Aktywny Samorząd 2013 – ostatni etap realizacji marzeń o własnym sprzęcie rehabilitacyjnym

W poprzednich numerach publikowaliśmy najświeższe informacje dotyczące pilotażowego programu „Aktywny Samorząd”, który jest programem pomocy dla osób niepełnosprawnych realizowanym przez jednostki powiatowe – m.in. Miejskie Ośrodki Pomocy Społecznej, Miejskie Ośrodki Pomocy Rodzinie, Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie. Osoby z dysfunkcją wzroku mogą ubiegać się o dofinansowanie zakupu sprzętu elektronicznego, jego elementów i oprogramowania oraz szkoleń z zakresu obsługi nabytego sprzętu. Celem jest likwidacja barier ograniczających uczestnictwo beneficjentów w życiu społecznym, zawodowym oraz dostępie do edukacji.

Według wstępnych założeń program miał być realizowany sukcesywnie przez cały rok. Niestety, nie udało się zrealizować tych planów. Do 30 września była możliwość składania wniosków o dofinansowanie, natomiast realizacja umów została przesunięta na ostatni kwartał b.r. Najwięcej umów na zakup sprzętu podpisywanych jest w grudniu, z terminem rozliczenia w tym roku. Bez wątpienia jest to niekorzystne rozwiązanie. Natomiast szkolenia, w zależności od powiatów, muszą się odbyć i zostać rozliczone w tym roku lub do końca I kwartału 2014 roku. W poprzednim artykule poruszaliśmy kwestię trudności związanych z realizacją szkoleń do końca roku, z powodu bardzo krótkiego czasu pomiędzy realizacją umów na sprzęt a przeprowadzeniem szkoleń. Beneficjenci muszą najpierw otrzymać sprzęt, a wtedy dopiero mogą przejść szkolenie. Niezwykle istotne jest, aby osoby niepełnosprawne uczyły się obsługi komputera, urządzeń i programów specjalistycznych na zakupionym sprzęcie. Ważny jest tutaj komfort pracy i efektywne wykorzystywanie posiadanych urządzeń.

Wiele osób ubiegających się o dofinansowanie nie otrzymało pomocy z powodu niewystarczających środków finansowych otrzymanych przez jednostki samorządu powiatowego. Jest to krzywdzące dla tych, którym sprzęt jest potrzebny – do pracy, nauki, dalszego rozwoju, a którzy nie są w stanie z własnych środków zakupić tak drogich rozwiązań. Otrzymaliśmy również informacje o zwiększonych wkładach własnych – nawet do 30%, gdzie nie wszystkie osoby są w stanie pokryć tak duże kwoty.

W opinii adresatów programu zaletą „Aktywnego Samorządu” jest przeniesienie go do powiatów. Osoby niepełnosprawne mają lepszy dostęp do instytucji realizujących program. Natomiast negatywnie odbierany jest termin realizacji umów. W założeniach program miał być realizowany przez cały rok, natomiast osoby chcące uzyskać pomoc były zmuszone czekać do końca roku. W dalszym ciągu istnieje wiele niejasności w rozpatrywaniu wniosków i ich realizacji, co utrudnia ubieganie się o dofinansowanie. Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku nastąpią zmiany w tym zakresie.

Chore Zamówienia Publiczne

Ustawa o Zamówieniach Publicznych z 2004 roku, powołująca do życia między innymi Krajową Izbę Odwoławczą, miała raz na zawsze rozwiązać problemy starej ustawy i pozwolić konkurować firmom zgodnie z prawem, bez nieskrępowanego wykorzystywania luk w Specyfikacjach Istotnych Warunków Zamówienia, poświadczania nieprawdy, albo nagannych i krępujących nacisków na zamawiającego. Zamawiający miał po prostu wyspecyfikować to, co jest mu potrzebne, ogłosić przetarg i wybrać najkorzystniejszą ofertę spełniającą wskazane warunki. Jeśli coś było nie tak – czy to na etapie składania ofert, czy po ich wyborze – wykonawca mógł odwołać się od krzywdzącej, w jego opinii, decyzji, a Krajowa Izba Odwoławcza rozpatrywała taki wniosek, w większości przypadków orzekając profesjonalnie, kto ma rację. Było i jest to dobre rozwiązanie. Niestety, sytuacja zmieniła się, uderzając m.in. w zamówienia związane z osobami niepełnosprawnymi.

Wprowadzono tzw. próg unijny do 200 000 EURO, poniżej którego możliwość wniesienia odwołania została znacząco ograniczona do okoliczności wskazanych wprost w przepisie art. 180 ust. 2 p.z.p.

Są to:

1) wybór trybu negocjacji bez ogłoszenia, zamówienia z wolnej ręki lub zapytania o cenę,

2) opis sposobu dokonywania oceny dotyczącego spełniania warunków udziału w postępowaniu,

3) wykluczenie oferenta z postępowania o udzielenie zamówienia publicznego,

4) odrzucenie oferty oferenta odwołującego się.

W praktyce oznacza to, że instytucja musi ogłosić przetarg, ale przegrany oferent nie może się odwołać od jej decyzji, gdy zostanie wybrany inny oferent, mimo że nie spełnił warunków specyfikacji. Oferent może odwołać się tylko wtedy, gdy jego oferta zostanie odrzucona. Stwarza to okazję dla nieuczciwych firm, które nawet świadomie oferują produkty niespełniające warunków specyfikacji, a dzięki temu mogą zaproponować niższe ceny. Zamawiający może w takiej sytuacji zapytać, czy wyspecyfikowane produkty spełniają jego warunki, ale jeśli wykonawca – nawet poświadczając nieprawdę – oświadczy, że zaproponowane przez niego produkty posiadają wymagane funkcje, zamawiający nie ma wyboru – musi wybrać ofertę takiego wykonawcy. Teoretycznie, zamawiający może taką ofertę odrzucić, ale ogłaszający przetarg są często straszeni rozmaitymi trudnymi dla nich konsekwencjami, a zwłaszcza samą Krajową Izbą Odwoławczą, że mogą w konsekwencji odrzucenia niepoprawnej oferty znaleźć się w ogniu krytyki i utracić środki przeznaczone na zakupy. W takiej sytuacji wolą się wycofać i ustąpić. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy zamawiający są szkołami lub innymi małymi instytucjami, które nie mają wyspecjalizowanych ekspertów zajmujących się zamówieniami publicznymi. Dopiero przy odbiorze sprzętu zamawiający może zweryfikować, czy zaoferowany sprzęt spełnia warunki SIWZ i czy jest taki, jak sobie zamawiający życzył. Często zdarza się, że tak nie jest. Wtedy wykonawca dostarcza inny produkt lub płaci karę. Nie ma możliwości powtórzenia przetargu – tym samym pokrzywdzony, uczciwy oferent, który zaoferował sprzęt spełniający wymogi zamawiającego, przez co musiał zaproponować droższą ofertę, jest bezpodstawnie oraz bezprawnie pozbawiony zamówienia. Jest to szczególnie bolesne w branży tyfloinformatycznej, gdzie zamówienia są zazwyczaj poniżej progów unijnych, produkty są specjalistyczne i zamawiającemu trudno orzec na etapie składania ofert, czy produkty są odpowiedniej jakości.

Opisywana sytuacja nie jest hipotetyczna – niestety, kilka razy w tym roku nieuczciwe oferty wygrały wykorzystując powyższe niuanse, a zamawiający otrzymali sprzęt nie spełniający ich oczekiwań i musieli dokupić sprzęt i oprogramowanie oddzielnie. Jest to bardzo szkodliwe dla rynku, a szczególnie rynku specjalistycznego, gdzie w ten sposób niepełnosprawni otrzymują gorszy sprzęt. Może to spowodować, że następnych projektów nie będzie. Ponadto branża nie może się rozwijać, gdyż wygrywają firmy gorsze i nieuczciwe. Miejmy nadzieję, że w nowym roku instytucje mądrzejsze o opisane powyżej doświadczenia, unikną akceptowania wątpliwej jakości ofert.

Specjalista Zamówień Publicznych z 10-letnim doświadczeniem

Jak walczono z wykluczeniem cyfrowym w województwie kujawsko-pomorskim

Dostęp do nowoczesnych technologii to podstawa, jeśli chodzi o budowanie społeczeństwa informacyjnego. Problem wykluczenia cyfrowego niestety wciąż jeszcze istnieje, szczególnie wśród osób niepełnosprawnych i tych, które znajdują się w trudnej sytuacji materialnej. Wychodząc naprzeciw problemom związanym z barkiem dostępu do Internetu czy brakiem komputerów, władze województwa kujawsko-pomorskiego podjęły się realizacji programu „Przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu na terenie województwa kujawsko-pomorskiego”. Celem projektu jest zapewnienie dostępu do Internetu, technologii informacyjnych oraz wiedzy osobom wykluczonym cyfrowo. Projekt realizowany jest w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, działanie 8.3 Przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu – e-Inclusion. Budżet przedsięwzięcia to 25,7 mln złotych, 85% tej kwoty zostanie pokryte ze środków unijnego programu Innowacyjna Gospodarka, a pozostałą wartość wniesie województwo. Jest to pierwszy tego typu projekt w Polsce realizowany w skali całego regionu.

Przyszli beneficjenci programu mogli składać wnioski za pośrednictwem Ośrodków Pomocy Społecznej, Powiatowych Centrów Pomocy Rodzinie oraz Polskiego Związku Niewidomych. Wpłynęło ich ponad 5000, wsparciem objętych zostało 2000 mieszkańców województwa: 1100 osób w trudnej sytuacji materialnej, 350 niedowidzących i niewidomych oraz 550 osób z inną formą niepełnosprawności. 1500 uczestników projektu otrzymało wsparcie w postaci komputera i przyłącza internetowego, natomiast 500 samego przyłącza internetowego. Wszyscy zostali objęci szkoleniem z zakresu podstawowej obsługi komputera. Dodatkowo beneficjenci z dysfunkcją wzroku otrzymali urządzenia wielofunkcyjne.

14 sierpnia tego roku województwo kujawsko-pomorskie podpisało umowę z firmą Infomex Sp. z o.o. na dostawę komputerów, specjalistycznego sprzętu dla osób niepełnosprawnych, przeprowadzenie szkoleń oraz zapewnienie dostępu do sieci Internet. Od tego momentu firma miała 100 dni na realizację zamówienia.

Organizacji i realizacji szkoleń podjął się Altix, biorąc pod uwagę skalę projektu i stosunkowo krótki czas realizacji, było to niemałe i niełatwe wyzwanie. W praktyce należało przeszkolić 2000 osób z całego województwa. Szkolenia miały odbywać się jedynie w miastach na prawach powiatu, a więc w przypadku województwa kujawsko-pomorskiego w 19 miastach. Miało to zapewne ułatwić beneficjentom dotarcie na szkolenia. Kursy odbywać miały się na sprzęcie, który beneficjenci mieli później zabrać do domu, tak więc musiały zostać połączone z przekazaniem owego sprzętu. Problem polegał na tym, że 500 osób otrzymało samo przyłącze internetowe, router umożliwiający korzystanie z bezprzewodowego Internetu. Szkolenia trzeba było zatem zaplanować w taki sposób, aby każdy, bez względu na rodzaj otrzymanego wsparcia, mógł uczestniczyć w kursie korzystając z komputera.

Warsztaty rozpoczęły się 20 września, ostatnie zaplanowane w harmonogramie szkolenie odbyło się 21 października. Oznacza to, że codziennie, włączając weekendy, przez 31 dni nasi szkoleniowcy przemierzali wzdłuż i wszerz kujawsko-pomorskie. Codziennie w innym mieście prowadzili szkolenia dla beneficjentów programu. Zespół, który koordynował działania na miejscu w Toruniu, również pracował nieprzerwanie przez te wszystkie dni, często po kilkanaście godzin dziennie, także w soboty i niedziele. Telefony dosłownie urywały się od rana do wieczora, drukarka pracowała non-stop. Trzeba było wydrukować kilka tysięcy stron zaproszeń, setki list obecności, ankiet, protokołów, wszystkich niezbędnych dokumentów, których w przypadku tak dużych projektów zawsze jest za dużo. Każdy dzień przynosił nowe problemy i sytuacje, które wymagały szybkiej interwencji. Tempo pracy było szaleńcze, często z biurowca wychodziliśmy ostatni, portier budynku uważał, że jesteśmy pracoholikami. Szkoleniowcom wcale nie było łatwiej. A tu spóźnia się dostawa komputerów, które nota bene przyjeżdżały z Żywca – i trzeba zapanować nad tłumem zniecierpliwionych osób. Firma od cateringu spóźnia się z obiadem i znowu tłum zniecierpliwionych i do tego głodnych ludzi, którzy często również musieli przejechać kilkadziesiąt kilometrów, by dotrzeć na szkolenie. W jednej sali nie działało Wi-Fi, jak więc założyć 15 osobom konta mailowe bez dostępu do Internetu? Ktoś przyjechał na wózku inwalidzkim, a sala szkoleniowa była na drugim piętrze. Takich problemów codziennie było sporo, ale żaden z nich nie był nie do rozwiązania. Chyba jednym z największych okazała się „papierkowa robota”, absolutnie niezbędna przy tym, jak i przy każdym innym projekcie. Walka z wykluczeniem cyfrowym według Urzędu Marszałkowskiego miała m.in. polegać na ręcznym wypełnieniu dwóch umów, każda w trzech egzemplarzach, czyli na składaniu kilkunastu podpisów i parafowaniu kilkudziesięciu stron. Całe szczęście, że beneficjenci otrzymali materiały promocyjne, w tym długopisy.

Wielu beneficjentów programu było bardzo zniecierpliwionych i codziennie dopytywali się o terminy szkoleń. Trudno było się im dziwić, od momentu złożenia przez nich wniosku do czasu realizacji programu minęły prawie dwa lata. Ciężko stwierdzić, co tak bardzo wydłużyło ten czas, czy jest to kwestia skali przedsięwzięcia, procedur, czy tempa działania samego Urzędu Marszałkowskiego.

Zdecydowana większość beneficjentów, którzy otrzymali jedynie przyłącze internetowe, czuła się pokrzywdzona i niesprawiedliwie potraktowana. Również trudno im się dziwić, ale w ten sposób została rozdysponowana cała pomoc. Trzeba jednak pamiętać, że 3000 osób nie zakwalifikowało się do żadnej pomocy, a darmowy Internet na kilka lat to również spora pomoc.

Mimo wszystkich niedogodności i problemów można śmiało stwierdzić, że znaczna część beneficjentów projektu była zadowolona zarówno ze szkoleń, jak i z otrzymanego sprzętu. Program szkoleń składał się z 10 godzin lekcyjnych. Z jednej strony to dużo, z drugiej mało. Sporo osób już wcześniej korzystało z komputerów, czy to w szkole, czy w pracy. Sporo było również osób około 70 roku życia, a nawet starszych, które podczas szkolenia pierwszy raz obsługiwały komputer. 10 godzin lekcyjnych to również za mało, by nauczyć się w pełni obsługiwać programy JAWS, JAWS+MAGIC, czy klawiatury MAGIC, które otrzymało 300 beneficjentów. 18 osób niewidomych otrzymało monitory Fokus 40 Blue, osoby z dysfunkcją ruchu otrzymały specjalistyczne myszy komputerowe Big Track i klawiatury Big Keys.

Jeszcze przed rozpoczęciem szkoleń wiedzieliśmy, że czeka nas dużo pracy, że zadanie jest trudne, ale nie niemożliwe do wykonania. Może jest jeszcze za wcześnie, by otwierać szampana, ale na pewno można stwierdzić, że daliśmy radę. Okupione było to ciężką pracą, ciągłym stresem, ale mamy dowód na to, że możemy realizować tak duże przedsięwzięcie. Mózgiem całej operacji był Maciej Motyka i jemu należy się największe uznanie. Oskar Michalski, który na dwa miesiące przeprowadził się do Torunia, również cały czas trzymał rękę na pulsie i codziennie dawał z siebie wszystko.

Realizacja projektu dobiegła końca. Jednak nie zwalniamy tempa i dalej koncentrujemy się na tym, aby osoby potrzebujące specjalistycznego sprzętu miały dostęp do niezbędnych narzędzi i odpowiedniego przeszkolenia.

Edukacja przyjazna niewidomym i słabowidzącym

„Przyjazna, bezpieczna i kompleksowa edukacja uczniów niewidomych i słabowidzących w środowisku szkolnym” to projekt Fundacji Szansa dla Niewidomych realizowany w Zespole Szkół nr 16 im. Wandy Szuman w Toruniu. Projekt powstał w wyniku rosnącego zapotrzebowania na specjalistyczną, fachową pomoc w edukacji i rehabilitacji społecznej dzieci z niepełnosprawnością wzrokową. Edukacja i rehabilitacja tych dzieci nie zawsze odpowiada ich potrzebom i najczęściej wymaga specjalistycznego wsparcia na miarę „edukacji równych szans”.

Poszukiwanie profesjonalnej opieki skazuje wiele dzieci na kształcenie w odległych ośrodkach. Uważam, że najlepszą formą edukacji jest kształcenie integracyjne. Nie powoduje ono izolacji i wykluczenia, a w sposób naturalny uczy społeczeństwo tolerancji, a dzieciom umożliwia rozwój społeczny, uczy funkcjonowania z innymi ludźmi.

Należy jednak pamiętać, że istnieje ogromna potrzeba realizowania koncepcji wsparcia edukacyjnego dla dzieci z niepełnosprawnością wzroku. Konieczna jest tutaj znajomość oraz umiejętność stosowania specjalistycznych metod i form pracy. Osoba ucząca dziecko niewidome lub słabowidzące musi nie tylko posiadać wiedzę na temat nauczania, ale przede wszystkim musi mieć szansę praktykowania, dostępu do specjalistycznego sprzętu, opracowań i konsultantów. Wyposażenie specjalistyczne otwiera możliwość współuczestniczenia niewidomego ucznia w zajęciach na równi z widzącymi uczniami. Podobnie rzecz się ma z dostępem do książek, wypożyczalni, specjalistycznych szkoleń komputerowo-brajlowskich.

W ramach projektu „Przyjazna, bezpieczna i kompleksowa edukacja uczniów niewidomych i słabowidzących w środowisku szkolnym” został opracowany innowacyjny program wsparcia skierowany do uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, ich rodziców oraz nauczy-cieli uczących w ZS Nr 16 w Toruniu. Program adresowany był także do pracowników regionalnych poradni psychologiczno-pedagogicznych, które na co dzień współpracują z tą szkołą.

Projekt zakładał realizację zajęć wspierających edukację i funkcjonowanie uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi w szkole ogólnodostępnej z oddziałami integracyjnymi.

Jednym z jego założeń było poszerzenie wiedzy nauczycieli, rodziców oraz otoczenia uczniów niepełnosprawnych na temat możliwości tych osób. Chcieliśmy m.in. poprzez zajęcia grupo-we i indywidualne zwiększyć samodzielność dzieci z dysfunkcją wzroku. Przeprowadziliśmy też szereg szkoleń/spotkań ze specjalistami w zakresie nowoczesnej rehabilitacji, terapii dzieci z dysfunkcjami oraz nowoczesnego oprogramowania specjalistycznego.

Dla wyrównania szans edukacyjnych uczniów szkoła została wyposażona w niezbędne pomoce dydaktyczne, bez których nie ma możliwości osiągania wymiernych efektów. Stanowisko komputerowe zostało wyposażone w program udźwiękawiający z syntezatorem mowy oraz program powiększający. Dzięki temu niewidomy lub słabowidzący uczeń może brać czynny udział w zajęciach, na których jego widzący koledzy korzystają z komputerów. Z kolei skorzy-stanie ze skanera wraz z programem odczytu zeskanowanego obrazu pozwoli tym uczniom zapoznawać się z przetworzonym tekstem. Skaner i program OCR to także doskonałe narzędzie dla nauczycieli i kadry dydaktycznej, którzy dzięki niemu mogą adaptować potrzebne materiały. Obecnie rynek podręczników jest bardzo zróżnicowany, niestety książek przystosowanych dla osób z dysfunkcją wzroku jest niewiele. Często jest tak, że uczniowie niewidomi i słabowidzący uczęszczający do szkół ogólnodostępnych lub integracyjnych nie mają pod-ręczników. W ramach programu została wiec zakupiona również drukarka brajlowska. Pozwoli ona na drukowanie materiałów w brajlu. Szkołą została wyposażona także w linijkę brajlowską. Ważne w edukacji niewidomych jest zapoznawanie ich z grafiką dotykową – tyflografiką. Schematy dotykowe kształtują percepcję przestrzenną, jakże istotną w samodzielnym życiu niewidomego.

Doposażyliśmy szkołę w Toruniu także m.in.: atlasy geograficzne – Polski i świata, atlas anatomiczny oraz globus dotykowy. To niezastąpione narzędzia wykorzystywane w nauce przy-rody, biologii, geografii i historii. Nie możemy pozwolić na to, by potrzeby uczniów posiadających dysfunkcję wzroku były marginalizowane na tych zajęciach.

W ramach projektu przewidzieliśmy następujące działania:

  1. Zapewnienie w szkole bazy pomocy i sprzętu. Adaptacja materiałów i pomocy dydaktycznych.
  2. Zajęcia rewalidacyjne: nauka pisma punktowego brajla, orientacja przestrzenna i poruszanie się z białą laską, technika dla wzroku, nauka czynności dnia codziennego, umiejętności komunikowania się w społeczeństwie, zajęcia z zakresu nabywania kompetencji uspołeczniających.
  3. Wsparcie edukacyjne: doradztwo pedagogiczne z nauczycielami i rodzicami.
  4. Wsparcie rodzinne: konsultacje psychoterapeutyczne.
  5. Uaktualnienie poradnika „Umiejętności na wagę złota” o nowe treści związane z nowoczesną edukacją uczniów z dysfunkcją wzroku, który został wydany pod nową nazwą: „Świat otwarty dla niewidomych przede wszystkim w szkole”.

Z projektu skorzystało 40 osób – 15 uczniów z dysfunkcją wzroku, 15 rodziców i 10 nauczycieli wraz z pracownikami poradni psychologiczno-pedagogicznej.

Uczniowie uczęszczający do objętej wsparciem szkoły zostali wyposażeni w niezbędny sprzęt i specjalistyczne oprogramowanie. Oprócz tego uczestniczyli w zajęciach z nauki pisma brajlem, orientacji przestrzennej, czynności dnia codziennego oraz szeregu umiejętności nabywania kompetencji społecznych. Rodzice uczniów dowiedzieli się w jaki sposób można efektywnie wychowywać niepełnosprawne dzieci, tak by stały się samodzielnymi, pełnoprawnymi członkami społeczeństwa.

Do udziału w projekcie zaprosiliśmy największe autorytety w dziedzinie nowoczesnej tyflorehabilitacji. Większość ekspertów dysponuje doświadczeniem pedagogicznym, a część z nich to dobrze zrehabilitowane osoby z dysfunkcją wzroku. Ich zaangażowanie z całą pewnością przyczyniło się do sukcesu projektu Fundacji.

Dla mnie, jako autora i koordynatora tego projektu najważniejszym celem jest to, by kolejne pokolenie osób z niepełnosprawnością zdobyło umiejętności nowoczesnej rehabilitacji. To z pewnością pozwoli im na normalne funkcjonowanie w dorosłym życiu.

Uśmiech, zadowolenie na twarzach moich uczniów pokazały, że takie projekty mają sens, są potrzebne i odnoszą wymierne efekty. Oby więcej takich inicjatyw, z pewnością jest mnóstwo szkół, placówek, które czekają na takie wsparcie.

Rehabilitacja pod portugalskim słońcem

12 kwietnia 2013 roku na ekrany polskich kin wszedł film „Imagine” w reżyserii Andrzeja Jakimowskiego. Bohaterem produkcji jest niewidomy Jan – specjalista do spraw rehabilitacji i orientacji przestrzennej. Przybywa on do kliniki, w której dzieci niewidome, po utracie wzroku, uczą się „życia w ciemności”.

Nikt nie może uwierzyć, że faktycznie jest on osobą niewidomą, ponieważ porusza się bez białej laski i nie wpada na przeszkody. Jan chodzi w butach na obcasach, kląska, a wydawane dźwięki odbijające się od przeszkód pozwalają mu zorientować się, gdzie znajdują się przeszkody. Innymi słowy bohater używa pozostałych zmysłów i wyobraźni aby się poruszać, czyli praktykuje echolokację.

Tylko Jan słyszy morze i wielki statek gdzieś w oddali. Nikt nie wierzy bohaterowi, a lekarz prowadzący klinikę nie akceptuje metod pracy rehabilitacyjnej Jana. Jednak niewidome dzieci, podopieczni bohatera, chcą uczyć się chodzenia bez laski używając jedynie echolokacji.

Jedną z pacjentek kliniki jest niewidoma dorosła kobieta – Eva. Boi się sama chodzić po mieście. Do pobliskiej restauracji i na spacer wyrusza z Janem. Podobnie kilkunastoletni chłopiec, Serrano, który próbuje wyjść poruszając się podobnie jak Jan, bez białej laski.

Jan musi opuścić klinikę, a Eva i Serrano przełamują lęki i tkwiące w ich głowach bariery. Oboje wyruszają na spacer po mieście. Okazuje się również, że wielki statek, w istnienie którego nikt nie wierzył, a który słyszał jedynie Jan, faktycznie istnieje.

„Imagine” to film jednowątkowy, z motywem nauczyciela-outsidera, który korzysta z nowoczesnych metod pracy. Innowacyjne podejście sprawia, że nie jest akceptowany przez przełożonych, ale zaczyna być uwielbiany przez swoich podopiecznych. Finalnie bohater przegrywa walkę z systemem, ale jednostki, które uczył, przełamują tkwiące w nich bariery i ograniczenia. Akcja filmu więc jest raczej dosyć uboga.

Niewidomi bohaterowie

„Imagine” to kolejny film, którego bohaterami są osoby niewidome. Wcześniej na ekranach kin można było oglądać „Miasto ślepców” i „Parę osób, mały czas”.

„Parę osób, mały czas” to opowieść o Jadwidze Stańczakowej – niewidomej dziennikarce i poetce – sekretarzu Mirona Białoszewskiego. Akcja filmu skupia się wokół relacji pomiędzy

bohaterką a Białoszewskim. Brak wzroku Stańczakowej jest jedną z cech kobiety, nie jest to zatem film stricte o niewidomych.

Nieco inaczej wygląda sytuacja z filmem „Miasto ślepców”. Tu akcja rozgrywa się w nienazwanym mieście, gdzie wybucha epidemia. Ludzie z niewyjaśnionych powodów, jak się później okazuje z powodu tajemniczego wirusa, tracą wzrok. Chorzy zostają zamknięci w odosobnieniu. W ekstremalnych warunkach zaczynają się ujawniać najgorsze ludzkie instynkty. Nagła ślepota jest tylko pretekstem do opowiedzenia o ludzkiej naturze i zachowaniu człowieka w ekstremalnych warunkach.

Warto wspomnieć, że film był krytykowany, a wręcz oprotestowany przez amerykańską organizację zrzeszającą niewidomych NFB. Uznała ona, że produkcja przedstawia osoby niewidome w negatywnym świetle.

Uważam, że również w filmie „Imagine” motyw niewidomych jest tylko pretekstem. W gruncie rzeczy jest to opowieść o barierach, lękach oraz o walce z nimi. Każdy z nas ma swoje ograniczenia i powinien podejmować próby ich przezwyciężenia. Nie jest to jednak film o osobach niewidomych w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Prawda o niewidomych

Wielu dziennikarzy piszących o filmie „Imagine” oraz sam reżyser filmu z zachwytem wypowiadało się na temat echolokacji, czyli systemu określania położenia przeszkód w otoczeniu przy użyciu zjawiska echa akustycznego.

Nikt jednak nie wspominał o praktycznym zastosowaniu tej metody. Wystarczy wybrać się do jednego z wielu ośrodków szkolno-wychowawczych dla dzieci niewidomych, gdzie dzieci chodzą bez białych lasek. Prawdą jest, że chodzą po terenie zamkniętym i przystosowanym do samodzielnego poruszania się po nim.

Entuzjazm związany z echolokacją dziwi mnie tym bardziej, że sam znam osoby niewidome, które już w czasach „wczesnego Gomułki”, jako niewidome przedszkolaki kląskały w podwarszawskich Laskach. Namierzały w ten sposób przeszkody i nie wykorzystywały badań i prac zza oceanu.

Należy jednak pamiętać, że dzisiaj, w ogromnym ruchu ulicznym, chodzenie bez białej laski jest wręcz niebezpieczne. Niewidomy bez białej laski jest zagrożeniem na ruchliwej ulicy dla siebie, dla innych pieszych i zmotoryzowanych uczestników miejskiego ruchu. Myślę, że tylko filmowy bohater potrafił bez białej laski przejść przez ruchliwą ulicę słysząc „dziurę” między pojazdami.

Osoby, które nie mają kontaktu z niewidomymi, po obejrzeniu filmu mogą dziwić się mówiąc: „Czemu pani na tym przejściu czeka i nie przechodzi przez ulicę? Ja widziałam film o takim panu niewidomym, który bez laski sam przechodził przez ulicę.”

Jeśli więc spotkasz Drogi Czytelniku niewidomego na ulicy, podejdź do niego i zapytaj czy nie potrzebuje Twojej pomocy. Zachowanie Jana, bohatera filmu „Imagine”, włóż jedynie między inne opowieści reżyserów, którzy nie chcieli poznać prawdziwego życia niewidomych stwarzając jedynie swój – filmowy świat echolokacji.

Staż w Brukseli na wyciągnięcie ręki

Wiele osób uważa, że jeśli się jest osobą niepełnosprawną, to tylko usiąść i płakać. Ja sama nigdy nie byłam zwolenniczką takiego myślenia. Wierzę, że dużo trafniejsze jest przysłowie „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Dlatego w swoim życiu staram się nie liczyć na cuda, nie czekać na wspaniałe okazje, ani nie wypatrywać niesamowitych szans, które same zapukają do moich drzwi.

Skończyłam studia na wydziale Filologii Polskiej. Zaraz po obronie pracy dyplomowej zabrałam się za szukanie pracy. Owszem, sprzyjało mi szczęście, ale musiało ono mieć czemu sprzyjać. Przyjęto mnie do dużej korporacji, jaką jest Ergo Hestia, a pracowałam dla rozpoczynającej swoją działalność Fundacji Integralia. Z czasem obowiązki, jakie przypadły mi w udziale, sprowokowały mnie do uzupełnienia wykształcenia o podyplomowe studia z zakresu Public Relations i Marketing Partnerski. Ciągle jednak miałam uczucie, że to nie wszystko, że chciałabym się dalej rozwijać.

Pierwszym krokiem w stronę osiągnięcia jednego z celów, jakie sobie postawiłam – czyli wyjazdu za granicę, było rozpoczęcie poszukiwań oferty, z której mogłabym skorzystać w ramach Wolontariatu Europejskiego. Chciałam wyjechać na trochę i zrobić coś pożytecznego. Zabrałam się za to niestety późno, bo kilka miesięcy przed przekroczeniem limitu wiekowego. Wtedy było to 30 lat. Udało mi się jednak wyjechać na 3-tygodniowy wolontariat do Francji.

Zachęcona tym powodzeniem i ciągle pragnąc więcej, zaczęłam rozglądać się za innymi możliwościami. Sprawdzałam stypendia, wymiany, szkolenia i staże. W ten sposób natrafiłam na ogłoszenie zachęcające osoby z niepełnosprawnością do starania się o taki sam staż jak osoby pełnosprawne w jednej z instytucji unijnych. Wybrałam Parlament Europejski, bo sama nazwa napawała dumą. Złożyłam aplikację przez Internet, co wymagało wypełnienia dosyć szczegółowego formularza przypominającego CV po angielsku i czekałam na odpowiedź. Wymagań nie ma właściwie żadnych. Należy jedynie mieć wykształcenie wyższe i mówić płynnie w jednym z języków Unii Europejskiej.

„Płynnie”, to jednak, jak wiadomo, określenie dosyć względne. Ja sama określiłabym swój poziom na dość średnio zaawansowany.

Aplikując na staż można też wybrać gdzie najbardziej chciałoby się odbyć swoje przygotowanie do zawodu. Wybór jest spory i są to następujące instytucje:

  • Sekretariat Rady UE,
  • Parlament Europejski,
  • Komisja Europejska,
  • Trybunał Sprawiedliwości,
  • Trybunał Obrachunkowy,
  • Komitet Ekonomiczno-Społeczny,
  • Komitet Regionów,
  • Europejski Bank Centralny,
  • Rzecznik Praw Obywatelskich,
  • Europejskie Centrum Rozwoju Szkoleń Zawodowych,
  • Biuro ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego,
  • Europejska Agencja Ewaluacji Produktów Medycznych,
  • Europejski Fundusz Inwestycyjny,
  • Służba Tłumaczeń.
  • Podstawą udziału w naborze na staż jest złożenie aplikacji, którą można wypełnić na stronie internetowej http://europa.eu.int/comm/stages/. Osoby, które nie mają dostępu do Internetu mogą otrzymać formularz po wysłaniu listu z prośbą na poniższy adres:
  • Traineeships Office
  • B100 1/7
  • European Commission
  • B-1049 Brussels, Belgium
  • Więcej na ten temat można poczytać po polsku m.in. pod poniższymi linkami:
  • http://www.bpik.us.edu.pl/uniwersytet_szans_2004/praca_i_staze_ue.html
  • http://www.europarl.europa.eu/aboutparliament/pl/007cecd1cc/Traineeships.html
  • Ja zgłosiłam się przez Internet. W wypełnianym przeze mnie formularzu znalazło się również pytanie o moją niepełnosprawność oraz o to, jakich udogodnień oczekiwałabym od zatrudniającej mnie jednostki. Napisałam o programie mówiącym.
  • Pierwsza odpowiedź, jaką otrzymałam, była negatywna. Nie poddawałam się jednak. Składać swoją ofertę można bez ograniczeń, tj. aż do skutku lub zniechęcenia, dwa razy każdego roku. Nabór trwa kilka miesięcy, rekrutacja jest otwarta, nie da się więc tego przegapić, jeśli komuś zależy.
  • Za drugim razem odpowiedź była bardzo podobna do pierwszej. W trzeciej wiadomości z Brukseli – rok po wysłaniu aplikacji po raz pierwszy – dowiedziałam się, że trafiłam na listę rezerwową. Najwyraźniej jednak nikogo nie trzeba było zastępować, bo już się do mnie nie odezwano.
  • Przyznam, że trochę mnie to zniechęciło, a jednak kusiła mnie ta perspektywa. Co to byłby za wpis w CV… za tysiąc euro, jakie proponują niepełnosprawnym stażystom, z całą pewnością dałoby się wyżyć nawet w Brukseli. Można by nawiązać wiele cennych kontaktów, poprzebywać w międzynarodowym i wielokulturowym środowisku pracy, zrozumieć jak działają tego typu instytucje. Dodatkowo Belgia to takie ciekawe państwo, tyle w nim różnorodności – tak mało jednak o nim wiemy.
  • Spróbowałam więc raz jeszcze. Z bijącym sercem czekałam na odpowiedź. Sprawdzałam pocztę każdego dnia. Wreszcie otrzymałam wypatrywaną wiadomość.
  • „Bardzo dziękujemy, ale na chwilę obecną nie jesteśmy zainteresowani Pani ofertą, proszę spróbować dostać się na bezpłatny staż lub spróbować ponownie w następnej rekrutacji”.
  • Pozostało mi zatem poczekać kolejnych kilka miesięcy i wypełnić formularz raz jeszcze. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy 2 tygodnie później otrzymałam telefon z zapytaniem czy interesowałby mnie staż w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym zamiast Parlamentu. Oczywiście, że mnie interesował. Jak tylko udało mi się uzyskać zgodę na urlop bezpłatny, wysłałam pisemne potwierdzenie udziału w programie stażowym. Czułam się bardzo podekscytowana i szczęśliwa! Udało się! Nareszcie! Tylko jak tam będzie?
  • Po załatwieniu najpilniejszych spraw, między innymi służbowych, kupiłam bilet do Belgii. Na szczęście udało mi się uzyskać bezpłatny urlop na czas stażu. To dawało mi poczucie, że mam do czego wracać.
  • Ostatnie spotkania z przyjaciółmi, odwiedzanie ulubionych miejsc, zamawianie smacznych polskich potraw, by na dłużej zapamiętać smak i wreszcie nadszedł czas wylotu. Na lotnisku miał czekać na mnie Roland. Poznaliśmy się kilka miesięcy wcześniej przez Internet, widzieliśmy się już dwa razy i między nami nawiązywała się poważna relacja. To w wynajmowanym przez niego lokum miałam na razie zamieszkać. Miasteczko, w którym mieszkał, było jednak Brukselą. Z Lier do Brukseli trzeba jechać godzinę pociągiem, ale dużo mniej kosztowało mnie utrzymanie wliczając w to opłaty za wynajem, wspólne zakupy i rachunki. Inni stażyści znajdowali mieszkania wspólnie lub sami już w stolicy, by mieć blisko do pracy.
  • Pierwszego dnia Roland odwiózł mnie do Brukseli i odprowadził do metra. Dalej przejął mnie jakiś miły student o imieniu Junes i wysiadł ze mną na mojej stacji, żeby mi pomóc. Niestety, nie znał okolicy i wyprowadził mnie na manowce. Będąc w niewłaściwym miejscu musiałam wykonać kilka telefonów zanim znalazłam się z osobami, z którymi umówiłam się na Facebooku. Założyłam bowiem wcześniej grupę dla osób, które miały mieć staż w tym samym miejscu i czasie co ja.
  • Trochę się spóźniłyśmy, ale nic jeszcze się nie zaczęło. Na początek kilka praktycznych informacji, potem pójście po karty umożliwiające otwieranie drzwi, a potem zostawiono nas sobie na ponad dwie godziny. O czternastej zgłosiliśmy się do swoich biur i zaczęła się cała procedura – przypisywanie numerów telefonów, przydzielanie loginów do komputera, poznawanie przepisów BHP.
  • W mojej grupie stażowej są ludzie z Grecji, Włoch, Chorwacji, Hiszpanii, Francji, Niemiec, Belgii, a nawet Kanady i Chin. W biurze siedzę z czworgiem innych stażystów. Na początku nikt się nie odzywa, potem jednak zaczynają się toczyć różne dialogi, szczególnie na tematy polityczne. Wymieniamy się informacjami jak to jest w naszym kraju z tym, a jak z tamtym. To bardzo ciekawe.
  • Dostajemy różnego typu zadania. Na początek raczej proste, żeby się wdrożyć. Dużo czytamy na przykład ze strony internetowej Komitetu, żeby zorientować się czym się zajmuje i za co odpowiada. Ogólnie jest to organizm opiniotwórczy. Bądź to na prośbę Parlamentu czy Komisji Europejskiej, bądź z własnej inicjatywy zbiera ekspertów i wydaje opinie na różne tematy, głównie planowanych zmian i rozwiązań. Mnie przydzielono do sekcji związanej z zatrudnianiem, obywatelstwem i sprawami socjalnymi, bo do tego nawiązuje moje zawodowe doświadczenie.
  • W Komitecie wiele rzeczy przypomina mi Hestię. Ta sama kultura korporacyjna. System otwierania drzwi przy pomocy specjalnie wyrobionej karty, ze zdjęciem oczywiście, sposób wysyłania e-maili, przydzielania numerów wewnętrznych, planowania spotkań, sal konferencyjnych i wiele innych temu podobnych. To sprawiło, że nawet szybciej niż wielu innych stażystów odnalazłam się w instytucji.
  • Pięć miesięcy minęło jak pięć minut. W ciągu tego czasu wzięłam udział w licznych konferencjach, pomagałam redagować opinie na takie ważne tematy, jak „dostępność stron internetowych dla osób niepełnosprawnych”, „dostępność transportu dla osób starszych i niepełnosprawnych”, „prawa migrantów”, „aktywizacja zawodowa osób z autyzmem”, „uczenie się przez całe życie”, czy „włączanie seniorów do aktywnego życia społecznego”. Zostałam również zaproszona na spotkanie dla wszystkich szefów działów, by opowiedzieć im czym jest tak naprawdę „Konwencja Praw Osób Niepełnosprawnych”, na czym miałoby polegać jej praktyczne wdrożenie oraz bym podzieliła się własnym doświadczeniem w pracy. Opowiedziałam więc o Fundacji i o tym, co robię na stażu. Prezentację swoją zakończyłam pokazem pomocy technicznych, z których korzystam w biurze i w domu, co spotkało się z wielkim zainteresowaniem. Najbardziej podobał się tester kolorów, miernik cieczy, szachy i mówiący komputer.
  • Brałam udział, oczywiście tylko jako słuchacz, w sesjach plenarnych, na których przyjmowało się bądź odrzucało opinie przygotowane przez Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny. Uczestniczyłam w spotkaniach działu i przygotowywałam raporty po różnego rodzaju seminariach.
  • Poprzez te wszystkie działania mój język angielski znacznie się wzbogacił, szczególnie o słownictwo, którego tak na co dzień, między znajomymi nie używałam. Poznałam wielu bardzo ciekawych ludzi, odkryłam nowe obszary swoich zainteresowań i dziś już wiem, jak działają instytucje unijne, z jakimi problemami się borykają i jakie zalety ma dostanie się do jednej z nich jako pracownik, na co ciągle mam nadzieję.
  • Przez te pięć miesięcy miałam również możliwość poznać Belgię. Odkryć jej miłe, małe, różnorodne miasteczka, poznać życzliwość mieszkających tam ludzi, polubić jedzenie i muzykę. Tutaj w końcu zamieszkałam z osobą, za którą 4 miesiące po stażu wyszłam za mąż. Wszystko to razem sprawiło, że moje dalsze losy związane będą z tym krajem. Uczę się flamandzkiego, ciągle zwiedzam podzieloną na 3 części kulturowe i językowe Belgię, uczę się gotować belgijskie potrawy. I choć smutno mi było opuszczać przyjaciół, współpracowników, miejsca, które znam i kocham, to jednak cieszę się, że dano mi szansę na to, by zobaczyć, odczuć, doświadczyć tego wszystkiego, a możliwe to było tylko dzięki mojemu uporowi i wierze, że jeśli spróbuję, to na pewno się uda.

Jak żyć? – normalnie, dzień po dniu…

Dysfunkcja wzroku sprawia, że osoby niewidome stają przed wieloma barierami, które muszą pokonać. Dla nas czynność, która jest wręcz automatyczna, dla osoby niewidomej bądź niedowidzącej może stanowić nie lada wyzwanie. Prowadząc bydgoski tyflopunkt Fundacji Szansa dla Niewidomych i realizując projekty, które przede wszystkim mają za zadanie aktywizację osób dotkniętych dysfunkcją wzorku, spotykam się z różnymi postawami osób zmagających się z niepełnosprawnością. Wiem jedno – nasze projekty pomagają przełamać bariery, pokazują, że można pokonać swoje słabości, lęki i ograniczenia. Specjaliści prowadzący szkolenia bardzo często ukazują osobom niewidomym inny sposób ,,patrzenia’’ na otaczającą rzeczywistość. Projekty Fundacji niejednokrotnie prowokują beneficjentów do działania motywując do zmiany myślenia o sobie i o swoim życiu.

Dla mnie praca w Fundacji Szansa dla Niewidomych to przede wszystkim spotkanie z drugim człowiekiem, który przez swoją dysfunkcję wzroku „widzi więcej”. O takim bardzo poruszającym spotkaniu chciałabym Państwu opowiedzieć. Dlaczego? Dlatego, że daje moc. Słowa, które usłyszałam z ust kobiety, która korzysta z pomocy tyflopunktu Fundacji Szansa dla Niewidomych zapadły mi głęboko w pamięć i mam nadzieję, że długo w niej pozostaną. Kobieta ta zgodziła się na szczerą i niełatwą rozmowę ze mną, chcąc zachować anonimowość. Dlaczego niełatwą? Bo opowiadającą o swojej chorobie i niepełnosprawności, która stała się jej konsekwencją.

Poznając tę sympatyczną kobietę czuje się ciepło, które od niej bije. Pani Krystyna cierpi na stwardnienie rozsiane, które ujawniło się w klasie maturalnej. Konsekwencją była utrata wzroku. Świat ciemności całkowicie zaskoczył Panią Krystynę, jednak nie sprawił, że stała się zgorzkniała, zła na los, ludzi i otaczającą rzeczywistość – wręcz przeciwnie – pozostała „sobą” i – jak mówi – nie pozwoliła, żeby w chorobie zatracić siebie. Poniżej zamieszczam krótki wywiad z Panią Krystyną. Mam nadzieję, że oddaje on filozofię życia kobiety, która nie traktuje choroby jak wroga, lecz oswoiła ją i nauczyła się z nią żyć.

Ewelina Czerwińska: Jak sobie Pani radzi z chorobą, tak zwyczajnie dzień po dniu?

Pani Krystyna: Pani Ewelino, żyję normalnie dzień po dniu, to ja rządzę chorobą i nie pozwalam na to, żeby mi odebrała marzenia i wiarę w drugiego człowieka. Nie żyję dla choroby, choroba jest ubocznym produktem mojego życia. Przeszkody trzeba pokonywać. Moja choroba jest inteligentna, nie da się z nią nudzić. Nie daje o sobie zapomnieć, zaskakuje, uczy pokory, przypomina o sobie.

– Co daje Pani siłę w codziennym życiu, w walce?

– Jakiej walce? Życie traktuję jako zadanie, trzeba je jakoś rozwiązać. Natomiast gdy napotykam trudności, szukam sposobu ich rozwiązania.

– Pani Krystyno, sami wiemy, że ludzie są różni i w bardzo różny sposób reagują i traktują osoby niewidome: czasami się ich boją, bo nie wiedzą jak pomóc, zdarza się, że chcą wykorzystać.

– Wiem, spotkałam się z różnymi przypadkami, natomiast ja człowieka traktuję jako „zadanie’’.

– Kolejne zadanie…

– Tak, kolejne, ale jakie!

– Proszę rozwinąć tę myśl.

– Przede wszystkim nie należy oceniać. Każdy ma swoją historię, swoje odczucia i każdy z nas ma różną motywację do działania. A motywy Pani Ewelino trzeba zrozumieć, a nie oceniać.

Spotkanie z Panią Krystyną było dla mnie bardzo budujące. Kobieta, która przez większość swojego życia jest naznaczona piętnem choroby, niepełnosprawności, potrafi mieć w sobie tak wielką moc do działania, rozwijania się. Nie traci przy tym optymizmu. Pani Krystyna nie ukrywa, że bardzo pomogła jej wiara w Boga i drugiego człowieka. Ukończyła studium biblijne, co było jej marzeniem. Bardzo się cieszy, że dowiedziała się o Fundacji Szansa dla Niewidomych, która pomaga osobom z dysfunkcją wzroku w wielu obszarach ich funkcjonowania.

Mam nadzieję, że słowa tej kobiety będą natchnieniem i dadzą wiarę każdej osobie zmagającej się z niepełnosprawnością wzrokową i ruchową. Nasz bydgoski tyflopunkt Fundacji Szansa dla Niewidomych, ja oraz nasi wolontariusze pomożemy pani Krystynie jak tylko będziemy mogli. Spotkanie z tą osobą uświadomiło mi, że siła człowieka tkwi w myśleniu, które w konsekwencji przekłada się na działanie. Przeczytałam kiedyś, że w życiu najważniejsze jest nie bycie silnym, ale „poczucie bycia silnym”. Pani Krystyna z pewnością to poczucie ma i wiem, że dzięki niemu wygrała swoje życie w każdym znaczeniu tego słowa. Mimo braku wzroku nie czuje się gorsza od osób widzących, wręcz przeciwnie – twierdzi, że widząc oceniamy ludzi powierzchownie, porównujemy, analizujemy, kalkulujemy, oceniamy. Natomiast w życiu chodzi o coś więcej.

Zróbmy więc taki eksperyment. Zamknijmy oczy w czasie ważnej rozmowy, od której dużo zależy. Nie ma gry gestów, wygląd osoby mówiącej nie jest ważny. Liczą się tylko słowa. Czy wtedy rozmowa jest inna? Na to pytanie każdy z zainteresowanych odpowie sobie sam.

Obecnie Pani Krystyna, dzięki programowi „Okno na świat – czyli przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu”, otrzymała Internet oraz komputer z programem udźwiękawiającym JAWS. Trzymamy kciuki Pani Krystyno i życzymy odważnego przełamywania barier. Oby pogoda ducha, jaką Pani ma, nigdy Pani nie opuściła.

Zmagania z dysfunkcją wzroku – historia prawdziwa

Zdarzyło się naprawdę, oto kronika wydarzeń:

Styczeń – 78-letnia pani A.W. budzi się rano i stwierdza, że prawie nic nie widzi.

Styczeń cd. – diagnoza – zwyrodnienie plamki żółtej.

Styczeń cd. – skierowanie na eksperymentalną kurację – seria zastrzyków w gałkę oczną.

Stop-klatka. Pani A.W. jest wdową, mieszka sama. Jej wnuczka mieszka daleko, sama poważnie chora. Pani A.W. na co dzień zdana jest więc na siebie i pomoc sąsiadów. Pytanie: jak nic nie widząc chodzić po mieście, posprzątać mieszkanie, sprawdzić, która godzina, ugotować obiad, przeczytać numer telefonu z kartki, zamknąć drzwi kluczem, sprawdzić cenę w sklepie?

Pani A.W. jest załamana, ale radzi sobie po swojemu: nastawia telewizor, żeby z programu zorientować się, która godzina; chodzi po ulicy zgięta, starając się wypatrzyć linię chodnika; parzy się, gotując; jako osoba schludna martwi się, że zaniedbała mieszkanie; uczy się numerów telefonu na pamięć; w sklepie i w przychodni prosi o przeczytanie napisów, czasami prowokując odpowiedź: „A co, nie widzi pani?”.

Luty-wrzesień – seria comiesięcznych zastrzyków w gałkę oczną u okulisty. Przygotowanie do zabiegu i sam zabieg trwają dosyć długo. Zastrzyki trochę poprawiają widzenie w oku.

Wrzesień – pani A.W. decyduje się pojechać do salonu optycznego w poszukiwaniu lupy. Pracująca tam osoba dobiera okulary lornetkowe i lupę. Dzięki tej kombinacji pani A.W. może odczytać bardzo duże litery. Dostaje też adres sklepu ze sprzętem dla osób słabowidzących.

Październik – pani A.W. dociera do sklepu, gdzie dowiaduje się, że mogłaby korzystać z białej laski, z pomocy rehabilitanta, posługiwać się na co dzień udźwiękowionym zegarkiem, płynomierzem itp.

W przypadku pani A.W. biała laska okazała się bardzo ważna, bo starsza pani przestała obciążać kręgosłup, pochylając się. Zyskała narzędzie, dzięki któremu poczuła się pewniej na dziurawych chodnikach…, a także widoczny dla otoczenia znak, że słabo widzi. Dzięki temu czasem pomoc przychodzi nieproszona. „Jestem tak podbudowana życzliwością ludzi…”

Zajęcia z rehabilitantką i psychologiem przyniosły jakiś przełom. „Skoro są panie niewidome, które pieką ciasta, smażą kotlety, robią wnukom wyprawki na drutach – to i ja mogę się tego nauczyć.

I jakoś to poszło.”

Wracając do rzeczy – dziewięć miesięcy widzenia resztkowego u samotnej pani emerytki, która regularnie co miesiąc chodzi do okulisty – bez wskazówki, gdzie i jak nauczyć się funkcjonować na nowo. Chciałabym od razu powiedzieć, że lekarz, do którego chodziła pani A.W., jest wybitnym specjalistą, zaangażowanym w leczenie swoich pacjentów. Nie chodzi o brak dobrej woli.

Trzeba samemu założyć ciemne okulary, żeby na własnej skórze doświadczyć, jak to jest. Otóż po paru krokach ma się ochotę te okulary cisnąć precz. Koleżanka zrobiła taki test w domu – w domu, bo ciało powinno znać te ruchy na pamięć – spróbowała zrobić herbatę – nie udało się.

Proponuję to każdemu, kto jest pewien, że umie to sobie wyobrazić. Niektórzy nie mogą przecież zdjąć tych okularów.

Lekarz okulista bywa często ostatnią osobą ze środowiska, z którą ma kontakt pacjent dotknięty uszkodzeniem lub utratą wzroku. Lekarz skupia się na leczeniu… i jego zadanie kończy się.

Zastanawiające jest, że dwa-trzy zdania wypowiedziane do pacjenta wychodzącego od lekarza mogą – jestem o tym przekonana – przesądzić o kolejnych latach życia człowieka. Lekarze zawsze będą cieszyć się autorytetem u pacjentów. Gdyby byli świadomi, że napomknienie o białej lasce, rehabilitacji, orientacji przestrzennej, sprzęcie udźwiękowionym może być jedynym źródłem informacji dla nowoociemniałego pacjenta – z pewnością traktowaliby taką informację jako swój zawodowy obowiązek. Z doświadczenia wiem, że wiedza o rehabilitacji ociemniałych u przeciętnego człowieka jest nikła. Poznałam ludzi, którzy dopiero po kilku latach życia po ciemku dowiadują się podstaw, od których zależy ich codzienne życie.

Wyobraźmy sobie, że wiedza o rehabilitacji niewidomych i słabowidzących przekazywana jest studentom medycyny i okulistyki w trakcie nauki, tak, aby przyszli okuliści mieli świadomość, jak wygląda czy mogłoby wyglądać życie ich nowoociemniałych pacjentów poza gabinetem lekarskim.

Niewidomy za kierownicą? To możliwe! Niezwykła akcja w Ułęży

Pędzili nawet 180 km/h i się nie zderzyli. Ponad dwadzieścioro niewidomych i słabowidzących spotkało się na lotnisku pod Dęblinem, by poczuć, jak to jest zasiąść za kierownicą samochodu.

– To tak, jakby się wróciło do tych lepszych czasów, kiedy się widziało – opisuje Andrzej Szpuda.

Na ten niecodzienny pomysł wpadli członkowie Stowarzyszenia S1, którzy zebrali grupę entuzjastów, chcących pokazać osobom z uszkodzeniami wzroku, jak to jest prowadzić samochód. Dla większości uczestników przygoda na asfaltowej trasie Motoparku Ułęż była pierwszym kontaktem z samochodem. – Fenomen! Generalnie lubię podejmować różne wyzwania, ale nigdy nie miałem okazji szaleć samochodem i uważam, że jest to świetny pomysł – emocjonuje się Łukasz Skąpski.

I ruszyli…

Maszyny stały w równym rzędzie, by w bezpiecznej odległości jechać jedna za drugą. Za kółkiem niewidomi, na fotelu obok doświadczeni kierowcy. Auta wchodziły w zakręty z prędkością 40 km/h. Na dwukilometrowej prostej osiągały od 100 do nawet 180 km/h. Przez kilka godzin rozsianych po torze było blisko dziesięciu niewidomych i słabowidzących kierowców, którzy mijali się bez żadnych kolizji. Po kilkuminutowej rundce każdy z nich parkował swoje auto z powrotem na linię startu i czekał na następny wolny samochód.

Sam fakt prowadzenia samochodu był dla kierowców z dysfunkcją wzroku czymś niezwykłym, ale unikatowe samochody zapewniały jeszcze większe przeżycia.

– Gdy prowadziłam dziewięciometrową limuzynę poczułam, że jestem na właściwym miejscu. Nie chodzi tylko o samochód, ale ważniejsze jest to poczucie niezależności. Właśnie tego ludziom ze słabym wzrokiem brakuje. Świadomość, że nad czymś panują, czymś kierują, biorą na siebie dużą odpowiedzialność za towarzystwo, które wiozą w części pasażerskiej – mówi Beata Wiśniewska, która nie widzi od urodzenia.

– Jeszcze nigdy czegoś takiego nie czułam. Jest we mnie tyle emocji i wrażeń, że trudno to wszystko uporządkować, ponazywać, a co dopiero poskromić – opisuje.

Kierowcy wolontariusze

Osoby z dysfunkcją wzroku miały do dyspozycji bardzo różnorodne auta. Od miejskiego Chevroleta Aveo, przez terenowe Subaru Forester, po prawdziwe perły motoryzacji, takie jak Ford Mustang z 1966, czy występujący w rajdowych mistrzostwach Polski Opel Calibra. Osoby niedowidzące miały do dyspozycji dziewięć samochodów i ich właścicieli, którzy tego dnia wcielili się w rolę pilotów, zdecydowanych na to, by udostępnić swoje auta osobom z niepełnosprawnością wzroku.

– Na początku miałem pewne obawy, bo nie wiedziałem na co je stać, co mam im mówić, czy trzymać kierownicę, czy nie – przyznaje Radosław Słomski, który do Motoparku Ułęż przyjechał swoim Subaru Forester.

Większość instruktorów nie miała dotychczas styczności z osobami niewidomymi, dlatego akcja miała również służyć integracji i wzajemnemu zrozumieniu osób widzących i niewidzących.

Jeżdżą lepiej, niż widzący

Choć większość uczestników imprezy prowadziło samochód pierwszy raz w życiu, to ich opiekunowie zgodnie przyznają, że wszyscy radzili sobie nadspodziewanie dobrze.

– Najbardziej zaskoczyły dziewczyny, robiły wszystko z wyczuciem, nie miały problemów z ruszaniem i opanowywaniem auta. Przede wszystkim słuchały rad i robiły wszystko ze spokojem – komentuje Małgorzata Karpińska, która udostępniła niewidomym służbowego Chevroleta Aveo. Słowa te potwierdzają same uczestniczki.

– Za kierownicą czułam się w miarę pewnie, bo miałam dobrych pilotów. Każdy właściciel samochodu świetnie odnalazł się w swojej roli – mówi słabowidząca Magdalena Zalewska.

Zdaniem kierowców osoby z dysfunkcją wzroku w niektórych zachowaniach na drodze przewyższają doświadczonych kierowców.

– Osoby, które nie widzą lub widzą bardzo słabo, zdecydowanie lepiej „odczuwają” samochód. Zachowywali się tak, jakby tymi samochodami jeździli na co dzień, a przecież mieli dziś do dyspozycji różne auta. Co prawda ich ruchy nie były pewne, bo jechali pierwszy raz – nie wiedzieli, jak bardzo należy skręcić kierownicę, by ich auto poruszało się płynnie, ale wystarczył krótki instruktaż i ci ludzie zaczęli jeździć rewelacyjnie – wyjaśnia Arkadiusz Nowikow, prezes Stowarzyszenia S1, który na imprezę przygotował rajdowego Opla Calibrę.

– Nie próbowali kombinować, robili tak, jak im się tłumaczyło. Prowadzę treningi z wyczynowych technik jazdy samochodem dla kierowców, chcących nauczyć się jeździć z większą precyzją i oni potrzebują od 4 do 6 godzin, żeby jeździć tak, jak niewidomi po dwóch krótkich komentarzach – zapewnia.

Nie tylko auta

Uczestnicy imprezy mogli również skorzystać z symulatora zderzeń, dostarczonego przez Mazowiecki Oddział Żandarmerii Wojskowej oraz symulatora dachowania Instytutu Transportu Samochodowego.

– Absolutnie każda osoba, która chce wsiąść do samochodu, powinna przejść próbę na tych symulatorach. To naprawdę daje duże wyobrażenie tego, co maszyna może zrobić z człowiekiem i jak bardzo jest on bezradny w środku – mówi Robert Zarzecki, współorganizator akcji, sam słabowidzący. – To pierwsza w Polsce próba równoczesnej jazdy tak wielu kierowców z dysfunkcją wzroku. Podobna odbyła się dwa lata wcześniej w Niemczech. Stowarzyszenie S1 zapowiada kolejne edycje imprezy.

Ślepy los na wesoło

Kiedy brak wzroku przestał być powodem do dyskryminacji, a jest jedynie (albo aż) znaczącym utrudnieniem, niewidomi nie rozpaczają, lecz walczą o swoje prawa. Różnicę pomiędzy powodem do dyskryminowania a uznaniem braku wzroku za utrudnienie, stanowi fakt dysponowania sprzętem rehabilitacyjnym niwelującym skutki inwalidztwa wzroku lub jego brak. Tak więc niewidomy dobrze oprzyrządowany czuje się jak widzący i może wiele zdziałać, a nieoprzyrządowany nie może nic i czuje się jak niewidomi z XIX wieku żebrzący pod kościołem. Skoro ogromna ich większość ma sprzęt i oprogramowanie, radzi sobie w życiu, można już ze ślepoty i konsekwencji z nią związanych żartować. W końcu z innych „bidulków” żartuje się od dawna. Ofiarami żartów padli kiedyś milicjanci – nie mylić z policjantami, o których dowcipów jeszcze nie słyszałem, blondynki, jakby były gorsze od brunetek, księża, jakby nie zasługiwali na więcej powagi i szacunku, Żydzi, jakby faktycznie byli tacy, jak w dowcipach, a ostatnio nawet osoby o słabszym od innych intelekcie, jakby w ogóle to wypadało czynić. Czas na dowcipkowanie z niewidomymi w roli głównej. A co tam! Może robienie sobie z kogoś żartów nie jest dla niego przede wszystkim przykrością, lecz przeciwnie – dowodem, że nie jest tak źle.

Zamierzam poopowiadać o śmiesznych sytuacjach z niewidomymi na pierwszym planie. Mogą to być zarówno prawdziwe historyjki, jak i zasłyszane dowcipy. Bardzo proszę czytelników, by przysyłali mi swoje opowieści. Umieszczę je w tym cyklu. Mało tego, Fundacja będzie nagradzała za fajne teksty. Już na początku roku ogłosimy stosowny konkurs na Facebooku. Zachęcamy do współpracy. Tak więc ja opowiem to, co już wiem, a czytelnicy dodadzą kolejne historyjki. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, lecz przeciwnie – zrozumie, że brak wzroku można traktować niepoważnie, bez rozpaczy w oczach i żalu w sercu. Zrehabilitowani niewidomi nie mają czasu i ochoty na płacz. O wiele lepiej się pośmiać. W końcu kiedyś wszyscy nie będą widzieli, bo po śmierci dusze oczu nie mają wcale.

Czmych

Wysiedliśmy z tramwaju, odwróciliśmy się jak zawsze na tym przystanku w prawo i przeszliśmy około 15 metrów do przejścia dla pieszych. Mieliśmy przejść na drugą stronę torów, którymi tu przyjechaliśmy. Układ otoczenia był taki: dwukierunkowa ulica, a obok szyny tramwajowe. Za nimi upragniony chodnik, prowadzący do w kawiarni z cudownymi rurkami z kremem. No nic, żeby dostać się do kremu, trzeba było przejść te idiotyczne tory, znaleźć się na chodniku, dojść do ulicy prostopadłej do szyn, przejść też przez nią, skręcić w prawo i – jesteśmy przed drzwiami kawiarni. Wszystko razem nie udźwiękowione i nieubrajlowione – a co tam, w końcu kraj jest biedny i na takie fanaberie pieniążków mu brak.

Stanęliśmy przed torami i czekaliśmy na zielone światło. Byłem tam z moim przyjacielem. Obaj widzieliśmy tyle co nic – ja dokładnie nic, a on czasem widział światło, a czasem tylko miał taką nadzieję. W tym dniu polegał na nadziei, bo oko jeszcze mu się nie rozbudziło.

Czekaliśmy tyle, co zwykle. Wreszcie światło się zmieniło i znikły samochody, które wcześniej, jak ciarki, przejeżdżały nam po plecach, znaczy jechały za nami równolegle do szyn. Ruszyły samochody na ulicy prostopadłej, co nieuchronnie nakazywało nam przejść przez tory. Jak na rozkaz wysunęliśmy po jednej nodze do przodu, on jednak ciutkę wcześniej. Jeszcze nie wysunąłem swojej nogi zbyt daleko, gdy usłyszałem nieprzyjemny dźwięk. Cofnąłem nogę, stanąłem jak wryty i nasłuchiwałem. Mój przyjaciel najwidoczniej zrobił krok w stronę chodnika i miał pecha. Zamiast stąpnąć na twardy grunt, spotkał się z pustą przestrzenią remontowanych szyn i spadł w dół. Właśnie ten odgłos uratował mnie. Było to okropne. Usłyszałem nieprzyjemne stuknięcie kolan o metal, potem inny dźwięk, jakby metal uderzył w drugi metal i cisza. Wołam go raz i drugi, a on nic. Powoli zamierałem z wrażenia, a on nadal nic. Wreszcie, gdy zapytałem rozpaczliwie, co on tam robi i czy nie zamierza uciekać spod kół tramwaju, on rzekł: „Zaraz, zaraz, gdzieś mi czmychnęła laseczka”.

Całe szczęście, żaden tramwaj akurat nie jechał w naszą stronę, to dało przyjacielowi czas na znalezienie „czmychniętej” białej laski. Znalazł ją, wstał, przeszliśmy na drugą stronę, na chodnik, przeszliśmy drugą ulicę i wpadliśmy w krem, znaczy do kawiarni, gdzie zamówiliśmy rurki z kremem i zapomnieliśmy o szynach.

Ślepy tandem

Zrobiło się nudno na tym wakacyjnym wyjeździe. Pogoda była kiepska, jedzenie też. Nie było co robić. Były za to wolne tandemy do wypożyczenia – i to za darmo! Wpadliśmy na pomysł, że weźmiemy rower i będziemy jeździli po obozie. Odbyło się losowanie kto ma jechać jako pierwszy, czyli jako kierowca, a kto drugi, jako balast. Zostałem balastem, co uznałem za honor i dar od Boga. On musiał więc być kierowcą, chociaż widział jedynie światło, to znaczy odróżniał czy dookoła jest widno, czy ciemno.

Wsiedliśmy na rower – on z przodu, ja z tyłu – i ruszyliśmy. Miło było tylko przez chwilę, gdy nagle nasze eksperymenty się skończyły. Mój kierowca przejechał zaledwie kilkadziesiąt metrów i wjechał prosto w przechodzącą dziewczynę. Może właśnie o to mu chodziło…. W każdym razie trudno się dziwić, gdy niewidomy kieruje rowerem, a drugi robi jedynie za balast i nie pomoże w omijaniu przeszkód. Wjechał więc na dziewczynę, przednie koło naszego roweru wylądowało między jej kolanami. Kolega się obraził i zbulwersował. Ona wściekła zapytała co on wyrabia, a on zapomniał przeprosić i oburzony powiedział: „Z jakiej racji pani nie uważa na ulicy i wpada pod koła?”.

Mimo tej kolizji nasz pomysł się tak spodobał, że jeździli na tandemie następni śmiałkowie, tak samo niewidomi jak my. „Balastowie” brali na przejażdżkę białą laskę, aby w razie kolizji było usprawiedliwienie.

Ciąg dalszy nastąpi w następnym numerze HELPA. Czekam na Wasze historyjki i dowcipy. Mam nadzieję, że moje dwie spodobały się. Jeśli nie, przyjmuję zażalenia. Obiecuję, że nie zareaguję tak, jak wypada. Raczej skupię się na pisaniu kolejnej historyjki lub dowcipu.