunktów znajduje się na naszej stronie internetowej www.szansadlaniewidomych.org

EŚ: Niewidomy to nieporadny niepełnosprawny – pracownicy i wolontariusze Fundacji obalają ten mit. Na jakie trudności napotykają przede wszystkim? Jak to jest walczyć ze stereotypem?

MCH: Myślę, że najtrudniej walczyć ze stereotypem samym niewidomym. To oni w codziennym życiu spotykają się z pracownikami administracji czy prywatnych firm, którzy nie są świadomi ile utrudnień w urzędzie czy sklepie czeka na niewidomego. W budynkach nie ma oznaczeń ułatwiających zlokalizowanie celu jego podróży, brakuje odpowiednich map tyflograficznych czy urządzeń nawigujących, które pozwoliłyby na samodzielne poruszanie się po mieście i w budynkach. Dodatkowo, niewidomi zmagają się z reakcją otoczenia. Osoby rzadko śpieszą z pomocą, czy radą, w którym kierunku pójść, aby trafić do właściwego okienka. Często nie wiedzą jak pomóc i jak się zachować.

Dlatego szerzymy ideę świata otwartego dla niewidomych, która w naszym rozumieniu polega m.in na otwartości we wprowadzaniu nowoczesnych rozwiązań w przestrzeni publicznej. Dodatkowo nasi tyflospecjaliści szkolą wszystkich zainteresowanych z zakresu savoir vivreu – jak bezpiecznie pomóc niewidomemu na ulicy, w szkole, w sklepie. Zachęcamy naszych podopiecznych do jak największej samodzielności i jednocześnie pokazujemy światu, że taka samodzielność jest możliwa – dzięki odrobinie wsparcia i zrozumienia.

EŚ: Wspomniała Pani o tyflospecjalistach. Kim właściwie są?

MCH: „Tyflos” z greckiego oznacza „niewidomy, niewidzący”. Tyflospecjaliści to osoby pracujące w punktach konsultacyjnych prowadzących działalność na rzecz aktywnej rehabilitacji niepełnosprawnych wzrokowo. Jest to grono osób wyjątkowych, połowę stanowią osoby niedowidzące i niewidome. Któż inny lepiej rozumie potrzeby wynikające z braku lub niedostatków wzroku, jeśli nie oni? Niepełnosprawność nie przeszkadza im w codziennej pracy w Fundacji, a jest to – myślę, praca pełna wyzwań dla niejednego. Najważniejsze jest jednak, że nasi pracownicy są dowodem na to, że można pracować i osiągać sukcesy pomimo braku wzroku.

EŚ: Zbliża się pierwsza rocznica Pani współpracy z Fundacją, jak Pani ocenia ten rok?

MCH: Przez ten czas wydarzyło się niesamowicie dużo. Początek roku to okres bardzo intensywnej pracy dla Fundacji. Skupiamy się wtedy przede wszystkim na nowych pomysłach działań, staramy się pozyskać fundusze z regionalnych projektów, a także rozpoczynamy realizację ogólnopolskich zadań współfinansowanych ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Pierwsza połowa roku to również czas spotkań środowiska podczas międzynarodowych targów, np. SightCity we Frankfurcie nad Menem. Była to dla mnie ogromna nowość i bardzo ciekawe doświadczenie, gdyż pierwszy raz uczestniczyłam w targach tego typu. Jest to wydarzenie na bardzo szeroką skalę. Można tam poznać wszystkie najnowsze rozwiązania technologiczne dla osób z dysfunkcją wzroku. Staramy się być na bieżąco z najnowszymi technologiami i przekazywać takie nowinki naszym podopiecznym. Ponadto naszym sukcesem jest również zdobycie prawie 500 partnerów Fundacji. Są to osoby i instytucje, które wspierają działania Fundacji, które tak jak my dążą do świata otwartego dla niewidomych. Zachęcamy wszystkich do przyłączenia się do nas!

Warto też wspomnieć o akcjach, jakie organizujemy w mediach społecznościowych. Nasze poszukiwania specjalistów do spraw: uśmiechu, absurdu i „Ostatniej deski ratunku” przyniosły nam spory rozgłos medialny. Dzięki nim poznaliśmy wielu wyjątkowych ludzi, niektórzy z nich pracują z nami do dziś.

EŚ: Jeszcze 20 lat temu nie było żadnej instytucji, która pomagałaby uzyskać dostęp niewidomym do najnowszych rozwiązań tyflotechnologicznych i tyfloinformatycznych. Skąd w ogóle pomysł na ideę rehabilitacji nowoczesnej, wykraczającej poza utarte standardy?

MCH: Po roku 1989 zmienił się sposób postrzegania osób niepełnosprawnych. W okresie transformacji ustrojowej zmniejszyło się zatrudnienie osób z orzeczeniem o niepełnosprawności, którzy nie byli traktowani jak osoby mogące wykonywać taką samą pracę jak osoby pełnosprawne. Chcieliśmy zmienić tę sytuację, dlatego też pojawił się pomysł pomocy niewidomym właśnie poprzez nowoczesną rehabilitację, poprzez upowszechnianie technologii ułatwiających pracę, codzienne czynności i poruszanie się po mieście. Przez dziesiątki lat niewidomi posługiwali się tylko alfabetem brajla. Dzięki naszej inicjatywie na przestrzeni lat w Polsce pojawiły się takie urządzenia jak: monitory brajlowskie, zaawansowane czytniki książek w formacie DAISY, systemy nawigacji dla niewidomych itp. Dziś niewidomy biegle potrafi pracować na komputerze, napisze emaila, będzie szukał informacji w Internecie. Mimo, że urządzenia tyfloinformatyczne są na rynku, nie każdy o nich wie, a tym bardziej nie musi umieć się nimi posługiwać. Dlatego też nasza pomoc i szkolenia w tym zakresie są cały czas potrzebne.

EŚ: Fundacja pokazuje światu, że niepełnosprawność nie stanowi żadnej przeszkody do aktywnego życia. Wasi podopieczni mieli okazję jeździć samochodem, opanować sztukę makijażu czy ugotować klasyczny polski obiad. Skąd czerpiecie pomysły na takie nietypowe działania?

MCH: Wszyscy wspólnie pracujemy na ten sukces. Każdy wojewódzki Tyflopunkt w miarę możliwości organizuje różne działania. Niejednokrotnie jest to owoc współpracy z innymi organizacjami, efekt wsparcia darczyńców i działań wolontariuszy. Najważniejsze jest jednak to, że to nasi podopieczni nas inspirują. Każdy tyflospecjalista zna swoich beneficjentów i wie, jakie są ich marzenia. To pozwala nam, w miarę możliwości i środków, na organizowanie akcji i wydarzeń, które z pozoru są niedostępne dla niewidomych. Ścianka wspinaczkowa, strzelectwo laserowe, gra w golfa, a nawet skoki ze spadochronem – to wszystko jest możliwe! Wystarczy przekonać się o tym zaglądając chociażby na nasz facebookowy fanpage, gdzie codziennie zamieszczamy fotorelacje z życia codziennego Fundacji.

EŚ: Jak można pomóc Fundacji w realizowaniu tych wszystkich ciekawych pomysłów?

MCH: Im więcej mamy zasobów, tym więcej możemy zrobić. Mam tutaj na myśli zasoby ludzkie – czyli wolontariuszy, a także zasoby finansowe i rzeczowe. Wolontariusze to grupa wspaniałych ludzi, którzy poświęcają swój wolny czas na rzecz środowiska, pomagają asystować naszym beneficjentom w drodze na zajęcia, przyczyniają się do realizacji mniejszych projektów regionalnych. Zawsze chętnie witamy w naszym gronie wszystkich, którzy chcą nam wolontarystycznie pomagać. Po drugie – Fundacji, jako organizacji pożytku publicznego, można przekazać jeden procent swojego podatku lub darowiznę – finansową lub rzeczową. Im więcej mamy wokół siebie przyjaciół, tym większej ilości osób pomożemy aktywnie żyć i spełniać marzenia.

EŚ: Na czym jeszcze polega opieka Fundacji nad niewidomymi i słabowidzącymi?

MCH: To tak naprawdę temat rzeka. Jak już wspominałam, w każdym województwie organizowane są przeróżne działania wynikające bezpośrednio z potrzeb naszych podopiecznych. Dodatkowo prowadzimy ogólnopolski projekt „Nowocześnie zrehabilitowani niewidomi widzą i wiedzą więcej (…)”. W ramach tego projektu realizujemy z naszymi beneficjentami określoną ścieżkę rehabilitacyjną w oparciu o wybrane przez nich samych moduły dotyczące różnych dziedzin, np. tyflosport, hobby, tyfloturystykę. Fundacja prowadzi też działalność wydawniczą – mamy w swoim dorobku szereg pozycji skierowanych do niewidomych i słabowidzących dotyczących aktywnego życia, np. przewodniki turystyczne, książki kucharskie.

EŚ: Osobny temat to konwencja ONZ o prawach osób niepełnosprawnych. Jak wygląda sytuacja niewidomych w naszym kraju po ratyfikacji tego aktu prawnego?

MCH: Powoli coś zaczyna się zmieniać. Coraz więcej instytucji decyduje się na podjęcie dialogu ze środowiskiem, korzysta z konsultacji jak powinno się dostosować przestrzeń, aby była dostępna. Według tekstu konwencji niepełnosprawność wynika z barier – jeśli je zlikwidujemy – umożliwimy niepełnosprawnym pełną aktywność w życiu społecznym. I rzeczywiście – jeśli wgramy niewidomemu do komputera program odczytu ekranu – będzie mógł korzystać z Internetu i emaila na równi z osobą widzącą. Fundacja przeprowadza również audyty dostępności i szkolenia dla wszystkich chętnych instytucji. Oferujemy najnowocześniejsze rozwiązania, zgodne z ideą konwencji. Mamy nadzieję, że uda nam się zmienić otaczającą rzeczywistość, żeby była przyjazna niewidomym, żeby stała się tyfloareą.

EŚ: Czym jest TYFLOAREA?

MCH: W Polsce wciąż brakuje standardów dostępności. TYFLOAREA jest to stworzony przez niewidomych z myślą o niewidomych system oznakowań polisensorycznych. Jest to standard składający się ze spójnych i kompleksowych zasad, rozwiązań urbanistycznych i architektonicznych oraz oznakowań, dzięki zastosowaniu których obiekt i jego otoczenie stają się dostępne dla niewidomych i słabowidzących. Aby osoby z uszkodzonym wzrokiem mogły swobodnie, samodzielnie poruszać się, nie wystarczy, że zdobędą umiejętności z orientacji przestrzennej. Muszą jeszcze mieć możliwość pozyskiwania informacji gdzie się znajdują i jak wygląda otoczenie, w którym przebywają oraz powinni móc skorzystać z urządzeń, które napotykają. Dzięki wdrożeniu rozwiązań opracowanych w ramach tego standardu – obiekt, który spełnia wszystkie wymogi wyżej wymienione, również staje się Tyfloareą. Staje się nowoczesny i bezpieczny, przyjazny niewidomym.

EŚ: W grudniu Fundacja już po raz 12 jest gospodarzem wielkiego wydarzenia w świecie niewidomych – Konferencji REHA FOR THE BLIND® IN POLAND. Dlaczego postanowiliście kontynuować tę inicjatywę?

MCH: REHA to największe spotkanie niewidomych w Europie Środkowej i Wschodniej. Rokrocznie Konferencję i towarzyszącą jej wystawę nowoczesnych technologii tyfloinformatycznych odwiedzają tysiące osób z całego świata. Nie wyobrażamy sobie, abyśmy mogli tej inicjatywy nie kontynuować. To nasi podopieczni, ich rodziny i przyjaciele decydują o tym, że REHA jest sukcesem. Niezwykle dumni jesteśmy z tego, że nasza idea świata otwartego dla niewidomych przekroczyła granice naszego kraju i w tym roku, z wielkim powodzeniem zorganizowaliśmy REHĘ w Rumunii (już drugą) i – mamy nadzieję – nie ostatnią zagraniczną edycję.

EŚ: Na zakończenie pytanie: czym jest dla Pani Fundacja Szansa dla Niewidomych?

MCH: To możliwość działania ponad barierami, które niestety zbyt często ograniczają naszą wyobraźnię. Praca w Fundacji pokazuje, że nie istnieje problem, jeżeli chcę komuś pomagać i coś ofiarować. Życzę sobie i wszystkim osobom wspomagającym Fundację, aby misja, którą podążamy, otwierała drzwi w wielu miejscach i pozwoliła nam działać.

EŚ: Dziękuję za rozmowę.

PRZYJACIELE 25-lecia. Cykl wywiadów. Tobias Winnes

Janusz Mirowski: Proszę przedstaw się, powiedz gdzie pracujesz i jakie stanowisko zajmujesz.

Tobias Winnes: Nazywam się Tobias Winnes. Moje stanowisko to Vice President International Sales (Tłum.: wice prezes sprzedaży międzynarodowej) w firmie Freedom Scientific. Zajmuję się wszystkimi rynkami międzynarodowymi, poza USA i Kanadą.

JM: Powiedz nam w „sekrecie” jak wygląda twoja praca?

TW: Komunikacja – wszystko polega na komunikacji z klientami, użytkownikami oraz z własnym zespołem w taki sposób, aby zaspokoić ich wszystkie potrzeby. Jestem nieustannie na Skype, telefonie, aplikacji Whatsapp oraz poczcie email. Muszę także dużo podróżować.

JM: Powiedz nam coś o sobie – jak zaczęła się twoja przygoda w tej branży?

TW: W 1989 pewien profesor Uniwersytetu w Konstancji zaprosił mnie do współpracy przy jego startupie. Zajmował się wtedy pierwszymi maszynami rozpoznającymi druk (lektorskimi – przyp. red.) dla niewidomych. Ja interesowałem się sieciami neuronowymi, chciałem w sposób algorytmiczny stymulować pewne części ludzkiego mózgu. Rozpoznawanie tych wzorców wydawało się zbieżne z tym, co chciał zrobić profesor w przypadku rozpoznawania druku.

JM: Jeśli nie to, co innego robiłbyś w życiu?

TW: Wyobrażam sobie siebie jako fotografa podróżnika, eksplorującego naszą piękną planetę. Jednakże prawdopodobnie nie jestem wystarczająco utalentowany, aby to mi się udało. Zarządzał więc bym firmą IT, którą założyłem razem z moim bratem oraz przyjacielem.

JM: Czy możesz powiedzieć czytelnikom, kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z firmą Altix i jak zaczęła się ta współpraca? Dlaczego Altix?

TW: Myślę, że był to 1997 rok. Igor Busłowicz skontaktował się ze mną w sprawie sprowadzenia programu JAWS do Polski. Więc to Altix znalazł nas, ale szybko zorientowaliśmy się, że Altix jest dla nas idealnym partnerem i myślimy tak do dziś! Jesteśmy firmą, która została założona przez niewidomego przedsiębiorcę i zatrudniamy ponad 30% osób z dysfunkcją wzroku. Naszym celem jest znajdywanie firm podobnych do nas, takich, które naprawdę chcą coś zmienić, wykorzystując nasze technologie, a nie traktują tej branży jako okazji do biznesu. Biorąc to pod uwagę Altix był i jest idealnym partnerem.

JM: Kiedy byłeś w Polsce po raz pierwszy? Jakie było twoje pierwsze wrażenie?

TW: To było w 1983 roku. Pamiętam, że wtedy w Polsce była godzina milicyjna, to były trudne czasy. Pomijając to, ludzie zawsze byli odświeżająco przyjaźni, otwarci i kreatywni, bardzo mi się podobało.

JM: Co podoba ci się w Polsce? Miejsca, jedzenie, ludzie?

TW: To trudne pytanie, szczególnie, jeżeli przegapię kogoś lub coś. Większość czasu spędziłem w Warszawie i lubię ją, dlatego że to wibrujące i dynamiczne miasto. Cenię także Kraków i Mazury. Polską kuchnię uwielbiam, jest zjawiskowym połączeniem kuchni Środkowej i Wschodniej Europy, a szczególnie zajadam się zupami. Polska to także ludzie – poznałem tak wielu ciekawych i inspirujących, że niesprawiedliwym byłoby wymienianie tylko jednej czy kilku osób. Muszę jednak powiedzieć, że zespół Altix zawsze był tego wielką częścią.

JM: To miłe. Powiedz, jak postrzegasz Polskę wtedy i teraz – w aspekcie ekonomicznym, socjalnym, a także w dziedzinie wsparcia dla niepełnosprawnych?

TW: Obserwuję Polskę od 30 lat i jestem zaskoczony jak szybko się rozwija. Jest dynamiczna, ludzie ciężko pracują, są wykształceni i kreatywni. Prawo i system dotacji na urządzenia dla niepełnosprawnych przeszły długą drogę i mogę powiedzieć, że są dosyć zaawansowane, porównując do innych krajów. TW: Jednakże jest jeszcze duża praca przed Polską zanim zrówna się z zaawansowanymi krajami takimi jak Skandynawia, Holandia czy Niemcy.

JM: Porozmawiajmy o technologii. Jakie będą rozwiązania przyszłości dla osób niewidomych i słabowidzących?

TW: Wszystko zależy od głównego nurtu rozwoju technologii i trendów, jakie on wyznacza. Zawsze tak było i trudno przewidzieć, z czego będziemy korzystać za 5 lat. Trudno także przewidzieć, z czego będą korzystali nasi niepełnosprawni klienci. Można jednak założyć, że będzie to „mix” technologii mainstreamowej i wyspecjalizowanych urządzeń. Powiększalniki i monitory brajlowskie będą nadal potrzebne, a także wyspecjalizowane oprogramowanie dla edukacji i miejsc pracy.

JM: Czy jest teraz jakaś interesująca technologia lub podejście, które stanie się punktem zwrotnym dla waszych klientów?

TW: Technologie ubieralne, takie jak Google Glass, mają wielki potencjał, aby wykorzystać je jako pomoce dla niepełnosprawnych. Jednakże to dopiero pierwsze dni tej technologii i musimy obserwować jak będzie się rozwijać.

JM: A co myślisz o produktach takich jak iPhone oraz ogólnie o koncepcie projektowania otwartego (dostępnego), innymi słowy czy nasza branża będzie miała powód do istnienia?

TW: Kocham iPhona, pozwala mi pracować wydajniej i szybciej. Jednak przeprowadzamy ten wywiad na laptopach z Windows 8, dużo wydajniejszych i wygodniejszych. Zadaniem dla naszej branży jest pomoc naszym klientom w pracy w bardzo produktywny i konkurencyjny sposób, pomimo niepełnosprawności. Sam koncept otwartego projektowania nie wystarczy. To, że jakiś produkt jest dostępny niekoniecznie oznacza, że to rozwiązanie jest produktywne i wydajne. iPhone z Focusem 14 (notatnikiem brajlowskim – przyp. red.) jest bardzo produktywnym narzędziem dla użytkownika znającego brajla. Jednakże wymaga edukacji i specjalnego urządzenia. Dzięki takiemu połączeniu nasi klienci prawdopodobnie są bardziej wydajni korzystając z iPhona, niż ich widzący koledzy! Więc jest to połączenie otwartego projektowania, edukacji i technologii dostępowych. Uważam, że to bardzo ekscytujące!

JM: A co myślisz o notatnikach brajlowskich?

TW: Gdy notatniki brajlowskie zostały wprowadzone, był to kawałek niesamowitej technologii. Nie było wtedy smartfonów i palmtopów, a jednak dla niewidomych już zostało zaprojektowane coś na ten kształt. Myślę, że notatniki zmieniły życie wielu naszych klientów. Blazie Engineering (które stało się częścią Freedom Scientific) było jednym z wynalazców tych zmieniających życie produktów. Jednakże – to było 25 lat temu! Technologia poszła naprzód i dużo większy sens ma korzystanie ze smartfona i monitora brajlowskiego, niż próba zbudowania przenośnego komputera wyposażonego w monitor brajlowski. Część komputerowa będzie przestarzała po roku, a monitor brajlowski będzie dobry przez co najmniej 5 lat. Co by nie rzec, nikt w branży nie jest w stanie zbudować komputerów o jakości i rozmiarach smartfona, nie wspominając o kosztach takiego przedsięwzięcia!

JM: Zmieńmy trochę temat. Co robisz w wolnym czasie? Wiem, że jesteś fanem ekstremalnego narciarstwa…

TW: Kocham naturę i szybkość, najlepiej w połączeniu. Freeskiing w puchowym śniegu pośród drzew jest jednym z moich ulubionych sportów. Świetnie się bawię także podczas windsurfingu przy silnym wietrze.

JM: A coś dla relaksu?

TW: Czytanie, filmy i odkrywanie tajników fotografii i win!

JM: Ostatnie słowo dla naszych czytelników?

TW: Nie mogę się doczekać tego, co przyniesie nam nasza wspólna podróż z firmą Altix w Polsce, jesteśmy przecież elementem ekscytującego rozwoju Europy Środkowej. Technologia będzie się rozwijać i jestem przekonany, że jest przed nami wiele nowych, fantastycznych produktów, które będziemy mogli przedstawić naszym klientom. Trzymajcie rękę na pulsie!

ClearView C – niecodzienny powiększalnik do codziennych zadań

Z początkiem roku szkolnego firma Optelec przedstawiła swoje najnowsze osiągnięcie w dziedzinie powiększalników stacjonarnych – ClearView C. Nazwa urządzenia ma nawiązywać do jego kształtu – litery C. Jego nowatorska konstrukcja jest wynikiem ogromnego doświadczenia firmy, wieloletnich obserwacji i uwzględnienia wszelkich wskazówek kierowanych od użytkowników wszystkich dotychczas istniejących na rynku powiększalników. Pod uwagę wzięto kilka aspektów: wygląd, funkcjonalność, jakość wykonania, rozmiary i wagę. W ten sposób powstało ultranowoczesne i ultrafunkcjonalne urządzenie, które powiększa tekst nawet do 170 x, cieszy oko i nie stygmatyzuje użytkowników. Gdy patrzymy na ClearView C nie przychodzi nam do głowy, iż jest to produkt dedykowany osobom niepełnosprawnym. Widzimy duży, płaski ekran podtrzymywany z boku przez smukłe ramię wygięte w nowoczesnej formie i wąski stolik. Jego elegancki wygląd przypomina raczej nowoczesny telewizor, niż specjalistyczne urządzenie. To zdecydowany plus tego urządzenia. Dotychczasowe powiększalniki nie uwzględniały tego aspektu, były ogromne i wyraźnie wskazywały na ich specjalistyczne przeznaczenie przyczyniając się niejednokrotnie do obniżenia poczucia własnej wartości użytkowników, przypinając im łatkę osób potrzebujących pomocy. ClearView C można z dumą postawić w salonie nie zdradzając przy tym nikomu swojej niepełnosprawności.

Podczas projektowania urządzenia rozwiązano problem czytania dużych stron gazet. W tradycyjnych powiększalnikach jest to utrudnione przez zastosowanie zbyt małej przestrzeni między stolikiem a monitorem lub znajdujące się zbyt blisko monitora ramię je podtrzymujące. W ClearView C ramię monitora zostało zamontowane w dużej odległości od stolika, co daje użytkownikowi dużo wolnej przestrzeni do wygodnego przekładania nawet większych stron. Ponadto powiększona została przestrzeń między kamerą i stolikiem. Kolejnym problemem w dotychczasowej pracy z powiększalnikami stacjonarnymi był często utrudniony dostęp do przycisków sterujących – szczególnie w trakcie pracy z większymi formatami tekstu. Tam, gdzie panel sterowania znajdował się na przodzie stolika, był on przykrywany przez gazetę w trakcie czytania. Tam, gdzie panel znajdował się pod monitorem, praca z nim mogła przysparzać trudności osobom starszym, z niedowładami rąk. Korzystanie z niego wymagało przecież oderwania rąk od tekstu i trzymanie ich w nie dla każdego wygodnej pozycji. Optelec zaproponował inne rozwiązanie – panel sterujący w formie bezprzewodowego pilota. Dzięki niemu możemy sterować poziomem powiększenia tekstu, zmianą kolorów – siedząc wygodnie w fotelu.

Stolik w ClearView C bardzo łatwo przesuwa się na prowadnicach. Dodatkowo możemy ustawić tu siłę blokady stolika. ClearView C zaczyna czytanie domyślnie od początku strony – nie ma więc konieczności przesuwania stolika do brzucha, aby przeczytać początek tekstu. Ucieszy to na pewno osoby z tzw. „brzuszkiem”.

ClearView C możemy zamówić w dwóch rozdzielczościach: standardowej (SD) lub wysokiej (HD). W ich ramach możemy wybrać monitor 21,5 calowy lub 24 calowy. Jeśli chcemy pracować jednocześnie z tekstem z komputera i monitora powiększalnika, wybierzmy wersję Twin View. W tej opcji możemy wyświetlać na jednym monitorze obraz z dwóch urządzeń jednocześnie. W wersji ClearView C najbardziej rozbudowanej otrzymamy 24 calowy dotykowy ekran i wsparcie lektora, który przeczyta nam wszystko to, co wskażemy na ekranie.

Poziom powiększenia obrazu w ClearView C to od 4-100x przy 21,5-calowym ekranie i 1,5-170x przy 24-calowym ekranie.

ClearView C znajdzie zastosowanie nie tylko w domu, ale będzie też świetnym rozwiązaniem we wszelkiego rodzaju placówkach użyteczności publicznej, jak urzędy, biblioteki itp. Wyobraźmy sobie sytuację, w której do urzędu przychodzi osoba niedowidząca lub po prostu starsza, mająca problem ze wzrokiem, która otrzymuje w okienku formularz do wypełnienia. Każda osoba niedowidząca spotkała się z pewnością z taką sytuacją. Może się ona zdarzyć w ZUS, Urzędzie Skarbowym, podczas załatwiania formalności związanych z zameldowaniem, składaniem wniosku o nowy dowód osobisty, paszport itd. Jeśli urzędnik wykaże dobrą wolę i znajdzie czas, to być może pomoże w wypełnieniu formularza. A co jeśli odmówi, a my jesteśmy w urzędzie sami? Gdyby w każdym urzędzie zostało przygotowane stanowisko wyposażone w powiększalnik typu ClearView C, wówczas osoby niepełnosprawne nie odczułyby dyskomfortu związanego z brakiem możliwości samodzielnego wypełnienia druku. Wystarczyłoby, aby położyły go na stoliku, a tekst zostałby wyświetlony w potrzebnym powiększeniu na monitorze. Przestrzeń pomiędzy stolikiem a monitorem pozwala na swobodne pisanie, więc samodzielne wypełnienie każdego formularza stałoby się dziecinnie proste. Mam nadzieję, że w przyszłości takie rozwiązania będą stanowiły standardowe wyposażenie każdego urzędu, a osoba niedowidząca będzie miała takie same szanse na samodzielne funkcjonowanie jak osoba w pełni sprawna.